Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
07.07.2020 - 07.07.2020
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 07.07.2020 uwzględniając wszystkie działy
-
W niedzielę wybrałem się na krótką przejażdżkę w kierunku jeziora Goczałkowickiego. Miało być ok 45 km 🚴, wyszło prawie 80 😃. W trakcie pokonywania kolejnych kilometrów odwiedziłem zamek w Grodźcu wraz z ruinami kościoła. Następnie wspiąłem się na górki koło Iłownicy, aby podziwiać wspaniałe widoki na okoliczne stawy. Po przejechaniu przez krainę żab i bocianie ruszyłem przez lasy w kierunku zapory w Goczałkowicach. Na zaporze, jak zawsze, sporo spacerowiczów, więc postanowiłem podjechać, nad położone koło Pszczyny, jezioro Łąka. Tam, to dopiero były tłumy 🙈. Odwiedziłem Spot do którego jeździłem wiele lat temu i postanowiłem wracać. W planie był jeszcze posiłek, świeży sandacz, e okolicach Ochab. Był pyyyszny! Mijając Skoczów, najedzony, przy pięknym zachodzącym słońcu dotarłem do domu.7 punktów
-
Kolejna wycieczka Miała być stówka z Paulą, ale późno wyjechaliśmy i trzeba było skrócić dystans, bo po godzinie 21, to już się słabo jedzie i człowiek bez oświetlenia mało widoczny jest. Wyszło 86...i to też dobrze biorąc pod uwagę, że w ciągu dnia skwar sięgał w słońcu +31 stopni. Jazda w tlenie, z tętnem średnim 138 - to jak dla mnie 2 strefa. Mapa: Dzisiaj mało zdjęć...i głównym celem była moja Druga Połowa Przerwy były dwie - jak skończyła się droga, drugi raz...na siku Klimatyczne bajorko po drodze Mazowieckie klimaty... Dzisiaj na trasie były dwa podjazdy. Jeden przed Głowaczowem 5%...i za Brzózom 6% I na szczycie 😮 Krówki Łany... Lasy... ...czego chcieć więcej? Weekend rowerowo udany Łącznie z wczorajszym, wieczornym, mocnym treningiem oraz wcześniejszą wycieczką nad Wisłę przekręcone ponad 250 kilometrów. Pozdro!!!3 punkty
-
Już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł wybrania się na dłuższą trasę fitnessem po terenach przygranicznych. Ale najpierw były zamknięte granice, potem nie było czasu, albo pogoda nie taka. W końcu jednak przyszedł ten dzień i przekonałam Darka, abyśmy wybrali się na konkretną wycieczkę. Jednodniowy wypad do Meklemburgii odpada - ze względu na ograniczenia wjazdu, ale można przecież jeździć w Brandenburgii! Tak więc zaplanowaliśmy wyjazd transgraniczny - zachodniopomorsko-brandenburski, a dokładniej mówiąc fragment szlaku Odra-Nysa prowadzący Doliną Dolnej Odry. Nie była to nasza pierwsza wizyta w tych rejonach - bywamy tam co najmniej dwa razy w roku, nie licząc kilkudniowej wyprawy od Zgorzelca do Szczecina, zaliczonej trzy lata temu. Grunt to wcześnie wstać i mieć dość czasu w zapasie. O 5.40 radośnie obudziłam Darka stwierdzając, że kanapki na drogę gotowe i żeby się szykował . Szykował się i szykował - wyruszyliśmy o 6.40 . O tej porze w sobotę nie spodziewałam się dużego ruchu na ulicach Szczecina, ale jednak przejazd takimi rowerami przez miasto do komfortowych nie należał - światła, krawężniki, krzywa kostka, remonty dróg. Przy lekkich rowerach przeznaczonych na szosę dużo bardziej się to zauważa, niż przy turystycznych trekkingach. Skierowaliśmy się w stronę Rosówka - najbardziej na północ wysuniętego przejścia granicznego z Brandenburgią. Na granicy: Było jeszcze wciąż dość wcześnie - około 9.00 i ruch samochodowy na szosie B2 nie był zbyt duży. Zdecydowaliśmy się dojechać nią do Gartz (Oder), gdzie można wjechać na szlak. Po drodze trochę górek, ładne widoczki i czereśnie przy drodze. Ale tak przy ruchliwym asfalcie, to chyba niezbyt smacznie i zdrowo - choć szpakom zupełnie to nie przeszkadzało! W oddali - panorama Gartz. Na starówce odszukaliśmy bankomat, żeby wybrać trochę euro w gotówce. Do tej pory zwykle omijaliśmy ją bokiem, jadąc promenadą nadodrzańską, a to całkiem ładne miasteczko. Ruina kościoła św. Szczepana, z aktualnie remontowaną wieżą: A potem odszukaliśmy ławeczkę nad Odrą, gdzie zainstalowaliśmy się na drugie śniadanie. Klasyk z Gartz - czyli fotka z pomnikiem na pamiątkę trzech zburzonych mostów przez Odrę. Teraz najbliższy most jest w Gryfinie-Mescherin albo w Krajniku-Schwedt. Kawałek za Gartz znów jedziemy szosą, bo szlak biegnący koroną wałów przeciwpowodziowych jest od dwóch lat w remoncie, a objazd prowadzi niezbyt wygodną drogą z płyt. Od wioski Friedrichstal wracamy na Oder-Neiße-Radweg, najpierw kawałeczek przez las, a potem już nad kanałem w Dolinie Dolnej Odry. Niestety cały czas dokucza bardzo mocny wiatr - południowo-zachodni - więc mamy centralnie "w mordę wind". Na wałach przeciwpowodziowych fatalnie - jedziemy 15 km/h, mam wrażenie że zaraz mnie zdmuchnie, a przecież bynajmniej nie jestem kobietą filigranowej budowy ! Proszę Darka, aby podjął się roli "wiatrołapa" i jakoś chowam za nim, wtedy jest nieco lżej. Zbliżamy się do Schwedt, przed którym trasa prowadzi malowniczym mostkiem nad śluzą w kanale Odry: Samo Schwedt - spory ośrodek przemysłowy z niewielką, ale ładną starówką - mijamy bokiem i dalej zmagamy się z wichrem, mając jako rekompensatę takie widoki: Chwila odpoczynku w Criewen. Tutaj mieści się centrum informacyjne Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry oraz ciekawy pałac z ogrodem - warto zajrzeć. My jednak tym razem tylko przysiadamy na ławeczce obok drogowskazów: Kolejne miejsce to wioska Stolpe z górująca nad wioską wieżą obronną z XIII w. Czyż to nie jest idealna trasa na rowery szosowe? Jedziemy, jedziemy i dojeżdżamy do Hohensaaten, gdzie kilka łódek właśnie się śluzuje na kanale. Ale przez cały dzień nie widzieliśmy ani jednej barki na Odrze. Czyżby żegluga towarowa wciąż nie rozkręciła się po lockdownie? Tutaj po raz pierwszy rzucił nam się w oczy wyjątkowo wysoki stan rzeki. Prawdopodobnie fala kulminacyjna na Odrze, po ostatnich intensywnych opadach na południu Polski. właśnie dotarła na południowy skraj naszego województwa i przeciwległe tereny po niemieckiej stronie. W wielu miejscach jest dużo wody na terenach zalewowych na zewnątrz wałów. Jeszcze kilka kilometrów i już jesteśmy w Hohenwutzen. Jest 13.30 - pora na obiad. Proponuję, abyśmy zjedli w knajpce na Polenmarkcie w Osinowie Dolnym, ale Darek stwierdza, że ogórkową czy pierogi to on ma w domu i że chce prawdziwego Bratwursta . No cóż, w takim razie idziemy do Gasthofu w Hohenwutzen - Darek dostaje swojego bratwursta i piwo, a ja stek drobiowy z grilla i niemieckiego radlera, w przyjemnym ogródku, prawie przy rzece: Na Polenmarkt jedziemy i tak - uzupełnić picie na powrotną drogę, bo pusto w bidonach. Darek na moście granicznym: Odra-Oder. Potężna rzeka, która wreszcie znów łączy, a nie dzieli ... W Osinowie, na targowisku Polenmarkt, po tygodniach zastoju koronawirusowego, znów tętni życie: A my w tył zwrot i wreszcie z wiatrem. Niemiecki brzeg i polski brzeg: W powrotnej drodze wybieramy wariant przy wieży widokowej, czyli bliżej rzeki. Niektóre drzewa stoją całkiem w wodzie. Ale wysoki stan Odry jeszcze bardziej widoczny jest z góry, z wieży: Na kolejnym zdjęciu widać po koronie drzewa, jak mocno wiało! Niestety wiatr przyniósł też chmury frontowe i gdy byliśmy na wieży - zaczęło kropić. Na szczęście póki co - przelotnie i wkrótce przestało. Owieczki pod Friedrichsthal: W samej wiosce pstrykam taką oto aktualną dekorację - ma ktoś fantazję! Dalej pedałujemy do Gartz i odbijamy w kierunku granicznej wioski Staffelde, a następnie na polski Szlak Bielika. Na granicy po raz drugi: Namówiłam jeszcze Darka, żeby skręcić przed Pargowem (ostatnia polska miejscowość na zachodnim brzegu Odry) w lewo, wzdłuż granicy, kawałeczek na górkę z widokiem na Odrę. Mimo, że droga gruntowa, to dało się podjechać szoszówkami. Ładnie, bardzo ładnie! W wiacie w Pargowie robimy ostatni popas na kanapki. Chmury jednak coraz bardziej gęstnieją - nie ma co się rozsiadać, trzeba jechać, szczególnie, że już prawie 19.00. Jedziemy kiepskim asfaltem do Kamieńca, a potem superancką DDR-ką do Kołbaskowa, wśród dojrzałego zboża - chyba wkrótce żniwa! Żeby nie wracać przez Szczecin, wybieramy trasę na zachód od miasta - przez Smolęcin i Karwowo. Kilka podjazdów na wzgórzach stobniańskich - w gratisie. Malownicze ruiny kościoła w Karwowie: Zaraz za wioską niestety znów zaczyna padać i deszcz towarzyszy nam - mocniejszy czy słabszy - prawie całą drogę do domu. Kolejna rowerowa inwestycja w gminie Kołbaskowo, czyli DDR-ka Karwowo-Warnik: Dalej już było tak paskudnie, że nie robiłam zdjęć. Największą ulewę przeczekaliśmy na przystanku w Dołujach - podjechał autobus do Szczecina, ale nie, nie złamaliśmy się! W siąpiącej mżawce dzielnie popedałowaliśmy w stronę Dobrej Szczecińskiej . W domu byliśmy o 21.15 - jeszcze po widoku, zgodnie z planem. To była długa trasa - przy niezbyt sprzyjającej pogodzie, ale przejechana w całkiem dobrej formie, choć niezbyt szybkim tempie. No to pierwszą "dwusetkę" mam za sobą.2 punkty
-
Ja bez fotek tym razem ale mały sukces. Dwojka z przodu czyli 5 latka w niedzielę zrobiła wg Stravy 24km. W tym trzy place zabaw, wejście na wieżę szybu Prezydent... oczywiście tempo dziecięce, przystanki po drodze itp. Mimo to, zaczynam się obawiać co będzie za parę lat Myślimy nad całodniową wyprawą do dziadków.2 punkty
-
Po sobotnich ekscesach niedzielna rundka miała być lajtowa, przyjemna i - dla odmiany - raczej jak najmniej asfaltu. Udało się to ostatnie, bo chyba najgorszy moment dnia sobie z Darkiem wybraliśmy . Cały dzień straszna wichura, ale ciepło, a w prognozach deszczu nie zapowiadano. Może się przejedziemy? Ale na trekkingach, żeby ... siodełko było inne. Dobra, siadamy po obiedzie na trekkingi - nie jest źle. To może do Stolca przez łąki nad Świdwiem? Pokręcimy coś koło 30 km, wypijemy browarka nad jeziorem Stolsko na spółkę i wrócimy szutrówkami przez las? Jedziemy najpierw "patatajką" - czyli drogą z płyt w budowie w kierunku rezerwatu Świdwie. Du, du, du, du. Potem przez łąki rezerwatu Świdwie. Gwałtowne porywy bardzo utrudniają jazdę, a pomimo wczorajszego deszczu polne drogi miejscami są znów bardzo piaszczyste. A do tego zaczyna padać. Rzucam bardzo niecenzuralne przekleństwa na tegoroczne lato. Dojeżdżamy do Stolca. Po raz kolejny siedzimy tutaj pod wiatą przystanku, przeczekując deszcz. Jaka nazwa, taka pogoda ... Gdy na chwilę przestaje, zaglądamy nad jezioro - sporo osób, pomimo kiepskiej pogody, choć do zdjęcia akurat znalazłam moment bez ludzi. Wracamy przez dwie szutrówki, a potem gruntowymi drogami przez las. Gdy jesteśmy kwadrans drogi od domu - deszcz przestaje padać, a wiatr słabnie. Wkrótce nawet pokazuje się słońce, akurat jak dojeżdżamy pod naszą bramę.2 punkty
-
Cześć Kontynuując płynięcie kanałem dojechaliśmy do najbardziej upierdliwego odcinka pomiędzy wypływem z Serw a śluzą Swoboda. Prosta chyba ze 4 km albo lepiej, później łuk i za nią następna, już krótsza ale równie upierdliwa. Śluzę Swoboda przywitaliśmy z ulgą: Stąd został nam już tylko "rzut beretem" na Studzieniczne. Była jeszcze koncepcja śluzowania się na Białe i kończenia w Gołej Zośce ale płynięcie prawie 8 km pod silny wiatr nikomu tak naprawdę się nie uśmiechało więc na śluzie Przewięź skończyliśmy: Normalnie oczywiście nie wolno ale o tej porze roku jeszcze nikogo nie było więc miły Pan śluzowy pozwolił nam przepakować się na swoim trawniczku, podsuszyć rzeczy i czekać na transport. Cały spływ udało nam się zrealizować bez żadnych zakupów, wioząc wszystko ze sobą (wysępienia połowy bochenka chleba od jakiegoś gościa nie liczę) a całkowity koszt wyniósł około 300-320 pln na osobę z transportem z Warszawy, wynajmem sprzętu, opłatami za pola oraz jedzeniem bez alkoholu, który każdy zapewniał sobie we własnym zakresie ale spożycie i tak było wspólne. Pozdro2 punkty
-
Morze, piasek... "zagraniczne wczasy". Bułgaria żyje we wspomnieniach starszych pokoleń jako wymarzone miejsce odpoczynku. Egzotyczne miejsce kiedyś (nie lubię tego określenia). Wśród młodszych pokoleń jako tanie miejsce na wakacje. Wśród pracowników branży turystycznej obsługujących ruch turystyczny nad morzem - jako najgorszą klientelę. Bułgaria kojarzy się mniej więcej tylko z wybrzeżem. Nie... Mała, biedna bałkańska republika która nie poradziła sobie najlepiej z rzeczywistością od początku lat 90tych. Jeden z piękniejszych górskich krajów Europy w którym dane mi było być. Spędziłem w Bułgarii tydzień - 7 lat temu. Chodziłem kilka dni po górach Piryn, oraz zwiedzając kraj. Bułgarię zapamiętałem pozytywnie. Mam w pamięci spotkanych w górach ludzi, przypadkowego kierowcę którego zatrzymałem żeby mnie podwiózł - opowiadał że Bułgaria jest dnem bo tutaj wszyscy kradną z rządzie. Uśmiechniętą rodzinę która także zabrała mnie na autostop w kierunku Buzłudży. Maszynistę oraz kierownika pociągu osobowego relacji Trojan - Lewski w środkowej Bułgarii z którymi przegadaliśmy 3 godziny o naszych krajach. Konduktorkę w starym radzieckim trolejbusie ZiU-9 miasta Wraca która zażartowała że we wrześniu jeszcze noszę krótkie spodnie (było chłodno dla niej). Wraca była pierwszym bułgarskim miastem które zobaczyłem po wyjściu z pociągu Budapeszt - Sofia. Smutne bloki na tle majestatycznych gór Starej Płaniny. Wraca, wracam. Pod koniec lipca lecę do Bułgarii na tydzień. W góry. Będą to wyśnione wczasy, po ograniczeniach w podróży, Bułgaria wydaje się być spełnieniem marzeń. Jeśli macie wspomnienia, rady, itp będę wdzięczny. Planuje zrealizować 2 dniową wycieczkę po Starej Płaninie (centralna część), i 2 dni w Pirynie. Moje zdjęcia z przed kilku lat.1 punkt
-
Może pierwsze spróbuj, a potem porozmawiamy?! Ja przetestowałem krem. Wiele razy, na ostrym słońcu, sprawdziłem jego działanie i uważam, że jest bardzo dobry. Nie jest to tylko moje zdanie. Krem miało okazję testować wielu moich znajomych, którzy to zdanie podzielają. A jeżeli porównujesz go do Dermosanu, to... nie bardzo mamy o czym rozmawiać.1 punkt
-
Cześć A mnie zabił Techniczny Krem Ochronny Manaslu Extreme Outdoor SPF50 itd. Mistrzostwo świata za ściemnianie! Jak znam życie to kosztuje pewnie z 10 razy tyle co zwykły dermosan. Pozdrowienia1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Na stronie z opisem ośrodka Ischgl dodałem najnowszy cennik skipassów na sezon 2020/2021, który ważny jest także w Kappl, See i Galtuer1 punkt
-
Cześć Takie słowa od Mistrza... Jak coś do mnie spłynie z Liwca to wstawię. W każdym razie Mariusz celuj w pływanie jak masz czas w weekend bo woda na rzekach wysoka chyba się jeszcze utrzyma a jest zabawa. Pozdrowienia1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Z miasta, wzdłuż rzeki i nad rzekę, a właściwie nad Królową - Wisłę. Szosą z Radomia do Elektrowni Kozienice, ujście Radomki przez okolice i w Puszczy Kozienickiej - łącznie wycieczka na 123 kilometry. Ciekawych zdjęć zrobiłem całą masę, więc nie ma co mitrężyć... ...zaczynam fotorelację z dzisiejszej wyprawy Kilka zakrętów i mijam radomskie lotnisko. Jak widać na poniższym zdjęciu trwają pracę nad pasem startowym. Skręcam w stronę bliskiej sercu miejscowości dla @gregor_g4, Kozłowa. W Jastrzębi w lewo i po raz pierwszy przecinam Radomkę przed miejscowością Bartodzieje. Jak widać, wody jest dużo, po zalanych łąkach widać, że było zdecydowanie więcej. Mijam Bartodzieje i w Woli Goryńskiej kieruję się w stronę Głowaczowa. Tu na szosie niespodzianka, nowy dywanik... Mazowieckie klimaty? Proszę! W Głowaczowie skręt w prawo, w kierunku do Brzózy i ponownie przecinam Radomkę. Tym razem miejsce dosyć, na forum, pokazywane przeze mnie, w relacjach kajakowych. W tym miejscu widać wyraźnie, że wody dużo. Pod mostem na sztucznym progu aż się kotłuje. Tutaj woduje się masa spływów komercyjnych. Dzisiaj również na wodzie kolorowe łódki. Sporo jeszcze na brzegu, grupa zbiera się do wypłynięcia. Ten odcinek rzeki Radomki (Brzóza - Ryczywół, bądź ujście do Wisły) polecam wczesną wiosną, w tych porach roku znajdziemy tutaj masę pięknej przyrody i spokój. Na poniższym zdjęciu jezdnia z Brzózy, w kierunku na Ryczywół. Zakręt w lewo na trasę Kozienice - Góra Kalwaria i po kilometrze w prawo, kierunek miejscowość Kłoda. Tutaj Radomka uchodzi do Wisły. Po drodze mijam koniki i rowerzystów tubylców Tutaj droga się kończy...jak by się dobrze rozpędzić, to... ...wpadłoby się prosto w wody dwóch rzek Mamy tu następujący znak i oznaczenie. Robię krótką przerwę... ...i szybko uciekam. Cała zgraja komarów mnie dopada!!!! Szosa wzdłuż wsi biegnie na skraju Radomki, widoki z tego miejsca są... No właśnie, jak byście nazwali te widoki? 😮 Koniki z bliska W szerszej perspektywie, u góry, po lewej stronie widoczne wody Wisły, na pierwszym planie mniejsza z rzek. Jadę w kierunku Elektrowni Kozienice, gdyby nie ilość a w zasadzie mnogość słupów wysokiego napięcia można by rzec, że jest tu przepięknie...tfu... jest przepięknie! Ziemie tutaj żyzne! Uwielbiam lato, gdy zboże już wysokie. Klimaty... Tutejsze asfalty są świetnej jakości! Docieram ponownie nad brzeg Wisły. Robię przerwę, jem batona i podziwiam raz masę wody, dwa olbrzymie zabudowania Elektrowni. Wody i tu masa. Główki się przelewają, wędkarze którzy zazwyczaj tutaj łowią ryby muszą szukać innych miejsc na ryby. Wejść się nie da, kamienie całkowicie zalane. Przy Elektrowni trwa praktycznie cały rok pogłębianie dna. Czym to się robi? Tym... W szerszej perspektywie wygląda, to tak: Elektrownia z miejsca mojego postoju? Proszę podziwiajcie tego olbrzyma 😮 Jednak wolę taki widok... ...niż taki 😮 Wracam, w stronę domu Tym razem w Brzózie kieruję się w stronę Radomia. Po drodze podziwiam pola, górki, tutejsze lasy i puste drogi. Pięknie Dzisiaj mam treningową jazdę w tlenie, więc mocno pilnuję tętna by nie osiągać dużych zakresów. Jadę sobie wolno, nieśpiesznie. Mijam mazowieckie wioski Robię trochę głupie rzeczy... puszczam kierownicę, wyciągam aparat i robię zdjęcia w trakcie jazdy Muszę skończyć z takimi praktykami... no ale... bociany... Zbliżam się ponownie do Puszczy Kozienickiej. W lesie jest chłodno i przyjemnie Droga powoli się wznosi i są tutaj nawet nizinne serpentyny Sto pierwszy kilometr i znowu krótka przerwa. Powód? Rzeka Pacynka... strasznie malownicze miejsce. Pozostałości po tamie, to już tylko kilka betonowych ruin... Po młynie, który był nieopodal nie ma już nawet fundamentów Jest tutaj czyściutko i na tej małej rzeczce występuje podobno pstrąg. To zasługa radomskiego koła wędkarskiego, który kilka lat temu prowadził tutaj zarybienia. Ostatnie zdjęcie mojej maszyny... ...i swoją wycieczkę kończę w osiedlowej pizzerii na jedzonku, coli i lodzie Za mną 123 kilometry Ręce, nogi czerwone... opalenizna kolarska jest wyraźna po dzisiejszym, słonecznym i ciepłym dniu. Mapka: Paula dzisiaj pracowała...więc wieczorem, gdy trochę się schłodzi czeka mnie jeszcze trening. Jutro kolejna wycieczka, tym razem już we dwoje Pozdrawiam serdecznie marboru1 punkt
-
Witam serdecznie Trochę ponad miesiąc temu robiłem rezerwacje w Tignes 20.12-29.12 za 560€ app 4 osoby-dwie sypialnie na Airbnb możliwość zwrotu gdyby coś .... Z tego co widzę dalej można śmiało coś zaklepać w klimacie studia 30m2 dla 4 osób w tej cenie . Puch gwarantowany. Skipasy 55€ za dzień Tignes & Val d'isere. Myśle ze ośrodka nie trzeba przedstawiać . Byłem na przełomie lutego i marca 2020, puszek wywrotkami wywozili .Bylo rewelacyjnie , każdy znajdzie napewno coś dla siebie . Polecam a km nie powinny być przeszkoda 😉 pozdrawiam1 punkt
-
Od maja odkrywam na nowo m.in. Beskid Wyspowy. Jest to bez wątpienia mój ulubiony Beskid, który przechodziłem cały w dzieciństwie. Udało mi się wejść na Ćwiliń, Lubogoszcz oraz Luboń Wielki. Wycieczkę najlepiej zacząć od kawy po turecku... Pierwsze w tym roku borowiki ceglastopore. Jedne z moich ulubionych grzybów, rzadko zbierane. Na każdej wycieczce staram się poświęcić trochę czasu aby coś pozbierać i przywieźć do jedzenia. Grzyby, rośliny, etc. Maj, to miesiąc zbierania pędów sosny z których można zrobić syrop/nalewkę, lub surowe młode pędy poszatkować i dodać jako posypkę do np. spagetti (polecam!) Prawie jak buka...1 punkt
-
Cześć 4 dnia mieliśmy płynąć od śluzy Kudrynki na jezioro Studzieniczne gdzie w okresie licealnym spędzałem wakacje i gdzie jest zajebista miejscówka na cyplu na przeciwko wyspy. Pogoda lekko zweryfikowała nasz plan. Po śniadaniu: I próbie nawiązania kontaktu z rodziną: Zwodowaliśmy się i ruszyliśmy na zachód. Płynięcie po kanale nie należy do jakichś wyjątkowych przeżyć a i kolejne śluzowania połączone z niewielkimi opadami deszczu nie należały do pasjonujących: więc momentami z nudów dostawałem po prostu piany: Na szczęście nasze prośby aby zaczęło się coś dziać zostały wysłuchane: (Tak mnie więcej od połowy jest już fajniej ale wcześniejsze minuty ładnie tworzą klimat) 25 Kanał grad.MP4 Miałem już na wodzie różne akcje pogodowe ale pierwszy raz grad przecisnął mi wodę prze fartuch. Kto pływał to wie, że fartuch wytrzymuje ciśnienie wody w całkowicie zanurzonym czy wywróconym kajaku bez problemu. Po opadzie zrobiło się dość zimno i zdecydowaliśmy się (nie byłem rzecznikiem tej decyzji bo najgorzej płynie się "na rozruchu" a na następny dzień został nam najbardziej upierdliwy odcinek kanału i tylko parę godzin ale trudno) na postój na bardzo cywilizowanym prywatnym polu biwakowym. 5 dzień przywitał nas równo padającym deszczem. Gdzieś do godziny 7.30, poważ nie rozważaliśmy przeniesienie sprzętu na drogę i zamówienie samochodu ale później się przetarło i można było nie uprawiać wiochy tylko płynąć dalej, choć humory były słabe...bo to ostatni dzień.1 punkt
-
Cześć Sobota przywita ka nas raczej chłodno. Szybkie zwijanie obozu aby było "na sucho" a później trochę błądzenia po okolicznych wzniesieniach w poszukiwaniu jakiejś telefonicznej sieci gdyż uprzedzono nas, że chcąc płynąc odcinkiem granicznym musimy się najpierw zameldować Straży Granicznej. Udało nam się w końcu na trzy razy podać imiona nazwiska i pesele. Końcowy odcinek Czarnej Hańczy jest chyba najładniejszy. Rzeka płynie przez las dość wartko. Na meandrach są fajne skarpy i zdarzają się nawet jakieś zwalone drzewa. Nawet ciężko sobie wyobrazić co tu się dzieje w sezonie. Pól namiotowych jest bardzo dużo a zdarzają się okresy, że na każdym nocuje po kilkadziesiąt osób! Po godzince dopływamy do mostu w Rygolu. Tutaj postój w celu ewentualnych zakupów. Chłopaki szukają sklepu - bez efektu - a my z Jarkiem siedzimy pod jakąś wiatą przeczekując deszcz. Tutaj Czarna Hańcza częściowo przekopem a częściowo starym korytem jako Szlamica odchodzi na wschód w kierunku jeziora Szlamy, które przecina granica z Białorusią. My cofamy się przed most do łącznika z Kanałem Augustowskim. Płyniemy na wschód w kierunku granicy. Mamy przed sobą dwie śluzy. Pierwsza to Tartak, na której nie ma nikogo oprócz wędkarzy. Nie czekając, przerzucamy kajaki przy jazie spustowym i płyniemy dalej w kierunku śluzy Kudrynki. Jak widać pogoda jest przeciętna. Dawno nie płynąłem w czapce. Sluzowanie idzie tutaj sprawnie w dzięki uprzejmości Pana śluzowego będziemy mogli rozbić się na terenie śluzy wracając. Teraz przed nami już tylko kawałek do granicy i nią do ostatniej dostępnej z polskiej strony, granicznej śluzy Kurzyniec. Pasa granicznego nie sposób przeoczyć. Później, według zaleceń Straży Granicznej należy płynąć przy polskim brzegu i nie przekraczać środka rzeki, który przed samą śluzą na rozlewiskach wyznaczony jest przez naszych przyjaciół z Białorusi eleganckimi słupami. Przy śluzie odwracamy dzioby na zachód i wracamy do Kudrynek na nocleg. Wieczór przy ognisku z pieńka przywiezione w luku z Warszawy. Pozdrowienia1 punkt
-
Cześć No to płyniemy dalej... Na jeziorze Postaw zatrzymujemy się w Bazie Rybackiej WPN. Cały czas chcemy kupić bilety do Parku. Zazwyczaj dostaje się bilety z kajakami i od razu płci ale byliśmy pierwsi w tej bazie w tym roku i nie byli przygotowani. Baza była oczywiście zamknięta ale obok budynku stał samochód i jakiś gość na oko wyglądający na parkowca. Szukając miejsca na siku zagadnąłem go czy przypadkiem nie ma biletów lub nie wie gdzie kupić. Niestety... dziwił się trochę, że nie dostaliśmy w AsTourze ale rozumie sytuację i w końcu powiedział, że jako pierwsi możemy płynąc bez biletów i pojechał. Na drodze miął się z innym samochodem, tym razem oficjalnym parkowym z nalepkami, który do nas podjechał. Spytaliśmy się o bilety już tak proforma i nadmieniliśmy, że Pan z którym się minął pozwolił nam płynąć bez. Okazało się, że człowiekiem, który zgodził się, żebyśmy płynęli bez biletów był Naczelny Dyrektor Wigierskiego Parku Narodowego. Więc mamy luz! Dalej rzeka wije się nienerwowo wśród trzcin. Jest na tym odcinku dość szeroka, płynie w terenie otwartym, momentami zbliżają się do niej zabudowania. Gdy zdecydowanie skręca na północny-wschód zostawiając po prawej stronie spore rozlewisko to znak, że jesteśmy w Maćkowej Rudzie. Musieliśmy się tu zatrzymać aby kolega wymienił fartuch bo wyposażył się w niepasujący do dziury, od innego modelu kajaka. Okazja do pozbycia się śmieci bo odpoczywać nie ma za bardzo po czym. Po dalszej godzince dopływamy do Budy Ruskiej i jakiegoś prywatnego pola. Szybko rozbijamy namioty. Dwóch kolegów zostaje w obozie a my we trójkę płyniemy około 1 km w dól rzeki aby znaleźć wejście do małego lewobrzeżnego dopływu Gremzdówki. Gremzdówką chcieliśmy dostać się do Jeziora Gremzdy ale rzeczka pod prąd zabrała nam zbyt dużo czasu a jak ostatnie gamonie nie zabraliśmy czołówek więc trzeba było wracać mniej więcej po przepłynięciu połowy zamierzonego odcinka. Rzeczka o tej porze roku była nieprzetarta ale niosła tyle wody, że spłynięcie było dość szybkie. Pod prąd szło jak ... pod prąd małą rzeczką czyli targanie. Po dopłynięciu do obozu, już po zmroku byłem tak zmarznięty, że musiałem iść się przebrać do namiotu i chwilkę się ogrzać w śpiworze no i .... obudziłem się rano. Piątek to wspaniała pogoda aczkolwiek zimno. Korzystamy z prywatnej plażki na mały postój i wypicie jakiegoś izraelskiego czy greckiego trunku. Za gościnę zostawiamy 5 pln w puszeczce na stoliku. Dzień mija dość szybko. Na nocleg stajemy w Dworczysku przed mostkiem zaraz za leśniczówka Łozki (w nowym zupełnie wydaniu). CDN. Pozdrowienia1 punkt
-
Cześć No będę się starł Cię nie zawieść. Jutro jadę do kumpla po całość materiału zdjęciowego i filmowego ze spływu więc będę się rozwijał. Znając, życie to pewnie wpłynęli w Szlamicę w okolicach Rygola bo tam jest taki nieewidentny skręt przed mostkiem a rzeka aż zaprasza do płynięcia prosto. Obecnie aby płynąć odcinkiem granicznym trzeba się zarejestrować w Straży Granicznej z podaniem składu osobowego peseli itd. Była z tym zresztą niezła zabawa z powodu braki sieci. Lataliśmy po jakichś górkach aby dokonać tej rejestracji. Powiedziano nam jednoznacznie, że trzeba się trzymać cały czas polskiego brzegu a przybicie do brzegu sąsiadów może się równać z odprowadzeniem pod bronią i kwarantanną. Byliśmy tam pierwsi w tym roku co dodatkowo wzmożyło czujność służb. O babciach czy dziadkach nie było mowy. Wszystkie sklepy po drodze były nieczynne - liczyliśmy się z tym więc całość towaru mieliśmy ze sobą. Pierwszy spływ nie weekendowy, który udało się zrobić, bez żadnych zakupów. Śluzowi - jak byli - witali nas delikatnym pukaniem się w głowę. Zresztą cała idea płynięcia szlaku Czarnej Hańczy w tym okresie wynikała z faktu, ze w sezonie spłynąć się nim normalnie po prostu nie da. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
Cześć O podróży Czarna Hańczą do Kanału, Kanałem do Niemna i do Druskiennik pisał już tutaj kolega Gerald. Nasze plany nie były takie ambitne. Chodziło o zwiedzenie szlaku Czarnej Hańczy z jakimiś bokami i dopłynięcie do Augustowa. Czarna Hańcza obecnie pływana jest zasadniczo tylko od Wigier. Górny odcinek jest, ze względu na małą ilość wody i rezerwaty, praktycznie niedostępny dla normalnego pływania na ciężko, bo trzeba kajaki nieść lub ciągnąc na długich (rzędu kilometrów) odcinkach a dwa razy trzeba przewozić. Mieliśmy pięć dni i stąd taka drętwa z punktu widzenia idei spływów decyzja aby odpuścić górę. Zaznaczam, że chyba dałoby radę po konsultacji z parkiem uzyskać zgody na spływ rezerwatami - jakby co służę kontaktami. Zdecydowaliśmy więc zacząć na Kamionce - małej rzeczce wpadającej do Wigier - dostępnej dla kajakarzy od granic parku narodowego. Wody na Kamionce okazało się dosyć by jakoś płynąć pomimo obaw, graniczących z pewnością Pana z AS-Touru, który nas woził po okolicznych mostkach aby znaleźć najwyższy z którego da się spłynąć (Dzięki). Byliśmy pierwszą ekipą, która w tym sezonie brała kajaki z bazy w Maćkowej Rudzie. Nie powitano nas kwiatami ale za to Pan od razu się wyluzował z maseczek i innych rękawic jak zobaczył, że jesteśmy normalni. Każdy - jak to AS Tourze - dostał to co chciał. Były więc dwa Prijony (pierwszy raz płynąłem Prijonem z komorą wypornościową w dziobie - bezsens), dwa Trapery i Trek. Po wypłynięciu na Wigry - koledzy chcieli opłynąć sobie półwysep z klasztorem (imponuje mi ta budowla, i całe założenie zagospodarowania tej wysepki (bo pierwotnie to była wyspa gdzie Jagiełło czy inny nasz władca postawił sobie dworek czy zameczek), zawsze odkąd ją zobaczyłem po raz pierwszy) a ja - jako, że jezioro z kajaka już widziałem nie raz popłynąłem przez przepust rurowy pod mostkiem i później im naprzeciw, żeby wszyscy zmęczyli się tak samo. Pozdrowienia1 punkt
-
1 punkt
-
Cześć Na jesieni... - nie wiem, nigdy Biebrzy jesienią nie widziałem. W Goniądzu spędziłem chyba dwa Sylwestry - bardzo śnieżne. A na przełomie wiosny i lata wygląda tak: gdzieś w górnym biegu takie fajne biwakowisko w namiotach z drewna spałem pierwszy raz w rezerwacie ciężko wyjść z kajaka bo teren oznakowany przez gospodarzy to Twoje ulubione miejsce a tak się kończy. Kajak jeszcze na Biebrzy a widok na Narew. Pozdrowienia serdeczne1 punkt







