Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
21.07.2021 - 21.07.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 21.07.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Prowansja - cz. II - rekonesans Tych, którzy czekają na relację z Ventoux, musze rozczarować - to będzie opisane w cz. III moich przygód w Prowansji. Dzisiaj nasz pierwszy dzień pobytu. Pierwszy dzień na miejscu rozpoczął... deszcz. W sumie muszę powiedzieć, że nawet dobrze się stało. Przed wyjazdem oglądaliśmy długookresowe prognozy pogody i one nie wskazywały choćby na kropelkę deszczu, za to pokazywały mega upały po 36 stopni w cieniu. Wyrażaliśmy obawę, czy w tych warunkach jazda w ogóle będzie przyjemnością i nastawialiśmy się na jakieś pobudki typu 6-ta rano, żeby jeździć od 7-mej i kończyć zabawę przed 11-tą. Na szczęście prognozy pogody się zmieniły i poza jednym dniem, w którym upał naprawdę dał nam w kość - o tym napiszę w cz. IV - było temperaturowo bardzo znośnie (było po prostu ciepło, a nawet bardzo ciepło, ale nie nadludzko upalnie). Poza tym pierwszym dniem, w którym do popołudnia trochę popadało deszcz nie stanowił problemu. Dzięki natomiast temu, że deszcz spadł i padał do godz. 14-tej, mieliśmy szansę jednak trochę się lepiej zregenerować po dwudniowej podróży; nie rzuciliśmy się od rana na jakąś mega trasę, co miałoby wpływ zapewne na plany dnia kolejnego (podjazd pod Ventoux); zrobiliśmy szybki rekonesans okolicy i zrobiliśmy jakieś zakupy, ogarnęliśmy rowery (smarowanie łańcucha, pompowanie i tego typu czynności); wreszcie popołudniu w okolicach 16-tej; 17-tej w przyjemnej temperaturze typu 25-26 stopni mogliśmy ruszyć na mały rekonesans wokół Malaucene. Taki widok malował się z naszego tarasu przed wyjazdem - po deszczu ani śladu: Plan zakładał - jedziemy spokojnie, wręcz turystycznie - podziwiamy widoczki, robimy zdjęcia - pętla 47 km i około 1000 metrów przewyższenia i tak było fajne na rozruch i wiadomym było, że na jednym lub drugim podjeździe będzie można trochę bardziej dać się ponieść: Najpierw podjazd pod col de la Chaine - sam podjazd nie jest jakiś wymagający - ma długość pewnie około 3 km i jak zakładam około 200 m (może ciut mniej) przewyższenia w pionie; sam podjazd nie jest jak na tutejsze warunki jakiś mega malowniczy, jednak od szczytu col de la Chaine otwierają się naprawdę piękne widoki i od tego momentu nasza runda nabiera sporych walorów widokowych. Tu zdjęcie z przełęczy - piękne widoki, zapach lawendy: Droga nie jest zbytnio uczęszczana przez samochody; zdecydowanie więcej spotyka się kolarzy niż aut; asfalt - czego do końca nie widać na zdjęciu - jest pokryty drobnymi luźnymi kamyczkami, które trochę podnosiły ciśnienie na zjeździe, bo człowiek czuł się spięty, czy koło się nie ślizgnie - tak to mniej więcej wyglądało: Dalej jest naprawdę malowniczo - skały, piękne widoki, klimatyczne miasteczka, a nad tym wszystkim góruje wyłaniający się co jakiś czas na horyzoncie wierzchołek Mt. Ventoux: Dojeżdżamy do miejscowości La Barroux - sennej, ale bardzo ładnej (jak chyba większość tutejszych miasteczek), nad którą góruje zamek - nie zastanawiając się długo postanawiamy zrobić mały postój na foteczki i ogólne rozejrzenie się - zwłaszcza, że nasz "track" gpx coś się w tej miejscowości pogubił - jak się okazało próbował nas skierować na jakąś dróżkę bardziej na MTB, a i to byłoby raczej karkołomne - ale na szczęście znaleźliśmy szybki objazd. Tu kilka foteczek z zamku z Mt. Ventoux w tle: Na zwiedzanie czasu nie ma - więc sobie odpuszczamy i poprzez różna fajne miasteczka i drogi pomiędzy nimi ruszamy w kierunku ostatniej "przeszkody" dzisiejszego dnia, czyli Col de la Madeleine - ale nie jest to ta słynna sabaudzka przełęcz alpejska (ta ma coś 19 km długości i 8% średniego nachylenia) - tylko taki falujący kilkukilometrowy podjazd o przewyższeniu znów pewnie w okolicach 200 metrów: Po pokonaniu traski jesteśmy już pewni, że trafiliśmy w piękne miejsce, z pięknymi trasami i widokami; w sumie tak się fajnie poskładało - o czym wtedy nie wiedzieliśmy - że stopniowaliśmy sobie walory widokowe i trasowe niemal z każdym dniem. Tzn. jak już się nam wydawało, że jest pięknie i dużo ładniej nie będzie, to czas pokazał, że wcale tak nie było, bo kolejne dni przynosiły jeszcze lepsze widoki i jeszcze lepsze wrażenia. Ta trasa, która obiektywnie była przeładna, była słaba w porównaniu do tej jaką "zaliczyliśmy" jako naszą ostatnią w Prowansji. Stało się tak oczywiście przez zupełny przypadek - ale generalnie to też było bardzo fajnie, bo każdy kolejny dzień przynosił jeszcze fajniejsze wrażenia i nie był jakimś tam "krokiem w tył" w stosunku do poprzedniego. Dzień zakończyliśmy smakowitą sałatką przygotowaną przez jednego z moich kompanów i widokiem zachodzącego słońca. Dzień kolejny miał być dniem ataku na Ventoux. Choć wieczorem zaczęliśmy rozważać - jaki wariant tego "ataku" obrać, o czym napiszę w kolejnej części relacji. c.d.n.13 punktów
-
Jagnięcy Szczyt 2230 m npm, to ostatni cel naszej weekendowej wędrówki po Tatrach słowackich. A po drodze? Zielony Staw Kieżmarski przyrównywany do Morskiego Oka wraz z klimatycznym Schroniskiem. Widok na tatrzańskie giganty: Jastrzębią Turnię, Kieżmarski Szczyt, Baranie Rogi, czy najwyższy Durny Szczyt. Widocznych szczytów z samego otoczenia "jeziorka" ciężko z pamięci zliczyć 😮 Czy spotkaliśmy jakieś jagnięta na szlaku do Jagnięcego Szczytu? Tak! Dowód poniżej No, to co? Fotorelacja start! Startowaliśmy z Kieżmarskiej Doliny Białej Wody. Tuż po wyjściu na malutką polanę widok na Tatrzańską Łomnicę: Kieżmarska Biała Woda: Mała Świstówka: Woda biała, to fakt! Dolina Zielonego Jeziora, tuż przed Schroniskiem... Dziarskim krokiem do przerwy śniadaniowej A co do jedzenia? Coś co przypomina Jastrzębią Wierzę Na "paszę" był też inny chętny... ...nie dostał. Turyści z Polski, a na dodatek z Radomia, chytrzy! Szybkie, widokowe foto i... ...w drogę! Na szlak! Auta schroniskowe... też malownicze! Idziemy ...i widoki, są! A z tyłu kolejna wieża? Przerwa na kamieniu... No i trzeba pokazać gdzie idziemy... ...idziemy tam! Na Jagnięcy Szczyt! Z bliska, ten szczyt, to wygląda dokładnie tak... ...a jeszcze dokładniej, to tak...i nawet, ktoś się nie bał i wszedł przed nami 😮 Tym czasem jeszcze jedna perspektywa... perspektywa kontemplacji Krok za krokiem, krok za krokiem... ...a tu śnieg 😮 Też go dotknąłem Jeszcze trochę w górę i napotykamy kilka łańcuchów. Marboru: Paula: Wchodzimy na grań: Tu też fotosy Idziemy północno zachodnią częścią grani. Chmury... Tuż przed szczytem historia z okularami... Klasyczny Hilary... Myślałem, że zgubiłem, a one spadły mi z czapki i przyczepiły się do plecaka. Jeszcze kilka kroków i jesteśmy!!! Szczyt "Jagniątka" zdobyty Jemy i czekamy aż chociaż trochę przewieje te chmury... ...doczekaliśmy się! Grań, przy której szliśmy... płonęła!!! 😮 Widoki... ... I jeszcze... I tak długo... W tych okularach widziałem zdecydowanie wszystko większe Schodzimy! Żegnamy Jagnięcy Szczyt. Szlak: "Oczko"... Bliżej... Kozi Szczyt: No i Kozice!!! Słodziaki!!! I jagniątka też były malutkie! Zero lęku przed ludźmi 😮 Schodzimy dalej... Zielony, z góry! Ukwiecona "Nimfa" I z bliska pachnidło... Kto zgadnie, co to za "szpica"? Schronisko: I widoczek w całości ale bez zielonej wody Trochę tutejszych zachwycających krajobrazów... Kto by nie chciał mieć takiego tła? Aż do znudzenia... ...zbliżenia 😮 I zoom X30: Robimy ostatnie zdjęcie... ...i spadamy na dół. Do domu daleko, i chcemy wrócić przed 20stą. Ten cel również udało się zrealizować. Korki umiarkowane...a tuż po wejściu do auta - burza. Kolejny raz się udało Nie ma jak pogoda i radar Kolejna nasza wizyta w Tatrach niezwykle udana. W nogach grubo powyżej 80 km. Skreślamy kolejne trzy sztuki z Turystycznej Korony Tatr... na liście do zrobienia zostało już niewiele Co będziemy robić później? Trzeba wyznaczyć sobie kolejne wyzwania. Pozdrawiam serdecznie marboru i Paula3 punkty
-
„Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako, że odprawiano na niej przeklęte, pogańskie obrzędy” – pisał o Ślęży po łacinie niemiecki kronikarz Thietmar z Merseburga na początku XI wieku. Mijałam ją dziesiątki razy, majaczącą jako ciemny zarys na horyzoncie, jadąc autostradą A4 w kierunku na Wrocław. Czasem warto jednak zwolnić, zboczyć z autostrady i spotkać się z tym niezwykłym miejscem. Dlaczego niezwykłym? Z kilku powodów. Jadąc w stronę Sobótki przemierzamy płaską jak stół dolnośląską dolinę. Wszędzie pola, zboża, miasteczka i wioski i nagle – taki masyw, nie wiadomo skąd. Błąd systemu – stwierdziła moja córka, stojąc na szczycie i spoglądając dookoła. Irytacja niemieckiego biskupa nie była bezzasadna – od starożytności Ślęża była miejscem kultu solarnego, o czym świadczą zachowane kamienne kręgi na niej i na pobliskiej Wieżycy. Może nie tak spektakularne jak w Stonehenge, ale jednak są. Do dziś uznawana jest za jedno z potężniejszych miejsc energetycznych w Polsce, zaraz po Wzgórzu Wawelskim, choć jej moc zakłóca ponoć ogromny maszt przekaźnikowy na szczycie. Stojący nieopodal schroniska i kościoła. Tak, oczywiście – duchowni chrystianizujący pogańskie plemiona często budowali świątynie na miejscu dawnych obrządków. Tak też uczyniono na Ślęży i jeszcze poprowadzono tędy szlak Jakubowy. Archeologowie wykopali tutaj również kilka kamiennych posągów – między innymi niedźwiadka, będącego niejako maskotką Ślęży. Początkowo datowano znaleziska na czasy starożytne i kulturę łużycką, ale jednak nowsze badania wskazują na wczesnośredniowieczne pochodzenie tych rzeźb. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – z przełęczy Tąpadła (to najkrótsza droga) oraz z Sobótki (nieco dłuższe podejście). Są też szlaki okrężne, archeologiczne i boczne – do dalszych wiosek, więc różnych wariantów na wycieczkę jest sporo. My wybraliśmy wejście żółtym szlakiem z Sobótki przez Wieżycę, a zejście niebieskim do zamku w Górce i powrót do Sobótki nieoznakowaną ścieżką przez las. Pomimo pogodnej i dość ciepłej niedzieli wędrowców na szlaku nie było zbyt wielu, na niebieskim spotkaliśmy może z pięć osób, za to na kopule – kupa luda. Widok na Sobótkę z żółtego szlaku: Nie uszliśmy za daleko, a tu już pierwsza pokusa - pomimo dość wczesnej pory skusiliśmy się na szklaneczkę bursztynowego, z lokalnego browaru. Krasnoludki dobrze się postarały. Podejście pod Wieżycę trochę nas zaskoczyło - kawałek stromej i bardzo kamienistej ścieżki, za to na szczycie - nagroda. Ponad stuletnia wieża Bismarcka i piękne z niej widoki. Gdzieś w oddali, na horyzoncie majaczą Góry Wałbrzyskie (chyba): Idziemy dalej przez liściasty las, zastanawiając się, co widziały te majestatyczne głazy. Przy szlaku wyeksponowano dwie kamienne rzeźby - postać z rybą oraz niedźwiadka (drugi podobny jest na szczycie Ślęży): Na szlaku: I na polanie, na szczycie - 718 m npm.: Proszę Państwa, oto miś: Taras widokowy na kościele jest płatny, kawałek dalej jest bezpłatna wieża. Idziemy! Schodzimy niebieskim szlakiem wśród skał i lasu. Stromą i krętą ścieżką. Przy schodzeniu niestety jakoś głupio się potknęłam o kamień i wyłożyłam. Promieniujący ból w nadgarstku, ale mogę ruszać ręką. Nie przechodzi, trzymam w górę - źle, w dół - jeszcze gorzej, w końcu zrobiłam sobie temblak i było lepiej. Godzinę pobolało, potem jakoś zaczęło przechodzić. Skończyło się tylko na sporym krwiaku, uff. Jednak dobra ta energia Ślęży. Dochodzimy do zamku w Górce. Zamek jest w remoncie, daleko mu do wymuskanego Książa ale ma klimacik: Siedzi ofiara losu ... Wycieczka na pół dnia, nieco ponad 16 km, w sam raz, żeby zdążyć jeszcze późniejszym popołudniem na rodzinne spotkanie. Pozdrawiam.3 punkty
-
2 punkty
-
Po dziś dzień potomkowie pogan z tamtych dawnych czasów tłumnie wchodzą na Ślężę, aby za jedyne 12zł czcić niedźwiadka - kolejki po posążek niedźwiadka są zawsze długie.2 punkty
-
Kiedyś miałem fazę i PKS, co tydzień na Ślęży i tak przez rok, a może dłużej...2 punkty
-
Oj zmieniło. Przez ostatnie kilka lat tak cięli las na Raduni, że prawie łysa.1 punkt
-
Fajnie mieć tak blisko, że można co tydzień autobusem. No właśnie - niektóre Wasze tatrzańskie szlaki też przewędrowaliśmy! Ale nie wszystkie - trzeba będzie wrócić. A tak, tak - też poddaliśmy się temu zabobonowi - przy czym nie na Ślęży, a w samej Sobótce, u jej stóp.1 punkt
-
@tanova Książ, teraz Ślęża... mamy te same cele Fajnie, bo fajne miejsca. Podziękował za przypomnienie własnych wspomnień Super fotki!1 punkt
-
IMHO Trollstigen jest delikatnie przereklamowany Widoki super ale są w Norwegii lepsze drogi dla roadsterów i pewnie i na rower. Skrócone dwa przykłady: 1. Śnieżna droga https://www.norwegofil.pl/najpiekniejsze-trasy/sniezna-droga-aurlandsvegen https://google.pl/maps/dir/Kjerag+Restaurant+(Øygardstøl),+Fv500,+4127,+Norwegia/Olavs+Pub/@59.0509368,6.6497515,15z/data=!3m1!4b1!4m14!4m13!1m5!1m1!1s0x463971424ec87beb:0xb763049b0955f879!2m2!1d6.6521148!2d59.0466413!1m5!1m1!1s0x0:0x58f318739301dcee!2m2!1d6.6485808!2d59.0543754!3e0 2. Droga z/do Lysebotn (Kjeragbolten warto zobaczyć i wejść ). https://szewo.com/lysebotn-i-lysefjorden/ https://www.google.pl/maps/dir/61.1027438,7.4227928/Marius+Moldvær,+Skjerdalsvegen+17,+5745+Aurland,+Norwegia/@60.910736,7.2132455,2372m/data=!3m1!1e3!4m14!4m13!1m5!3m4!1m2!1d7.3924049!2d61.076705!3s0x463e1f6ab214eb59:0x2773e1e40521d8ec!1m5!1m1!1s0x463e10d3e6c3dff7:0xc54a4ceaba4c487!2m2!1d7.1893173!2d60.9090125!3e01 punkt
-
[PROWANSJA] Część I - Wstęp Relacja wrzucona przez @barattolina skłania i mnie do opisania niedawno przeżytych absolutnie bajecznych chwil na wypadzie rowerowym do Prowansji. Wróciłem stamtąd już ponad tydzień temu, ale już w myślach kombinuje jak tam wrócić... Wszystko zaczęło się jesienią zeszłego roku - choć teraz jak sobie nad tym myślę, to zaczęło się w sumie wiele lat wcześniej - wiele lat wcześniej bowiem oglądając TDF w czasach Pantaniego i Armstronga, pomyślałem sobie, że fajnie byłoby samemu zmierzyć się z górą wiatrów, czyli słynnym Mt. Ventoux (francuskie słowo "ventoux" tłumaczy się jako wietrzny/wietrzna). Mityczna góra, zwana także gigantem Prowansji, która słynie z tego, że przez ok. 240-250 dni w roku wieje tam wiatr, zwany mistralem, który skutecznie utrudnia zadanie wjechania na górę. Więc sama myśl o wjechaniu na tą górę zakiełkowała już wiele lat temu; ok. 4 lata temu po raz pierwszy wsiadłem na szosę - co znów zaczęło gdzieś tam trochę pobudzać wyobraźnię; wreszcie - jesień zeszłego roku - na zewnętrz, któraś z kolei fala koronawirusa, lockdown i generalnie taki jesienny zjazd - w mojej skrzynce mailowej ląduje wiadomość email, której nie odfiltrował outlook o możliwości wynajęcia apartamentów i willi we Francji na kolejne wakacje. Do tego wskazano, że z uwagi na covid są możliwości anulowania takiej rezerwacji w zasadzie na tzw. ostatnią chwilę. Pewnie normalnie bym tego maila skasował, ale stwierdziłem, że w tej koronamizerii może warto mieć jakąkolwiek miłą nadzieję i perspektywę na coś fajnego. Do tego pamiętałem, że niedawno ogłoszono przebieg trasy Tour de France, gdzie dużo mówiło się o tym, że w tym roku kolarze pokonają po raz pierwszy w historii Mt. Ventoux nie jeden, ale dwa razy podczas jednego dnia. No i tak jakoś wszystko to się poskładało, że jesienią dokonałem rezerwacji wakacyjnego apartamentu - jak się okaże, zresztą bardzo fajnego - w miejscowości Malaucene, która nie tylko leży u podnóża Mt. Ventoux, ale także przy okazji była miejscowością, w której znajdowała się meta 11 etapu TDF. Plan wstępny zakładał, że rezerwuje, a potem się będę martwił, czy odwoływać z kim jechać itd. itd. Suma sumarum - szczepienia miałem za sobą; sytuacja epidemiologiczna w Polsce i Francji się mocno poprawiła, a moja żona stwierdziła, że dla niej to za daleko, więc ostatecznie tak się poukładało, że z trzema rowerami szosowymi na dachu, trzech kumpli obrało drogę na południe. Plan zakładał - pojeździmy na rowerach 4-5 dni; posiedzimy na basenie; pooglądamy TDF na żywo, a także w Eurosport; do tego mistrzostwa Europy w piłce kopanej; Hurkacz na Wimbledonie - no po prostu - dla facetów spuszczonych ze smyczy, bez żon i dzieciaków - raj na ziemi 😉 Czego można się spodziewać po Prowansji - to najpierw tak stereotypowo: Lawenda - BYŁA: Dobre żarcie - BYŁO Klimatyczne miasteczka - BYŁY: Nieprawdopodobne widoki - BYŁY: Zanim zakończę część wstępna relacji - to jak się jeździ na szosie po Prowansji? Generalnie większość osób zapewne zjawia się tu ze względu na Mt. Ventoux, ale prawda jest taka, że wokół Ventoux, - które samo w sobie jest pięknym miejscem - jest nieprzebrana możliwość skomponowania wielu zjawiskowych tras rowerowych o różnej długości i różnym stopniu trudności. Ktoś kto przyjechał tutaj tylko po to żeby wpaść i "zaliczyć" Ventoux, bez pojeżdżenia po okolicy, uważam że popełnia błąd. Przy czym trzeba generalnie liczyć się z tym, że trasy nie są płaskie - są różne podjazdy (3-4 km podjazdu zdarza się często, choć zwykle nie jakieś mega strome) - a nawet jak się wydaje, że jest płasko, to się okazuje, że było to raczej tzw. "false flat", czyli jednak takie 1-3 proc. pod górkę było; suma summarum należy przyjąć, że jeżdżąc wokół Ventoux tak średnio na ok. 50 km trasie uzbieramy ok. 1000 m przewyższenia. Dla mnie z KRK było to już jakieś tam wydarzenie, bo osobiście jeździłem trasy bardziej w stylu 400-500m przewyższenia na takim dystansie - takie po prostu trasy mam wokół siebie. Na pewno nie jest to jednak tak wymagające zajęcie jak jeżdżenie po stromych alpejskich przełęczach. Asfalty dobre lub bardzo dobre. Tylko w jednym miejscu przez kilka km spotkaliśmy się z takim asfaltem pokrytym drobnymi luźnymi kamyczkami, co rodziło obawy o kapcia, a także powodowało, że na zjeździe człowiek czuł się mocno spięty, bo czuło się, że rower myszkuje. Sieć drogowa bardzo dobrze rozwinięta - tzn. jest bardzo dużo mniejszych asfaltowych dróg, co pozwala naprawdę skomponować różne pętle i pętelki. Kierowcy - z tym nie mieliśmy żadnego problemu. Okolica żyje rowerami, ludzi na szosach jest wszędzie sporo i zdaje się, że kierowcy są po prostu do tego przyzwyczajeni. Jeździliśmy raczej mniejszymi drogami, gdzie ruch był naprawdę niewielki, natomiast zdarzyło nam się wyjechać na drogi trochę bardziej "główne", gdzie sprawę rozwiązano w ten sposób, że jest na nich wydzielone liniami pobocze na którym ludzie na rowerach się poruszają nie kolidując z ruchem samochodowym. W każdym razie - nie zdarzyło nam się jakieś trąbienie, wyprzedzanie na tzw. gazetę lub wrogość ze strony kogokolwiek w samochodzie. To co na pewno jest super fajne - to jeżeli ktoś lubi klimaty rowerowe - to atmosfera. W Malaucene, czy Bedoin można sobie po prostu siąść na kawkę w knajpce na zewnątrz i patrzeć jak co chwila towarzystwo rowerowe przejeżdża z prawej lub lewej; osoby młodsze, starsze; jeżdżące solo, w dwie, trzy osoby, ale także mniejsze lub większe peletony; rowery starsze, tańsze, ale także te z cyklu super rowerów, czyli najdroższe i najbardziej wypasione. Mogę jeszcze na koniec dodać, że uważam, że cenowo miejsce było OK. W sklepach rowerowych można awaryjnie zaopatrzyć się we wszystko - w cenach polskich lub... niższych. Obiad składający się z jakiejś przystawki, dania głównego, deseru, coli czy piwa to wydatek w okolicach 20-23 EUR. A jak widać na obrazkach, było to jeszcze naprawdę top jakości. To co jest może w tym wszystkim najtrudniejsze - to odległość. Z KRK do Malaucene jest ok. 1830 km. W drogę do Francji zdecydowaliśmy się na nocleg po drodze - po niecałych 12h godzinach jazdy padło na nocleg w Niemczech we Freiburgu. Stamtąd planowo mieliśmy jechać około 6-6,5h na miejsce - niestety Francja w sobotę w wakacje jest mega zakorkowana - jechaliśmy ponad 9h, co oznacza, że w korkach staliśmy blisko 3h. W drodze powrotnej też nastawialiśmy się raczej na spanie, ale ruszyliśmy około 8-mej rano i stwierdziliśmy, że zobaczymy jak pójdzie. W drodze powrotnej mieliśmy szczęście jedynie obserwować korki ze strony przeciwnej, tymczasem my pierwszy raz stanęliśmy na chwilę dłużej już około północy na bramkach autostradowych pod Gliwicami, a potem jeszcze wysadzaliśmy jednego z naszym kompanów w Katowicach. W sumie w Krakowie byliśmy nieco po pierwszej w nocy - więc uważam, że z rowerami na dachu, tankowaniami. postojami itp. to naprawdę sprawnie poszło. Najwygodniejszą opcją jest lot do Marsylii i stamtąd samochodem z wypożyczalni jest pewnie ok. 1,5 h drogi; w Malaucene czy Bedoin można bez problemu wypożyczyć markowy rower, choć ceny na pewno są wyższe niż w miejscu typu Gran Canaria, czy Majorka.1 punkt
-
1 punkt
-
PIEKŁO NA STELVIO 48 zakrętów, ca. 1850m przewyższenia przy średnim nachyleniu 7,4% na odcinku 24km od Prato allo Stelvio (Prad am Stilfserjoch) – taką trasę wybraliśmy, jest jedną z trzech wariantów podjazdu – prawdziwe PIEKŁO KOLARZY. To był kolejny dzień po rozgrzewce, nasz drugi dzień pobytu w Alpach. „Ta góra jest chora” – powiedział do mnie kolega od żółtej szosy. Ja popłakałam się jak byłam już na szczycie. Wspinaczka zajęła mi jakieś 7,5h łącznie z postojami. Spore rozczarowanie spotkało mnie już na początku wspinaczki, kiedy zorientowałam się, że nie mam już lżejszego biegu 😄 (tarcze:46/30, kaseta:11-34). To był mój pierwszy pobyt w górach na rowerze. Pierwszy raz jeździłam na takiej wysokości i nie spodziewałam się, że jestem AŻ tak słaba ! Nie byłam w stanie utrzymać koła grupki niemieckich turystów w czerwonych koszulach..hehe, już na samym początku podjazdu – na pierwszej serpentynie z numerem 48. Trasę można podzielić z grubsza na dwa etapy – odcinek o mniejszym nachyleniu w lesie i odcinek poza lasem gdzie zaczyna się R Z E Ź. O ile w lesie każdy jeszcze wygląda jako tako, to z biegiem redukcji ilości zakrętów (numeracja maleje od podstawy podjazdu do szczytu) lwia część uczestników tego szalonego czynu zaczyna przypominać rozgrzany piec. Każdy wylewa siódme poty, każdy uprawia trening mentalny - prawdziwą walkę ze samym sobą i z tą piekielną górą. Dla mnie najtrudniejszy był odcinek w lesie. Człowiek nie widzi końca a zakręty mijają bardzo wolno z uwagi na długie odcinki drogi po między nimi. Niby nie widzisz nachylenia, niby jest niewielkie, a jednak płuca się wypluwa. Zresztą, zobaczcie sami jak to wygląda: Jednak im wyżej tym częściej drzewa ustępują i pojawiają się takie momenty: Wyjechałam z lasu i to był moment pierwszego wzruszenia – tak, jest !!! Widzę już szczyt. Mam nawet zdjęcie z tego miejsca – to była piękna chwila !!! Telefon mówi, że zdjęcie zostało wykonane o 13:48, wiec zostało mi jeszcze około 2h wspinaczki, gdzie procent nachylenia wynosił 8-12%. Jest już coraz wyżej i brak tlenu daje się mocno we znaki. Zdecydowana większość rowerzystów pozdrawia się nawzajem i wspiera się na tej morderczej trasie. Jak już byłam trochę wyżej i widziałam dokładnie wszystkie curviątka, które prowadzą na szczyt – wiem, bo je wtedy policzyłam ! Zobaczcie, jednak nie wszyscy wyglądali jak piece. Byli tacy, którzy prezentowali się niczym Vincenzo Nibali na Giro :-D: Trasa ponad lasem jest trudniejsza. Są dużo większe przewyższenia i ekspozycja słoneczna, nie ma się gdzie schować. Jest naprawdę gorąco. Pokonywanie kolejnych serpentyn idzie jednak sprawniej, odcinki pomiędzy nimi są krótsze. Zdecydowanie wolę tą formę wspinaczki. Jednak nadal się bardzo ciężko. Pamiętam jak, stanęłam na jednym z zakrętów , spojrzałam w górę i pomyślałam – „o jprdl, przecież to nie jest możliwe, żeby tam podjechać” – jedna z serpenty wisiała mi dosłownie nad głową :-D. Na szczęście można było zatrzymać się na chwilkę pod pretekstem wykonania dokumentacji fotograficznej hehe. Widoki zapierały dech w piersiach: Wreszcie byłam coraz bliżej szczytu. Tak sytuacja przedstawia się tuż tuż prze końcem (acha, tam gdzie widać pasmo drogi które zawija się za zboczem wypada mniej więcej 2/3 podjazd, licząc od dołu – czyli najdłuższego odcinka leśnego po prostu nie widać) : Na szczycie czekał na mnie kolega od żółtej szosy: Wjechaliśmy razem, ale w innym czasie. On wyprzedził mnie o jakieś 1,5h, a ma dużo twardsze przełożenie. Szacun dla niego, bo połowę podjazdu zrobił stojąc na pedałach. To jest widok ze szczytu najbardziej stromej części podjazdu: Zdobycie szczytu tej przełęczy, a w szczególności emocji, które temu towarzyszą, atmosfery morderczego podjazdu, a także wsparcia innych rowerzystów, motocyklistów oraz kierowców samochodów osobowych nie da się opisać – wszyscy kibicują !!! Na każdym kroku widzisz podniesione kciuki i słyszysz dopingujące klaksony. Coś niesamowitego !!! Jak wreszcie zakończyłam już wspinaczkę i byłam na szczycie, to zachowywałam się tak jak Mark Cavendish, który w tym roku wygrał swój pierwszy etap na TdF. Łzy szczęścia i niedowierzanie, że to mi się udało !!!!! Miałam też wrażenie, ze gratulacje spływają do mnie z całego świata (chociaż były to smsy od najbliższego grona znajomych ). O pracy mentalnej, którą wykonałam w czasie podjazdu mogłabym założyć chyba osobny watek na skionline O Stelvio dowiedziałam się dwa miesiące przed wyjazdem, od koleżanki. Wpisałam wtedy nazwę do Googla i już wiedziałam, że chcę tam pojechać. Wszystko zaczęło się od zakupu nowego roweru pod koniec zeszłego roku. Potem włączyłam przez przypadek Eurosport i natknęłam się na któryś z początkowych etapów Giro – no i poszło….. Teraz planuje zakup szosy. Chciałabym pokonać Stelvio właśnie na szosie, tak jak robi to Grande Giro. To moje kolejne marzenie. Mogę Was zapewnić, że było bardzo ciężko, ale życzę Wam wszystkim, abyście choć raz w życiu pokonali tą przełęcz. Po wyczerpującej wspinaczce czekał mnie jeszcze bajeczny, lecz ekstremalny zjazd. Wybraliśmy wariant przez Szwajcarię, zamykając trasę w pętlę. Strona Szwajcarska wygląda tak: Wyjechaliśmy z domu o 8:30, około 9:00 zaczęliśmy się wspinać. Ja ukończyłam walkę o 16:15, kolega o 15:00. Zjazd zajął nam około godziny. W domu byliśmy w okolicach 9:30. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi :))) Dziękuję za uwagę 🙂 Do następnego razu !!1 punkt







