Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
09.07.2020 - 09.07.2020
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 09.07.2020 uwzględniając wszystkie działy
-
Mój dobry Kumpel, który startuje w zawodach MTB, który na codzień trenuje zresztą na szosie... W tychże zawodach MTB, wśród amatorów często w czołówce, bądź na podium, średnią wyścigową, w trudnym terenie, często w górach, ma na poziomie powyżej 30 km/h 😮 No ale to, jak to się mówi wśród kolarzy... Koń 🐎 Zresztą były Mistrz Polski w Przełajach...teraz ściga się dla przyjemności 🙂 Także, co? By jeździć szybko, trzeba jeździć szybko. Oczywiście trenować trzeba mądrze i robić kilometry, @Ziemowit jak się wkręcisz, to przepadniesz 😉 oczywiście w pozytywnym słowa znaczeniu.4 punkty
-
Roweru MTB nie ma co porównywać, to szosy - dwa różne światy. Nawet w rowerach szosowych jest olbrzyma różnica... Rower Endurance jakim jeżdżę, a np. szosa Aero, to też dwa światy jeśli chodzi o prędkości. Do tego dochodzi jeszcze osprzęt, koła, waga... Wszystko ma znaczenie. Wynik jaki uzyskałem, to raczej ściganie samego ze sobą. Daleko mi do Chłopaków, którzy jeżdżą kilka sezonów więcej ode mnie na szosie. Ci z okolicy już kilka razy zapraszali mnie do ścigania, jest taka grupa co, co tydzień umawia się na ustawki... Wiadomo, że w peletonie jedzie się szybciej, ale jak patrzę na ich wynik chociażby z wczoraj, to jeszcze daleka droga przede mną, i bardzo możliwe, że nigdy nie dojdę do takiej formy. Na trasie ok 50 km, najlepszy uzyskał średnią powyżej 43 km/h 😮 No ale wstydu nie ma, jest 31...i trzeba dalej jeździć 🙂🚴♂️ najważniejsza jest frajda 👍 Pozdro...i koniecznie kiedyś zakosztuj kolarzówki.3 punkty
-
Cześć Widocznie - wybacz - jeździsz bardzo mało i krótko. Na MTB średnie rzędu 20-22km/h to przeciętne z jazdy w średnio trudnym terenie. Na asfalcie jak nie ma wiatru w ryj utrzymanie prędkości powyżej 30km/h nie jest problemem a z jazdy po asfalcie średnia powinna być w granicach 25-26km/h jak mówimy o jeździe. Asfalt - w sensie rower szosowy - to rzeczywiście inny świat z wielu względów. Waga itd... może. Ale przede wszystkim przełożenia i charakter jazdy - równa jednolita nawierzchnia na której napędzasz się i utrzymujesz prędkość. W dwójkę trójkę już jest znacznie lepiej ale np. ja wolę jeździć sam - podobnie jak Mariusz. Poza tym tam drażni mnie otoczka - koledzy z szosówek, którzy czasem ze mną jeżdżą wiedzą, że sobie należy odpuścić pewne kwestie. Zobaczysz Ziemowit, pojeździsz sobie 2-3 lata codziennie przez cały rok po 30-40 km - będziesz się z tego swojego postu śmiał. Pozdrowienia2 punkty
-
@Mitek ja nawet nie chcę próbować wyciągać średnio te 20-22km/h w średnio trudnym terenie jak to ująłeś bo się zabiję. Co do Twoich osiągów to cóż, zawstydziłeś 20 (chyba) lat młodszego człowieka. 8-10km z prędkością 27km/h na MTB na pewno zrobię bo już próbowałem, ale potem padają nogi, ale 40km z taką prędkością, może za rok? Tak z innej beczki ja się w ogóle nie bawię w żadne plany treningowe, jadę tam gdzie mnie jeszcze nie było i myślę o tym, by się dobrze ujechać a nie bić swoje "życiówki", a może powinienem?1 punkt
-
Na rowerze MTB jeździłem głównie w terenie, po asfalcie tylko fragmenty, więc nie mam porównania. Natomiast na rowerze Crossowym jak najbardziej i mam dokładnie takie same spostrzeżenia jak Ty w cytacie u góry @Mitek. Średnie rzędu 27-28 km/h robiłem na rowerze fitnessowym (pętle gdzie było i z wiatrem i pod wiatr)... Moim zdaniem na rowerze MTB można taki wynik wykręcić, ale nie jest to łatwe. Dużo łatwiej gdy na wymienionym dystansie 50 kilometrów są sprzyjające warunki...a mianowicie - mała ilość skrzyżowań, na których musimy wyhamować do zera (rower MTB rozpędzić nie jest tak łatwo jak szosy, czy fitnessa). Kolejna bardzo ważna sprawa, wiatr. Gdy jest sprzyjający, to każdy rower jedzie sporo szybciej niż normalnie. No i z tych trzech najistotniejszych rzeczy, ostatnia, to ukształtowanie terenu oraz jakość asfaltu - po płaskim, bądź lekko z góry jest ok...ale gdy mamy pod górkę na dłuższym fragmencie trasy... To bardzo szybko traci się avg... nie mówiąc gdy w asfalcie są mega dziury. Oczywiście powyższe piszę przez pryzmat własnej formy i doświadczeń...a uważam się za niezbyt mocnego rowerzystę Porównanie rower MTB 50 km = 150 km na szosie moim zdaniem nie jest trafione... Chyba, że porównujemy oba rodzaje rowerów na asfalcie i na tej samej trasie (przewyższenia)...ale nawet wówczas dałbym, to w innych proporcjach: Rower MTB 100 km, Szosa 140 km - max. Co do "treningu"... to kwestia podejścia. Jeśli ktoś jeździ dla przyjemności, nie analizuje parametrów jazdy, swojego ciała, ustawienia na rowerze - to po prostu sobie pedałuje ...ale jeśli ktoś bierze, to wszystko pod uwagę - trenuje, mniej lub bardziej profesjonalnie ale trenuje...jeśli do tego dołożymy jeszcze rowerowego trenera personalnego...to z całą pewnością można taką jazdę zadaniową nazwać treningiem. Słowo trening uważam, że nie jest zarezerwowane tylko dla zawodników W Radomiu polecam https://www.localgymsandfitness.com/PL/Radom/1384984091808719/TrenujRower Tętno, strefy, moc, interwały, jazda w tlenie, tempo, baza, jazda w trupa... rozjazd... Fajnie jest trochę pobawić się w trenowanie Jest przestrzeń do rozwoju, człowiek jest jeszcze młody, ma bowiem jedynie 46 lat Pozdrowienia serdeczne marboru1 punkt
-
Cześć To co ja pisałem o średnich dotyczy amatorów mojego typu czyli po 50 jeżdżący dla przyjemności ale nie wożący się a nie startujących i trenujących. Tu porównanie jest takie jak piszesz: na 15 km trasie teren średnio trudny - ja 43 minuty, dobry gość 31 minut - bez komentarza. Ja jestem w stanie na asfalcie na MTB pociągnąć - jak nie ma wiatru oczywiście średnią rzędu 28-29km/h na 50 kilometrach czy dłużej nie wiem, nigdy nie jechałem. W terenie mieszanym na dystansach powyżej 100, 150 km ciężko - jeżeli się jakoś jedzie a nie stoi w blokach - osiągnąć średnią poniżej 20km/h, natomiast powyżej 25km/h to już jest dobry wynik. Na asfalcie z żoną robimy średnie rzędu 27-28 km/h na rowerach MTB (Ewa na 26 cali) bez specjalnego wysiłku. Na szosie nie jeździłem, podobno różnica jest bardzo duża. Brat Ewki mówi, że 50 km na MTB to tak jak 150 na szosie. Nie wiem, wydaje mi się, że to przesada. Mariusz ma porównanie bo jeździ na tym i na tym, jak Ty to oceniasz Mariuszu? Co do "treningu"... Ja nie trenuję, zżymam się na to określenie u amatora. Po prostu jeżdżę dużo, praktycznie codziennie, bo sprawia mi to przyjemność. Jeżdżę interwałowo i szybko. Jadąc wyznaczam sobie cele typu: dogonić tego przed sobą, wjechać na tą górkę na określonym biegu itd. i daje to fajne efekty moim zdaniem. Pozdrowienia1 punkt
-
Nie bardzo wiem jak to skomentować, bo 100km przy średniej przędności 31km/h to jest dla mnie jakiś kosmos. Po przeczytaniu tego puściłem się dziś na 40km asfaltem w MTB , wiadomo, że nie ta liga, zajęło to ok. 3 godziny, byłem w stanie przez prawie cały czas utrzymywać się jak ja to określam "na powierzchni", czyli nieco ponad 20km/h, ale przekroczenie 30km/h to był dla mnie ostry wysiłek. Może na lekkiej szosie zdziałałbym trochę więcej...1 punkt
-
@marboru - Twoje osiągi coraz bardziej odjeżdżają od amatorskiego jeżdżenia rowerem1 punkt
-
Już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł wybrania się na dłuższą trasę fitnessem po terenach przygranicznych. Ale najpierw były zamknięte granice, potem nie było czasu, albo pogoda nie taka. W końcu jednak przyszedł ten dzień i przekonałam Darka, abyśmy wybrali się na konkretną wycieczkę. Jednodniowy wypad do Meklemburgii odpada - ze względu na ograniczenia wjazdu, ale można przecież jeździć w Brandenburgii! Tak więc zaplanowaliśmy wyjazd transgraniczny - zachodniopomorsko-brandenburski, a dokładniej mówiąc fragment szlaku Odra-Nysa prowadzący Doliną Dolnej Odry. Nie była to nasza pierwsza wizyta w tych rejonach - bywamy tam co najmniej dwa razy w roku, nie licząc kilkudniowej wyprawy od Zgorzelca do Szczecina, zaliczonej trzy lata temu. Grunt to wcześnie wstać i mieć dość czasu w zapasie. O 5.40 radośnie obudziłam Darka stwierdzając, że kanapki na drogę gotowe i żeby się szykował . Szykował się i szykował - wyruszyliśmy o 6.40 . O tej porze w sobotę nie spodziewałam się dużego ruchu na ulicach Szczecina, ale jednak przejazd takimi rowerami przez miasto do komfortowych nie należał - światła, krawężniki, krzywa kostka, remonty dróg. Przy lekkich rowerach przeznaczonych na szosę dużo bardziej się to zauważa, niż przy turystycznych trekkingach. Skierowaliśmy się w stronę Rosówka - najbardziej na północ wysuniętego przejścia granicznego z Brandenburgią. Na granicy: Było jeszcze wciąż dość wcześnie - około 9.00 i ruch samochodowy na szosie B2 nie był zbyt duży. Zdecydowaliśmy się dojechać nią do Gartz (Oder), gdzie można wjechać na szlak. Po drodze trochę górek, ładne widoczki i czereśnie przy drodze. Ale tak przy ruchliwym asfalcie, to chyba niezbyt smacznie i zdrowo - choć szpakom zupełnie to nie przeszkadzało! W oddali - panorama Gartz. Na starówce odszukaliśmy bankomat, żeby wybrać trochę euro w gotówce. Do tej pory zwykle omijaliśmy ją bokiem, jadąc promenadą nadodrzańską, a to całkiem ładne miasteczko. Ruina kościoła św. Szczepana, z aktualnie remontowaną wieżą: A potem odszukaliśmy ławeczkę nad Odrą, gdzie zainstalowaliśmy się na drugie śniadanie. Klasyk z Gartz - czyli fotka z pomnikiem na pamiątkę trzech zburzonych mostów przez Odrę. Teraz najbliższy most jest w Gryfinie-Mescherin albo w Krajniku-Schwedt. Kawałek za Gartz znów jedziemy szosą, bo szlak biegnący koroną wałów przeciwpowodziowych jest od dwóch lat w remoncie, a objazd prowadzi niezbyt wygodną drogą z płyt. Od wioski Friedrichstal wracamy na Oder-Neiße-Radweg, najpierw kawałeczek przez las, a potem już nad kanałem w Dolinie Dolnej Odry. Niestety cały czas dokucza bardzo mocny wiatr - południowo-zachodni - więc mamy centralnie "w mordę wind". Na wałach przeciwpowodziowych fatalnie - jedziemy 15 km/h, mam wrażenie że zaraz mnie zdmuchnie, a przecież bynajmniej nie jestem kobietą filigranowej budowy ! Proszę Darka, aby podjął się roli "wiatrołapa" i jakoś chowam za nim, wtedy jest nieco lżej. Zbliżamy się do Schwedt, przed którym trasa prowadzi malowniczym mostkiem nad śluzą w kanale Odry: Samo Schwedt - spory ośrodek przemysłowy z niewielką, ale ładną starówką - mijamy bokiem i dalej zmagamy się z wichrem, mając jako rekompensatę takie widoki: Chwila odpoczynku w Criewen. Tutaj mieści się centrum informacyjne Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry oraz ciekawy pałac z ogrodem - warto zajrzeć. My jednak tym razem tylko przysiadamy na ławeczce obok drogowskazów: Kolejne miejsce to wioska Stolpe z górująca nad wioską wieżą obronną z XIII w. Czyż to nie jest idealna trasa na rowery szosowe? Jedziemy, jedziemy i dojeżdżamy do Hohensaaten, gdzie kilka łódek właśnie się śluzuje na kanale. Ale przez cały dzień nie widzieliśmy ani jednej barki na Odrze. Czyżby żegluga towarowa wciąż nie rozkręciła się po lockdownie? Tutaj po raz pierwszy rzucił nam się w oczy wyjątkowo wysoki stan rzeki. Prawdopodobnie fala kulminacyjna na Odrze, po ostatnich intensywnych opadach na południu Polski. właśnie dotarła na południowy skraj naszego województwa i przeciwległe tereny po niemieckiej stronie. W wielu miejscach jest dużo wody na terenach zalewowych na zewnątrz wałów. Jeszcze kilka kilometrów i już jesteśmy w Hohenwutzen. Jest 13.30 - pora na obiad. Proponuję, abyśmy zjedli w knajpce na Polenmarkcie w Osinowie Dolnym, ale Darek stwierdza, że ogórkową czy pierogi to on ma w domu i że chce prawdziwego Bratwursta . No cóż, w takim razie idziemy do Gasthofu w Hohenwutzen - Darek dostaje swojego bratwursta i piwo, a ja stek drobiowy z grilla i niemieckiego radlera, w przyjemnym ogródku, prawie przy rzece: Na Polenmarkt jedziemy i tak - uzupełnić picie na powrotną drogę, bo pusto w bidonach. Darek na moście granicznym: Odra-Oder. Potężna rzeka, która wreszcie znów łączy, a nie dzieli ... W Osinowie, na targowisku Polenmarkt, po tygodniach zastoju koronawirusowego, znów tętni życie: A my w tył zwrot i wreszcie z wiatrem. Niemiecki brzeg i polski brzeg: W powrotnej drodze wybieramy wariant przy wieży widokowej, czyli bliżej rzeki. Niektóre drzewa stoją całkiem w wodzie. Ale wysoki stan Odry jeszcze bardziej widoczny jest z góry, z wieży: Na kolejnym zdjęciu widać po koronie drzewa, jak mocno wiało! Niestety wiatr przyniósł też chmury frontowe i gdy byliśmy na wieży - zaczęło kropić. Na szczęście póki co - przelotnie i wkrótce przestało. Owieczki pod Friedrichsthal: W samej wiosce pstrykam taką oto aktualną dekorację - ma ktoś fantazję! Dalej pedałujemy do Gartz i odbijamy w kierunku granicznej wioski Staffelde, a następnie na polski Szlak Bielika. Na granicy po raz drugi: Namówiłam jeszcze Darka, żeby skręcić przed Pargowem (ostatnia polska miejscowość na zachodnim brzegu Odry) w lewo, wzdłuż granicy, kawałeczek na górkę z widokiem na Odrę. Mimo, że droga gruntowa, to dało się podjechać szoszówkami. Ładnie, bardzo ładnie! W wiacie w Pargowie robimy ostatni popas na kanapki. Chmury jednak coraz bardziej gęstnieją - nie ma co się rozsiadać, trzeba jechać, szczególnie, że już prawie 19.00. Jedziemy kiepskim asfaltem do Kamieńca, a potem superancką DDR-ką do Kołbaskowa, wśród dojrzałego zboża - chyba wkrótce żniwa! Żeby nie wracać przez Szczecin, wybieramy trasę na zachód od miasta - przez Smolęcin i Karwowo. Kilka podjazdów na wzgórzach stobniańskich - w gratisie. Malownicze ruiny kościoła w Karwowie: Zaraz za wioską niestety znów zaczyna padać i deszcz towarzyszy nam - mocniejszy czy słabszy - prawie całą drogę do domu. Kolejna rowerowa inwestycja w gminie Kołbaskowo, czyli DDR-ka Karwowo-Warnik: Dalej już było tak paskudnie, że nie robiłam zdjęć. Największą ulewę przeczekaliśmy na przystanku w Dołujach - podjechał autobus do Szczecina, ale nie, nie złamaliśmy się! W siąpiącej mżawce dzielnie popedałowaliśmy w stronę Dobrej Szczecińskiej . W domu byliśmy o 21.15 - jeszcze po widoku, zgodnie z planem. To była długa trasa - przy niezbyt sprzyjającej pogodzie, ale przejechana w całkiem dobrej formie, choć niezbyt szybkim tempie. No to pierwszą "dwusetkę" mam za sobą.1 punkt
-
Dzisiaj Paula w pracy, na drugiej zmianie, a ja? Ponieważ trochę się ochlodziło postanowiłem zrobić sobie próbę siły na 100 km. Baza w weekend została zrobiona, dzień regeneracji był... Tylko ten wiatr... By próba była miarodajna postanowiłem zrobić trzy ponad 30 kilometrowe pętle. Połowa dystansu z wiatrem, połowa pod wiatr. Ależ dostałem w kość 😮 No ale próba (łączny dystans wyszedł mi 110km) wyszła pomyślnie. Mój nowy rekord życiowy od dzisiaj: Forma rośnie 💪 To cieszy 🙂 Z kolarskim pozdrowieniem 🚴♂️ marboru1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Tym razem startujemy z Pszczyny,przez Tychy,objeżdżamy następnie jezioro Goczałkowickie i wracamy przez Goczałkowice Zdrój do Pszczyny. Rynek Pszczyna-nieopodal parkujemy samochody i stąd ruszamy. Następnie kierujemy się na Tychy, mijamy Park Wodny jedziemy dalej na Paprocanacy(świetne miejsce na rower z rodziną bądź czyste leniuchowanie na ,,plaży,, ) Ludzi mnóstwo,kawka,lody i uciekamy ... Kolejny punkt trasy to Kobiór, gdzie znajdujemy świetną trasę w lesie prowadzącą w pobliże jeziora Goczałkowickiego.Droga ta równiutka,szeroka a i widoki niegłupie . Teraz czas na objazd Jeziora Goczałkowickiego-ale po drodze trzeba było uzupełnić zapasy Druga i ostatnia przerwa to molo w Goczałkowicach-długo nie wytrzymałem bo słońce mocno dopiekało i wolałem być w ruchu. Na spokojnie już ostatnie kilometry i meta w punkcie startu Trasa na zmęczenie idealna.Przewyzszen nie było za dużo bo tylko 400m. Podrzucam podgląd trasy: Pozdrawiam Łukasz1 punkt
-
1 punkt
-
Od maja odkrywam na nowo m.in. Beskid Wyspowy. Jest to bez wątpienia mój ulubiony Beskid, który przechodziłem cały w dzieciństwie. Udało mi się wejść na Ćwiliń, Lubogoszcz oraz Luboń Wielki. Wycieczkę najlepiej zacząć od kawy po turecku... Pierwsze w tym roku borowiki ceglastopore. Jedne z moich ulubionych grzybów, rzadko zbierane. Na każdej wycieczce staram się poświęcić trochę czasu aby coś pozbierać i przywieźć do jedzenia. Grzyby, rośliny, etc. Maj, to miesiąc zbierania pędów sosny z których można zrobić syrop/nalewkę, lub surowe młode pędy poszatkować i dodać jako posypkę do np. spagetti (polecam!) Prawie jak buka...1 punkt
-
Poszlajałem się wczoraj po Beskidzie Śląskim zaliczając trzy ośrodki narciarskie (wiem, że z jedną trasą to nie ośrodek ). Trasa z Ustronia Polany przez Czantorię, Soszów na Stożek i nazad na parking pod Czantorią. Beskidzki standard grzbietem w obie strony. Pogoda super. Pomimo wcześniejszych opadów - w miarę sucho. Ludzi, jak na ten najpopularniejszy szlak mało. Schroniska po drodze czyli Soszów i Stożek czynne. (choć na Soszowie mizernie z dobrymi piwami a był pełen asortyment browaru Zamkowego z Cieszyna). Jedyna rzucająca się "inwestycja" narciarska to nowe odprowadzenia wody z niebieskiej trasy na Czantorii. Stan szlaku jak na taką popularność dobry, jedynie odcinek przy zejściu z Czantorii w stronę stacji Światowid wymaga odrobinę uwagi. Wyszło tego około 25 km i 1350 verticala. Parę fotek. Pozdrawiam mirekn1 punkt
-
Starczy już Zieleńca (w tym wątku oczywiście), pora wrócić do Ischgl. Jeszcze informacja dla skitourowców, gdyby któryś osłabł po wejściu w wyższe partie gór (np Idalp albo Alp Trida, ale nie tylko) brak bramek przy większości wyciągów. Absolutnie nikogo nie namawiam do korzystania, no chyba, że dla ratowania zdrowia lub życia. A oszczędni (ewentualnie niemajętni) jeśli nie muszą zjeść na stoku, to na dole mają do dyspozycji ciepłe jadełko w Billi za grosze (brak tylko sztućców i zastawy). Wracając do zjazdów we wtorek 7 lutego, po pierwszym samodzielnym zjeździe pod A2 i F2 do końca trzymałem się Wieśka i Jurka. Jeździliśmy trochę inną linią, bliżej F2, raz z lewej, a częściej prawej strony starej gondolki Pardoramabahn. Patrząc z Góry Pardatschgrat w stronę Ischgl, trzymaliśmy się bardziej lewej strony i było fantastycznie... Jurek i Wiesiek w akcji... Była też chwila na złapanie oddechu I dalej już do końca same piękne linie i widoki na okolice przy okazji, też przepiękne, tylko ta szybko postępująca degradacja szlaków, każdy reeder niszczy kawał pola (za każdym zjazdem) Nie wszystko jednak zniszczyliśmy, zostawiliśmy coś dla potomnych... Pozdrawiam serdecznie.1 punkt







