Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. marionen

    marionen

    Użytkownik forum


    • Punkty

      10

    • Liczba zawartości

      4 615


  2. johnny_narciarz

    • Punkty

      7

    • Liczba zawartości

      8 428


  3. leitner

    leitner

    Użytkownik forum


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      4 153


  4. Jeeb

    Jeeb

    Użytkownik forum


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      4 986


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 22.08.2018 w Odpowiedzi

  1. Miało być nieco inaczej, ale myślę, że źle też nie jest... Lecimy dalej i do końca. Dobrze zrobiłem jedząc do syta, bo kawałek dalej czekała atrakcja specjalna: wspinaczka skałkowa! Tak, to nie przesada. Jakby tego było mało, ja przez przypadek zaliczam trudniejszy wariant, którym poprowadziła mnie moja "niezawodna" nawigacja. Jakimś cudem daję rady pokonać ten odcinek, ale ostre roślinki pozostawiają trwałe ślady na skórze. Nie tylko u mnie - wiele osób przeklinało ten odcinek. Ale co Cię nie zabiję, to Cię wzmocni! Tak się pocieszałem. Jednak kiedy stałem tak na wąskiej ścieżce z ciężkim rowerem, a obok była stroma skarpa i dobre kilkadziesiąt metrów spadku w dół, trochę miękły nogi, a w głowie przechodziło mnóstwo niecenzuralnych określeń pod adresem pomysłodawcy: "Jeden poślizg i lecę! Kto to wymyślił?! Czy kogoś dokumentnie porąbało?! Na cofkę nie ma szans, może wezwać TOPR?"... Trochę szybkiego asfaltu i ponownie jadę na przemian wałami, pod wałami, chaszczami, a czasem nawet przyzwoitymi asfaltami. Powoli zbliża się wieczór i czas na zasłużony wypoczynek. Jednak zanim będę mógł sobie na to pozwolić, muszę jeszcze nawinąć jak najwięcej kilometrów - kwalifikacje! Niestety teren mi tego nie ułatwia. Owszem, teraz sporo asfaltów, ale za to jakie górki! Bywa, że zsiadam z roweru, bo tempo i tak spada do wartości uzyskiwanych przez pieszego. Dobra okazja, żeby odpoczęła tylna część ciała, która już nadto cierpiała. "Ale się nad nami znęcają! Przecież rzeka nie płynie pod górę" - przechodzą przez głowę kolejne złote myśli. Najbardziej martwi jedynie ogólne tempo. Już wiem, że tego dnia na pewno nie zamknę wynikiem 600 km. Mógłbym zarwać nockę, ale druga z rzędu i do tego w nieznanym terenie? Może być więcej szkód niż zysku. Decyzję o szukaniu noclegu przypieczętuję drobna burza, która łapie mnie w Janowcu: "świetnie, czas na kąpiel". Jest godzina 21 z groszami, a tu niezła lipa! Zatrzymuje się w jednym miejscu, ale nikt z właścicieli nie raczył choć wyjść i poinformować o braku miejsc. Dalej Pani była skłonna mnie przyjąć, ale nie było gdzie przechować roweru. Kiedy już zdołowany miałem się udać pod wiatę przystankową, trafiam na kolejny Pensjonat. Jest godne miejsce dla tłuściocha i całkiem przyjemny pokoik dla mnie! Cud! W ostatniej chwili. Dobre 38 godzin jazdy niemal non stop wymagało dobrego wypoczynku i taki też miałem. Załapałem się nawet na końcówkę meczu Rosja-Chorwacja, choć teraz musiałem się uwinąć z posiłkiem, kąpielą i szybkim przepakowaniem na dzień kolejny. Ech, kiedy człowiek zmęczony, wszystko ciężko przychodzi, ale nawet średni pokój jest mega luksusem! Wstaję bez budzika 4:00, chyba Adrenalina działa. Ała! Ale boli! Czuję się marnie i od razu zastanawiam, jak mam pokonać 1200 km, kiedy już teraz ledwie daję rady wstać? Na liczniku ok 550 km, a do upływu drugiej doby jakieś 3 godziny. Gramolenie zajmuje więcej niż założyłem, a do tego za Janowcem od razu trudny odcinek specjalny. Trudny w sensie utrzymania odpowiedniej prędkości, bo normalnie byłaby zabawa. Jakby tego mało, zaliczam glebę i nieomal wpadam do wody. Czasem nieoczekiwaną przeszkodą są samochody, które jadą wolniej ode mnie. Wyprzedzić się nie dadzą... Kiedy mija 8:00 staje się jasne, że równych 600 km nie dokręcę. Braknie jakieś niecałe 20 km... Było blisko, ale tym razem na tarczy, choć tłuściochem 580 km w dwie doby, w terenie, czy to porażka? Mniejsza o to, teraz trzeba walczyć o kolejne kilometry! Jak to mówią (i w temacie): "nie cofnę kijem Wisły". Trudno mi opisać, ile jeszcze minąłem sadów, chaszczy, wałów, placów budowy dróg itp., najważniejsze, że taki psychologiczny punkt - Warszawa - był co raz bliżej. Tutaj jeszcze muszę wspomnieć o wspaniałych ludziach, którzy tak całkiem bezinteresownie stanęli z wodą, stojakiem serwisowym rowerowym przy trasie i nas wspierali. Chyba każdy zawodnik zapamięta te wyjątkowe osoby! Wyjeżdżasz z lasu, zmęczony, wypompowany, a tu pełne wiadro wody z cytryną! Coś wspaniałego! Gotowi nie tylko napoić, ale też pomóc w przypadku usterki technicznej. Dodam jeszcze, że była to niedziela nie handlowa i do tego miejsce odległe od większych metropolii. Jakieś 50 km przed Warszawą trafiam jeszcze na znakomitą "Restaurację u Zosi". Wypasione porcje, syte, w bardzo atrakcyjnych cenach! Nic dziwnego, że chyba każdy zawodnik zatrzymał się na dłużej. Zwłaszcza, że chwilę dalej musieliśmy się przedzierać przez chaszcze do samej Warszawy, gdzie podobno grasował 6-metrowy Pyton! Na szczęście wtedy nic mi o tym nie było wiadomo. Bardzo długi singiel, który czasami przebiegał nad samymi urwiskami, był nawet dość przyjemny, ale wymęczający. Miałem już wtedy grubo ponad 700 km w nogach! Trudno opisać przyjemność, kiedy tak wyjechałem z gęstych zarośli na wybrukowaną ścieżką rowerową i mogłem tak po prostu śmignąć do centrum miasta, zjeść co chcę i nawet napić się piwa. Przyjemny moment! Rozpierała mnie pozytywna energia: "yes yes yes! Ponad połowa za mną! Teraz to już będzie z górki! Do końca jedynie 500 km, dam rady!" Miałem jechać dalej, ale ostatecznie, ze względów logistycznych, zdecydowałem zostać w Stolicy. Nawet zrobiłem sobie małą rundkę po centrum, bo dawno mnie tu nie było. Piękna ta Warszawa. Nie wierzę jeszcze, że tu dotarłem i nadal mam siły jechać! Teraz to już tylko jakiś kataklizm mógłby mnie zatrzymać! Warszawa była miejscem przełomowym. Nie tylko dlatego, że to już ponad połowa drogi i jakby łatwiej to przetrawić w głowie, ale też trasa nieco zmieniła swój charakter. Dawało się odczuć, że ukończenie imprezy jest jak najbardziej realne, jedynie nurtowało mnie jedno pytanie: czy zdążę na pociąg w Gdańsku? Nie wspominałem wcześnie o tym, ale z góry założyłem, że powinienem ukończyć wyścig najpóźniej w środę po południu. Dość optymistycznie wykupiłem bilet na Pendolino na godzinę 15:49. Nigdy nie jechałem tymi szybkimi składami, więc to miała być swego rodzaju nagroda i dodatkowa atrakcja. Wcześniej wspomniałem o tym na Facebooku i dostałem ciekawą ofertę,że tak powiem. "Jak Ci się to uda, stawiam Rudą" - przeczytałem w odpowiedzi na mojego posta. Jest dodatkowa motywacja... Tradycyjnie pobudka 4:00, start w trasę 5:00. Cel na dziś to dotrzeć do Torunia, choć sam nieco w to wątpiłem. Tym bardziej, że rano niepokój wzbudziła spuchnięta lewa stopa. Podczas rozruchu odczuwałem ból. "Jak będę ją oszczędzać, to powinno być dobrze" - tak się pocieszałem. Powoli opuszczam Stolicę i całkiem przyjemną trasą sunę z niezłą prędkością. Piękna pogoda dodatkowo pozytywnie nastraja. Długi odcinek to bruk i asfalt, później przechodzący w szutry, aż w końcu w wąską, udeptaną ścieżkę. Tak dobre może 40 km i... zgadnijcie? Tak, znowu chaszcze po szyję! Jak ja kocham to biczowanie nóg! Przerzutka i zębatki też się radują, kiedy kolejne źdźbła szczelnie je otulają. Jak takie małe szaliczki, które później trudno ściągnąć. Wyjścia nie ma, muszę stanąć, ubrudzić styrane i już lekko zdrętwiałem dłonie i usunąć zielsko. Wokoło pusto, więc mogę bez skrępowania sobie polecieć z łacińskimi wiązankami... Wspomniałem o innym charakterze trasy? Tak, bo teraz jednak tych chaszczy mniej, za tu zaczęło się sporo jazdy ażurowymi płytami. Pozornie jest dużo lepiej, ale to nie to samo co równy asfalt. Czuje to zwłaszcza tylna część ciała, jak i umęczone dłonie. Decyzja mogła być jedna: upuszczam ciśnienie w oponach. Tak jest zdecydowanie lepiej! Do tego pojawia się co raz więcej piaszczystych odcinków. Widać na nich jak koledzy na cienkich kiszkach mają problemy z trakcją. Nieładnie śmiać się z czyjegoś nieszczęścia, ale jakoś tak mi wesoło: "ha ha, wreszcie to ja mam jakąś przewagę". Jedynie chwilami irytujący jest mocny przeciwny wiatr, który z przerwami towarzyszy nam od dobrych 3 dni. Gdzieś w okolicach godziny 15 docieram do Płocka, czyli miejsca, gdzie restauracji nie powinno brakować. Lokalizuję na mojej trasie jakiś bar przy ogrodzie zoologicznym. Kiedy tam docieram, na konsumpcję nie ma szans. Jakaś awaria prądu na terenie całego kompleksu. "Szlag, znowu trzeba błądzić i szukać?". Postanawiam odnaleźć "McPaśnik", bo jakąś taką zachciankę miałem. Jak się jedzie tłustym rowerem, tak też trzeba podejść do posiłku - na tłusto! Ale błądzenie i popas zabierają mi dobrą godzinę cennego czasu. Dopiero ok. 16 wracam na trasę i ruszam w kierunku Włocławka. Wszystko wskazuje na to, że dziś do Torunia nie dotrę. Środa w Gdańsku jakby zaczyna mi odjeżdżać. Do tego lewa stopa często sygnalizuję swój nie najlepszy stan techniczny... Zmęczenie daję się odczuć również w głowie - nie wiem jak to zrobiłem, ale źle policzyłem odległość do Włocławka. Teraz miałem sporo jazdy po asfaltach, ale w perspektywie dobre 80 km do zrobienia! Według obliczeń... Tutaj wspomnę jeszcze, że czasami trafiałem na różnych ludzi, którzy tak po prostu wyjeżdżali nam pokibicować. Bardzo miło było! Na tym etapie stawka tak się rozciągnęła, że już praktycznie nikogo z zawodników spotkać nie mogłem. Prawie, bo pod wieczór jednego gościa dogoniłem. Tutaj tempo mocno wzrosło za sprawą wiatru, który wreszcie zaczął sprzyjać. Leciałem całe odcinki z prędkościami powyżej 30 km/h! Krótkie techniczne kawałki spowalniały, ale całościowo wyglądało to dobrze. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy w okolicach godz. 19 zobaczyłem znak "Włocławek"! "Wow! Chyba poszło lepiej niż zakładałem!! Tylko co dalej?" - kłębiły się myśli. Wyciągam Smartfona i sprawdzam odległość do Torunia. Będzie jakieś 60 km, może trochę więcej. Jeśli doliczymy do tego jakieś spowalniające atrakcję i pewną jazdę po ciemku, szanse na sensowy nocleg i odpowiednią regenerację maleją znacząco. Postanawiam zostać we Włocławku, choć zanim znalazłem Pensjonat, przejechałem mnóstwo kilometrów i straciłem sporo czasu. Bardzo rozległe miasto! Pokój miałem wielki i dobrze doposażony. Po raz pierwszy mogłem zabrać ze sobą tłuściocha, co bardzo ułatwiło przepakowanie na kolejny odcinek. Ponownie pobudka 4:00, wyjazd 5:00. Wcześniej raczej bym się nie zebrał. Niestety, lewa stopa nie wygląda dobrze i nieco kuleję. Boli! Bardzo ciężko wracałem na trasę rajdu, gdzie jeszcze musiałem pokonać spory podjazd. Przez to humor też nie dopisuje. Przy okazji widzę,że zjechałem do Włocławka najgorszą możliwą opcją, przez co musiałem dodatkowo sporo nakręcić. "By to szlag! Kolejne opóźnienie..." Ale choć taras widokowy wynagradzał trudne początki dnia. Szybko żegnam Włocławek i trafiam na piękny odcinek przez sosnowy las. Dużo piaszczystego podłoża mi nie straszne, ale widać, że koledzy tu się męczyli. Przed Toruniem wpadam na kolejny trudny odcinek z powalonymi drzewami, tudzież krzaki, pokrzywy i inne wspaniałości. Cywilizacja na wyciągnięcie ręki, ale najpierw wycisk! Za Toruniem nie lepiej, choć trochę asfaltów było. Niestety, przyplątał się deszczyk. Nic wielkiego, ale musiał na mnie trafić w odpowiednim momencie, tj. na drewniane schodki. Już z daleka widząc skarpę, zacząłem przeklinać pod nosem, bo wiedziałem, że na pewno trasa jej nie ominie. Słowo stało się ciałem. Najpierw krótki, ale treściwy podjazd, a na końcu strome, drewniane schody, do tego śliskie z powodu deszczu. "Kto to wymyślił?! Tu nie ma nawet jak tego roweru prowadzić!" - i lecą różne określenia, których nie zacytuję... No dobra, jakoś to trzeba pokonać. Narzekanie nie pomoże. Więc wymyśliłem swoją technikę. Wyciskam Fata do góry o jeden schodek, wciskam hamulce, a następnie robię krok. Ponownie o jeden schodek, hamulce i krok. Buty ujeżdżają, ale za to opony mają zadziwiającą przyczepność. Schodek, hamulce, krok i w końcu docieram na górę. "Uff, jestem! Nie spadłem! Skoro to się udało, to chyba mnie już nic nie zaskoczy i zatrzyma?" - myślę podbudowany. Ale obawy, co mnie jeszcze może spotkać, są. Obawy były uzasadnione. Pomijając wiele odcinków typu singiel, jakieś pola, piachy, dotarłem do Świecia, gdzie ponoć miało być najtrudniej. Faktycznie! Już od początku jadę wąską ścieżką, prowadzącą nad samą wodą i po urwiskach. Do tego mnóstwo powalonych drzew, trudnych do pokonania, tj. przeniesienia roweru. Jakieś małe piaszczyste wstawki, trochę błota i krótkie, ale strome górki. Część da się przejechać, część trzeba prowadzić rower, a gdzieniegdzie ostra wspinaczka. Ponownie muszę stosować technikę wypracowaną na schodkach: wyciskania Fata, hamulce i krok do przodu. Akurat wtedy dogonił mnie kolega na Gravelu i przyglądając mi się stwierdził: "jesteś jakąś współczesną wersją Jezusa". Chwilę później pojawia się jego kompan i krótko komentuje ten odcinek specjalny: "co za masochiści!". Kiedy już prawie opuszczałem ten OS, krzaki zerwały mi sakwę z widelca, która wpadła między koło a widelec. Rower staje błyskawicznie w miejscu, a ja nieomal przelatuję przez kierownicę. "Kur.., tego jeszcze brakowało" - krzyknąłem. Szybko wyciągam szarą taśmę i robię tymczasowe mocowanie, aby tylko móc jechać dalej. Pocieszam się, że to ponoć ostatni trudny fragment i teraz już powinno być względnie łatwo. Faktycznie, od tego miejsca zaczęło się już takie nawijanie kilometrów, choć nie znaczy to, że było łatwo. Trochę więcej asfaltów, ale też różnorakich fragmentów przez pola, z piaskami włącznie. Powoli zbliżał się wieczór, a ja byłem mocno w plecy z odległością od mety. Jeśli będę nocować, niemal na pewno nie zdążę na pociąg, albo dojadę na ostatnią chwilę. Trochę wahania i podejmuję jedynie słuszną decyzję: jadę przez noc! Tak czy owak to będzie ostatnia zarwana i do tego nie muszę szybko pedałować. Decyzję przypieczętuje stan mojej kostki, a właściwie całej lewej stopy. Jeśli pozwolę jej "ostygnąć", może być ciężko ujechać nawet kilometr. Teraz jakoś funkcjonuje i nawet tak bardzo nie odczuwam bólu. Powoli zapada zmrok, a ja czasem samotnie, czasem z dwoma kolegami, powoli posuwam się na przód. Późnym wieczorem trafiamy na jakiś Zamek, przez którego dziedziniec prowadzi trasa. Niestety, brama już zamknięta, trzeba objechać. Próbuję dalej, jakby od tyłu, ale tam ślepa uliczka i do tego jeszcze zaliczam glebę. Przy pomocy przypadkowego miejscowego rowerzysty, ostatecznie znajdujemy właściwą drogę i możemy kontynuować podróż. Ale koledzy chcą odpocząć i ponownie pozostaje sam. Zaczynają mnie boleć chyba wszystkie mięśnie w nogach i mam wątpliwości o słuszności mojej decyzji. Tempo drastycznie spada, chwilami z trudem utrzymuję coś w okolicach 10 km/h - czyżby górki? Po ciemku nic nie widzę, ale faktycznie co chwilę się wspinam. Jak tylko trafiam na oświetlony kawałek, a tych jak na lekarstwo, robię krótką przerwę i popijam energetyki. Zaliczam też jedną stacje benzynową i ciepły posiłek. To pomaga. Mijam piękną promenadę wysoko nad Wisłą, prawdopodobnie w Tczewie, ale nie mam czasu tego sprawdzać, ani nacieszyć się widokiem. Widokiem? W nocy? To tak swoją drogą... Gdzieś koło 2 w nocy kończą się przyjemniejsze odcinki, a trasa skręca gdzieś w pola. Chwila namysłu, czy by jednak trochę nie odczekać, bo już niebo zaczynało jaśnieć i ruszam dalej. Gruntowa droga biegnie tuż nad brzegiem Wisły, jest całkiem znośna, po za fragmentami mocniej zarośniętymi. Ponownie zaczyna się biczowanie nóg, na większych wybojach cierpi tyłek, a od czasu do czasu czuję ból w spuchniętej kostce. Bywa, że muszę sobie wrzasnąć coś niecenzuralnego z powodu opuchniętej i już cierpiącej stopy. Ciekawe ilu wędkarzy przestraszyłem? Przez głowę przechodzą w kółko te same myśli: "kiedy to się skończy? Czy tak już do samego ujścia? Będzie choć krótki kawałek asfaltu?" Niestety, zamiast czegoś łatwiejszego, mam znowu trochę jazdy po zarośniętych wałach. Końcówka to mieszanina piachu, betonu, kamieni i w końcu upragniony cel: Ujście Wisły! Dalej pojechać się już nie da. Szczęście nieopisane! Jestem! Choć z drugiej strony, tak na to czekałem, a teraz jakby widok był mi nieco obojętny. Zmęczenie? Długo tu nie zabawiłem i ruszyłem do mety. Świadomość, że to niedaleko, niosła mnie już chyba sama w sobie, Zapomniałem o kostce, zmęczeniu, wszelakich bólach i mocnym tempem kontynuowałem jazdę. Jedynie odpadająca sakwa na widelcu skutecznie ograniczała marsz. Próbuję coś z tym zrobić, ale bezskutecznie. Co kilkaset metrów poprawiam ją nogą. Radość niepojęta, kiedy mijam tabliczkę z napisem Gdańsk, choć dojazd do centrum się strasznie ciągnie. Jednak już czuję smak sukcesu! Jeszcze kilka zakrętów, jakieś mini rondo, kostka brukowa i już widzę namiot oraz machającego mi ręką człowieka. Dokładnie 7:01 wjeżdżam do namiotu i kończę jazdę. Jeszcze w to nie wierzę. Udało się! Przejechałem ok. 1200 km Fatem i to z niezłym wynikiem! Mało tego, będę musiał długo czekać na swój pociąg. Radość i niedowierzanie pomieszane z bólem i zmęczeniem. Organizator zadbał o nas i zapewnił na mecie wszystko co trzeba. Była ciepła kąpiel, śniadanko w formie Szwedzkiego Stołu, a nawet piwko! Mogłem się przebrać w czyste ciuchy, których miałem aż nadto w sakwach, bo zabrałem tego zbyt wiele. Luksus na całego! Ostatnio nie przywykłem... Nocna jazda była dobrą decyzją. Dotarłem na metę szybciej niż przypuszczałem, do tego wyprzedziłem pod koniec kilku zawodników. Chyba też zrobiłem niezłe wrażenie na organizatorze, jak i innych uczestnikach rajdu. Również moja pozycja była dobra, zwłaszcza jak na debiut w maratonie 1000 km+ : 35 miejsce. Cała trasa z odpoczynkami i noclegami zajęła mi dokładnie 119 godzin i 1 minutę. Tutaj jeszcze wspomnę, że na mecie czekała mnie nagroda specjalna: "Ruda". Wcześniej pisałem o zakładzie. Bardzo miła niespodzianka, choć szkoda, że fundator Tomasz Jankowski nie mógł być osobiście z powodu pracy. Klasa człowiek! Chylę czoła! Czasu sporo, toteż poświęciłem go trochu na sesję zdjęciową. Gdzieś 2:30 po mnie, dojechała pierwsza kobieta w wyścigu, amerykanka April Marshke. Miałem przyjemność pozować wspólnie. Dziewczyna przejechała trasę w niezłym czasie i do tego z uśmiechem na twarzy. Przyznam, że ja wyglądałem gorzej, zwłaszcza moja noga, ale nie dałem poznać po sobie... Podszedł do mnie nieco przejęty Leszek i zapytał: "mam nadzieje, że podobało się choć trochę?" Pewnie teraz wielu się zastanawia, co odpowiedziałem Leszkowi i czy zrobiłbym to ponownie, tj. wystartował? Tyle narzekania po drodze i przekleństw. Bez wahania powiem: TAK! To była mocna wyrypa, ale też wspaniała przygoda. Słyszałem nawet głosy, że to najtrudniejszy ultramaraton w Polsce! Wcale mnie to nie dziwi. Ale czy właśnie takie przygody nie wspomina się najlepiej? Czy nie chodzi o to, żeby podczas takiej imprezy pokonywać trudności i samego siebie? Tak to widzę. Między innymi dlatego, gdybym jeszcze raz miał zdecydować, czy chcę to pojechać, to na pewno odpowiedź brzmiała by twierdząco. Czy jednak chciałbym to powtórzyć? I tak i nie. Tak, bo było ciekawie i już teraz wiem z czym się to je. Po za tym, lubię jazdę w terenie, z dala od cywilizowanych dróg. Lubię takie wyzwania. Nie, bo już niczego nowego nie zobaczę. Pewnie będą jakieś zmiany na przyszły rok, ale z grubsza to będzie ta sama trasa. Po prostu trochę nudno, a jest więcej równie interesujących imprez, których jeszcze nie zaliczyłem. Osobiście polecam każdemu spróbować, żałować nie będziecie. Choć podczas trwania zawodów, sporo osób zrezygnowała z kontynuowania daleko przed metą. Paradoksalnie to dla mnie pozytywna recenzja... Wspomnę o czymś jeszcze, co mocno poprawiło mi humor. Otóż organizator RMDP uznał, że Wisła 1200 to maraton terenowy i zrobione przeze mnie 580 km w dwie doby w zupełności wystarczy, abym uzyskał kwalifikacje do RMDP Zachód! Tak więc już wiem, że oprócz kultowego Bałtyk-Bieszczady Tour, pojadę jeszcze jeden maraton. Wysiłek nie poszedł na marne. Początkowo planowałem, że kiedy dotrę do Gdańska, to na pewno wskoczę choć raz do morza. Niestety, na mecie byłem tak wymęczony i obolały, że nie chciało mi się nawet próbować dojechać do plaży. Jedyne o czym marzyłem, to wsiąść do pociągu i dojechać jak najszybciej do mojego domciu i wygodnego łóżeczka. Krótki objazd po zatłoczonym centrum Gdańska i kierunek Dworzec Kolejowy. Piękne miasto! Żal tak po prostu wyjeżdżać, ale już jutro muszę być w pracy. Wygodna podróż w Pendolino na zakończenie przygody. Gdzieś tam łezka pociekła, kiedy tak patrzyłem na chaszcze obok torowiska... Na koniec pewnie wielu chciałoby się dowiedzieć, czemu pojechałem Fatem? Czy nie mogłem przygotować bardziej odpowiedniego roweru, o którym wspominałem na początku relacji? Odpowiadam: mogłem. Ale chciałem zrobić to na tłusto z własnego wyboru. Co lepsze, nie byłem jedynym! Rajd ukończyły 3 Faty! Udowodniliśmy, że "Tłuścioch" to nie czołg na krótkie dystanse, ale zupełnie normalny rower, którym można o wiele więcej niż to się większości wydaje. Wiedziałem to nie od dziś, ale kończąc Wisłę 1200 z dobrym wynikiem, chyba udowodniłem, że Grubym można przejechać niemal wszystko. Nawet trudny ultramaraton.
    6 punktów
  2. Nie jest to może tak ciekawa informacja jak inne tematy poruszane na forum, ale może jednak warto o tym napisać. Do SON dotarły nowe kanapy Fot. FB SON
    5 punktów
  3. Nie wiem jaki masz problem z Saas Fee, ale w minionym sezonie spadło tam ponad 20 metrów śniegu, najwięcej w całej Europie. W listopadzie śniegu brakowało, trochę wiało. Z tych powodów start nie był udany, ale poniekąd usprawiedliwiony. Malkontentów Twojego pokroju oczywiście nie brakuje. Dla mnie trasy tam są świetne, super przewyższenia, nie do osiągnięcia w innych ośrodkach. Nigdy nie spotkałem się tam z kolejkami (prawdziwa zmora narciarstwa trasowego). O potencjale freeridowym i skiturowym można pisać godzinami, roboty jest na kilka sezonów. Jednak góry otaczające dolinę, ich wysokości i nachylenie powodują też olbrzymie zagrożenie lawinowe. To też powód dla którego ośrodek był wielokrotnie zamykany, zwłaszcza przy takich opadach jak w tym sezonie. Na szczęście za narciarzy (tych mniej odpowiedzialnych) myśleli pracownicy stacji. A niektórym i tak udało się (na własną odpowiedzialność) pojeździć. Dla mnie to najlepszy ośrodek freeraidowo-skiturowy w jakim jeździłem.
    3 punkty
  4. i jeszcze jedno cyt: Nasze miasto Szczecin Kilka dni temu przy ulicy Jasnej doszło do nieprzyjemnego zdarzania. Kobieta, która kierowała autem potrąciła psa. Stało to się na oczach właściciela. Pani ta nie zatrzymała się na miejscu zdarzenia, odjechała dalej. Świadek, który widział zajście, postanowił dogonić samochód. Doprowadził nawet do drobnej kolizji. Udało mu się zatrzymać kobietę. Ta wyjaśniła mu, że nie zrobiła niczego złego i nie jest winna całemu zdarzeniu. Jak się okazuje po części miała rację. Zgodnie z polskim prawem każdy pies podczas spaceru powinien znajdować się na smyczy. – Właściciel ma obowiązek utrzymywania psa na uwięzi. Jeśli tak nie jest, to może się liczyć z tym, że zostanie za to ukarany – tłumaczy Komendant Komisariat Policji Szczecin-Dąbie, nadkomisarz Andrzej Misiurka. – Dlatego jeżeli doszło do takiego zdarzenia, to w pierwszej kolejności do odpowiedzialności zostałby pociągnięty właściciel psa – dodaje. W związku z tym, jeśli nasz pies zostanie potrącony na ulicy, to my, a nie kierowca, jako pierwsi odpowiadamy za to zdarzenie. I to my będziemy musieli zapłacić za wyrządzone szkody przez naszego pupila. Dopiero później można będzie zająć się kierowcą, który dopuścił się takiego czynu. – Właściciel nie dopilnował swojego pupila i to to on ponosi za zdarzenie odpowiedzialność – wyjaśnia nadkomisarz. Nie zmienia to jednak faktu, że osoba, która potrąciła psa powinna zatrzymać się i sprawdzić w jakiej kondycji jest zwierzę. – Jeżeli jakiś pies wbiega nam pod koła samochodu, to nasze dobre wychowanie oraz ustawa o ochronie zwierząt mówią, że powinniśmy upewnić się, co mu się stało – wyjaśnia nadkomisarz. – Jeżeli tego nie zrobimy, wtedy możemy zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej, za to że pozostawiliśmy zwierzaka w cierpieniu. Z kolei jeżeli takie zdarzenie ma miejsce i jest przy tym właściciel psa, to też z czystej grzeczności powinniśmy zatrzymać się, przeprosić i pomóc jeżeli jest taka potrzeba – dodaje. – Bez względu na to czy pies ma właściciela czy nie musimy się zatrzymać i sprawdzić co się stało. Tak wynika z artykułu 25 ustawy o ochronie zwierząt – wyjaśnia Karolina Winter z szczecińskiego TOZ-u. – Artykuł ten nie różnicuje jakie to jest zwierze czy bezpańskie czy nie. Zawsze musimy mu pomóc. I nie chodzi wtedy o odpowiedzialność za zdarzenie, tylko o nasz obowiązek. Powinniśmy wtedy powiadomić lekarza weterynarii albo zadzwonić do schroniska, cokolwiek. Nie możemy pozostawiać takiego psa bez opieki! – apeluje. Jak twierdzi policja często zdarza się, że właściciele psów zgłaszają podobne przypadki. Najczęściej właściciele zwierząt nie zdają sobie sprawy z tego, że to nie kierowca, a oni odpowiadaja za zdarzenie i to oni mogą w związku z tym ponieść karę. – Przychodzą do nas bardzo zdenerwowani. Proszą o interwencję w swojej sprawie. Chcą ukarania kierowcy, domagaja się nawet ścigania takiego kierowcy, przynoszą spisane numery rejestracyjne - opowiada nadkomisarz. – Wychodzą zdziwieni, że to na nich spoczywa odpowiedzialność. http://szczecin.naszemiasto.pl/artykul/potracila-psa-na-oczach-wlasciciela-i-odjechala-ale-kto,3106512,art,t,id,tm.html
    3 punkty
  5. Policja działa na piątkę! Dziś kierowaca zostal zatrzymany i doprowadzony w kajdankach do prokuratury na przesłuchanie. Jak czytam komentarze to przychodzi mi na myśl przytoczenie pewnej reguły głęboko zakorzenionej w mentalności ludzi, szczególnie prostych. Często wine , lub jej czesc, przypisuje sie ofiarze. Gdy w samochodzie zostawisz aparat lub inną rzecz, znajdą się tacy, którzy przypisza ci winę , że ktoś to ukradł. Ładna dziewczyna, a już seksownie i wzywająco ubrana , jest winna gwałtu na niej. Właściciel najwyższego i najnowszego modelu nart jest winny ich zaginięcia, gdy zostawił je nie uwiazane, udając się do baru lub kibla.
    2 punkty
  6. Część z Was powołuje się na odpowiedzialność opiekuna za zaistniałą sytuację przytaczając przy okazji opisy rzeczywistych zdarzeń gdzie sprawca został uniewinniony. Oczywiście można się nad tym pochylić i dyskutować w przypadku, kiedy mówimy o wtargnięciu dziecka czy zwierzęcia pod samochód i nieumyślnym jego potrąceniu. Jednak tutaj mamy do czynienia z bardzo prawdopodobnym UMYŚLNYM POTRĄCENIEM przez kierowcę poprzez celowy manewr samochodem co jest niedopuszczalne i powinno być piętnowane na każdym kroku ! Jeśli zarzuty wobec kierowcy się potwierdzą są na to odpowiednie paragrafy i facet powinien ponieść zasłużoną karę. Ponieważ kolega Jeeb przytoczył przykłady to ja też posłużę się dwoma z wielu jakie można znaleźć w necie. Nie ma znaczenia w tym przypadku czy zabito psa siekierą czy autem bo oba są narzędziami czynu zabronionego. Ważne jest czy kierowca zrobił to celowo. Dariusz K., który pod koniec lipca tego roku zabił swojego psa, został skazany przez sąd na karę jednego roku pozbawienia wolności oraz zakaz posiadania zwierząt przez okres ośmiu 8 lat.Mieszkaniec wsi w okolicach Wągrowca, używając obucha i ostrza siekiery, zabił młodą sukę, której był właścicielem. O zdarzeniu zawiadomił sąsiad oskarżonego, co umożliwiło natychmiastowe przeprowadzenie przez funkcjonariuszy Policji oględzin miejsca zdarzenia i zabezpieczenie nieżyjącego zwierzęcia.Przygnębiającym dowodem sprawstwa była dokumentacja fotograficzna oraz opis obrażeń, sporządzony przez weterynarza, jakich doznał pies Mężczyzna, który z premedytacją miał przejechać psa w Olsztynie, nie uniknie kary. Kierowca był poszukiwany od kilku dni. Trafił już w ręce policji. Zatrzymany mieszkaniec Olsztyna jest podejrzany o znęcanie się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. Za przestępstwo, którego się dopuścił, grozi kara 3 lat pozbawienia wolności. Kierowca busa potrącił przebiegającego przez jezdnię psa, wycofał i ponownie po nim przejechał. Całe zdarzenie zarejestrowały kamery monitoringu miejskiego. Mimo, że od samego początku znane były numery rejestracyjne pojazdu, to jego właściciel nie przebywał w miejscu zamieszkania – wyjaśnia podkom. Mariola Plichta, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie. - Szereg czynności operacyjnych i dochodzeniowych, które wykonali funkcjonariusze, pozwoliły na zebranie takiego materiału dowodowego by przedstawić kierowcy busa zarzuty. Mężczyzna został zatrzymany na terenie Olsztyna i przewieziony do komendy. Jak podają funkcjonariusze, podczas przesłuchania przyznał się do potrącenia psa, ale nie umiał w racjonalny sposób wytłumaczyć swojego dalszego zachowania.
    2 punkty
  7. @Jeeb tu nie chodzi o to by karać kierowców, ani o to by nie karać właścicieli psów. Ja miałem różne psy przez kilkadziesiąt lat i nikt ich nie przejechał. Chodzi o to by minimalnym nakładem sił (to jest naprawdę bardzo łatwe do ogarnięcia) nie przejeżdżać zwierząt, niezależnie od tego czy są bezpańskie czy mają właścicieli. Przypadek celowego polowania samochodem na psa jest oczywiście szczególny i wymaga osobnego rozpatrzenia. Zwierzęta też czują ból, tak trudno to zrozumieć...
    2 punkty
  8. Pies to tylko pies i od tego jest by biegać, nie ma Twojego rozumu (a gdyby pod/obok koło/a tira biegalo dziecko argumentację byś miał taką samą? Dla mnie pies to przyjaciel, a przyjaciół się chroni, a takich kierowców napiętnuje...
    2 punkty
  9. Ja nie oceniam zachowania kierowcy, tylko staram się uświadomić że samo patrzenie na wykonywanie wyroku na człowieku wymaga mocnych nerwów. Jeżeli ktoś pisze, że najchętniej potraktowałby innego człowieka obcinając mu ręce, nogi, czy głowę, to staram się mu uświadomić, że nie jest to takie proste jak klepanie w klawiaturę. Uczestnictwo w zwykłej sekcji zwłok nawet jako widz pozwala odpowiedzieć sobie na pytanie czy byłbym zdolny pokroić drugiego człowieka. Mitek, w Polsce gdy jeszcze istniała instytucja kata, to najczęściej katem byl przestępca, któremu darowano karę w zamian za wykonywanie wyroków śmierci w imieniu Państwa. Że tak się wyrażę, osoby te miały odpowiednie przygotowanie ;). Dlatego śmieszy mnie pisanie, że ktoś byłby gotów poobcinać innemu człowiekowi ręce, nogi a może i głowę, stąd moje pytanie jak by się do tego zabrał.
    2 punkty
  10. @johnny_narciarz - powodzenia trzymam kciuki za końcowy sukces! jedziesz na tłuściochu?
    1 punkt
  11. Czas wrocic do watku głównego... Już w ten piątek startuje w tytułowym BBT o godzinie - niestety - 22:35. Mógłbym rano, ale wtedy zabiorą mi 10 godzin z limitu czasu, więc wolę wieczór. Mój nr startowy: 65 Śledzić mnie będzie można tutaj: http://bbt2018.1008.pl Jedyne co mnie martwi to pogoda. Tyle czasu trwała susza, słoneczko, ciepło... No to w sam raz na start ma się to zkisić ... 😠
    1 punkt
  12. no i w ten sposób dołączyłeś do grupy jednym słowem witam w klubie, zapewne też nie mam pojęcia o czym piszę ale do tej pory jeszcze nigdy nie spowodowałem wypadku ani nie przejechałem żadnego żywego stworzenia (owadów na szybie nie liczę) mam nadzieję że biegli sądowi będą w stanie ocenić przebieg wypadku Pozwoliłem sobie skopiować obrazki dla tych co nie mają FB Ciężarówka opuszcza baze, prędkość minimalna, piesek przy kole (szare kółko)- zapewne szczeka, kierowca musi go widzieć. Proszę zwrócić uwagę na krawężnik po prawej stronie i zwężenie jezdni (czewona strzałka -moja) kawałek dalej, ułamek sekundy przed fatalnym skręceniem kół w lewo, kierowca w tym miejscu podejmuje decyzję, co ma jeszcze do wyboru ? - stop (wyjść z szoferki i przegonić pieska ) -dalej prosto po krawężniku i do rowu - w lewo, piesek nie zdążył odskoczyć patrzy w lusterko, piesek się rusza - kierowca jedzie dalej nie stoję ani po stronie pieska (rozumiem ból tych co go znali) ani kierowcy ale żeby zaraz czapa, obcinać ręce i nogi to lekka przesada
    1 punkt
  13. Podsumujmy zatem temat. 1. Po medialnej nagonce ze strony internautów, policja zatrzymała i doprowadziła w kajdankach do prokuratury "groźnego przestępce", który zrobił krzywdę jednemu zwierzęciu a jego umyślnego zamiaru jeszcze nie udowodniono. 2. W tym czasie tysiące ludzi w bestialski sposób traktuje i zabijania miliony zwierząt, w tym samym kraju i systemie prawnym, będąc zupełnie bezkarnym ani nawet nie wzbudzając specjalnego sprzeciwu opinii publicznej. 3. W tym samym czasie duży % spraw (jaki dokładnie proszę sobie sprawdzić w źródłach) zgłaszanych na policję (Np. kradzieże, pobicia, napady) jest umarzanych a rola policji ogranicza się do spisania protokołu. Przykro mi, że rzeczywistość w Polsce wygląda tak jak w tych punktach powyżej. I nie, nie piszę nie na temat, jedynie nie uczestniczę w Waszej nagonce i próbach samosądu.
    1 punkt
  14. @johnny_narciarz Jak sobie przypomnę (przypomnimy) Macieja Pateraka cztery lata temu siedzącego na Klimczoku i narzekajacego na kolano .... że boli i że kapucha z kolanem od dłuższego czasu... To chyba teraz widzę (widzimy) relacje i opisy, który robi inny człowiek. Maciek, jeszcze raz gratulacje od nas.
    1 punkt
  15. W piątek Maciek rozpoczyna kolejne wielki wyzwanie. Tym razem od Bałtyku do Bieszczad i ponownie ponad 1000 km. Dzięki za końcową relację Wisła 1200, udało się dokończyć w ostatniej chwili przed nowym ultramaratonem. Powodzenia i daj znać gdzie można Cię śledzić. Prośba do @JC jeśli jest techniczna możliwość o dostęp do wyników na żywo jak przy Wisła 1200
    1 punkt
  16. Niestety piszesz nie na temat, rozmawiamy o czymś innym...
    1 punkt
  17. W obydwu sytuacjach dziecka i psa, miałbym żal do rodzica i właściciela. Wolałbym nie być zmuszany do uwzględniania tego typu wtargniec na drogę.
    1 punkt
  18. Dementuję - jeździ jako Reprezentant Polski ale klubowo w swojej stajni - jednocześnie w owej stajni ma bardzo obiecującą, jeszcze młodą ale już medalową ekipę co w ogromnej mierze jest jego zasługą. Ja na ME występowałem w barwach organizatora wyrabiając kilometry na piechotę. Pozdrowienia oczywiście przekażę, na pewno będzie wiedział o kogo chodzi .
    1 punkt
  19. Napisało się "A" .. pora na "B" choć zmęczenie daje się we znaki .. .. czy dzieci roczników 2007 i młodsze radzą sobie na wymagającej trasie SL startując z dużej rampy? Dziś wiemy, że tak choć na "harpaganów" nie wyglądają ;). .. jak brzmi Mazurek Dąbrowskiego w Hiszpanii? Doskonale - zagrany pięć razy brzmi jeszcze lepiej. .. czy w kategorii Masters ktoś może dorównać Bogusławowi Topolskiemu? Na dziś nie. .. jak wygląda podium, którego wszystkie trzy miesca zajmują młode polskie zawodniczki? Całkiem ładnie. .. czy nocny slalom równoległy w sercu hiszpańskiego miasteczka podgrzewa emocje do czerwoności? Oj tak .. .. kilka innych odpowiedzi znaleźć można na stronie www.xamascada.com lub busząjąc za tagiem #xamascada #inlinealpine na FB czy Instagramie. Piękne doświadczenie, doskonała organizacja, cenna lekkcja dla zawodników, trenerów i osób związanych z inlinealpine w Polsce. Kolekcja medali potwierdza, że zawodnicy z orzełkiem za turystów nie robili. Mamy "dziurę" w kategoriach Junior A / Senior ale wygląda na to, że jest kim i dzięki komu gonić świat. Mistrzostwa Europy za nami. Następny przystanek - trochę pozostająca w cieniu Serbia a od 6 września wielkie emocje w Warszawie - prolog pod Stadionem Narodowym, Otwarte Mistrzostwa Polski i finał Pucharu Świata na Agrykoli. Pozdrawiam, M.
    1 punkt
  20. To co cytuje @Jeeb to oczywista oczywistość. Szkoda strzepic sobie języka i rozwodzić nad przeróżnymi wypadkami z udziałem zwierząt. Człowiek jako istota rozumna jest zawsze odpowiedzialny za każde zdarzenie. Psy, konie, krowy, pchły nie są pociągane do odpowiedzialności za swe czyny. A jednak są wśród nas tacy, którzy pociągają do odpowiedzialności głupie zwierzę i wymierzaja mu karę za jego nieodpowiedni czyn, do śmierci wlacznie. I tu należałoby się zastanowić nad stanem umysłu takiej osoby. I tylko dlatego napisałem w "chce wam powiedziec" o Rockym, bo nie potrafię sobie wyobrazić jaka trzeba mieć osobowość aby celowo rozjezdzac psy. Nie chce zapedzic się zbyt daleko w rozważaniach, ale jak długa jest droga od rozjezdzania psów łamiących prawo drogowe od rozjezdzania pijanych czy gapiów łamiących zasady ruchu drogowego. U niektórych wydaje się króciutka.
    1 punkt
  21. po ostatnim sezonie już nie mogę patrzeć na to Saas Fee ale za kilka lat na pewno jeszcze tam pojadę
    1 punkt
  22. A mnie boli, że pies został rozjechany (prawdopodobnie umyślnie) i ginął w męczarniach, reszta to tylko konsekwencje zdarzenia.
    1 punkt
  23. Sprawa zgłoszona na Policję. Zostanie przeprowadzone śledztwo i jeżeli będą podstawy sprawa znajdzie swój finał w sądzie. Na podstawie filmu nie jestem w stanie ocenić ani zachowania ani motywów kierowcy. To będzie ustalone w trakcie śledztwa, kierowca jak i świadkowie zostaną przesłuchani i na tej podstawie zostanie wydany wyrok. Czytając niektóre opinie odnoszę wrażenie, że wyrok już zapadł i niektórzy chcieliby dokonać samosądu. Może wstrzymajmy się z obcinaniem części ciała tego kierowcy do chwili ogłoszenia wyroku.
    1 punkt
  24. Lot musiał być ciężki.... Trzymać tylko kciuki za powrót do zdrowia.
    1 punkt
  25. Wracając do pierwszego posta w tym wątku - Ania dzięki pomocy internautów wróciła już szczęśliwie do Polski ....... "Ze złamanym kręgosłupem, odleżynami i zrostami, ale przynajmniej pełna nadziei. Polka ranna w wypadku helikoptera w Kirgistanie wróciła do kraju dzięki pieniądzom od internautów. - Dzisiaj przespałam pierwszą noc od 6 tygodni! " https://wiadomosci.wp.pl/polka-wrocila-z-kirgistanu-wielki-sukces-internautow-matka-nie-kryje-wzruszenia-6286732159059585a
    1 punkt
  26. Udało się w piątek wieczorem dojechałem do domu, uzbierało się prawie 1000km, później mała relacja.
    1 punkt
  27. Prosze o nie zamieszczanie zdjęć Solisko Arena ze Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego na naszym forum. Zdjęcia wykonywane są bez zgody dyrekcji ośrodka.
    0 punktów
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...