Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
16.07.2021 - 16.07.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 16.07.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
PIEKŁO NA STELVIO 48 zakrętów, ca. 1850m przewyższenia przy średnim nachyleniu 7,4% na odcinku 24km od Prato allo Stelvio (Prad am Stilfserjoch) – taką trasę wybraliśmy, jest jedną z trzech wariantów podjazdu – prawdziwe PIEKŁO KOLARZY. To był kolejny dzień po rozgrzewce, nasz drugi dzień pobytu w Alpach. „Ta góra jest chora” – powiedział do mnie kolega od żółtej szosy. Ja popłakałam się jak byłam już na szczycie. Wspinaczka zajęła mi jakieś 7,5h łącznie z postojami. Spore rozczarowanie spotkało mnie już na początku wspinaczki, kiedy zorientowałam się, że nie mam już lżejszego biegu 😄 (tarcze:46/30, kaseta:11-34). To był mój pierwszy pobyt w górach na rowerze. Pierwszy raz jeździłam na takiej wysokości i nie spodziewałam się, że jestem AŻ tak słaba ! Nie byłam w stanie utrzymać koła grupki niemieckich turystów w czerwonych koszulach..hehe, już na samym początku podjazdu – na pierwszej serpentynie z numerem 48. Trasę można podzielić z grubsza na dwa etapy – odcinek o mniejszym nachyleniu w lesie i odcinek poza lasem gdzie zaczyna się R Z E Ź. O ile w lesie każdy jeszcze wygląda jako tako, to z biegiem redukcji ilości zakrętów (numeracja maleje od podstawy podjazdu do szczytu) lwia część uczestników tego szalonego czynu zaczyna przypominać rozgrzany piec. Każdy wylewa siódme poty, każdy uprawia trening mentalny - prawdziwą walkę ze samym sobą i z tą piekielną górą. Dla mnie najtrudniejszy był odcinek w lesie. Człowiek nie widzi końca a zakręty mijają bardzo wolno z uwagi na długie odcinki drogi po między nimi. Niby nie widzisz nachylenia, niby jest niewielkie, a jednak płuca się wypluwa. Zresztą, zobaczcie sami jak to wygląda: Jednak im wyżej tym częściej drzewa ustępują i pojawiają się takie momenty: Wyjechałam z lasu i to był moment pierwszego wzruszenia – tak, jest !!! Widzę już szczyt. Mam nawet zdjęcie z tego miejsca – to była piękna chwila !!! Telefon mówi, że zdjęcie zostało wykonane o 13:48, wiec zostało mi jeszcze około 2h wspinaczki, gdzie procent nachylenia wynosił 8-12%. Jest już coraz wyżej i brak tlenu daje się mocno we znaki. Zdecydowana większość rowerzystów pozdrawia się nawzajem i wspiera się na tej morderczej trasie. Jak już byłam trochę wyżej i widziałam dokładnie wszystkie curviątka, które prowadzą na szczyt – wiem, bo je wtedy policzyłam ! Zobaczcie, jednak nie wszyscy wyglądali jak piece. Byli tacy, którzy prezentowali się niczym Vincenzo Nibali na Giro :-D: Trasa ponad lasem jest trudniejsza. Są dużo większe przewyższenia i ekspozycja słoneczna, nie ma się gdzie schować. Jest naprawdę gorąco. Pokonywanie kolejnych serpentyn idzie jednak sprawniej, odcinki pomiędzy nimi są krótsze. Zdecydowanie wolę tą formę wspinaczki. Jednak nadal się bardzo ciężko. Pamiętam jak, stanęłam na jednym z zakrętów , spojrzałam w górę i pomyślałam – „o jprdl, przecież to nie jest możliwe, żeby tam podjechać” – jedna z serpenty wisiała mi dosłownie nad głową :-D. Na szczęście można było zatrzymać się na chwilkę pod pretekstem wykonania dokumentacji fotograficznej hehe. Widoki zapierały dech w piersiach: Wreszcie byłam coraz bliżej szczytu. Tak sytuacja przedstawia się tuż tuż prze końcem (acha, tam gdzie widać pasmo drogi które zawija się za zboczem wypada mniej więcej 2/3 podjazd, licząc od dołu – czyli najdłuższego odcinka leśnego po prostu nie widać) : Na szczycie czekał na mnie kolega od żółtej szosy: Wjechaliśmy razem, ale w innym czasie. On wyprzedził mnie o jakieś 1,5h, a ma dużo twardsze przełożenie. Szacun dla niego, bo połowę podjazdu zrobił stojąc na pedałach. To jest widok ze szczytu najbardziej stromej części podjazdu: Zdobycie szczytu tej przełęczy, a w szczególności emocji, które temu towarzyszą, atmosfery morderczego podjazdu, a także wsparcia innych rowerzystów, motocyklistów oraz kierowców samochodów osobowych nie da się opisać – wszyscy kibicują !!! Na każdym kroku widzisz podniesione kciuki i słyszysz dopingujące klaksony. Coś niesamowitego !!! Jak wreszcie zakończyłam już wspinaczkę i byłam na szczycie, to zachowywałam się tak jak Mark Cavendish, który w tym roku wygrał swój pierwszy etap na TdF. Łzy szczęścia i niedowierzanie, że to mi się udało !!!!! Miałam też wrażenie, ze gratulacje spływają do mnie z całego świata (chociaż były to smsy od najbliższego grona znajomych ). O pracy mentalnej, którą wykonałam w czasie podjazdu mogłabym założyć chyba osobny watek na skionline O Stelvio dowiedziałam się dwa miesiące przed wyjazdem, od koleżanki. Wpisałam wtedy nazwę do Googla i już wiedziałam, że chcę tam pojechać. Wszystko zaczęło się od zakupu nowego roweru pod koniec zeszłego roku. Potem włączyłam przez przypadek Eurosport i natknęłam się na któryś z początkowych etapów Giro – no i poszło….. Teraz planuje zakup szosy. Chciałabym pokonać Stelvio właśnie na szosie, tak jak robi to Grande Giro. To moje kolejne marzenie. Mogę Was zapewnić, że było bardzo ciężko, ale życzę Wam wszystkim, abyście choć raz w życiu pokonali tą przełęcz. Po wyczerpującej wspinaczce czekał mnie jeszcze bajeczny, lecz ekstremalny zjazd. Wybraliśmy wariant przez Szwajcarię, zamykając trasę w pętlę. Strona Szwajcarska wygląda tak: Wyjechaliśmy z domu o 8:30, około 9:00 zaczęliśmy się wspinać. Ja ukończyłam walkę o 16:15, kolega o 15:00. Zjazd zajął nam około godziny. W domu byliśmy w okolicach 9:30. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi :))) Dziękuję za uwagę 🙂 Do następnego razu !!22 punktów
-
Rozgrzewka przed Dniem Piekła Kolarzy 🚲 W zasadzie na dzień przed. To był ostatni moment, bo w górach mogliśmy spędzić 3 dni, przy czym drugi był przeznaczony na Piekło. Dziś przedstawię Wam dzień pierwszy we włoskich Alpach, które znałam dotychczas tylko i wyłącznie z zimowych wyjazdów narciarskich, chociaż też nie do końca bo akurat w zachodniej części Południowego Tyrolu nigdy wcześniej nie byłam. Do Włoch jechaliśmy we trójkę jednym autem z trzema rowerami na dachu. Ruch był spory, przyznam, że nie spodziewałam się 12sto godzinnego dojazdu . Na granicy DE/AT i AT/IT bez kontroli. Wszyscy mieliśmy jednak paszporty covidowe i zarejestrowaliśmy swój pobyt na włoskiej stronie rządowej. Na miejscu przy zameldowaniu nikt nie wymagał od nas ani certyfikatu ani potwierdzenia rejestracji pobytu. Rozgrzewka polegała na przystosowaniu się do wysokości (chociaż wiadomo, że jeden dzień to za mało) oraz przygotowania mięśni na Piekło. Na tzw. przystawkę przed Daniem Zero pokonaliśmy przewyższenie 625m na długości ok.15km. Najwyższa rzędna - 1566m npm, ze startem z poziomu około 950m npm. Były więc i podjazdy i zjazdy gdzie rower rozpędzał się do steki w trzy sekundy (takie przynajmniej miałam wrażenie). Na co dzień mieszkamy na nizinach, więc takie wysokości były już dla nas odczuwalne. Po odespaniu trudów podróży, śniadaniu oraz kawusi wyruszyliśmy na trening. Po krótkiej wspinaczce naszym oczom ukazał się taki widok: Potem było już tylko gorzej: Trasa którą wybraliśmy w większości była drogą rowerową. Zamierzaliśmy objechać całe jezioro, które oplata z jednej strony gładki niczym lico młodej dziewanny asfalcik, o taki...... .....a z drugiej nawierzchnia szutrowa. Kolega na szosie z "opąką 25" musiał w tamtej części przemieszczać się drogą dla samochodów (ja i mój D. mamy grawele). Tutaj cała rowerowa trójca na jednej focie: Faktycznie objechaliśmy jezioro, pożerając po drodze różne pyszności: Po udanej wspinaczce i obczajce okolicy ruszyliśmy w dół. W teorii, bo żeby zjechać te 600m w dół trzeba było jeszcze trochę podjechać w górę:-))) O tutaj widać zdradliwy początek tego zjeździku: Jadąc w dół ćwiczyłam zachowanie zimnej krwi przy dużych prędkosciach i sprawdzałam skuteczność hamulców tarczowych. Spadek nie wydawał się zabójczy, ale potem na Stravie po analizie statsów wyszło, że jednej niepozornie wyglądającej górce rozwinęłam prędkość 70km/h !!! Tutaj jest jej początek (to co widać to podjazd, zjazd z drugiej strony). A tak sytuacja przedstawiała się na wzniesieniu pola, które widać na powyższym zdjęciu. Cóż...to tyle, jeśli chodzi o rozgrzewkę. Ciekawa jestem ilu z Was wie co czekało mnie następnego dnia - założę się że większość już się domyśla. Dzień Zero czyli to co nazywam Piekłem Kolarzy opiszę Wam w następnym odcinku :))))) Pozdrawiam serdecznie :*** STAY TUNED7 punktów
-
Serio serio 😁 To mój pierwszy rowerowy wyjazd w góry. Jakiekolwiek. Jestem człowiekiem z nizin, góry znam tylko z sezonu narciarskiego. Wcześniej pytałeś o żółty rower mojego kolegi. To prawdziwa perełka. Rama została wykonana na zamówienie w szczecińskiej stajni Orłowskiego. Jest stalowa, widelec zresztą też. To było 25 lat temu. Jak kolega przestał trenować w klubie, rower przeleżał długi czas w garażu, ale ostatnio, przy okazji powstania naszego nieformalnego szczecińskiego grupetto - przeszedł wymianę części (koła i opony, kokpit, sztyca z siodłem, grupset) i rzutem na taśmę podjechał na Stelvio :))). Kolega nie planuje zmiany roweru na inny, bardziej ….karbonowy 😁😁😁5 punktów
-
@barattolina Gratulacje!!! Aczkolwiek co do jednego nie mogę się zgodzić: to nie jest Piekło Kolarzy, to jest Raj3 punkty
-
Raczej nie - to akurat wyjątkowy palant jest i żaden lekarz nie pomoże....(ale to inna historia) Tak czy siak równie dobrze mogłem napisać "nigdy nie mów nigdy". Z jednym i drugim twierdzeniem się zgadzam. Ot taka wtrącona "wolna myśl".. w żadnym razie nie mająca na celu wywołania ataku histerii... 😄 Apeluje do wszystkich .. WIECEJ LUZU - MNIEJ NAPINKI.. Zdrawim Mitku !😉3 punkty
-
Cześć Urodziłem się w czasach jego świetności czyli 79’,pamietam druga połowę lat 80’ tak jak piszesz ,betonowe place do tenisa i nie tylko były przy każdej szkole,czy większym osiedlu . Na w-f pamietam jak dziś,że zajęcia często były z odbijaniem piłki od ściany sali szkolnej . Jednak, lata 70 czy 80 to panteon sukcesu piłki nożnej,czyli ekipy Górskiego czy Piechniczka . Choć początkiem 90’ to sukces wielki TdF Zenek Jaskuła i granie kapslem z koszulką lidera. Piękne czasy,większość spędzaliśmy na zewnątrz, aktywnie,totalna odmiana do dzisiejszej rzeczywistości dzieci i młodzieży . Choć cieszy jak młodzi którzy wchodzą w panteon wybitnych potrafią promować i nie unosić swojego czoła ku górze nie potrzebnie . pozdrawiam serdecznie2 punkty
-
2 punkty
-
Brawo, @barattolina - wielkie gratulacje! Niesamowity wyczyn 👏👏👏. Dla mnie taki wjazd to kosmos.2 punkty
-
2 punkty
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Polityka parku stoi chyba w rozkroku pomiędzy ochroną zasobów naturalnych a turystyką. To jest biedny region - przemysłu nie ma, rolnictwo - niespecjalnie, samo Drawno jest raczej zaniedbaną dziurą, więc postawienie na turystykę byłoby jakąś perspektywą dla mieszkańców. Pytanie brzmi - na jaką turystykę? Szlak kajakowy Drawy jest kurą znoszącą złote jaja, więc tak jak pisałam - wyczyszczono ją wycinając parę lat temu przejścia w największych przeszkodach i zrobili tę jedną przenoskę. Pływałam, gdy nie było tych ułatwień, ale mogę zrozumieć powody, dla których to zrobiono i na pewno będę pływać dalej. Wciąż jest też jeszcze nieco mniej popularna Korytnica, choć i tam z roku na rok jest w weekendy coraz więcej ludzi. Trzeba przyznać, że park bardzo dba o pola biwakowe - są regularnie sprzątane, jest infrastruktura - kubły, wc, wiaty, stojaki, pomosty, drewno na ognisko. Zadbano o wytyczenie, oznakowanie i utrzymanie atrakcyjnych szlaków - pieszych, rowerowych, konnych - na które praktycznie nikt nie przyjeżdża. Te pozostałe aktywności są bardzo niszowe - mnie osobiście to pasuje, bo nie chcę, żeby było tu jak na Mazurach czy nad morzem i na razie chyba się nie zanosi. Poza polami biwakowymi baza noclegowa i gastronomiczna jest słaba. Nie ma tu hoteli, spa ani innych rozrywkowych miejsc. Są w zasadzie trzy wioski bez popegeerowskich bloków, gdzie działają jakieś agroturystyki i kilka pól nad jeziorami, gdzie przyjeżdżają kampery - ostatnio coraz ich więcej. To chyba jest główny hamulec, dlaczego ten region nie przyciąga zbyt wielu osób. I niech taki balans zostanie.1 punkt
-
Cześć Tak została zniszczona na początku lat dwutysięcznych Łyna za Lidzbarkiem. Mówię Ci Magda jaka to tam była piękna rzeka. Już dość szeroka i bardzo szybka, niezwykle piękna widokowo i dzika, a jednocześnie łatwa, dla każdego. Odcinek z Lidzbarka do Bartoszyc płynęło się może 3h a tam jest chyba ponad 20 km. Zbudowano dwie elektrownie i po rzece. Wiesz moim zdaniem piękno takich odcinków polega na tym, że są trudniejsze niż Czarna Hańcza. Po to się tam to cholery jeździ = bo jest inaczej, ciekawiej, bardziej dziko. Jest taka przenoska na Warcie w Działoszynie - nabudowano pomostów, jakichś krętych kładek, itd. Teraz wszystko niszczeje, wygląda jak ruiny. Ciężko się nawet zorientować gdzie płynąć i jak wyciągać, wszędzie pękające deski i wszechobecne gwoździe, którymi niszczysz sprzęt, buty, stopy... bo się jakiś regulator napiął. A wystarczyło po prostu nie przeszkadzać naturze. Po pierwsze takie pomosty generują większy ruch co jest jakby w sprzeczności limitowaniem. Po drugie jest to raczej sprzeczne z ideą Parku Narodowego. Po trzecie zaburza się naturalną selekcję. Znam (nie jeden!) przypadki gdzie ludzie, zostawiali cały sprzęt gdzieś w krzakach i dzwonili "z mordą" do firmy wypożyczającej, żeby sobie zabrali bo oni płynąć i płacić nie będą bo był kołek i się nie dało. Takich ludzi na rzekach nie chcemy! Ci co chcą, docenią piękno i dzikość, wszędzie sobie przeniosą świetnie się bawiąc. To co niebezpieczne szybko piłą delikatnie przytną, żeby następni oczu nie stracili i jeszcze śmieci po wieśniactwie zdążą zebrać. Taka prawda Magda. A co do Korytnicy to strasznie mnie ciągnie ten temat. Sama wiesz ile jest takich rzeczek na jeden dzień czy na dwie godziny sytych i szybkich, gdzie trzeba jechać "na wodę" i na pusto. Logistycznie to jednak zupełnie co innego niż robimy w tej chwili. Ale jest to pomysł znakomity tylko ogarniać go trzeba inaczej. Dobrze jest mieć możliwość popłynięcia pewnych odcinków dwa razy lub przerzucenia się na inną rzekę. Prawda jest taka, że: Po pierwsze - uważam, że technicznie jestem za kiepski (jeszcze ) na szybkie rzeki ze zwałkami. Jak przepłyniemy na ciężko taką np. Łupawę przy większej wodzie, bez problemu - będę gotów. W taką zabawę muszę wciągnąć Amelkę i Kacpra bo będzie im się podobało na bank. Rybelek już przeciera szlaki w tej kwestii. Były w weekend na torze w Drzewicy ale jeszcze nie puścili ich samodzielnie na tor bo by się pozabijały - jak to stwierdził Pan , ale pomysł na weekendowe wypady znakomity i będziemy realizować. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
Wczorajszy spontaniczny jednodniowy wypad na Drawę. Jadąc rano na umówione z dalszą rodziną spotkanie w wypożyczalni kajaków nawet nie do końca było ustalone, który odcinek i którą rzekę będziemy spływać. Po przedstawieniu wszystkich za i przeciw mieli podjąć decyzję, ponieważ płynęły z nimi dzieci, a grupa miała zróżnicowane umiejętności. Zwyciężyła chyba jednak chęć przygody nad chęcią wygody i popłynęliśmy od Drawna na Bogdankę. Cudowna pogoda - słońce, temperatura ok. 27 stopni, woda w jeziorach niestety trochę kwitnie, widać to po rzece. Przez cały dzień minęliśmy się może z pięcioma innymi kajakami. Spokój, cisza - mimo iż to środek wakacji. Drawa parkowa od bodajże dwóch sezonów (może dłużej, nie pamiętam) jest rzeczywiście trochę wyczyszczona z największych przeszkód, co w połączeniu z wysokim stanem wody po ostatnich opadach sprawiło, że tylko w jednym miejscu - za kładką w Konotopiu jest kłoda, której nie da się ominąć. Jest też jedna przenoska ze slipem dla kajaków przed biwakiem Barnimie. Ale to już od paru lat. Zamieszczam kilka zdjęć z wczorajszego dnia: Pozdrawiam.1 punkt
-
Cześć Ja też pochodzę z czasów Fibaka i - tu Mariusz z pewnością potwierdzi - jego sukcesy w tamtych czasach można porównać z Małyszomanią. Ja mieszkałem przy dużym parku, w którym było sporo wielkich asfaltowych (takie były czasy) placów. W promieniu 200 metrów od bloku, w którym mieszkałem powstało wtedy 6 kortów, a wszystkie okoliczne ławki były zaanektowane na "siatki", bo normalna siatka była praktycznie niedostępna. My mieliśmy to szczęście, że byliśmy gnojami, których rodzice rozumieli tę pasję więc i oryginalna siatka się znalazła i kort był zwymiarowany co do cala, nawet grubość linii była prawidłowa i słupki do naciągu siatki oryginalne. Niestety nie przełożyło się to w żaden sposób na sukcesy sportowe ale pamiętać należy, że jest wysoce prawdopodobne iż, rodzice dzisiejszych Hurkaczy pierwszy kontakt z tenisem mieli dzięki Panu Wojciechowi, który jest nie tylko wybitnym sportowcem ale po prostu wybitnym człowiekiem. Pani Radwańskiej nigdy specjalnie nie lubiłem choć miała sporo chwil, że grała fantastyczny tenis. Jako osoba słabego zdrowia musiała nadrabiać innymi elementami i wielokrotnie jej się to udawało. Sprytne i nietuzinkowe zagrania to jej wizytówka. W porównaniu z nią Pani Iga genetyczne papiery na granie ma perfekcyjne. Oby tylko nikt tego nie zaprzepaścił. Tutaj niestety jest słabo bo żyjemy w kraju wyjątkowej głupoty mediów i "kibiców", którzy żądaniami, oczekiwaniami i ciśnieniem byliby w stanie zniszczyć granitowy posąg a co dopiero 19-letnią dziewczynę. Miejmy nadzieję, że ma na tyle dystansu, że będzie miała to wszystko w dupie - inaczej, nie ma szans. Pozdrowienia1 punkt
-
Wybrałem się na kolejną trasę rowerową. Pętla, którą przejechałem po Beskidzie Śląskim sprawi wiele przyjemności nie tylko rowerzystom, ale także miłośnikom pięknych widoków i ciszy. Z przełęczy Salmopol, na granicy Wisły i Szczyrku pojechałem do źródeł Wisły. Odwiedziłem źródło potoku Malinka, przejechałem wzdłuż Białej i Czarnej Wisełki, objechałem Baranią Górę, sprawdziłem, czy Prezydent jest na urlopie, a na koniec wspiąłem się pod jeden z najstromszych podjazdów w Beskidach. Mapa trasy Do pobrania GPX trasy1 punkt







