Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 14 Październik 2026
-
Rok
14 Październik 2025 - 14 Październik 2026
-
Miesiąc
14 Wrzesień 2026 - 14 Październik 2026
-
Tydzień
7 Październik 2026 - 14 Październik 2026
-
Dzisiaj
14 Październik 2026
-
Wprowadź datę
16.05.2017 - 16.05.2017
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 16.05.2017 uwzględniając wszystkie działy
-
Prawdopodobnie ostatnie tury w tym sezonie postanowiliśmy zakończyć z przytupem, padło na Baranie Rogi od Zielonego Stawu. Ruszany z Andrychowa dość późno jak na nas bo o 4 rano w składzie Rafał Z., Filip no i moja skromna osoba, jak się potem okazało uzbierało się nas znacznie więcej. Na parkingu Kieżmarskiej Białej Wody meldujemy się trochę przed 7 rano standardowe gramolenie i ruszamy z buta trekingowego doliną Kieżmarską w stronę Chaty przy Zielonym Stawie. Jak widać towarzyszy na dość młody skiturowiec Alex na razie bez nart ale wkrótce go dogonią, idziemy spokojnym tempem przez około 5,5km. Dwa kilometry przed schroniskiem pojawia się śnieg wysokość około 1400m.n.p.m. część ekipy zaczyna foczyć a ja dalej cisnę z buta bo z doświadczenia wiem że pewnie na ciekach wodnych będą przerwy w śniegu i będzie trzeba ściągać narty lub na żywca po kamolach latać, jak się okazało miałem racje ale nie było aż tak tragicznie. W końcu po około 2,5h-3h docieramy nad staw gdzie posiedzimy z godzinę zbierając siły. Tutaj dość nietypowa niespodzianka nas spotyka mianowicie gospodarze schroniska postanowili odśnieżyć szlak prowadzący do nich używając do tego traktora Jak widać śniegu jeszcze z metr na wysokości 1551 m. przez co odśnieżanie idzie bardzo wolno. Jak wspomniałem wcześniej siedzimy przy schronisku chwile i czekamy na resztę towarzystwa która zadeklarowała chęć wspólnego foczenia w ten sposób uzbierało nas się 8 luda 7 na nartach 1 pieszo Około 10:30 ruszamy w kierunku czoła Dzikiej doliny. Dochodzimy do pierwszego żlebu i tutaj pakujemy narty na plecy i jazda do góry kolega próbował foczyć w żlebie ale po kilku zakosach poddał się za wąsko było. W żlebie mijamy kilka fajnych wodospadów idzie się dobrze śnieg mokry ale nie osuwa się raki kompletnie w tym miejscu zbędne. mijamy żleb i wchodzimy do Doliny Dzikiej, zastajemy tam przeogromne hektary śniegu już na samą myśl o zjeździe gęby cieszą się nam niemiłosiernie. Napotykamy po drodze gapowiczów dolina ma jedno przełamanie a na jej końcu po lewej stronie jest wlot na Baranią Przełęcz gdzie zmierzamy żleb prowadzący na nią jest dość stromy dochodzi do 45 stopni. W końcu docieram na przełęcz gdzie rozdzielamy się Ja, Rafał Z. Filip i Marta postanawiamy wyjść na szczyt a reszta z różnych powodów zostaje na przełęczy i delektuje się widokami ponieważ pogoda była dla nas łaskawa i przegoniła chmurska które jeszcze godzinę wcześniej zalegały na szczycie i niżej czasem opłaca się wolno bez pośpiechu dreptać W kierunku szczytu trzeba zrobić lekki trawers w dość mocno nachylonym zboczu ale trudności nie sprawia przy zachowaniu dużej ostrożności. Po około 20-30 minutach stajemy na szczycie z bananami na twarzy bo za chwile będzie to co lubimy najbardziej czyli zjazd I takim sposobem zrobiliśmy kolejny szczyt do Korony Tatr kończąc sezon Skiturowy . kilka danych odnośnie trasy mniej więcej tak zmieściliśmy się w maksymalnych wartościach czasowych: Trasa: Parking w okolica Kieżmarskich Żłobów (przy żółtym szlaku) - Schroniska nad Zielonym Stawem w Dolinie Kieżmarskiej - Dolina Dzika - Barania Przełęcz (2389 m) - Baranie Rogi (2526 m) Podejście: ok. 1600 metrów. Od schroniska ok. 900 metrów. Zjazd: W lini podejścia. Przy dobrych warunkach śnieżnych da się zjechać do samego parkingu. Trudność: S3-3+ Nachylenie: maksymalnie 45 stopni Zagrożenia: lawiny na podejściu żlebem przez próg Doliny Dzikiej, oraz pod Baranią Przełęczą Czas: podejście ok 5-7h, zjazd ok. 1-2 godz Schroniska: Nad Zielonym Stawem w Dolinie Kieżmarskiej Sprzęt: Raki, Czekan, ABC Lawinowe, ew. Harszle Film z ostatniej tury w tym sezonie. Pozdrawiam Rafał Foty: Ja Rafał Z. Filip Marta Przemek8 punktów
-
Narzekacie na BSA, a ja jak byłem na Hintertuxie, to też na stronie było napisane, że jest 350 cm, a wcale tyle nie było, bo sprawdzałem. I napisali jeszcze, że warunki bardzo dobre, a na dole były muldy, jak na Saharze w Bielsku za dawnych czasów Już tam chyba nie pojadę, mam nadzieję, że splajtują jak będą tak oszukiwali narciarzy. Sorki, ale nie mogłem się powstrzymać.7 punktów
-
Relacja liniowa zmierza do końca samotny zawodnik Wujot dobiega do mety. Czy go jeszcze ktoś przywita, czy wszyscy poszli do już domu??? Nasz poprzedni dzień skończył się późno w nocy w Oldervik. Z wyliczenia czasu wychodzi nam, że musimy wypłynąć najpóźniej o 16.00 aby zrobić klar i zdać statek. Kamil & Co wyznaczyli więc pobliski cel. Problem jest tylko taki, że trzeba dojść (i wrócić) asfaltem 5 km, co nikomu się specjalnie nie uśmiecha. Sprawdzamy autobusy i okazuje się, że mamy w tamtą stronę o 10.00 i powrotny o 15.00. Słabością takiego planu jest brak elastyczności. Jakoś zbieramy się jednak na ten autobus, w momencie jak przyjeżdża to zmieniamy zdanie i postanawiamy wejść na całkiem imponującą górkę nad portem. Musiało to strasznie śmiesznie wyglądać - przyjeżdża autobus a goście w tył zwrot. Nie jest to jednak takie absurdalne bo Robert w rozmowie z miejscowym dowiedział się, że z tej górki jakiś Francuz zjeżdża. A skoro może Francuz to my też. Wobec tego ramowy plan wygląda tak: Pogoda jest zmienna i raczej słabo z widocznością. Znajdujemy jakieś stare ślady i jak się już domyślacie lądujemy na szczycie. Robi się niskie przejaśnienie i widoki są przednie bo krajobraz, ogólnie pełne mleko, ale na Alpy Lyngeńskie (z drugiej co wczoraj strony) jest żyleta. Z naszej strony przez chwilę jest tak Z czasem się kiepści i przed zjazdem jest jakoś tak Pora pomyśleć o zjeździe - nie uśmiecha mi się łagodna droga podejściowa (bez historii). Podobnego zdania jest MajorSki, MarioJ i Betti (Robert) - postanawiamy zjechać przyuważonym wcześniej mało wyrazistym ale za to stromym żlebem. Prawdę powiedziawszy nie jest to super rozsądne: raz, że nad nim jest potężny nawis (co prawda jesteśmy prawie pewni, że z lewej (orograficznie) powinien być dobry wjazd a dwa, że widoczność naprawdę się pogarsza, więc wycelowanie na łagodnej kopule (bez wpakowania się w nawis) w to miejsce będzie wyzwaniem. Ale zawsze przecież możemy zawrócić. Poniższy track jest dowodem, że istnieją tajemnicze zjawiska i tylko splątanie na poziomie kwantowym może je wyjaśnić. Otóż niebieska linia to droga rejestratora Mariusza a czerwona... Mariusza. Zjazd na pewno dostarczył emocji, szczególnie mnie pierwszemu. Nie widziałem nic a stok stromy a na nim parę bryłek lodu wielkości małych lodówek absorpcyjnych. Na dole byliśmy w pełnym składzie bo akurat reszta powoli doszlusowała. Dalej było za to niesamowicie przyjemnie bo już były punkty orientacji: drzewa, krzaki, trawy. Chłopaki pojechali wzdłuż koryta strumienia ja znalazłem snowboardowy ślad po prawej, pojechałem przez las i wylądowałem ze 200 m dalej. Przy łódce byliśmy koło 15.00 i kapitan dosłownie od razu zarządził wymarsz. Na miejscu w Tromso czekało nas sprzątanie i pakowanie. Później parę godzin snu i w nocy żegnaliśmy się z łódką w takich to okolicznościach. Sypało pięknie. Jeszcze było trochę lotniskowych przygód ale to już może inni dopiszą plus statystyki, nomenklaturę i parę nie poruszonych tematów. Ale ogólnie udało się tę relację dociągnąć! Pozdro Wiesiek5 punktów
-
3 punkty
-
Artur, nie "rzygaj" na forum BSA było ,jest i będzie...ja się z tym pogodziłam. dwa wdechy i wydech.....itd. Pozdrawiam Ciebie3 punkty
-
Nasz wyjazd powoli zbliża się do końca ale powinniśmy mieć jeszcze co najmniej jeden bardzo dobry dzień. Rano żegnamy krewetki, krótki skok przez morze i lądujemy na Uloyi - wyspie z jednym szczytem (i czterema wierzchołkami). Początek już znacie było jak zawsze, las (tym razem nawet z wygodną drogą i oznakowaną ścieżką!!!), hala, szczyt. Nie dziwię się, że Uloya jest taka kultowa bo widoki są tutaj powalające. Dużo wody w pierwszych planach i otwarte kierunki. Po drodze możemy zobaczyć nasze ostanie cele i Wielka Kupa (ta z prawej) co się z Diupvik jawiła niewinnie wygląda... Nasze wcześniejsze cele z Lyngseidet też możemy podziwiać w oddali. Na szczycie jak już wspomniałem jest bardzo ładnie. Kusi nas z Tomkiem aby zjechać na "ciemną" stronę Uloyi. Ta góra jest zupełnie analogiczna do tych wcześniejszych z jednej strony przyjazna i łagodna a z drugiej ściany. Ponieważ czeka nas dalszy rejs i już nie ma za dużo czasu to odpuszczamy, szczególnie, że zjazdu nie szło wcześniej zobaczyć. I było to Tomku do zrobienia! Tymczasem ekipa rozluźniona, spokojnie relaksuje się w tych pięknych okolicznościach. To 7 dzień łażenia, zero spinki. Wyjazd udał się już za...ście. Dokumentuje więc te zarośnięte od dwóch tygodni twarzyczki - pewnie wyglądam tak samo. Patrząc na Piotra widać, że musiał zahaczyć o maszynkę (podobnie też MajorSki) Ale reszta była normalna - nie musieliśmy się nikomu podobać. A właściwie to... nawet nie chcieliśmy się nikomu podobać! U El Capitano stanu zarostu nie udało mi się sprawdzić. Najlepsze, ze bałem się, że po 11 dniach przebywania w ciasnocie żaglówki będę miał już dość tych typów a tu wprost przeciwnie. Tematów do rozmów nie zabrakło do końca mimo, że wyjazd był prawie bezalkoholowy (te ceny w Norwegii kosmos...). Co to znaczy właściwa ekipa... Z czystym sumieniem powiem to nie był kolejny najlepszy dzień w Norwegii. Seria kiedyś musiała się skończyć a dorównać zjazdowi z Sormegaisa nie jest łatwo. Ale to był piękny dzień. Dokładnie piękny. Wsiedliśmy do łódki i niczego już nie oczekiwałem. A tu bonusik całkiem niespodziewany dostaliśmy (a już szczególnie ja). raz, że piękny zachód słońca był jak przepływaliśmy obok naszych pierwszych szczytów norweskich (co je też o wschodzie słońca obserwowaliśmy) Ale dwa solidnie dmuchnęło. El Capitano zarządził rozłożenie grota i gafla co wszystkich zelektryzowało Sesje foto szybko się skończyły i zaczęła się jazda. A najlepsze, że za sterem stał (zapierając się nogami z całych sił) niżej podpisany! Pozdro Wiesiek3 punkty
-
Widzisz, ja to widzę zupełnie inaczej. Umieli woku siebie zrobić szum i osiągnęli sukces. Popatrz ile ta stacja ma "lajków". Jaką mieli frekwencję w sezonie. Po przeciwnej stronie stoi takie Skolnity, które też bardzo lubię, ale które do teraz ma mizerną frekwencję. Kompletnie brak im pomysłów jak przyciągnąć ludzi, a może kasy... Czy stacja jest dobrze przemyślana? Pewnych błędów się nie ustrzegli, ale to wskażę chyba w każdej znanej mi stacji. Wspomniałem wcześniej o Skolnity - popatrz choćby na ich parkingi, albo raczej ich brak. Do tego komunikacja między "parkingiem" a dolną stacją kolei. Czy BSA nie ma nowoczesnego systemu naśnieżania? Moim zdanie ma. Inna sprawa czy taka ilość armat, olbrzymi zbiornik i Snowbox ma sens. Pracownicy byli szkoleni przez Austriaków (czy w samej Austrii to nie wiem) - coś się nie zgadza? Trasa była utwardzana i często przygotowywana pieczołowicie całą noc przez najnowocześniejsze ratraki, w tym flagowy model Pisten Buly 600. Czy mieli 3 metry śniegu? Nie wiem, ale na tym polu chyba każdy ON więcej lub mniej szachrawi. Kanapa nowoczesna jest, ale chyba sami nie do końca są zadowoleni z wyboru (choćby popękane bubliny). Sezon potrwał by do maja, gdyby było dla kogo się starać. To nie fantazja. Ja to widzę w ten sposób - pewne poprawki zrobić muszą (i już robią), część "błędów" zweryfikowała natura lub "kanapowi narciarze", natomiast pewnych rzeczy nie zrobią choćby temu, że warunki terenowe są takie a nie inne. Ja im kibicuję tak samo, jak wcześnie choćby Skolnity. Im większe urozmaicenie, tym ciekawsza okolica, narciarsko. Zamiast doszukiwać się błędów i szydzić na całego, wolę dostrzegać przede wszystkim pozytywy. I wcale w jakiś zachwyt nie wpadam - jak ktoś tu raz napisał: "jest tak jak powinno być" i nic więcej. Artur, ja za to rzygam ciągłym porównywaniem każdej stacji, którą ktoś odważy się skrytykować, do BSA. Może temu ten temat staje się irytujący...2 punkty
-
jak dla mnie, kompletnie nie interesuje mnie suma nakładów inwestora/właściciela i sądzę że 99% klientów również...., a juz kompletnie kombatanctwo i 'staranie sie'. Ważny jest efekt. Glosowanie za i przeciw na szczęście odbywa sie nogami-kołami....2 punkty
-
Historia SON Jeśli kogoś ciekawi, jak powstał i jak rozwijał się największy ośrodek narciarski w Polsce, to zachęcam do przeczytania artykułu o jego historii. Jest też kilka starych zdjęć, które niektórzy z Was pewnie widzieli tu na forum. W artykule wypowiada się dwóch forumowiczów, których na pewno znacie. Jest to pierwszy mój artykuł tego typu, ale najprawdopodobniej nie ostatni PS Jeśli macie uwagi do artykułu, to piszcie - przydadzą mi się na przyszłość PS2 Mam nadzieję, że nie jest za dużo informacji technicznych. Nie chciałem z nich rezygnować, ale nie wiem czy nie jest ich za dużo. http://www.szczyrkowski.pl/urlop-w-gorach/aktualnosci/historia-szczyrkowskiego-osrodka-narciarskiego/2 punkty
-
Mała szansa aby ktoś z nas podjął się regularnej relacji z naszej tegorocznej wyprawy do Norwegii. Po prostu zbyt wiele się działo - wrażeń wystarczyłoby spokojnie na 3 "standardowe", bardzo udane, tury. Rozpocznę wątek omawiając jakieś wybrane aspekty a być może koledzy pociągną go w sobie znane obszary. Decyzję o skiturach w Norwegi zapadła mniej więcej w w czerwcu zeszłego roku. Od początku przyjęliśmy, że wynajmiemy jacht z kapitanem a cała strona narciarska będzie w naszej gestii. Przy takiej formule wychodziło to bardzo obiecująco finansowo i znalezienie quorum ograniczyło się do paru telefonów. W sierpniu zarezerwowaliśmy wstępnie termin rejsu (aby nikt nas nie ubiegł). Ze względu na dużą odległość i związane z tym koszty miało to być 11 dni (1-11.04) co dawało 9 dni na akcje górskie. W październiku podpisaliśmy.umowę z armatorem, zebraliśmy kasę od uczestników i poszły pierwsze zaliczki. Loty, nadspodziewanie tanio, wykupiliśmy też chyba w październiku. W zasadzie oznaczało to organizacyjne zamknięcie tematu - istotne co zostało to rozpoznanie topograficzno-narciarskie regionu i aprowizacja. I było na to pól roku. Na zdjęciu w pierwszym planie - "nasz" jacht. cdn Pozdro Wiesiek1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Już podawaliście chyba ze 3 razy ten link, ale ani tam ani tu nikt nie podał zdjęcia-dowodu z tymi muldami.1 punkt
-
Komunikaty były podawane przed otwarciem ośrodka - tak sądzę. Więc nie ma tu kłamstwa. Kto rano wstaje, ten sztruks zastaje... Później oczywistym jest,że się zdegradują. Jak szybko, to zależy od wielu czynników, których przewidzieć się nie da. A przynajmniej część z nich. Dodam, że w marcu rozpoczynali pracę o 7.00 rano! Tu przykładowe komunikaty: - " Warunki wiosenne, ale śniegu jeszcze pod dostatkiem" - " Dzień dobry ? Zapraszamy na wiosenne szusy z Beskid Sport Arena ?Pogoda znakomita, a warunki jak na końcówkę marca dobre ? W nocy lekko zmroziło trasy. Zapraszamy od 7.00 do 14.00 Nie zawsze było tylko o sztruksie i super warunkach. Czasem nawet pokazywali mgłę i informowali na bieżąco o długości kolejki do kolejki, co nie robi żadna stacja! Dla mnie to jest szukanie dziury w całym, a dalej hejt nakręca się sam i robi się z igły widły...1 punkt
-
Ja się tam Pisten Buly 600 nie ekscytuję. Jeżeli chodzi o Polskę, to w tym roku, z pobliskich górek, oprócz BSA, jeździłem m.in. na Zagroniu, Złotym Groniu, Stożku, Stoku, w COS, gdzieś tam jeszcze, oraz nawet w Dolomity Sportowa Dolina :D. Najgorzej przygotowaną trasę zastałem w BSA. Może potrzebują Pisten Buly 6000000, a nie tylko 600? Ja hejtu z powodu kanap robić nie chcę, bo mam głęboko w tyle, czy są popękane i głośne, i czy grzeją. To sprawa rozliczeń gwarancyjnych pomiędzy BSA i dostawcą. Dla mnie kanapa ma bezpiecznie i w miarę szybko zawieźć mnie na górę, a reszta to detal. Natomiast jeżeli ktoś opowiada, że ma alpejskie warunki, sztruks, 3m, a w rzeczywistości tak nie jest, to OK - pojeździłem, ale wróciłem z uczuciem wydymania. I sądząc z komentarzy nie tylko ja. Widok Pisten Bully 600 nie pomógł i raczej ta maszyna szybko mnie do BSA nie ściągnie. Zwyczajnie mnie zrazili do siebie. PS A jeszcze dodatkowo mnie zrazili, kiedy dalej na "bezczela" oburzającym się na warunki ludziom pokazywali na profilu zdjęcia z innych ośrodków (konkretnie Skrzyczne), że niby tam też jest źle. Oraz zasugerowali, że właściwie złe opinie to dają im niedzielni narciarze, bo dobrym trudne warunki nie przeszkadzają. Nie chcieli zauważyć, że nie chodzi o umiejętności narciarzy, tylko o rzetelne i uczciwe przekazanie informacji o warunkach. Tym mnie zrazili.1 punkt
-
1 punkt
-
Idealny dzień (w ujęciu skippera) Czyżby moi koledzy nie tylko zostali gdzieś daleko z tyłu na tym szlaku co go przecieram ale zgoła poszli sobie gdzieś w bok robiąc ze mnie Latającego Holendra??? Halo Panowie, miało być wspólnie, obudźcie się i ruszcie tyłki (a właściwie pióra)!!! Na początek sytuacja. Po lewej macie naszą wczorajszą turę na Wielką Kupę. Na prawo jest kolejny cel. Dość dokładnie obejrzeliśmy go sobie dzień wcześniej co niosło za sobą bardzo określone konsekwencje. Niezbyt nam się podoba wizja dymania nadmorską drogą 3 kilometrów. Ale ekonomia czasowa zwyciężą i początek jest taki. Z drogi nie mamy zamiaru ustąpić. Na środku foty nasza górka. Schodzimy na szlak przy sklepie w którym Robert kupuje kilogram cukru. Po co mu kilogram cukru w plecaku ? . Wygląda mi to na jakąś ofiarę rytualną. Będę dalej śledził uważnie poczynania mojego doświadczonego kolegi. Wchodzimy w las - jest tam założony ślad. Ale to jakaś masakra: stromo, gęstwa taka, że trzeba dosłownie przeciskać się między drzewkami, do tego upał. Co jakiś czas foki puszczają, lecąc, łapiemy się rozpaczliwie pieńków. K... latają gęsto między drzewami. No koniec końców wyłazimy na hale. A tutaj powtórka z wczoraj tyle tylko, że ani skrawka chmurki - totalna blacha. Uznaję, że mnie to zwalnia z fotograficznych czynności (bo zdjęcia bez chmur to połowa zdjęć) do tego widoki na Alpy Lyngeńskie w zasadzie identyczne nie ma się więc co rozczulać i trzeba zasuwać na górę. Ze szczytu zdjęć nie mam. Ponieważ El Capitano znacząco został na podejściu to proponuję żeby na niego zaczekać a ponieważ to może być około godziny to postanawiamy z Robertem i MajorSki zjechać z kopuły szczytowej. Mijamy Michała, później na górę i... Tak, tak dzień się zacznie jako, że nie mamy zamiaru zjeżdżać po utartych (czyli przewodnikowych ścieżkach). Wczorajsza wizja lokalna wykazała możliwość "zjazdu życia" Jedziemy kawałek granią a później jest tak. Kilkuset metrowa lufa z 35 stopniowym średnim nachyleniem (miejscami sporo więcej), do tego dziewiczy puch. 100% bezpiecznie to na pewno nie jest więc adrenalina buzuje. Wjeżdżamy w długich odstępach czasowych, Tomek z nad nawisu obserwuje zjazdy od góry. Piotr, co pojechał pierwszy, asekuruje od dołu. Zjazd jest naprawdę długi, trwa, trwa, trwa i już dokładnie wiem po co przyjechałem do Norwegi. Przyjechałem dla tego zjazdu. Proste. Na dole - no po prostu entuzjazm (ktoś ma to na fotach???). Ehhh. Dalej jedziemy przedziwnie pofałdowanym terenem. Jest po prostu bajecznie, euforia mija ale wspomnienie zjazdu (jak wszystkich innych najlepszych zjazdów) wryło się w pamięć. I już na zawsze będzie to w mojej głowie - razem z parunastu/parudziesięcioma innymi co tam tkwią. Zjeżdżamy na plażę wariantem co go wczoraj reszta ekipy opracowała. Jeszcze pamiątkowa fota - nasze ślady dobrze widać. Wieczorem, gadam z żonką i oczywiście oznajmiam, że był to najlepszy dzień w Norwegi - reszta ekipy leje bo to już szósty najlepszy dzień. Czy może być coś jeszcze? Ano może - ponieważ to jest pierwsza bezchmurna noc, oznajmiam - "obudźcie mnie jak będzie zorza" . I faktycznie Klisiu budzi mnie przed 24.00 i przez kolejne 90 min stoję w porcie w przejmującym wietrze i nad portem i wytwórnią jest tak Ale zdecydowanie lepszy jest widok na Alpy Lyngeńskie, tutaj to nawet oprócz zielonego pojawiają się niezdecydowane róże... Zorza nie ma zamiaru się skończyć ale po półtorej godziny dochodzimy z Robertem, że pora już spać (reszta poszła wcześniej). Wysyłam jeszcze żonce sms "piękna zorza czyli to był Idealny Dzień (Skippera)". Kto nie zna Pingwinów z Madagaskaru to niech koniecznie obejrzy - co prawda jakość słaba ale daje pojęcie co to jest idealny dzień!!! I de olo Wujot1 punkt
-
Skitoury the best i pogoda takoż! Dzięki Andrzej skitoury otworzyły mi oczy na góry ponownie. Wcześniej nie było czasu na nic, tylko kolejny wjazd, kolejny zjazd, tyczki i czas. Już freeride trochę to zmieniło, zacząłem dostrzegać otaczające mnie piękno. Ale skitoury to skok w nadprzestrzeń, dopiero podchodząc dostrzegam wszystko i nic mi nie umyka. Mimo, że fizycznie jest ciężko, to umysł wypoczywa wzorcowo, a o to mi chodzi! My mieliśmy na Pradziada 150 km, a Tatry są naprawdę cudowne! Na relację oczywiście czekam cierpliwie...1 punkt
-
Na początek małe uzupełnienie - trochę rozczarował mnie brak Waszej dociekliwości w kwestii ducha nart (a i tej drugiej atrakcji z jazdą w tle). Dbając o koloryt i przybliżenie kultury opowiem do końca tą historię. W czasach gdy żyli herosi (a nie takie konusy jak teraz) ziemia Nordlandu była areną wielkich potyczek między Odinem a olbrzymami Lokiego. Do jednej z najbardziej spektakularnych bitew doszło właśnie na półwyspie na którym turowaliśmy. Nie wdając się w sceny batalistyczne skutek był taki, że Odin wspomagany przez Thora i innych bogów pokonał dzikie hordy przeciwników. Gdy umilkł już bitewny zgiełk Odin używając sobie tylko przyrodzonych mocy ułożył wielki stos z skamieniałych ciał przeciwników. Był on pod niebo wielki. Stojąc na szczycie wydał ryk przepotężny co góry poprzestawiał. Co było dalej nie wiemy bo jedyny świadek tych zdarzeń samotny wiking Norgar Diupvik, co zaplątał się przez sztormy w te niedostępne okolice, zginął w jednej chwili od akustycznej fali uderzeniowej (ryk był naddźwiękowy). Łaskawy Odin pozwolił zamieszkać duchowi Diupvika na powstałej z kamiennych ciał górze. Ten ostatni, w kolejne rocznice bitwy, ukazuje się przybyszom opowiadając tę batalistyczną historię. Duch przyjmuje różne postacie - narciarzom ukazuje się jako narciarz. Na cześć zwycięstwa Odina miejsce to nazwano Storhaugen co tłumaczymy jako Wielka Kupa. Aby usłyszeć opowieść Norgara Diupvika trzeba być na Storhaugen na początku kwietnia, mieć pokorę wobec starożytnych bogów, umysł czysty i nieskalane serce. Po wykonaniu 7-go perfekcyjnego skrętu należy się zatrzymać pokłonić w cztery strony świata i liczyć, że stanie się! Czasem trochę już zgryźliwy Diupvik może przybrać inną, nie w pełni ukształtowaną narciarsko, postać... Pozdro Wiesiek1 punkt
-
1 punkt
-
Jutro chyba ostatnia szansa pojeździć na nartach w Czesji. Jak zwykle 30 .04. to ostatni dzień działania wyciągów na czeskim ledovcu. Praded ma do zaoferowania jeszcze 70-90 cm śniegu.Dzisiaj dostało 5 cm świeżego. Pogoda na jutro, słońce (co tam nieczęsto się zdarza) i lekki mróz. Biorę ze sobą (oprócz Ani) sprzęt turowy, może uda się wejść na coś, lub zjechać do parkingu? Może ktoś dołączy?1 punkt
-
Szczyt Storhaugen (1100m), vertical 1550m, odległość 15.5km. Jesteśmy po drugiej stronie fjordu Lyngen, niż dnia poprzedniego. Zmieniliśmy też pasmo górskie, teraz Kafjord Alps. Pasmo Lyngen Alps na zdjęciach jest po drugiej stronie zatoki.1 punkt
-
Masz rację bez dwóch zdań to był najlepszy dzień w Norwegii. Czy może być jeszcze lepiej? Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Piękny narciarski dzień, a górne zjazdy w typie freeride'owym . Zapomniałeś dodać, że to 4 (lub kolejny) najlepszy narciarski dzień w Norwegii. No i ten Wielki Szyszak , Karkonosze nie od macochy!1 punkt
-
Ciąg dalszy bajki. Nasz czwarty turowy dzień zapowiadał się nieźle. Po drodze jeziorko. Ze szczytu powinien być piękny widok na równoległy fiord. Niewiadomą jest pogoda. Pierwsza niespodzianka jest taka. Spadł puszek! Podobnie jak wczoraj gnają nisko zawieszone chmury. Idę ostatni co i rusz wyciągając aparat. No bo jak tu nie pochylić się nad pięknem krajobrazu. Tutaj wczorajsza górka Tomek, który ma podobny problem jak mój (czyli uzależnienie pięknościowe) służy mi za czynnik ludzki. Teraz w fotorelacji nastąpi przerwa, po prostu zrobiło się mleko i to takie, że prawdę powiedziawszy pomyślałem, że to chyba koniec wycieczki. Jednak moi koledzy raczej łatwo sobie nie odpuszczają i idziemy trochę na ślepo a trochę według nawigacji. Łatwo ten moment zobaczycie na śladzie. Widać, że na podejściu na początku hal (tam gdzie rozchodzą się traki) poszliśmy za wysoko. Na szczęście widoczność powraca i korygujemy trasę zjeżdżając do dna płaskowyżu. W okolicach jeziorka znów jest magicznie. Przy okazji identyfikujemy norweski sztruks Bardzo ciekawie po tym się jeździ w ten sposób podchodzimy po kopułę góry i zaczyna się konkretne podejście. W części dolnej jest strome i z fantastycznymi widokami na wspomniany wcześniej fiord. Co jak widać zauważają nawet najtwardsze chłopy (z Romana Bratnego) Ostre podejście zdecydowanie łagodnieje i... trwa, trwa, trwa. Mija wieczność i nie mogę uwierzyć jestem na Wielkim Siusiaku!!! Tyle drogi i Wielki Siusiak??? Wszystkim niekarkonoskim czytelnikom jestem tu winny wyjaśnienie - to nieoficjalna nazwa Wielkiego Szyszaka, którego trudno tu nie skojarzyć. Nawet wysokość bezwzględna podobna. Nad szczytem, pod szczytem przewalają się kłęby pary i jest zdeczko niecodziennie. Być może czasem usłyszycie, że chodzenie na skiturach to jest fajna sprawa. Nie wierzcie w te bajki. Fajna sprawa to jest zjazd. I każdy skiturowiec za dobry zjazd jest gotów dymać pół dnia (albo i cały). Czyli nastała pora wypłaty!!! Zrobiliśmy parę zdjęć na górnym, luzackim odcinku. Niżej było zdecydowanie bardziej ciekawie. Teraz foty od MarioJ Na dole było znów bardzo zmiennie trzeba było znów się ofoczyć. I ostatnie zdjęcie z dnia. Szykujemy się do pokonania piętra lasu. Tu już była twarda walka o życie bo warunki były bardzo wymagające i każdy zaliczył jakieś gleby. Ale też nikt się tym nie przejął. Na zakończenie poproszę tradycyjnie Mariusza lub Kamila o statystyki, nazwę szczytu etc. Inne dopowiedzenia też mile widziane. Czyli pociągnijcie sanki. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
1 punkt
-
No i doszliśmy do momentu w którym możemy umieścić tytuł i napisy "filmu" co go oglądacie. Czyli skitury w Norwegii właśnie się rozpoczynają. Na początek zestawienie naszych wycieczek Dzień turowy 1,2 jest za nami. Dzisiaj będzie 3. Stoimy w Lyngseidet w luksusowym porcie (bo jest kibelek, gorący prysznic i prąd) nawet nie kosztuje to zbyt dużo (około 100 zł/dzień za łódkę), miejscowość jak na "polarne" warunki - kurort. Aby założyć deski trzeba przejść dobre 200 m. Naszym celem jest .... (wstawią koledzy bo coś mi się norweskie nazwy nie trzymają) górujący pięknie nad okolicą. Dzień jest bardzo zmienny, chmury galopują ale od czasu do czasu są takie urokliwe prześwity I góra prezentuje się wtedy nad wyraz urokliwie. I tak sobie idziemy, raz słońce, raz śnieg Jak widzicie piętro lasu dawno za nami, hale też już minęliśmy i kopuła szczytowa już blisko. Pięknie widać stąd Lyngseidet. Jest nawet... no właśnie co dostrzegą Wasze wprawne oczy? Zasuwamy całkiem konkretnie (fota od Mariusza) Pogoda coraz bardziej dochodzi do wniosku, że nie lubi narciarzy Ale nikt nie ma się zamiaru poddawać I wreszcie wychodzimy na grań (fota od Mariusza) W drugą stronę jest tak i szerszy plan Jesteśmy na niższym wierzchołku - zamierzamy zjechać stąd efektownym żlebem (powyżej chyba ten z prawej). Przepinka w śnieżycy ale jest widoczność. Chowam aparat do plecaka bo zaraz zacznie się to co tygryski lubią najbardziej - jazda. Wskakujemy po kolei do żlebu. Fota znów od Mariusza. Początek jest lekko stresujący bo stromo, widoczność też nie najlepsza. Ale dalej jest cudownie bo mieciutko! Nasz kapitan (co został wyraźnie w tyle) ma troszkę mniej szczęścia, dociera na górę we mgle, która za chwilę natarła. Idzie więc na właściwy wierzchołek licząc, że się przejaśni. Ale nic z tego - zjeżdża w mleku. Czyli bez przyjemności. My ten czas załamania pogody wykorzystujemy na powtórną wycieczkę na górę (widzicie to na trakach) a na drugi zjazd znów mamy oczy! Jest naprawdę nieźle. Zjazd jest komfortowy do końca bo przez las prowadzi "przecinka", która wygląda dosłownie jak trasa narciarska. Zjeżdżamy po bandach śnieżnych przy drodze do IT i ostatnie w świetnych humorach dajemy z buta. I to jest bez wątpienia najlepszy (kolejny) dzień w Norwegii. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Sprytny Kamil dorzucę jedną fotkę z dnia rejsowego, w tle skaliste zbocza po drugiej stronie fjordu, niż nasz port Lyngseidet, dodam w kontekście obecnego powder day, że w tym jednym dniu Norwegowie ogłosili 4 lawinową ... z powodu deszczu, padało tak do wysokości 200-300m, nasiąknięte strome zbocza były zagrożone, tak że dobrze nam się złożyło, że mogliśmy ten dzień wykorzystać na długie przemieszczenie się, na drugi dzień spadło do 3-ki a później 2-ka ta wioska to był prawdziwy wypas, informacja turystyczna, pensjonaty, poczta, market czynny do 23:00, kościół, wypożczyalnia skuterów, oświetlone trasy biegowe, i to wszystko za kołem podbiegunowym1 punkt
-
1 punkt
-
Ten zjazd na fokach był mocno zaskakujący. Nie wypatrzyłem go wcześniej na mapie. Z tego co pamiętam Major też zdjął foki. Ja tego dnia wziąłem splita. To mój pierwszy sezon więc nie jestem jeszcze biegły. Widząc że inni nie zdejmują fok wpadłem na szalony pomysł żeby zrobić tak samo. Zjazd na desce z fokami jednak nie zaskoczył i foki wylądowały pod kurtką. Wiesia i reszty wariant powrotny dużo lepszy. Ten zjazd do drogi to nie był żaden zjazd tylko dymanie po stoku lekko nachylonym w dół. Musiałem deskę jeszcze raz przestawiać na chodzenie :(. Zjazd ze szczytu też mnie jakoś nie zachwycił. Dla mnie kolejne dni były dużo lepsze1 punkt
-
Nie ma sprawy. Górka albo grzbiet to było Russselvfjellet (nisko 750m). Vertical 1400m, długość 17km. Ja dodam że ten długi zjazd na fokach to było znakomite ćwiczenie jazdy na tychże, w dodatku w ograniczonym kontraście. Mnie się udało bez żadnej przewrotki klasyczne NW, a nachylenie było ze 30 stopni.1 punkt
-
Jak widać na didaskaliach nie da się długo ciągnąć. Korzystając z tego, że wszedłem w posiadanie zdjęć Mariusza napiszę relację z drugiego dnia. Na początek nasza droga w terenie. Łatwo można tu ocenić przebieg wysokościowy. Zaczęliśmy identycznie jak dzień wcześniej idąc wciętym korytem rzecznym. Dalej droga prowadziła w lewo na rozległą przełączkę. Dzień był smutny, słaba widoczność, chłodno (co widać po ciuchach i nieprzyjemny wiatr) Pierwszy zjazd (który zlokalizujecie na mapie) dostarczył nam trochę niespodziewanych emocji. Patrząc z góry w tych nieciekawych okolicznościach podejmujemy decyzję, że zjedziemy to na fokach (bo dalej jest konkretne podejście). Zjazd okazuje się jednak nad podziw długi a w dodatku całkiem stromy więc jazda z wolną pietą no cóż... serce boli. Piotr, który jako jedyny zdjął foki zalicza pierwszy niespodziewany nawis i też... boli. Na dole jest druga przygoda - stoimy sobie w trójkę i dyskutujemy jaką drogę wybrać. Kusi skrót w prawo. Klisiu robi krok i leci dobre 3 m w dół. Nagle z całą jasnością widzimy brzeg nawisu nad którym stoimy i który w czasie lotu Tomka nagle z ostrością żyletki się zmaterializował. Naprawdę było to zaskakujące. Ale ponieważ delikwent na dole nie tylko jest cały ale jeszcze uchachany to orzekamy wspólnie, że mamy już dwóch fachowców od nawisów i do końca wyjazdu gdziekolwiek sytuacja jest niejasna wzywamy ich na rozpoznanie. Im bliżej naszego celu, który oglądaliście na zdjęciach z łódki tym bardziej duje. Co łatwo zobaczycie na fotach Wiatr jeszcze nie przewraca (więc nie ma 100 km/h) ale jest całkiem zabawnie - z Robertem latamy jak wariaci skacząc i starając się zawisnąć w powietrzu. Reszta patrzy na to z politowaniem ale co mi tam! Zjazd byłby bardzo fajny gdyby lepiej było widać. Pierwotnie dalej nasza droga miała prowadzić wzdłuż wybrzeża fiordu ale nie mam ochoty dymać ładnych paru kilometrów po asfalcie podobne zdanie ma większość grupy i postanawiamy wrócić górami. Zakładamy foki i w drogę. Kamil, Paweł i Robert zjeżdżają do drogi trzymając się pierwotnego planu. Za nasz trud zostajemy nagrodzeni bo na przełączce o której wspominałem jest już tak. Ale przede wszystkim tak Delektujemy się mrocznym pięknem tego krajobrazu - muszę z przykrością stwierdzić, że fota nawet w ułamku nie oddaje tego co tam było. Teraz pora pomyśleć o powrocie. Ponieważ rano, z powodu silnego wiatru, kapitan zaraz po naszym wyjściu (a właściwie należy powiedzieć - po brutalnym wypędzeniu nas na nabrzeże) przeparkował łódkę do portu po drugiej stronie fiordu więc musimy obejść zatokę. Dymanie asfaltem dalej nas nie interesuje więc wspinamy się na zbocze naszej pierwszej norweskiej górki aby dotrzeć na deskach do mostu. Ten zjazd już sobie przepatrzeliśmy dzień wcześniej i wyglądał na bezproblemowy. Byłby pewnie nawet maksymalnie przyjemniacki ale na puch musiał spaść deszczyk (albo po prostu tak się ociepliło) i hamowało okrutnie. Na dole po dniu turów najbardziej czułem palce u stóp. Na moście narty wrzuciliśmy na garba, było pewnie 3 km z buta jeszcze ostatnia fota z tego dnia Ponieważ nie lubię zbyt dobrej pogody (a właściwie to lubię też tę niezbyt oczywistą), tura była całkiem konkretna, widoki nietuzinkowe to uznałem, że jest to drugi najlepszy dzień w Norwegi. Liczę, że Mariusz albo Kamil uzupełnią jeszcze statystyki, może wrzucą nazwę i wysokość "naszej" górki. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Relację z drugiego dnia muszą napisać inni bo zapomniałem zabrać aparatu. Na dobry początek wrzucam trasę na mapie. Zaczęliśmy podobnie jak dzień wcześniej (bardziej środkowa linia). Czerwona linia to powrót braci S plus Robert. Różowe kropki - ostatni wspólny odcinek do portu (po asfalcie). Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Uzupełnię troszkę relację Mariusza. Na początek nasza trasa na mapie z Google Earth (traki mam od Mariusza). Wpierw był lewy niższy cel, później zrobiliśmy prawą część. Jak widać pierwszy fragment prowadzi stromo wciętym korytem rzecznym (jest to dość charakterystyczne dla tego terenu). Po pokonaniu piętra lasu, mamy przed sobą doskonały widok na prawy cel. Po kilometrze+ wychodzimy na obszerne plateau z którego zaczyna się bezpośrednie wejście na przełęcz miedzy oboma wierzchołkami. Tutaj już jest przełęcz z widokiem na niższy szczyt. Jak widać dyskutujemy czy zjechać za nawisem, czy może jednak nie. Teraz warto powiedzieć, że na tym celu było naprawę sporo narciarzy. Większość dokonywała tu przepinki i jazda na dół. Decyzję ułatwiła nam ta oto grupka - skoro jadą to my też. A tu jeszcze dowód, że w Norewgi skiturują i młodzi i starzy i nawet dziewczyn nie brakuje. A tu już jesteśmy na pierwszym celu - Tomek ma jakąś refleksję (a może zmęczony???). Strzałką zaznaczyłem nasz drugi szlak podejściowy. Teraz zjazd na wspomniane już plateau. I decyzja co dalej. Wcześniej przyjrzeliśmy się głównemu wierzchołkowi. Na grani, która wydaje się oczywistą drogą jest mocno wywiane, widać kamulce i nie zachęca to do zjazdu. Symptomatyczne jest też to, że jakoś nie widać tam wchodzących. Natomiast droga żlebami wydaje się do zrobienia. Proponuję abyśmy się temu przyjrzeli z bliska - zawsze można zawrócić. I tak robimy. Zdjęcie gdzieś po drodze. Z czasem robi się całkiem stromo. Musimy zdjąć deski, założyć raki dochodzimy pewnie ze 100+ metrów pod wierzchołek i ze względu na kończący się czas - zjazd. Bogatsi pewnie o doświadczenia późniejszych dni, pewnie za 2-3 dni już byśmy dociągnęli do końca, bo nawet o 21.00 było jasno. Sam zjazd zdecydowanie już stromszy bardzo nam się podobał. Biorąc pod uwagę, że dzień zaczął się o 3.00 a skończył pewnie o 20.00 (nawet nie skończył bo teraz trzeba było coś uwarzyć, ogarnąć sprzęt i zaplanować kolejne dni (prognozy pogody) to było całkiem syto. I był to pierwszy najlepszy mój dzień w Norwegi. Do tego będę jeszcze powracał Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Dzień 1. Rozpoczynamy skitury. Zaczynamy jednak od pływania. Wieczorem zapadła decyzja że rozpoczynamy płynięcie o 5 rano, tak aby na 9 być w następnym porcie. Czyli wg planów 6h żeglowania. Kapitan zaproponował trzy wachty 2-osobowe. Wygląda to tak że jedna osoba kieruje sterem i obserwuje horyzont, druga osoba czuwa i obserwuje horyzont z tyłu. Jakikolwiek obiekt pływający zgłaszamy natychmiast do kapitana, który w tym czasie drzemie sobie z mesie. Sternik miał do dyspozycji gpsa, mape z trackiem, więc większych problemów z kierowaniem łódki płynającej w tym dniu głównie na silniku nie było. Nawet Ci co nie mają żadnych stopni wodnych, dawali radę. Głównym problemem w tym dniu było zimno, stoi się prawie nieruchomo, chłodna bryza morska, wszystkie członki powoli drętwieją. Dopływamy do prymitywnej przystani znajdującej się w małym fiordzie na półwyspie Lyngen. Niespodzianka, pomost jest kilka metrów wyżej niż nasz pokład, ale jest drabinka. Foto Wujot: Foto Kamil: Ucieszeni wychodzimy na ląd, wypakowujemy narty i radośni foczymy już z samego pomostu, który jest ośnieżony. Wygląda to wszystko na opuszczony port rybacki, podobno coś tam czasami cumuje. Ale pod naszą obecność nikogo tu więcej nie spotykamy. Po przebrnięciu przez zaspy i budynki ruszamy w prawdziwe góry. Wchodzimy 200-300m npm i już pierwsze piękne widoki morza i gór. Przy dolnym brzegu widać nasz port. Pierwsza nasza przygoda to góra Storgalten o wysokości 1219m. Dokładnie rzecz biorąc, to nie wiedzieliśmy czy tam damy radę wejść. W planach mieliśmy rozgrzewkę tylko i zrobienie jakieś 800-1000m vertical. Za pierwszy cel obieramy sobie przełęcz pod tą górą, na zdjęciu z lewej strony. Jeden z popasów w trakcie podejścia Doszliśmy na przełęcz i ożywione dyskusje, kretywności nie ma końca. Skok przez nawis, zjazd na drugą stronę ze 35st, wejście na szczyt po grani, zjazd żlebem itp. W końcu podglądamy innych, i rozsądnie wchodzimy na łatwiejszy cel o nazwie Litle-galten 833m. Niektórzy bardzo się cieszą ze zdobycia pierwszego szczytu, a wiodczki dookoła powalają. W trakcie podejścia widzielliśmy jak radośnie zjeżdżają inne grupy, więc postanawiamy to samo. Stok jest szeroki, więc dziewiczego puchu nie brakuje. Śnieg okazuje się lekko zsiadły, ale niehamujący, więc jedzie się przednio. Dojeżdżamy gdzieś do wypłaszczenia i dyskusja co dalej. Ponieważ bardzo dobrze się czujemy, pogoda dopisuje, więc ustalamy drugi cel czyli zjazd jednym ze żlebików widocznych powyżej z prawej strony. Spodziewamy się trochę większego nachylenia, ale z posiadanych informacji i oglądu sytuacji postanawiamy podejść tym żlebem do góry. Stok robi się coraz bardziej stromy, i kolejno wchodzimy w harszle, a później w raki. Dochodzi 18 (aha, bo w wyniku grzebania się przy pierwszym wyjściu zaczeliśmy turować dopiero o 11 albo 12 ), nadal jest jasno ale stwierdzamy że na dzisiaj wystarczy. Zostawiamy sobie godzinę na zjazd i kończymy podejście. Warto jednak było tak długo łazić, po światło robi się cudowne. Dołącze jeszcze zdjęcie całej góry z ostatniego rejsu z innego dnia, też o zachodzie słońca. Jak na pierwszy rozgrzewkowy dzień osiągneliśmy prawie 1500m vertical i 14km w poziomie, przyjemne zjazdy w lekkim gipsie, jeden troszkę bardziej stromy. Pierwszy dzień zaliczamy do bardzo udanych. Foto Paweł:1 punkt
-
1 punkt
-
Uzupełnię Kamila relacje grafiką. Start o piątej rano na lotnisku w Gdańsku, gdzie dojechaliśmy w nocy autami, niektórzy pociągiem. Bacznie monitoruje czy nasze torby są ładowane do samolotu podczas przesiadek w Kopenhadze i Oslo. Na lotnisku w Oslo mieliśmy 2h odpoczynku, gdzie raczyliśmy się ciekawą architekturą oraz norweskim chórem. Na odcinku Tromso-Oslo pojawiły się już dreszcze. Najpierw chmury, ale przez pół h mieliśmy już okienko pogodowe z widokiem na pierwsze fjordy. Widoki zapierały dech. Ciarki przechodziły już po plecach. Lądujemy w Tromso, które wita nas śniegiem już na poziomie 0m. Jest zima ! :-) Ładujemy się całą ósemką z bagażami do taxi-busa i jedziemy do portu. Tutaj witamy się z naszą łodzią, która będzie przez następnych wiele dni naszym domem i transportem. Jeszcze wieczorem pobiegliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe do marketu, po drodze obejrzeliśmy norweskie klimaty. Większość jedzenia przywieźliśmy z Polski w wielkich torbach narciarskich, a to co nie zmieściło się w 23kg limitu na osobę, musieliśmy dokupić w Tromso. Wydaliśmy w spożywczaku 1000 koron lekką ręką :-) Ale to na wszystkich ! :-) Niektórzy poszli czy też pojechali busem nawet do centrum miasta i coś tam miłego zobaczyli.1 punkt
-
Relacja Dzień 0 - dojazd, Ruszamy dwoma samochodami w Piątek wieczorem z Wrocławia. Pod Łodzią dosiada się Major. W Gdańsku wszystko bez problemu. Bagaże mieszczą się w limitach. Kopenhagi nie pamięta - chyba wszystko OK. W Oslo Ja i WuJot zostajemy zatrzymani na bramkach. Ponoć coś nie tak z naszymi bagażami. Mój okazuje się być otworzony a w środku rozwalone dwa pojemniki. W jednym był miód w drugim drzem !!! Strach się czegoś dotknąć. O Wiesia bagażu nic nie wiadomo. Dostajemy papierowe ręczniki w toalecie staramy się ogarnąć moją torbę. Wiesiu choć cały w nerwach dzielnie mi pomaga. Pytamy o jego bagaż. Nie wiadomo gdzie jest. Może doleci do Tromso a może nie :). Napięcie u Wiesia rośnie. W Tromso sukces. Wszystko dojechało. Zamawiamy busa i Pan M zawozi nas do portu. Jak się potem okazało nieźle nas oskubał. W porcie do dyspozycji marynarzy i żeglarzy jest kontener sanitarny. Jestem w stanie wyczyścić wszystko z miodu i nawet przeprać część odzieży i śpiwór bieliźniany. W środku jest bardzo gorąco i po kilku godzinach wszystko jest suchutkie. W tym czasie koledzy zaształowali cały sprzęt na jachcie. Na dziobie jest spora bakista w której mieszczą się wszystkie nasze narty. Reszta do środka. Mamy 4 dwuosobowe kajuty. Moja po dopasowaniu okazała się bardzo przytulna (pomijając skraplającą się na ścianach wilgoć). Piąta kabina należała do kapitana. Prognoza zapowiadała ładną pogodę na jutro a potem gorzej. Żeby nie tracić czasu trzeba było ruszać w nocy. Opisy z wacht już były więc się nie będę powtarzał. c.d.n1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Masz rację - nie da się ukryć, że szczególnie drugi dzień to było wyraźnie dalej (pewnie z 10 km) na północ - to tam gdzie z Robertem staraliśmy się "zawisnąć" na wietrze (kto ma foty?) Podciągnę trochę relację z tych dwóch najbardziej północnych eksploracji - mam nadzieję, że Ci co się zadeklarowali nie opuszczą mnie w potrzebie (szczególnie, że z drugiego dnia nie mam zdjęć). Po zaokrętowaniu (co zajęło nam całkiem sporo czasu) prysznic w kontenerze na nabrzeżu, po drodze taka fotka i szybko na kojo bo... pierwsza wachta wstaje o 3.00 (dzięki Klisiu!). Ja się zgłosiłem (z MajorSki) na 5.00 - nie było to przypadkowe bo liczyłem na takie klimaty Stopniowe zbliżanie się do celu i widok gór ("naszych" gór!) - bezcenne. To był nasz najbardziej północny cel: A to było na dzisiaj (za Kamilem): Bracia S. pod wodzą Michała zaparkowali przy nabrzeżu. Przygoda miała się zacząć! Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Aha.... , a ja obiecuję ( bo gdzieś , coś , komuś zadeklarowałem ) , że przez święta coś skrobnę o naszej wyprawie na Grossvenedigera . Chociaż przy tym wyczynie chłopaków , to nie wiem czy jest o czym pisać1 punkt
-
a co do ubioru mojego na wachcie to Wiesiu świetnie to uchwyciłeś! Dodam od siebie, że na 1 wachcie miałem na głowie: - 1buff na głowie - kaptur z polarstracha, - kaptur z puchówki - 1buff na twarzy A na 2 wachcie na głowie było już więcej warstw... - 1czapka polartec, - 1buff na głowie - kaptur z polarstracha, - kaptur z puchówki, - kaptur z HS - gogle - 2buffy na twarzy1 punkt
-
Robert wachtował raz w butach skiturowych prosto z gór, nawet nie zdążył wejść pod pokład. Raz próbowałem czy rzeczywiście jesteśmy na morzu, a nie na szerokiej rzece. Woda była morska Dobrze, będziemy robić szersze relacje, ale musimy najpierw ogarnąć zdjęcia, poselekcjonować, wywołać w ciemni, nauczyć się Lightrooma, damy radę1 punkt
-
Domagam się więcej treści i więcej obrazu. Skionlinowa wyprawa sezonu zasługuje na zdecydowanie większą relację. Może być w odcinkach. Nalegam!!!1 punkt
-
Myślę, że fotorelację ktoś popełni może nawet będzie w chronologicznej kolejności Ale ogólnie wyjazd nawet ujdzie.. ujdzie, że hop skacze, ze szczęścia! Pozdr Tomek1 punkt
-
Proszę A droga, którą trzeba przejść, Przez najtrudniejsze ścieżki wiedzie. Chciej morzu podarować wiersz, Chciej morzu podarować wiersz, Ostatni wiersz, ostatni..1 punkt
-
1 punkt
-
Trochę geografii Punktem startu było Tromsø do którego łatwo można dolecieć (z jedną lub dwoma przesiadkami). To już daleko na północy - sporo za kołem podbiegunowym. Co ciekawe - większość naszych wycieczek odbywała się już na obszarze Arktyki (wyznacza ją izoterma +10 stopni C). Na wschód od naszego punktu przylotu rozciągają się Alp Lyngeńskie. Będące pierwszym naszym celem. Cały obszar naszego działania wyglądał tak A najodleglejszym punktem do którego dopłynęliśmy było Lyngenseidet. Wracając wylądowaliśmy też na Uloyi i to było najbardziej wysunięte miejsce na północy z którego zjechaliśmy na nartach. Alpy Lyngeńskie absolutnie zasługują na tę nazwę - na poniższej focie widać je z drugiej strony fiordu Góry są niewysokie, powiedzmy do 1500 m npm ale... startujemy z 0! Każda wycieczka kończąca się na szczycie jest więc całkiem solidną turą - większą często niż wejście na jakiś alpejski szczyt z w sumie pobliskiego schroniska. Na pewno nie brakuje bardzo wymagających zjazdów (zaliczyliśmy trochę 35-40 stopni). Najbardziej niesamowite jest przechodzenie przez kolejne piętra. Na dole jest (o ile jest) pokręcony skarłowaciały las brzozowy. Jeśli jest w miarę rzadki to jazda jest fantastyczna (choć trzeba nieraz się zasłonić) Ale były miejsca gdzie nawet podejście było bardzo trudne bo gęstwa masakryczna - a szlaków nikt tu nie wycina. Las kończy się na wysokości około 400 m npm. I możemy to uznać za początek gór. O ile na dole nie raz było upalnie to kawałek wyżej takie klimaty to była normalka. cdn Pozdro Wiesiek1 punkt







