Wujot
Użytkownik forum-
Liczba zawartości
2 888 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
127
Zawartość dodana przez Wujot
-
Myślę, że takich jest niezwykle mało - to sama końcówka krzywej Gaussa. Potrzebni są aby pokazać, że jest to możliwe albo abyśmy uważali, że jesteśmy normalni. Pozdro Wiesiek
-
Jak zarazisz pasją to będzie to tym bardziej kompromisowe rozwiązanie. Pozdro Wiesiek
-
Są różne okresy w życiu, w tym i ten gdy raz, że trzeba zdobywać umiejętności zawodowe i pozycję a dwa jeszcze wypełniać rodzinne obowiązki. Wtedy raczej trudno o dobrą jazdę. Jak obserwuję kolegów to większą swobodę mają przeważnie ci dobrze po czterdziestce... Pozdro Wiesiek
-
Kwestia determinacji. Jeden z kolegów ma 26 dni urlopu a spędza 65 dni nartach. I to wszystko w Alpach - prosty rachunek mówi, że to niemożliwe. A jednak. Jak widać ma wielką determinację. Ja np nie mam takiej. Jak zobaczyłem, że dojazdy do Saas Fee to 16 godzin to zredukowałem liczbę z 10 do 5 (czyli z 50 do 25 dni). Wybrałem tylko te gdzie była "moja" skiturowa ekipa. W ten sposób zamiast myśleć jak przetrwam podróż miałem lekki niedosyt nart. Kiedyś wychodziłem z założenia, że ilość przekształca się w jakość i to jest częściowo prawda ale teraz bliżej jest mi do postawy [email protected] . Jeśli nie mogę wybrać warunu to chociaż mocną ekipę albo bardzo dobre miejsce. Staram się też lepiej przygotować do wyjazdu aby więcej wycisnąć. Mniej nie oznacza gorzej. Ale ponieważ przyszły sezon to karnet salzburski (czyli trochę bliżej) to pewnie będzie jednak więcej. Co do majówek to różnie bywa ale przeważnie nie jest źle a nawet jest bardzo dobrze. Pamiętam genialne majówki we Francji. Na przełomie kwiecień/maj można też dobrze pojeździć w Austrii, chyba gajowy w tym roku był bardzo zadowolony z majówek i post majówek. Co do możliwości poturowania czy freetour to jest jeszcze pełnia sezonu i jest bardzo dobrze. Śnieg był do 1700 m npm - napisałem zresztą w pobliskim wątku. Problem majówek jest inny - czy chce mi się jeździć na nartach skoro mogę wsiąść na rower? To poza kwietniem najlepsza pora do jazdy, niezbyt gorąco, piękne widoki, mało owadów. pozdro Wiesiek
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Z Monte Rosą jest problem bo to są wyjazdy z pierwszym noclegiem na 3600 m npm, dalej też nie niżej. Ja się na to nie piszę bo już na 2800 mam pierwszej nocy lekkie problemy. Taki mam organizm. Trzeba by było gdzieś robić oddzielną aklimatyzację a to dodatkowy czas i koszty. Gdyby nie to to pewnie wybrałbym się z Robertem jeszcze w tym roku. Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Ludzi było całkiem sporo, ale kuchnie pracowały na jedną zmianę - oceniam, że było 80 osób (w Konkordii) na 120 możliwych. Ale w nocy z sob/niedz odmówili nam miejsca nawet na podłodze stąd ostatnie przełożenie terminu. W Holandii i Finsteraarhornhutte wypełnienie było chyba trochę mniejsze. Ze śladami było różnie (chyba 3 razy zakładaliśmy i 3 razy skorzystaliśmy z założonych) Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
Na dwa tygodnie w Alpy jeździ Dany de Vino (z SF), ponownie kupili Magic Pass (Szwajcaria). Nie przez przypadek napisałem, że ekipa to sprawa pierwszoplanowa i trzeba nad tym bez przerwy pracować. A gdy ma się określoną "metodę" i oczekiwania to robi się to niełatwe. Ja np off piste jeżdżę zawsze (no prawie zawsze). Tymczasem moja ekipa busowa tylko jak jest miękko i w dodatku to freeriderzy (czyli raczej nie łażą). I z jednej strony przekonałem ich aby wreszcie potworzyli sobie zestawy freetour, doposażyli się lawinowo a teraz będę cierpliwie szkolił z taktyki jazdy grupowej i stopniowo wyciągał na dłuższe dojścia. Nie jest to dla mnie nic nowego bo jak wchodziłem w tę ekipę to sztruks był debest. Po prostu cierpliwie pracuje nad ich rozwojem a gdy nie mam z kim to jeżdżę sam. Na szczęście mam jeszcze moją ekipę skiturową - tej nie trzeba nic tłumaczyć a już na pewno tego, że należy jeździć w każdych warunkach. Niestety chłopaki mają mniej czasu, dlatego mam też drugą rezerwową opcję turową. To nie jest trudne - wyjazd co dwa tygodnie na cztery dni i dodatkowo jakaś tura choćby w jedną sobotę czy niedzielę daje 10 dni/m-c. Sezon można zacząć nawet w październiku a skończyć w czerwcu. Czyli 7 x 10 dni plus dwie tury w maju i czerwcu (12 dni) -wychodzi nawet 82 bez mega spinki Pozdro Wiesiek
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Pewnie to wyszło w relacji, ale podkreślę to dodatkowo, naprawdę były bardzo fajne zjazdy. Teren jest dość stromy - w końcu górne rzędne to około 4000 m npm więc jest dobre 1000 m do zjazdu. Lodowce są dość połogie ale też da się z reguły jechać. Mnie najbardziej spodobała się część wokół Finsteraarhornhutte - co najmniej 4 bardzo fajne cele a pewnie jeszcze by się coś znalazło. W Holandiahutte obserwowaliśmy grupę co robiła zjazdy dokładnie na przeciwko schroniska (na drugim zboczu doliny). Jak wychodziliśmy o świcie to ich czołówki pięknie było widać. Na pierwszy rzut oka wyglądało to ekstremalnie ale później doszliśmy do wniosku z Robertem i Adamem, że dalibyśmy radę to zjechać ale problemem byłoby podejście. Pewnie z 800 vertical z buta - i to chyba ekipie, która to zrobiła najbardziej dało w kość (przynajmniej o tym mówili). Czyli oprócz podręcznikowych celów można znaleźć konkretne wyzwania. Można byłoby parę lat z rzędu tu przyjeżdżać i coś sobie dłubać. Co by nie powiedzieć to jest tu sporo drożej jak w Austrii czy Włoszech, szczególnie jak się jeszcze doliczy wodę. Trudno jednak mieć o to pretensje gdyż wszystko wozi się tu śmigłowcami. Mam wrażenie, że gdyby to była Polska to byłoby... jeszcze drożej. Robert zauważył też z głębokim westchnieniem, że poziom kulinarny obiadów o parę klas wyprzedza nasze schroniskowe żarcie co w tych warunkach naprawdę budzi podziw. Do tego czyściutko i wszystko w idealnym stanie. W każdym razie moje zdanie (nie najwyższe) o jakości usług w Szwajcarii zdecydowanie uległo modyfikacji. Jedyne co było słabe (we wszystkich schroniskach) to brak rzetelnej prognozy meteo. Podawali jakieś ogóle info typu będzie ładnie na podstawie... prognozy dla Szwajcarii z jakiejś pogodynki. A ponieważ nie było zasięgu to troszkę zdani byliśmy na obserwację nieba. Ale jak widzicie tygodniowe stopniowe przesuwanie wyjazdu okazało się dobrą taktyką. Przed wyjazdem wszystkie prognozy były dobre a Bergfex (kłamliwy Bergfex jak mawia marionen) trafił dosłownie 100% łącznie z tym gorszym czwartym dniem. Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 2
-
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Hollandia hutte To kolejne schronisko wyniesione wysoko nad teren. Jest sporo mniejsze od poprzednich. Niewątpliwym plusem jest możliwość zjazdu na nartach od i pod drzwi. Śpimy tutaj na wysokości 3225 m npm czyli najwyżej podczas naszego wyjazdu. Jest też tutaj najdrożej - po doliczeniu Kurtaxy, tourentee (5 CHF/litr) i odliczeniu zniżki OeAV wychodzi coś koło 78 CHF. Nie ma też tutaj wody w kranach. Do mycia wieczorem stawiany jest baniak z kurkiem a do bieżącej higieny płyn z alkoholem do dezynfekcji. Mimo tego chyba najwyżej oceniliśmy to schronisko. Przede wszystkim kuchnia jest rewelacyjna i to nie tylko obiady (kucharzy tutaj jakiś Azjata) ale wreszcie normalne śniadania w niereglamentowanej ilości. Z mięsem, kiełbasami, dobrymi serami i pieczywem. Czyli można. Schronisko jest "przytulne", ma klimat. Pokoje - wieloosobowe piętrowe prycze. Dzień 6 - wypłata Zainwestowane 105 CHF (dzięki którym znaleźliśmy się na ca 3450 m n.p.m.) przez tydzień czekało na dyskonto czyli zjazd. Ale za nim to nastąpi to ostatnia wycieczka. Celem jest Abeni Flue. Piękna narciarska bałucha. Idziemy dłuższy czas połogim polem lodowcowym. Zmienna pogoda przegania chmury i "okoliczności" są naprawdę nietuzinkowe. Powoli zbliżamy się do Abeni Flue. Dochodzimy na przełęcz i po krótkiej dyskusji decydujemy się na zjazd. Pogoda jest niepewna - wiatr napędza w doliny niskie chmury - boimy się braku widoczności na przełamaniach lodowca przy zjeździe w dolinę. Gdyby do tego dołączył spadek temperatury, to niemała droga co nas czeka może się niespodziewanie wydłużyć. Próbujemy policzyć czas i zakładając rozsądną rezerwę powoli czas nam się kończy. Czyli definitywnie - wypłata! Zjazd jest w mgłach i przecierkach. Warun dość nietypowy - na beton (w miarę równy) spadło może 3-4 cm warstwy świeżego. Jest więc bardzo przyjemnie. Tymczasem na niebie szaleństwo - przetrze się to czy przeciwnie? Po drodze mam "nasze" schronisko, w nim dopakowujemy plecaki. Widok na naszą drogę wygląda zachęcająco. Zjazd od przełęczy jest zdecydowanie bardziej wymagający. Śnieg jest nierówny i słaby. Przy dynamicznej pracy (z ciężkim plecakiem) można jednak pozwolić sobie na ostrą jazdę. po drodze oglądamy (przy okazji odpoczywając) jeszcze różne ciekawe geologicznie formacje. Ten zjazd jest zresztą niesamowity - nad nami ciężkie chmury a w głębi doliny - sielanka Jedziemy i jedziemy a cel ciągle daleko Jeszcze wyrazista morena boczna i lodowiec się kończy. Pojawiają się drzewa, nachylenie spada ale do końca jak się okazuje są jeszcze kilometry. Jeszcze sentymentalny rzut oka w tył. Nijak nie widać, że tam na przełęczy to pewnie z sporo ponad kilometr wyżej jest. Lądujemy przy mostku, cywilizacja! Jeszcze kilkaset metrów po drugiej stronie i jest wiata przystanku (Fafleralp). Godzina 12:35 - w sam raz aby spokojnie dotrzeć do Interlaken, zwiedzić miasteczko, zjeść i pójść wcześniej spać. Szczegółami dalszej podróży nie będę Was męczył ale trudno uwierzyć, że podróż czterema środkami komunikacji zajmuje nam tylko trochę ponad dwie godziny. Na początku jest lokalny "prywatny" busik - za 10 CHF jesteśmy w Blatten. za kolejne 6 dostajemy się Postbusem do Visp. Bilet kolejowy z Visp z przesiadką w Spiez chyba około 40 CHF. Odcinek Spiez - Interlaken to kwintesencja kiczu. Jezioro nad którym jedziemy, łódki na wodzie, ośnieżone szczyty, wystrzyżone trawniki. Ładunek cukru trudny do wytrzymania. W Interlaken moi koledzy potrafią rozmawiać tylko o kiełbasie. Idziemy i kupujemy po wielkim pęcie dla każdego - na gorąco jest naszym ostatnim obiadem w Szwajcarii. Rano (jak zawsze przed 5:00) robię wielką jajecznicę - pora jechać. I jeszcze dzień w statystykach i mapach. Wejście na (pod) Abeni Flue Zjazd w dolinę. Najwyższy punkt 3851 m n.p.m. - koniec jazdy 1765 m n.p.m. Przewyższenie z góry (wypłata) - 2153 m! Odległość nie tak duża - około 20 km. Tradycyjnie pora na podsumowanie. No cóż - fajnie było! Dzięki ekipo. Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 11
-
-
-
Oczywiście - moja najlepsza w życiu tura to były Alpy Lyngeńskie (Norwegia) daleko za kołem podbiegunowym. Z jednej strony jest chęć poznania czegoś nowego "egzotycznego" a z drugiej strony ryzyka i koszty z tym związane. W Alpach jest spora elastyczność - była dupówa - przełożyliśmy wyjazd, zero problemu. Poza tym to krótkie wyjazdy. Jak pojadę na Elbrus i Kazbek i logistykę załatwię pół roku wcześniej to pole manewru jest małe a ryzyko niezbyt udanego wyjazdu duże. Z tego punktu widzenia napisałem, że przy stosunkowo małych kosztach uzyskuje się w Alpach dobrą jakość (czyli udany lub bardzo udany wyjazd). Dlatego Alpy zostaną na razie moją bazą. Ogólnie to istotny jest płodozmian. Dla mnie to oznacza połączenie freeride, freetour i skiturów. Chciałbym aby co najmniej jeden wyjazd w roku był wielodniową turą i aby były tam elementy trochę bardziej wymagające. Do tego raz w roku Tatry (raczej Słowackie), Karkonoszy nie liczę (bo to oczywiste). No i jakiś bardziej egzotyczny kierunek bo jak sam zauważyłeś każde góry mają własną specyfikę i czegoś uczą. Podejrzewam, że mam mniej czasu jak Ty (tego co mi zostało) dlatego tak uważnie przyglądam się wyjazdom. pozdro Wiesiek
-
Paradoks polega na tym, że pewnie inni na świecie marzą aby takie Alpy odwiedzić. I po prawdzie jakość do ceny jest tu bezkonkurencyjna (mam na myśli sumę kosztów). Z takiego Wro to nawet mam tam bliżej jak w Karpaty. Ale ciągnie mnie w te jeszcze "dzikie" góry. Zrobiłem sobie nawet letni rekonesans i w zasadzie przeszedłem wszystko w Czarnohorze. Może pora na zimę... Ale prawdę powiedziawszy im dłużej jeżdżę w Alpy tym więcej odkrywam tutaj ciekawych opcji a w dodatku to są strome góry więc są też wyzwania. Pozdro Wiesiek
-
Chodzi mi po głowie Czarnohora Pozdro Wiesiek
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Wracaliśmy przez Wiler Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 1
-
-
Będzie znana za parę miesięcy. Na razie wiem, że bierzemy salzburską sezonówkę. Myślę, że będzie Saalbach (czyli Fieberbrunn), może Krippenstein, koniecznie Weisse Gletscher, i Arena - to z miejsc co mnie szczególnie interesują, pewnie jeszcze jakieś Lungau, Maria Alm, Zauchensee. To wszystko miejsca z doskonałym potencjałem off piste. Pozdro Wiesiek
-
Na pewno istotne (na ważnych wyjazdach) jest aby team nie odbiegał zbyt bardzo od siebie. Mam na myśli zbliżone tempo ale też postrzeganie ryzyka, podjęcie takiego a nie innego wyzwania. To nie jest takie łatwe. Ale też oczywiście nie jest jakoś nieosiągalne - trzeba mieć elastyczność i najlepiej jak się w czymś odstaje to mieć też mocny punkt. Dobrze napisał o tym Adam (z mojego wątku o Alpach Berneńskich) Aktywność w górach, szczególnie co nieco wyższych wymaga współdziałania zespołowego. Bez tego prawdopodobnie ani daleko, ani wysoko byśmy nie zaszli. Zespół trzeba budować i powinien budować go każdy uczestnik. Ktoś niesie linę, ktoś wkłada wieloletnią wiedzę i doświadczenie, ktoś zabezpiecza transport, ktoś mapy elektroniczne, ktoś dogada się w obcym kraju, ktoś wnosi dobre słowo – co też jest ważne. Może być taka sytuacja że trudno jest nam wnieść tyle co inni. Z przyczyny że jesteśmy słabsi, że nie jesteśmy duszą towarzystwa itp. Ale zawsze powinniśmy starać się być częścią zespołu i liczyć się z jego zdaniem. Może nawet przede wszystkim wtedy, gdy sami nie jesteśmy w stanie za dużo wnieść. Jeśli chodzi o mnie to zawsze chętnie spróbuję jazdy z kimś nowym i to zarówno początkującym jak i wygą. Zainteresowanym podaję swoją siatkę wyjazdów (z Jurasem) i bywa, że zapisują się na te same wyjazdy. Jak masz ochotę to zapraszam. Pozdro Wiesiek
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Piąty dzień - przerzut do Holandiahutte Jak już wspominałem chodząc w Alpach Berneńskich jest pewien problem z logistyką. Popatrzcie na taką uproszczoną mapę. Widać układ dróg "okalających" niebieskie pole lodowca i albo mamy do wyboru drogi kołowe po wschodniej stronie (z tysiącem zakrętów) albo zdecydowanie ciekawszą linię kolejową z Visp do Spiez (a dalej do Berna). Z Spiez jest też oczywiście połączenie kolejowe z Interlaken. Drugim istotnym czynnikiem było pytanie do jakiej rzędnej da się zjechać na nartach. Oceniliśmy, że jak dojedziemy na 1700 m npm to będzie dobrze. Popatrzmy jeszcze na przybliżenie mapy. Z pomocą przychodzi nam droga biegnąca wąsko wciętą doliną w Blatten. To chyba najbliżej podchodząca droga w tym regionie. Na czerwono obwiodłem miejsce do którego chcielibyśmy dotrzeć na nartach. Podsumowując: wracamy przez Blatten (oraz Visp, Spiez) Skoro nasza drobiazgowa analiza zaprowadziła nas do Blatten, a z Finsteraarhornhutte to pewnie pod 30 km, to warto po drodze "zaliczyć" kolejne schronisko. W sposób oczywisty narzuca się tu Holandiahutte. Ten przerzut jakoś nie budzi naszego entuzjazmu. Kilkanaście kilometrów na lodowcowej patelni. Na początek krótki zjazd, podejście na przełęcz Grunnlucke, dłuższy zjazd (do Konkordiahutte) i jeszcze dłuższe podejście do schroniska. Wspomniany zjazd byłby fajny ale zalodzony beton z rana niestety nie gwarantuje dobrej zabawy. Kombinujemy jak konie pod górę ale nic się nie da wymyślić. Zostawiamy sobie jako opcję przejście przez Abeni Flue - przy pełnych plecakach nie ma jednak parcia na ten wariant. Jest jeszcze jeden argument za Holandiahutte - chcielibyśmy mieć przegląd najważniejszych dolin Alp Berneńskich, miejsce na pewno jest warte powrotu. Wstajemy jak zawsze. Przed świtem mamy pierwszy zjazd za sobą. Jeszcze pożegnalny rzut oka na gościnne schronisko i w drogę. Na przełęczy przepinka i zjazd. Zgodnie z oczekiwaniami mamy fale Bałtyku utrwalone w lodzie. Rzuca niemiłosiernie. Ale kto mi każe tu walczyć? Kombinuję jak wprowadzić narty w ześlizg aby tracić jak najwięcej wysokości i zasuwam w niezłym tempie w dół. Kilkaset metrów dalej zauważam, że fale Bałtyku zamieniają się w śródlądowe a na końcu jest betonowo ale dość gładko (jak na standardy skiturowe) i tam już jazda jest przyjemna. Docieramy do Konkordii - jakoś nie ma chętnych na poranną kawę (zgadnijcie dlaczego). Tymczasem na niebie robi się bardzo interesująco. Jakieś przecierki, pędzą chmury Przepinka jest nawet w czymś na kształt słońca ale lampa nam nie grozi. W myśl prognozy to raczej możemy spodziewać się niewielkiego opadu (jesteśmy troszkę poniżej izotermy 0). Ten fragment drogi jest niezwykle efektowny. Ten spektakl umila nam monotonię tego podejścia. Z czasem chmury zagęszczają się, widoczność siada, nawet troszkę sypie. Mam wrażenie, że to Ultima Thule. Na szczęście schronisko jest tam gdzie powinno być. W zasadzie to powinienem napisać, że to my jesteśmy tam gdzie powinniśmy być. Na zakończenie mapka W statystykach wyszło razem 16 km, zjazdów było 870 m, podejścia prawie 1100 m. Można to jeszcze zobaczyć na wizualizacji (włączyłem nagrywanie z drobnym poślizgiem). Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 5
-
-
-
Na początek oczywiście tu (i na innych forach foto, i na grupach Fb) W narciarstwie, które uprawiam dobra grupa to podstawa - ciągle szukam "nowych" narciarzy z którymi mógłbym jeździć. Na początku była beznadzieja ale z czasem udało mi się szerzej zaszczepić idee jazdy free. Pracuje nad tym - gdzieś kogoś zabiorę obok i dość często zanęta działa. Mimo tego nadal zdarza mi się jeździć samemu - czasem już daleko od ON. Nie jest to komfortowe, ale co robić - myślę wtedy podwójnie nad torem jazdy. W każdym razie ekipa to najważniejsza i najtrudniejsza sprawa. Wracając do psychiatryka. Jak jeździłem z przypadkowymi ludźmi i mówiłem, że na nartach spędzam 30-50 dni w roku to wszyscy patrzyli na mnie jakbym uciekł z Tworek. Tymczasem w mojej ekipie jestem cieniasem. Powiedzmy, że Juras (ok 100) jest poza konkurencją ale wśród reszty 60-70 dni na deskach to normalka. To są maniacy a ja wśród nich jestem jedyny normalny. Czyli trzeba znaleźć odpowiedni punkt odniesienia. Pozdro Wiesiek
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Finsteraarhornhutte Ciekawi byliśmy czy drugie schronisko będzie równie dobre jak pierwsze. Czekało nas drobne "rozczarowanie" bo w zasadzie pod każdym względem okazało się lepsze od poprzedniego. Czasem symbolicznie a czasem znacząco. Największym plusem (dla mnie) okazały się sale. Zamiast długiej pryczy osobne koja, usytuowane równolegle do korytarza, do tego przepierzenia między poszczególnymi łóżkami a w nich boxy na rzeczy. Razem cztery półeczki na człowieka! Po prostu rozpusta. Dolne spania są na wysokości podłogi a górne 140-150 cm. Wygodnie się wchodziło i schodziło i było powietrze nad głową. Jeszcze po własnym wieszaku na rzeczy (plus haki przed sypialnią na plecaki). Drugą przewagą okazały się jeszcze lepsze obiady. Ekipa zgodnie ogłosiła tu zwycięstwo nowego miejsca. W śniadaniach był remis - czyli dalej beznadzieja. Ale marsztee (herbata na drogę) też na tutejszy plus. Troszkę lepiej było też w kwestiach sanitarnych - woda też ciurkała i nie trzeba było trzymać cały czas sprężyny. Czwarty plus to lokalizacja. Jakkolwiek Konkordia była mega położona i widoki były powalające to tutaj (dla mnie) było jeszcze lepiej. Powyżej lampimy się na nasz opisany już zjazd z Wyssnolen (najniższy z grupy). Z prawej był oszałamiający widok na zamkniętą ścianami Grunhorna kotlinkę Ale chyba największym plusem nowego lokum było to, że nie trzeba było dymać po absurdalnych schodach. Człowiek jak człowiek zjeżdżał (ewentualnie podchodził), zrzucał narty i wystarczyło pokonać jeden schodowy bieg. Czyli jak widać szło ku lepszemu. Z taką nadzieją (czy słuszną?) mieliśmy już niedługo wykonać przerzut do Holandiahutte. Ekipa - dzieci Roberta Naszym guru był Rober jeden z pierwszych (a może i pierwszy) skiturowców w Polsce. Myślę, że mogę zrobić mu tutaj reklamę - zajrzyjcie na stronkę i przeczytajcie króciutki życiorys. Jest się od kogo uczyć! Wszyscy byliśmy "wychowankami" Roberta - ja chyba najstarszym - zaczynaliśmy razem prawie 10 lat temu. Adam (też z Wro) oraz Ania (Kraków) trochę młodszymi. Zupełnym świeżaczkiem był Wojtek z Tczewa, który zaliczał dopiero drugi alpejski wyjazd. Na szczęście formuła wyjazdu była "przyjacielska" i wspólnie podejmowaliśmy decyzje. Zasadnicze emocje minęły (bo Finsteraarhorn zaliczony) ale ostrzyliśmy sobie jeszcze kły na ostatni (zjazdowy) dzień. Czyli będzie jeszcze całkiem fajny ciąg dalszy Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 6
-
-
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
To raczej nie jest przypadek, że tego zjazdu nie ma wśród opisanych. Dolna część to jest przełamanie lodowca (co widać na mapie). Przyglądałem się temu z przełęczy i właśnie dół wyglądał problematycznie. Rzuć zresztą okiem na wizualizację (co jest na podstawie letnich zdjęć) i tam to zobaczysz. Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Dzień 4 - wejście na Finsteraarhorn - 4274 m n.p.m. Niby to nie było najważniejsze ale jednak bardzo chciałem zameldować się tam na górze. To jednak ładnie brzmi - najwyższy szczyt Alp Berneńskich. A poza tym to jest bardzo ładna górka. Dzień (a właściwie noc) znów zaczął się nieprzyzwoicie wcześnie. W zasadzie wszyscy ze schroniska wybywają o tej samej porze. Ponieważ jest stromo i twardo to zapowiada się dzień pod znakiem harszli (czyli raków do nart). Dobrze to widać na poniższym zdjęciu. Pniemy się spokojnie, słońce także wędruje w górę. Dochodzimy do żebra co go oglądaliście w poprzednim odcinku. Okazuje się z tej strony dość stromym pagórkiem pokrytym drobnym piargiem skalnym. Narty lądują na garbie. Na grzbiecie widzimy nasz minimalny cel (czyli przełęcz Hugisattel). Po przejściu żebra mam małą przygodę - potrącam kijek a ten leci parę metrów w dól lądując na skalistej wysepce. Pikanterii dodaje fakt, że poniżej (czego nie ma na focie) jest wielka pionowa szczelina. Ekipa wygodnie się rozsiadła, udziela rad i patrzy - wpadnę? nie wpadnę? No po prawdzie to nie jest uczciwe postawienie sprawy, bo nawet asekurację mi zaproponowali. Bez przesady, złażę i odzyskuję co moje - nie będzie mi tu szczelina pluła w twarz! Dalej jest strome i twarde pole, trzeba mocno uważać bo łatwo można wylądować w dziurze. Są też potężne lawiniska Wreszcie przełęcz - wyglądamy z respektem na drugą stronę. Od dobrych paru chwil zmienia się pogoda, wiatr gna obłoki, momentami mamy regularną mgłę. Na szczyt idziemy w czteroosobowym składzie (jeden z kolegów nie odczuwa potrzeby). Początek jest całkiem sympatyczny. Z czasem jest dalej sympatycznie, tylko stromieje i w dodatku trzeba dymać grzebieniem. A co gorsza czasem złazić. jeszcze widok na wschód. Na górze jesteśmy z ostatnią widocznością Parę fot I pora wracać Na przełęczy jesteśmy znów w komplecie. Jestem szczęśliwy, że odzyskałem swoje narty, jednak jeżdżenie po górach jest znacznie ciekawsze od łażenia! Na zakończenie wizualizacja i mapa. Ślad narciarski to ten krótszy. Przewyższenie (nabite tymi podchodzeniami i schodzeniami) dobiło prawie do 1500 m. Odległość to tylko 8,7 km. Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 10
-
-
-
@rung Bardzo ładnie dobrałeś foty - gratulacje! Ja już dawno doszedłem, że ze znajomymi to człowiek ani nie pojeździ a jeszcze w ostatniej chwili się wycofają. Teraz jeżdżę z maniakami i tam nikt się nie wycofuje. Szukaj ekip w psychiatrykach! Pozdro Wiesiek
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Dzień 3 - Przenosiny pod Finsterarrhorn. Rozkręcamy się - pobudka o 4:30! Ogłaszamy, że dzień będzie lajtowy (bo Finsterarrhorn czeka) czyli przejście przez przełęcz Grunhornlucke i pewnie lajtowy Wyssnollen. Aby ułatwić relację na początek wizualizacja. Zaczynamy zejściem ulubionymi schodami i dociążeniem się. Droga prowadzi na wschód zacienioną o tej porze doliną. mniej więcej w połowie spotykamy pierwszych zjeżdżających narciarzy. Przyglądamy się im uważnie bo sami będziemy najprawdopodobniej pokonywali ten zjazd za dwa dni o tej samej porze. Nie wygląda to zbyt zachęcająco... no ale nie będę się martwił zjazdem za dwa dni. Sprawnie osiągamy przełęcz i... jeszcze raz i... I szczęka nam opada. Wiedzieliśmy (też ze zdjęć), że Finsteraaarhorn to piękny szczyt ale żeby aż tak? W realu robi to piorunujące wrażenie. Trzy imponujące, do nas skierowane strome żebra, a do tego solidny wierzchołek. No z pewnością nie jest to typowa bałucha narciarska (a na takich dotąd czterotysięcznikach narciarsko bywałem) Ale druga refleksja jest - qurde nie wygląda to łatwo - a wiemy, że to jest ta zdecydowanie łatwiejsza i "przyjaźniejsza" strona góry. Od strony wschodniej jest 1000 m pionowej ściany. No dobra trzeba się przyjrzeć na spokojnie. Pierwsze gdzie jest schronisko. Po poszukiwaniach mamy je - strzałka na dole. Z tej odległości nie możemy rozstrzygnąć czy wyjście na podejście jest od jego lewej czy prawej strony. Mamy wrażenie, że widzimy ścieżkę i tu i tu. Teraz przejście przez żebro - chyba są dwa potencjalne miejsca. Też nie jest to oczywiste. Trzecia strzałka to miejsce gdzie dochodzi się na nartach tu wszystko jest jasne. Grań też nie wygląda oczywiście bo to co widzimy to tylko rzut na płaszczyznę sensora i nie mamy informacji o spadzie prostopadłym do obrazu. Patrząc jednak na odsłonięte żebra w osi szczytu wydaje się, że jest tam stromo a na samej górze bardzo stromo. Oczywiście jak dla narciarza bo dla wspinaczy to tylko ledwie dwójka (nieco trudno). No dobra z tej odległości już nic nie wymyślimy pora zająć się dzisiejszym dniem. Na początek mała sesyjka. Przeganiam Roberta w te i wewte. Robert ma wielką ochotę wspiąć się bezpośrednio na Wyssnolen z przełęczy na której jesteśmy. Na wizualizacji z początku tekstu zaznaczyłem to czerwoną linią. Są tam "schody" zrobione przez poprzedników. Nie mamy jednak pełnego przeglądu wejścia a do tego nie wiem czy to przypadkiem jakieś mocne kozaki nie były. W dodatku w żadnych materiałach co je mamy nie ma opisanego tego skrótu. Do tego musielibyśmy włazić z naszymi ciężkimi plecakami. Zwycięża koncepcja pięknego zjazdu na dno lodowca. Zrobienia tam depozytu ze zbędnych gratów i wejścia na Wyssnolen. W ten sposób mam dwa zjazdy zamiast jednego. A w końcu po co łazimy??? Zostawię to bez odpowiedzi. Na mapce nasza trasa wyglądała tak (Marionen poproś Anię aby Ci palcem ją pokazała). Zjeżdżamy, przepak, foki i w drogę. Ponieważ to już jakieś przedpołudniowe godziny to słońce jest wysoko, wiatru nie ma no i normalnie stajemy się skwarkami na patelni. Na szczęście 200 m wyżej ożywa troszkę ruch powietrza i idzie wytrzymać. Widoki po drodze - do tego wrócę, na razie dymamy na górę, ciągle myślimy, że to koniec a tu szczyt się odsuwa o kolejne podejście. Na końcu lądujemy na "balkoniku" podciętym z trzech stron. I o O'Connor nie kłamał pisząc, że jest to fantastyczny punkt widokowy. Tutaj w tle mamy Schonbuhlhorn Tutaj widok na zachód (kierunek z którego przyszliśmy) i koniec "balkoniku". Z lewej jest taka ścianka. Na północy wrażeń dopełniają klify Grunhorna, z Robertem wypatrujemy śladów Kozaków co poszli skrótem i nijak ich nie widzimy. trochę nas to męczy stawiamy parę hipotez ale nic z tego nie wynika. I jeszcze szersza fota z kierunku co przyszliśmy. No i jeszcze co powiecie o zjazdach w takich okolicznościach? Po zjeździe wrzucamy graty do plecorów, jeszcze podejście i wita nas Finsteraarhornhutte. Locus pokazuje 14 km trasy i 1670 m przewyższenia. Wojtek to komentuje - no taki lajcik to ja lubię! Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 8
-
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Ale Mariuszu niektórzy odróżniają tylko dwa. (bo tego trzeciego nie wypada). Czyli będzie jak jest! Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Ruszyłeś fajny temat. Ponieważ nasze zaufanie do Szwajcarów (po dotychczasowych doświadczeniach) wynosiło dokładnie zero to zabraliśmy ze sobą górę żarcia (szczególnie ja). Jak normalnie mam 100 g szturmżarcia/dzień to tym razem zwiększyłem deputat do 150 g... plus czekolada 100 g. Czyli razem 1000 kcal. Razem 1,6 kg w plecaku! I powiem Ci, mimo szczerego wysiłku, nie szło tego przejeść. Chyba z 0,5 kg zwiozłem na dół. Ale w schronisku były jak pamiętam jakieś batony do kupienia i prawdę powiedziawszy wystarczyło zabrać więcej "papieru". Po tych doświadczeniach to już nie będę przekraczał wypracowanego deputatu (a nawet go zmniejszę). Na początku to jest spora różnica mieć np 1 kg mniej w plecaku. Szczególnie jak targasz linę. Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
Finsteraarhorn - czyli Alpy Berneńskie
Wujot odpowiedział Wujot → na temat → Narciarstwo klasyczne, ski touring, ski alpinizm
Konkordiahutte Najbliższe i najłatwiej dostępne schronisko z Jungfraujocha. Położone jest 120 m nad lodowcem na skalnym "zębie". Warto powiedzieć, że gdy je budowano do lodowca było tylko 50 m. To obniżenie się poziomu dna doliny jest sporym kłopotem bo trzeba wejść po kilkuset stopniach stalowymi stopniami takimi jak w systemach rusztowań budowlanych. O ile jeszcze podejście w górę jest tylko męczące to w zejściu trzeba zderzyć się ze sporą powietrznością. Podczas opadu, szczególnie marznącego deszczu może być emocjonująco. Za to z tarasu jest fantastyczny widok. Kliknijcie też sobie tutaj. Kamerę nastawiłem na czas naszego pobytu - przestawiając godziny możecie pooglądać co Was minęło. Samo schronisko jest czyściutkie, mieszkaliśmy w wieloosobowym (chyba 12) - dwie piętrowe nary z równoległymi wąskimi miejscami do spania (na pewno nie dla grubasów). Teraz dwie najważniejsze sprawy. Jedzenie - obiado-kolacje (18:30) nie ma się czego przyczepić, naprawdę obficie i smacznie, ale śniadania... No popatrzcie. To jest 5-osobowa porcja. Trochę owsianki, stary (dojrzewający) ser, skromna porcja masła i chleb co byście nie chcieli go jeść. Najlepszy był dżem. Ale świeczka była. Niejadalna. Druga istotna sprawa to zaplecze sanitarne. Wiedzieliśmy, że w schronisku nie ma często wody - podczas naszego pobytu na szczęście była. Oznaczało to dostępność słabiutko ciurkającego strumienia wody w umywalkach (trzeba było cały czas mocno naciskać sprężynę). Za pomocą mikrofibrowej ściereczki można było się doskonale wymyć. Najbardziej zaszokowały mnie ubikacje - zero wody i praktycznie zero uciążliwego smrodu (czuć było chemię, chlor) ale jak na taki ruch - mistrzostwo świata. Sama konstrukcja kibli zdumiewająca ale nie jest to znów taki temat na forum. Ogólnie podsumowując muszę Konkordii wystawić wysoką ocenę jakkolwiek dymanie po tych schodach góra-dół plus śniadania to dwa wyraźne minusy. Dzień 2 Zaplanowaliśmy efektowną pętlę z łagodnym zacienionym podejściem i zdecydowanie ostrzejszym zjazdem. Naszym celem był Trugberg. Pobudka i "śniadanie" 5:00 - kto to wymyślił??? A tak na poważnie - podczas wiosennych tur, gdy słońce w dzień rozmraża powierzchnię a mróz w nocy ścina chodzi się tak aby ze zjazdem trafić na "puszczające" ale bezpieczne stoki. Oznacza to, że zasadniczo 12-13:00 jest taką dobrą porą do zjazdów (choć oczywiście bardzo zależy to od temperatury, nasłonecznienia i wystawy zbocza). poza tym chodzenie w pełnej lampie jest bardzo męczące. Na mapie naniesiona jest nasza trasa - jak widać szlaki w terenie (wytyczone przez narciarzy) całkiem wyraźnie różnią się od tych mapowych. Teraz parę fotek. Pierwsze jest po zejściu po schodach i krótkim zjeździe. Zapomniałem powiedzieć, ze narty, szpej a nawet dodatkową żywność zdeponowaliśmy przy schodach tak aby nie włazić z tym na górę i wychodząc trzeba to wpakować (bez dodatkowego żarcia). Tutaj jesteśmy już na zboczu Trugberga widać nasze podejście. Po kolejnej godzinie jesteśmy już na przełęczy pod szczytem. Wyraźnie wypiętrzają się chmury ale na razie większych powodów do obaw nie widać. Na przełęczy część ekipy rozsiada się wygodnie, reszta wchodzi na Trugberg. Też mam taki zamiar ale znów mam kłopoty z rakami i na podejściu zatrzymuję się na dłużej i próbuję zrobić z nimi porządek. Tu dygresja - robię to już któryś raz z rzędu. W domu wydaje się dobrze ale podczas chodzenia ultra lekkie (z elastycznym łącznikiem z dyneemy) Leopardy LF wyraźnie nie chcą współpracować dobrze z moimi TLT7. A ponieważ czeka mnie wejście na Finsteraarhorn to nie chciałbym z tak bzdurnego powodu zawracać. Kombinuję pochłonięty rozpracowywaniem o co chodzi, gdy wraca wyraźnie zaniepokojony Robert. Zresztą sam już słyszę - grzmi! Okazuje się, że zasłonięty naszą górą rozbudował się całkiem okazały front burzowy. No dostajemy przyspieszenia. Wizja wspinu w burzy po tych metalowych drabinach nie jest zachęcająca. Tymczasem nawet zjazd robi się wątpliwy bo przychodzi gęsta mgła. Adrenalina nam skacze - myślę nerwowo nad różnymi możliwymi wariantami ale jedno jest pewne - trzeba spieprzać z grani. Na szczęście przychodzi rozjaśnienie i jedziemy! Zjazd jest bardzo fajny bo dość stromy. Część zajmują lawiniska ale ponieważ jest miękko to nawet tam jazda jest łatwa. Na dole oceniamy, że kierunek burzy nie pokrywa się z naszym i minie nas bokiem. Ale niepokój pozostał więc już niezwłocznie kierujemy się do schroniska. Na dole robimy znów skidepot. Jeszcze "ścieżka zdrowia" i lądujemy z piwem (o prozdrowotnych właściwościach) na tarasie. Czekamy na obiadokolację, a w godzinę+ później z bebechami napompowanymi jak balony powoli lądujemy na pryczach z nadzieją na lepszy sen. Cała trasa to 14 km, 1330 m przewyższenia a ci co szczytowali pewnie stówkę więcej. Całkiem przyzwoicie jak na pierwszy dzień. Teraz jeszcze wizualizacja. Ten zaznaczony odcinek ma ponad kilometr przewyższenia, długość mojego (pokręconego) śladu to około 3 km - widać, że to bardzo sympatyczny fragment do jazdy. Jakoś nie mam tego na swoich zdjęciach - znalazłem więc w internecie - tu jest lewy (troszkę dłuższy) wariant zjazdu Pozdro Wiesiek- 38 odpowiedzi
-
- 12
-
-







