Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
25.09.2021 - 25.09.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 25.09.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Post 22 Jurek W Polsce, po wyprawie dostałem od Jurka opracowanie - Hindukusz Zebak`u – KW Kraków 1974 r. Przetłumaczone na język angielski. Szczegółowy opis tego rejonu górskiego. Z mapami graniowymi, panoramami szczytów i dolin. Z podanymi wysokościami. Wszystko to było robione ręcznie przez jego żonę, na podstawie zdjęć, które uczestnicy różnych wypraw dostarczali Jurkowi. I on sam robił. Jurek miał swoją metodę określania wysokości ze zdjęć. Świetny materiał, dla alpinistów zainteresowanych tą właściwie dziewiczą grupą górską. Ze szczytami i zalodzonymi ścianami znacznie wyższymi niż Alpy, może z wyjątkiem Mont Blanc i rejonu Matterhornu. To mi blaknie, ponieważ było odbijane z kalki, jak rysunki w biurach projektów w owym czasie. Warto dodać, że Jurek był jednym z najlepszych znawców Hindukuszu. Cenionym wśród alpinistów zagranicznych. Bardzo miło wspominam Jurka. Był bardzo odpowiedzialny za ludzi. Dbał bardzo o bezpieczeństwo w górach. Poświęcił się w późniejszym wieku jego kwestiom. Interesował się wpływem starzenia się organizmu alpinisty, na jego wydajność w górach. Był okres w 1995 roku, że byłem w fatalnym nastroju psychicznym, z powodu utraty bliskiej osoby. Jurek wtedy współpracował z Towarzystwem Nauk o Ziemi, które urządzało wycieczki w Alpy, dla ludzi, których interesowała „turystyka” na wyższym poziomie. Wejścia turystyczne, ale na szczyty alpejskie. Czy chodzenie po lodowcach. Jurek był przewodnikiem i instruktorem. Jaki sprzęt należy posiadać i jak się go używa. Udało mi się wtedy namówić go na wyjazd do Austrii. Miałem auto. Weszliśmy, min., na Johannisberg i Grossglockner. Przed tym wyjazdem, parę miesięcy urządzałem sobie marszobiegi, po dziesięć kilometrów. Ale i tak na początku myślałem, że ducha wyzionę. Stary Alpinista. Starszy ode mnie o dziesięć lat. Miałem jeszcze propozycję wspólnego skituringu w Tatrach. Na tym by się może nie skończyło. Wtedy jego syn Józek pasjonował się w zjazdami skialpinistycznymi. Napisał zresztą potem wspólnie z Karolem Życzkowskim przewodnik - „Narciarstwo Wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich”- 2004 r. Dowiedziałem się z niego jaki był trudny mój zjazd(dr. nr 2.7) z kolegą, czterdzieści kilka lat temu, z Miedzianego(2233 m ). W kierunku schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Pojechaliśmy w Tatry, na początku maja Fiatem 127 Rysia „Brudasa’". Miał znajomego górala, którego zabudowania stały niedaleko Wodogrzmotów Mickiewicza. Zaparkowaliśmy obok jego stodoły i Doliną Roztoki podeszliśmy do schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Zjechałem z Januszem z Walentkowego Wierchu(2156 m). A na końcu z Koziego Wierchu(2291 m). Ładnym, szerokim żlebem(dr. nr 2.28), na „puszczonym” leciutko firnie. Rysiek nie jeździł z nami. Na nartach wtedy radził sobie, zdaje mi się, dosyć kiepsko. Niemniej po latach spotkałem go jako instruktora narciarskiego. Na Miedziane weszliśmy od schroniska, przez Szpiglasową Przełęcz i dalej granią, do małej przełączki, gdzie zaczynały się dwa żlebiki. Zjechaliśmy prawym. Na górze była resztka świeżego śniegu na zamarzniętym podłożu, potem firn wiosenny, niżej coraz bardziej mokry. Maksymalne nachylenie - 42 st. Był to okres, gdy miałem ciągoty do takich zjazdów. Udało mi się dokonać kilka zjazdów w Tatrach Wysokich. Między innymi, z Krzyżnego przez Dolinę Waksmudzką, do szosy do Morskiego Oka i przez Dolinę Pańszczycy. Zjazd z Zółtej Turni. W Tatrach Zachodnich zjazd z Kasprowego Żlebem pod Palcem do Doliny Kasprowej. Granią z biwakami, na początku kwietnia, od Kasprowego do Przełęczy Pyszniańskiej i inne. Nazywano to wtedy narciarstwem wysokogórskim. Nie było tego dużo. Więcej w zamierzeniach. Propozycja Jurka wspólnego skituringu była kusząca. Nie mogłem jednak opuścić niedawno poślubionej damy mego serca. Która się zakochała nie tylko we mnie, ale i w nartach. Nie dałoby się tego skituringu pogodzić z nauką jazdy żony na nartach. I wspólnymi wypadami w góry. To było pasjonujące dla mnie doświadczenie, jak można opanować ten piękny sport od zera, nawet w zaawansowanym wieku. Powstała historia nauki jazdy pani Zagroniowej. Nie żałuję absolutnie swojej decyzji. Są w życiu ważniejsze sprawy, niż własne pasje, czy własny egoizm.2 punkty
-
Post 21 Kabul Pojechaliśmy wszyscy na zakończenie wyprawy do Kabulu. Przyjechać do tego kraju nie można było bez wizy. Bez innej, wyjazdowej, się nie wyjedzie. I znów jedziemy wzdłuż Kokczy, do szosy Mazar-i Szerif – Kabul. Cieplutko, kończy się lato. Szosa przecina kolejne ramiona Hindukuszu. Mijamy kolejne doliny, prawie pustynne. W nich wędrowały stada owiec i kóz. Spotykaliśmy także wielbłądy. Zwierzęta są w ciągłym ruchu, w poszukiwaniu czegoś do skubnięcia. Parę razy, kilkaset metrów od szosy, gdzie było nieco zieleni, rzucały się w oczy namioty. Mające czarny, duży dach z płótna, oparty na palikach. Zupełnie otwarty u dołu. Pod takim przewiewnym namiotem jest chłodniej w piekielnym upale. Nomadzi. W Afganistanie było ich podobno cztery miliony. Ludzie bez stałych domów. Szli już ze swoimi stadami owiec, kóz, z końmi i całymi rodzinami niżej, do Pakistanu. Do doliny Indusu. Spędzą tam zimę. Tam będzie trawa i ciepło. Wyżej w góry, w Hindukusz, wrócą na wiosnę. Na zieloną trawkę. Trafiliśmy na dolinę, w której rośnie nawet ryż. Zbiór tylko jeden raz w roku. Zatrzymujemy się przed czajhaną. Podają tu ten miejscowy specjał. Ciemne, sypkie ziarna. Podany z kawałkami baraniego mięsa. Po tygodniach polskich konserw, wszystko tu mi bardzo smakuje, gdy jest świeże, z ognia. Odbudowuję szybko, moje wychudłe w Hindukuszu ciało. Podjeżdżamy pod Salang. Przełęcz w wysokim ramieniu, Hindukuszu. Wyżej pojawiają się plamy śniegu. Szczyty w tym rejonie sięgają pięć tysięcy, z małymi polami lodowymi. Przełęcz ma 3300 m. Przejeżdżamy ją tunelem, trzysta metrów niżej. Na drodze spory ruch ciężarowy. Zdominowany przez angielskie „Bedfordy”. Auta są maksymalnie obciążone. Droga ma czasem strome podjazdy. Samochód na najniższym biegu nie jest w stanie jechać prosto do przodu. Więc jedzie sobie slalomem. Od prawej do lewej. Za tunelem ostry zjazd po zakrętach. W kotlinę Kabulu. Zatrzymaliśmy się przed czajhaną. Przyjemnie jest w cieniu, wypić niedużą szklaneczkę, bardzo słodkiej herbatki. Mamy towarzystwo w turbanach. Spokojnie rozmawiające przy swoich szklaneczkach. Mijamy Bagram, lotnisko. Bagram jest teraz znany na całym świecie, jako potężna baza wojskowa. W której też byli polscy żołnierze. Jesteśmy już prawie w Kabulu. Jeszcze tylko przed miastem rzut oka, na jakiś duży kompleks „europejskich” budynków za metalowym płotem. Budynki się okazały nie europejskie, tylko amerykańskie. Ponieważ ten imponujący obiekt był ich ambasadą. Kwaterujemy się w hotelu Friends. Hotel, jak hotel. Ale też nie należy sobie absolutnie kojarzyć takiego obiektu z europejskim hotelem. Nawet jednogwiazdkowym. Pościel tu nie istnieje. Przynosi się własną. Łóżka na ogół są. Niekoniecznie z materacami. Miejsce do siku jest. Woda też. Ale nie musi być zawsze. I jej instalacja była ograniczana do prostej armatury jednego, czy kilku kurków. Ale można spać legalnie. W razie spacerów po okolicy, nie musi się chodzić z wypchanym plecakiem. Zostaje w hotelu i jest pilnowany. Taki był nasz Friends. Miał jeszcze jedną, ogromną zaletę. Cienisty ogród. W którym się świetnie spało na materacu plażowym. Mając przed sobą parę dni, na beztroski urlop w egzotycznym kraju, nie omieszkałem skorzystać ze sposobności bliższego poznania stolicy kraju wysokich gór. Położona w kotlinie górskiej, na wysokości dwóch kilometrów, ma w lecie całkiem przyjemny klimat. Do zwiedzania nie było tu za dużo. Poważny zabytek, o poziomie światowym był w Bamianie. Ogromna statua Buddy, 55-cio metrowa. Nie było do tego miejsca kosmicznie daleko. Niestety nie było czasu i pieniędzy by tam jechać. Fanatyzm religijny i materiały wybuchowe zniszczyły potem to, co wybudowano i stało półtora tysiąca lat. Zostały więc nam tylko wycieczki do środka miasta. Przez który płynęła rzeka Kabul. W lecie był to bardzo szeroki rów, obramowany ściankami betonowymi na obu brzegach. W środku coś malutkiego i podejrzanego ciekło. Rzeka płynie do Indusu. Jak wyglądała jej dalsza droga, dowiedziałem się za trzy lata. Domy biedoty Kabulu wspinały się w górę, na okoliczne wzgórza. Im biedniej tym wyżej. Miasto jest zbudowane na stokach. Za miastem na wzgórku zauważyłem jakiś obiekt, przypominający z daleka coś na kształt zamku. Pytam człowieka, co to jest? Pałac szacha. Ale teraz go tu nie ma. Z tronu w pałacu zrzucił go niewdzięczny zięć. Wrócił po wielu latach do kraju. Ale zapewne tylko po to, by tu umrzeć. Był jeszcze porządek w kraju. Rządził zięć Daud, teraz prezydent. Ten porządek widoczny był w działaniach policji. Idąc raz ulicą widzę, że z pobliskiej szkoły wychodzi tłumek dziewcząt. Wszystkie w ciemnych, jednakowych „sukienkach”. Pod spodem mają jasne pantalony. Na głowie jasna chusta. Idą afgańskie nastolatki przyglądając się, jak działa ich policja. Dwóch krzepkich mundurowych okłada długimi pałami, leżącego na chodniku człowieka. Prosta i skuteczna metoda przywracania porządku w społeczeństwie. Jak również praktyczna lekcja wychowawcza. Kręciłem się po bazarze, podglądając ludzi. Aparat zarejestrował, przypadkowo scenę z kobietami. Trzy panie całkowicie zasłonięte, coś oglądają. Z za siteczek na twarzy nie widać nawet oczu. Ale coś ciekawego jest widoczne u jednej z nich. Torebka! Wskazująca, że to wyższej jakości wyrób. Może z Europy, od znanego w modzie producenta. Pani nie jest biedna. Jest zapewne żoną bogatego Afgańczyka. Tradycji musi dochować. Pod suknią może mieć najlepsze materiały z całego świata. Zupełnie inne problemy ma matka trójki chłopców, siedząca na ziemi. Inna scena. Trzech panów, w szatach typowych dla tego ludu. Ale cieńszych, czystych, z lepszego materiału. Pan w środku ma małe pudełeczko, jak z kremu. W środku coś ciemnego. Ciemno zielony proszek. Szczypta tego proszku wzięta w dwa palce i pod język. Ten z prawej otwarł już buzię. Często się to spotykało. Powracała na chwilę energia. Nie, było problemu, by popalić sobie fajkę z czymś, po którym się odlatywało. Fajki wodne to był powszedni widok. Zręczność rzemieślnicza Afgańczyków, podejrzana w Fajzabadzie, była widoczna w sklepach, które u nas nazwano by metalowymi. Było tu mnóstwo ozdób, najróżniejszych, z kamieniami półszlachetnymi. Ładnie oszlifowane kamyki były wmontowane w metal. Najcenniejszym, miejscowym kamieniem był ciemnoniebieski „lapis lazuri”. Z którego wydobycia słynie kraj. Ale były tu też inne ciekawe rzeczy. Broń. Masowo „produkowana”, dla turystów i miejscowych. Wyglądała na zabytkową. Pistolety, jak z przed kilkuset lat. Strzelby. Czy z tego dało się strzelać? Chyba tak, przynajmniej z niektórych modeli. Wydawało mi się czasem, że prawie każdy Afgańczyk musiał obowiązkowo posiadać palną broń. Całe zestawy najróżniejszych noży. I innych narzędzi tnących. Co do tego wyrobu miałem wątpliwości. Ta stal była kiepska. Na takie wyroby musi być stal specjalna, narzędziowa. Taka stal była droga, ponieważ tylko najbardziej rozwinięte kraje ją produkowały. Ta zręczność Afgańczyków do metalu przeniosła się potem na AK-47. Ale to drażliwy temat. Jak się zgłodniało, to można było przeznaczyć skromne dewizy na pysznego skwierczącego nad grillem szaszłyka, ze świetnej baraniny. Do której nasza się nie umywa. W Kabulu było wtedy zatrzęsienie winogron. Różnych odmian. Wszystkie bardzo słodkie. Słońca w lecie, w Afganistanie jest , aż za dużo. Cukier się obficie tworzy w gronach. Najsłodsze zwane „kisz-misz”, malutkie, bezpestkowe, były suszone na rodzynki. Których góry, o różnych odcieniach owocu, sprzedawane były na bazarze. Melony, kawony też dla nich był sezon. Atrakcją w pobliżu hotelu była uliczka „Chicken Street”. Na tej ulicy było dużo sklepików, w których stoły klatki z kurami. Które, głupie, w niewoli, znosiły jajka. Ale też w klatkach były bardziej męskie osobniki. I takiego można było sobie kupić żywego lub martwego. Martwy był oskubany, gotowy prawie do konsumpcji. Znacznie później w Tunezji ten proceder był udoskonalony. Wskazany palcem kurczak był błyskawicznie pozbawiany życia. Maszyna z parą, czy też gorącą wodą, bez trudu radziła sobie z piórami. Proszę! Pan sobie życzy bez bebechów? Ruch nożem i gotowe. Z początku, licząc dolary na codzienne wyżywienie, kupowałem te kurczaki. Za każdym razem moje serce krwawiło. Wiadomo z jakiego powodu. Niektórzy to nawet maleńkiego robaczka nie zabiją. Przeszedłem na droższy wikt. Kupowałem gotowe filety z indyka. Nie chodziliśmy, na „kurzą, kurczakową” ulicę, tylko z powodu tych pożytecznych ptaków. Na tej ulicy było mnóstwo sklepów z kożuchami. Kożuchy w tym okresie w Polsce to było coś pożądanego. Panie miały kożuszki z Nowego Targu. Panowie większe, też z tych okolic. Kożuch był drogi. Szybko rozeszła się po Polsce wieść, że w Afganistanie są piękne kożuchy. Wyszywane i tanie. Wyszywane rzeczywiście były. Kolorowe nici, najróżniejsze wzory, przepiękne. Ale jak tanie? To jest, dla każdego włóczącego się po świecie, wielka zagadka. Nie ma karteczek z cenami. Sprzedawca zapytany o cenę, podaje ją błyskawicznie. Jakie są kryteria z jego strony. Wygląd klienta, ocena ile ma w kieszeni, jak jest zdeterminowany i jeszcze może kilka czynników wpływających na cenę, których nie znam. Chciałem kupić dwa kożuchy, dla żony i siebie. Zaszpanujemy w Krakowie. Mam parę zielonych, ale chcę wydać, jak najmniej. Pytam o cenę. Drogo! Mogę zaproponować mniej. Zacznie się dyskusja. Ale to trochę głupio i nie poważnie tak uzgadniać, gdy w końcu zauważam, że ten kożuch mi się już teraz nie podoba, ma jakąś wadę. Po cholerę ta cała gadka. A stosów kożuchów i sklepów jest tu tyle, że głowa boli. Czytałem różne wspomnienia ze wschodu, tych co tam już byli. Podkreślano, że Arabowie lubią się targować. Że, jak taki się nie potarguje, to nie jest zadowolony. Większych idiotyzmów trudno się było spodziewać. Sprzedawca się targuje, bo i klient uparty, by dać mniej. To jest jedyny powód targów. Jaki idiota na świecie nie sprzedałby za podaną cenę. Gdyby klient zapłacił i poszedł sobie. Wymyśliłem - mając podaną cenę, zaproponuję jedną czwartą. Jeśli mnie złapie w drzwiach, to jesteśmy blisko prawdy. Po kilku próbach i uprzejmym, wyrozumiałym uśmiechu, bez dalszej reakcji, podniosłem poprzeczkę. Kupiłem dwa kożuchy za pięćdziesiąt parę zielonych. Długo w nich nie szpanowaliśmy. Były kiepsko zszyte. Nie mieli dobrej technologii wyprawiania. Nasi to byli mistrzowie w tej dziedzinie. Skóra po deszczu szybko sztywniała. Szwy się rozłaziły. Włosy wypadały. Ale niektórzy handlarze na tym nieźle zarobili. Zdjęcia: 1. Nomadzi. Namioty nomadów 2. Centrum. Centrum Kabulu 3. Ulica. Ulica w pobliżu centrum. Miłośnicy motoryzacji odgadną szybko, jakie osobowe samochody jeździły po Kabulu w roku 1973. 4. Rzeka. Rzeka Kabul. Wpada do Indusu. Zapewne bardzo wzbierała, na wiosnę, gdy topniały śniegi w Hindukuszu. 5. Bazar. Bazar nad rzeką Kabul. 6. Meczet. Główny meczet. 7. Uliczka. Domy miasta wspinają się wysoko na stoki. 8. Restauracja. Gęsta zabudowa stoków. Obok opon stoi sobie łóżko z plecionki. Powszechnie używane od Iranu do Indii. Można sobie było wędrować z własną „sypialnią”. 9. Drzewa. Im wyżej to skromniejsze domy. 10. Domy. Domy mieszkalne Kabulu w roku 1973. Widać po stojaku z przewodami, że była tu energia elektryczna. 11. Kobiety. Kabulskie elegantki. 12. Matka. Przypuszczam, że tych trzech chłopców. Z lewej ci goście coś przedają do jedzenia. Obok niej leży cały jej dobytek. 13. Opium. Panowie zażywają miejscowy dopalacz. 14. Uczennice. Smutne dziewczęta wracają z e szkoły. 15. Handel. Handel na bazarze. Sprzedawali świetne winogrona. 16. Sprzedawca. Handel „obnożny”. Osiołek transportuje sprzedawany towar. Powiększając nieco zdjęcie, widać nieco w prawo od osiołka, wiszące połcie mięsa. Sklep mięsny. Mięso było czasem płukane w pobliskiej "dżuji"(rowie z wodą). 17. Na głowie. Co ten człowiek sprzedaje? Kukurydzę? Nie miał problemu, by zmienić miejsce sprzedaży. 18. Waga. Tak ważono. Znowu sprzęt, tak jako łóżko, spotykany od Iranu po Indie. Dalej nie byłem. Więc nie wiem, jak tam ważono towar.2 punkty
-
Post 20 Powrót z gór I na tym był koniec! Dalej było prosto. Znieść z góry sprzęt do bazy. Do bazy przyszli kulisi ze wsi Qadzi Deh, po resztę wyposażenia. Okazało się, że i tak nie można było dłużej tu być. Skończyło się pozwolenie. Jeszcze przed zejściem do Qazi Deh robię kolegom portrety. Hindukusz zostawił na nas swój ślad. Na mnie też. Z Qazi Deh do Iskaszimu idziemy na piechotę. Tam będzie łatwiej o pojazd. To tylko paręnaście kilometrów. Przy drodze rosną afgańskie topole. Muszą być nawadniane. Piękna plantacja.Zdjęcie pokazuje, że wleczemy się drogą, bez pośpiechu. Ostatnie spojrzenia do tyłu na góry. Hindukusz Wysoki zostaje za nami. Dominuje bardzo wysoki Noszak. Osiołek niesie nam bagaż. Skrzydła mi urosły. Przybyło dużo czerwonych ciałek w mojej krwi. Idzie mi się dziwnie lekko. Nie muszę też nic praktycznie nieść. Załatwia to za nas to sympatyczne zwierzę. I tylko tak sobie rozmyślam. Nie osiągnęliśmy, jako wyprawa, sukcesu. Nie napiszą w gazetach, że taki poważny problem alpinistyczny został rozwiązany przez alpinistów z małego Klubu Tatrzańskiego PTTK w Krakowie. Środowisko też wzruszy ramionami. Wyprawa wyszła na cztery szczyty - M2(6460 m), M5(6076 m), bez nazwy(6021 m) i M3b(5918 m). Te dwa ostatnie były moim udziałem. Może to nie najgorzej, jak na „tragarza”. Ale to mnie prawie nie obchodzi. Ja miałem swój cel. Zobaczyć te góry. Wyjść jak najwyżej. A może przekroczyć nawet te siedem kilometrów. Ja tu przyjechałem prawie jak turysta. Zobaczyłem je, dotknąłem ich i żyję. Ponieważ i takie miałem obawy. Ale jakiś żal jednak pozostał! Zdjęcia: 1. Koniec. Likwidacja bazy, pakowanie. 2. Łąka. Tragarze znoszą bębny do Qadzi Deh. Portrety kolegów, zdjęcia nr: 3-Jurek, 4-Karol, 5-Leszek, 6-Maciek, 7-Rysiu, 8-Andrzej, 9-Janusz, 10-Wojtek, 11-Gienek 12. Resztki. Sortowanie potrzebnych rzeczy w Qadzi Deh 13. Topole. Topola afgańska. Plantacja nawadnina. 14. Piechotą. Droga do Iskaszimu. 15. Osty. Pasowały do mojego nastroju. 16. Powrót. Ostatnie spojrzenia na Hindukusz Wysoki. 17. Osiołek. Nasz dzielny osiołek2 punkty
-
A mim jak wyciąg chodzi bez klientów to jest to wydawanie naszych pieniędzy. Jak im zabraknie to władza im dosypie. Tylko że jak im dosypie, to nie dosypie medykom, nauczycielom i wielu innym. Chyba że grosza dodrukują, ale wtedy też zapłacimy - w inflacji. To którą wersję wybierasz?2 punkty
-
Post 19 M2 Nocujemy w szóstkę w obozie pierwszym. Pogodę cały czas pobytu w Hindukuszu mamy idealną. Jurek postanowił, że wyjdziemy stąd, w szóstkę, na przełęcz, między M2(6460 m) i szczytem(6021 m). Wychodzimy na przełęcz, mającą około - 5820 m. Lodowym, szerokim żlebem. W którym można się było spotkać z lawiną kamienną. Z przełęczy otwiera się widok, na wschód, na Dolinę Szachaur. W której działała wyprawa autora „Pokutująch śniegów” Andrzeja Wilczkowskiego w 1966 roku. Od razu rozpoznaję Szachaura, Langutę-i Barfi, Langar Zom. Czekała nas tu mała niespodzianka. Wcześniej, działający w tym rejonie Francuzi, zostawili niepotrzebne im już rzeczy. Wśród nich wspaniała lina - osiemdziesiąt metrów. Wyglądała na nowiutką. Puszki z pysznościami. Tabliczki Ovomaltiny. Nie wszystko pamiętam. Jesteśmy z biednego kraju. A tu taki skarb. O cenniejsze rzeczy ciągniemy losy. Który się do mnie uśmiecha i wygrywam tą linę. Nie wspinałem się na niej. Już się potem nie wspinałem. Na nieznanej linie nie powinno się wspinać. Za to tuńczyk w konserwie, otworzonej scyzorykiem, był owszem, ale…? Ciągle ten brak apetytu! O Ovomaltinie czytało się tylko w książkach. Jak alpiniści się „dopalali”, w krytycznej sytuacji. Coś w tym było, ponieważ po zjedzeniu kilku kawałków urosły mi „skrzydła”. Ale nie na długo, ponieważ szybko opadły. Tu się rozdzieliliśmy. Czwórka doświadczonych, pod batutą Jurka, poszła w lewo na M2(6460 m). Mnie z Maćkiem przypadł zaszczyt wejścia na pierwszy nasz sześciotysięcznik -6021 m. Nie był daleki, ale skrzydła już mi wisiały. Wchodzimy północnym, lodowym stokiem. Tyle się teraz czyta o ośmiotysięcznikach. O chodzeniu bez tlenu, prawie bieganiu z góry na górę. I to w zimie. Co ten facet pisze? Sześć tysięcy metrów nad poziomem morza? Przecież to proste! Gospodynie domowe, od kuchni wybierają się w takie góry. Nie mam argumentów, w takich dyskusjach. Patrzyłem tylko w książkach na zdjęcia, jak nawet, na takiej wysokości, ludzie się wlekli. A na siedmiu - jeszcze bardziej. Lub też nie mogli wyjść tak wysoko. O tym już wiedziano, w okresie, gdy Kazimierz Dorawski pisał swoją znakomitą książkę „Człowiek zdobywa Himalaje” – 1957 r. Niektórzy alpiniści nie przekroczą 6500 m npm. Średnio pułap możliwości sięga siedem tysięcy i kilkaset metrów. Wyjątkowo uzdolnieni przekraczają bez tlenu osiem kilometrów. Jak to jest z wysokością to boleśnie się o tym przekonał Jerzy Kukuczka, gdy po raz pierwszy spotkał się górami wyższymi od Alp. W czasie wprawy katowickiej na Mc Kinley, na Alasce(1974 r) z najwyższym trudem dotarł na ten sześciotysięczny szczyt. I jeszcze ta tragedia Bułgarów, przy próbie wejścia na Noszak. Argumenty są! Kondycja zdobywana przed wyjazdem, a nie przy biurku. Częste pobyty wysoko, przyspieszające aklimatyzację. Wyżywienie, wyspanie się, „wykąpanie się”. Czarna robota dla tragarzy, szerpów. Dojazd „luksusowy”. w rejon gór wysokich. Wszystko jest maksymalnie ułatwione. Zresztą, co tu gadać! Ci od ośmiotysięczników wyselekcjonowali się z dziesiątków tysięcy, pętających się „alpinistycznie” po górach na całym świecie. Tak, jak trzydziestka w Pucharze Świata jest wyselekcjonowana z dziesiątków, lub więcej tysięcy obijających tyki. Wyszedłem z Maćkiem na nasz sześciotysięcznik. Może lepszą kondycję już tu miałem. Schudłem przez ten brak apetytu. Trzeba też jeść białko, nie tylko węglowodany. Wypoczynek i żywienie jest bardzo ważne w górach. Widok na wchód się poszerzył. Na pierwszym planie otoczenie Doliny Szachaur. Te góry przede mną na dole są bez śniegu! A przecież to szczyty ponad pięć tysięcy metrów. To ich południowe, lub zachodnie zbocza, skały wystawione na słońce. Hindukusz jest „suchy” i gorący. Daleko na horyzoncie coś wyraźnie większego. Pamir w Tadżykistanie. Za korytarzem Wachanu. No i świetnie teraz widoczny Szachaur. Widzę wyraźnie tą grań w stronę Nadir Szacha. Którą mieliśmy iść. Z opisu wyprawy poznańskiej, która wyszła po raz pierwszy na Nadir Szacha wynika, że szli na niego szerokim żlebem śnieżnym. Stąd nie widocznym, ale lepiej widocznym z Doliny Szachaur. Maciek, po naszym powrocie do obozu, powiedział, że nie czeka na nich, tylko schodzi do bazy wysuniętej. Ja postanowiłem poczekać. Ugotowałem herbatę i przelałem ją do plastykowej flaszki. Ciepłą flaszkę włożyłem do śpiwora. Po łyku dla każdego. Czwórka wróciła w środku nocy, po wyjściu na szczyt. Drzemiąc, słyszę opowiadanie o wejściu. Znaleźli flaszkę z herbatą! Zdjęcia: 1. Czwórka. Czwórka kolegów odchodzi w stronę M2. 2. Na 6021 m. Mój rekord wysokości. Wysokość(napis na zdjęciu) została potem skorygowana przez Jurka. W głębi Szachaur(7118 m). Notka: Kolejne zdjęcia tworzą panoramę, od lewej strony. Od kierunku na północ do wschodu 3. Stoki płd. Granie w stronę M2 i Kiszmi Chana i ich stoki południowe. Tu działała wyprawa Andrzeja Wilczkowskiego w 1964 r. 4. Dolina Szachaur. Na pierwszym planie lodowiec Szachaur Mjani, spływający do doliny. Z jego prawej strony długa grań biegnąca z M3 w kierunku pn-wsch. Niżej słabo widoczny Lodowiec Hoszk. Na nim stała baza główna wyprawy łódzkiej. W głębi Pamir. Na prawo stoki Languta-i Barfii. 5. Pamir. Daleko na horyzoncie szczyty Pamiru. 6. Languta. Languta-i Barfi(6827 m ), w chmurach Langar Zom, Szachaur. 7. Langar. W środku widoczny dwuwierchołkowy Langar Zom( 6750 m i 7061 m). Bliżej, filar północny Szachaura. 8. Wysoka grań. Szachaur i Nadir Szach. Widok na grań(długość ok. 5 km), będącą naszym celem. Na tle Nadir Szacha szczyt M3(6109 m). 9. Szachaur. Szachaur(7118 m). Bariery lodowca w kierunku jego szczytu. Panorama z M3b kończyła się na szczytach M2 i Kiszmi Chan. Tu zaczyna się od ich wschodnich grani. Kończy na Nadir Szachu. Pomiędzy tym szczytem i M3b jest w lini prostej niecałe dwa kilometry. I mają niewiele różniącą się wysokość.2 punkty
-
Post 18 Penitenty Od prawie dwóch tygodni kursujemy między obozem pierwszym a bazą wysuniętą. Z rzadkim wypadem, niżej do bazy głównej. Właśnie taki wypad wykorzystuję, rozmyślając, jakby się tu umyć. Brud od dłuższego czasu narasta na mnie. Ostatnie, jakie takie mycie od połowy w górę, to jeszcze było w Fajzabadzie, w Kokczy. Wspaniała była kąpiel w wodzie z wywierzyska. Strumyk na łączce z kwiatkami, gdzie stoi baza, płynie. Wpadłem na genialny pomysł. Który powtórzyłem, trzy lata później w niskich Himalajach. Wykopię rano dołek w kamieniach. Wyłożę go folią. Wleję wodę ze strumyka. I poczekam do popołudnia. Słońce tu grzeje, jak kwarcówka. Wyszła całkiem przyjemna letnia kąpiel. Kapitalnie! Mydełko i na golasa. Kąpiel była bajkowa, boska. Na gruzowisku, pod lodospadem Khumbu, wiedzą co robią, instalując prysznice z ciepłą wodą. Która sobie odpływa do górskiego, krystalicznego potoku. Wychodzimy we trójkę z bazy wysuniętej. Jurek, Maciek i ja. Jest już dosyć późno. Słońce zaczęło swoją codzienną pracę. Nasz cel - szczyt w grani głównej, dobrze widoczny na prawo od kierunku marszu - M5(6076 m). Idziemy w kierunku czarnej piramidy, zachodniej ściany Nadir Szacha. Najpierw przez pole penitentów. Nie jest to szczyt przyjemności. Wolno się posuwamy do przodu. Pole jest za nami i zaczyna się lodowiec, który sobie płynie dalej, za moreną boczną obok naszej bazy.. Pojawiają się szczeliny, coraz szersze i głębsze. Szerokie trzeba obchodzić, lub szukać mostków do przejścia. Słońce operuje. Przybliża się ściana Nadir Szacha. Z jego szczytu główna grań Hindukuszu spada nagle, dobre kilkaset metrów, na przełęcz. Wisi tu doskonale widoczny, lodowiec. Między Nadir Szachem i M4a. Wisi on też nad swoją czarną ścianą. Ja mam zawodową wprawę w liczeniu w głowie. Kolega w biurze dawał takie zagadki. Strzel, nie licz! Ile jest ziarenek maku w metrze sześciennym? Policzyć nie jest tak trudno. Więc idę sobie i liczę. Podnóże ściany Nadir Szacha to jakieś 5700 m npm. Jego szczyt ponad kilometr wyżej. W proporcji, ten lodowiec ma około ze sto metrów grubości, i wisi nad ścianą. Która ma też, w proporcji, z kilkaset metrów wysokości. W „Taterniku” czytałem o urwaniu się wiszącego lodowca w Pamirze, w rejonie piku Lenina. Podano tam niewiarygodne dane, jak daleko poleciały odłamki. Jak się ten nasz się ”ocieli”, to polecimy wszyscy w kosmos. Od podmuchu. Mamy wyjść stokiem lodowym w prawo, ze trzysta metrów, na dość płaską przełęcz. I z niej jeszcze ze dwieście metrów i będziemy mieli z Maćkiem swoje rekordy wysokości. Da się to zrobić. Jurek jednak się czemuś przygląda na tym stoku. Nie cały jest gładki. Na naszej drodze sterczy serak. Z daleka wydaje się być nie dużym. Może nie duży, ale ma z dziesięć, piętnaście, metrów wysokości. Jurek rozmawia ze sobą. Jest południe, słońce bardzo mocno grzeje. Ten stok jest prawie prostopadły do jego promieni. Jurek jest inżynierem. Konstruktorem sprężarek. Może się ten serak ruszyć. Mróz zawsze wszystko doskonale spaja. Zastanawia się, czy nie zrezygnować. Waha się. Nie mówię nic. Mam obok siebie, jednego z najlepszych polskich znawców takich gór. Szkoda tego szczytu! To czuję wyraźnie. Ale nie mówię-tylko w myślach. Maćkowi też bardzo szkoda. Zaczyna dyskusję z Jurkiem. W ferworze - padają jakieś słowa o strachu, prawie o tchórzostwie. Siedzimy na plecakach i gadamy ze sobą. Jurkowi robi się bardzo przykro. Mówi o swojej dwójce dzieci. Maciek jest nachalny. Uspokajam Jurka. Nie denerwuj się. Ty odpowiadasz! I zawróciliśmy. Następnego dni wyszli inni. Tylko znacznie wcześniej. Szczyt został zaliczony wyprawie. To był praktyczny przykład odpowiedzialności i rezygnacji. Ile jest warta góra, gdy się nie wróci? Lub wróci kaleką. Wydaje mi się, że nasze pozwolenie się niedługo skończy. Niedługo będzie miesiąc, jak tu siedzimy. Grani z Nadir Szacha na Szachaur na pewno nie zrobimy. Mnie się wydawało, że o wiele bardziej doświadczeni koledzy to zrobią. Ja będę niżej nosił swój bagaż. Ale pisząc to teraz uświadomiłem sobie, czytając relacje uczestników wypraw, w monografii K. Seysse –Tobiczyka. A jest tam relacja z wyprawy w 1971 roku w Hindukusz, napisana przez naszego kolegę Ryszarda Zawadzkiego, że zamierzenia swoje. A rzeczywistość na miejscu - swoja. To mi uświadomiło, że inaczej spojrzałem na nasz pobyt w Dolinie Mandaras Zdjęcia: 1. Penitenty i Kohe Mandaras. 2. Pole. 3. Penitenty. W tle szczyty M9 i M10. 4. Ostrza. Penitenty z bliska 5. Czarna ściana. Nadir Szach(6814 m), wiszący lodowiec, M4a(6274 m) 6. Trawers. Przejście szczeliny po mostku lodowcowym 7. M5. Nasz dzisiejszy cel M5(6076 m). Na tym lodowym stoku tkwił ten feralny seraks.2 punkty
-
Post 17 Pierwszy szczyt wyprawy W każdym razie Jurek zdecydował, że nie pójdziemy w tą stronę. Przedsięwzięcie jest bardzo trudne. I było nas tylko czterech do jego dyspozycji. Janusz, Karol i Leszek poszli już do Zebaku. Natomiast ja i Andrzej mamy wejść granią z tej przełęczy na M3b(5918 m). Wybieramy się w któryś z następnych dni. Grań nie jest długa. Lodowiec z daleka wydaje się stromy. Przy bliższym poznaniu tworzy, jakby schodki. Kilka razy wkręcona przeze mnie śruba lodowa. Potem łupek, czarna, krucha skała i szczyt. Kręcę głową i aparatem, siedząc na kamieniach. Co za widok! Najwyższy Hindukusz z góry! Naprzeciw na południowy zachód. Tylko pięć km, w linii prostej, Kohe Mandaras. Za nim, w prawo, ale kilometrów około piętnaście, Noszak. Przed moimi oczami wspaniała panorama najwyższego Hindukuszu. Na początku „maleństwa” sześciotysięczne grani głównej. Szczyty: M4a(6274 m), M5(6076 m), M6(6138 m), M7(6224 m), Kohe Mandaras(6631 m), jako dominator doliny. Dalej główna grań biegnie ku Noszakowi. Przez szczyty M9(6028 m), Gumbaze Safed(6800 m). Gdzieś tam w głębi, na lewo od Noszaka, przysłonięty ukrywa się Tiricz Mir(7700 m). To już jeden z większych światowych gigantów. Głowa obraca się dalej w prawo od Noszaka. Głęboko wcięta przełęcz i kopuła Gumbaze Safed. Szczyt M10(5580 m) w naszej dolinie, szczyty sześciotysięczne, blisko Ab-e Pańdź. Jeszcze dalej w prawo. Całkiem już blisko mamy szczyt M2(6460 m), ze swoim wiszącym groźnie lodowcem. Za nim wychyla się „dziubek” szczytu Kiszmi Chan(6745 m). Ten szczyt jest dla mnie charakterystyczny. Ponieważ czytałem o nim w książce Andrzeja Wilczkowskiego. Weszli na niego. Miejscowa ludność uważa go za najwyższy w Hindukuszu. Dlatego, że jest na skraju pasma, blisko korytarza Wachanu. Rozmawiałem w Qazi Deh z Niemcem. Właśnie wrócili z wyprawy na ten szczyt. Pytam się go, jak tam u nich się organizuje taką wyprawę jak nasza. Mają przecież dewizy. Kupę kasy. Więc, jakiś ciekawy wyjazd, dla grupki alpinistów, to betka. Narodowa wyprawa musi mieć narodowy cel. Godny narodu. Taka zawsze znajdzie pieniądze. Nie, nie! Nie jest tak prosto! Odpowiada. Szukamy sponsorów. Więc odbywa się taka sama „żebranina”, jak i u nas. Ale sponsor żąda coś, za coś. U nich były to zdjęcia, na tle wysokiej, ładnej góry. Alpinista pije „red bull” na jej tle. Który dodaje mu skrzydeł, by na nią wejść. My nie musimy robić zdjęć, za mleko w puszkach. Za sobą mam Nadir Szacha. Tam się jednak nie wyjdzie. Nie wiem, ile jeszcze mamy czasu do dyspozycji. Nie pytam Jurka. Nie wypada! Ale skoro nie kontynuujemy w stronę M3, to Rysiek widocznie ocenił, że dalej łatwo nie „puści’. Andrzejowi jeszcze wpada do głowy pomysł, by przetrawersować granią na niedaleki M3a(5900 m). Jest wcześnie. Grań nie jest zbyt trudna. Zaliczymy dwa szczyty. Obniżenie, między szczytami, też niewielkie. Ale nie podoba mi się ten pomysł. Mamy wejść tylko na M3b i wracać. Wracamy drogą wejścia. Karol nam potem w bazie gratuluje zdobycia pierwszego szczytu dla wyprawy. To nie pierwsze, tylko drugie wejście. Dla mnie i Andrzeja pierwsze. Nikt nam nie zostawił szczegółowego opisu, jak tam wejść. Widok z M3b był jednym chyba najciekawszym dla mnie w Hindukuszu. Doskonała pogoda spowodowała, że mój aparat był w nieustannym ruchu. Resztę wyjaśniają zdjęcia. Zdjęcia: 1. Grań. Północno-wschodnia grań M3b. 2. W lodzie. Wspinaczka w lodzie. 3. Czekan. Andrzej wznosi dumnie swój czekan na tle Nadir Szacha(6814 m). Jesteśmy obaj „małymi”alpinistami. Więc i górka jest mała, na którą weszliśmy. Tylko 5918 metrów. Podwyższając jednak swoje „rekordy” wysokości. Byłem zadowolony, że weszliśmy. Mogłem być w tych górach. I mieć życiową okazję widzieć takie piękne, górskie widoki. Chwilowe marzenia sięgały jednak wyżej. 4. Nadir Szach. Teraz ja, siedząc na tym samym tle. 5. Andrzej. Na tle szczytu M2. 6. Gienek. Teraz ja na tle M2. 7. Na M3b. Taki pierwszy widok mi się ukazał, gdy dotarłem na szczyt M3b. Potem robiłem kolejne zdjęcia. Chodząc po M3b. Były robione z ręki. I z nieco z różnych miejsc, ale leżących blisko siebie. Zestawiłem je i tworzą panoramę. Mając mapę doliny(post nr 12). Należy obracać się w prawo, ze środkiem na szczycie M3b. Rozpoczyna się ona od M4a, leżącego na południowy-wschód, od M3b. Zdjęcia zachodzą na siebie. Można sobie wyobrazić, jak wyglądał Hindukusz Wysoki z wysokości prawie sześciu kilometrów. 8. M4a. M4a(6274 m), w głównej grani. Z lewej jest widoczny fragment wiszącego lodowca, między tym szczytem i Nadir Szachem. Na prawo od niego przełęcz między nim a szczytem M5. 9. M5 i M6. Dalej w głównej grani szczyty M5(6076 m) i M6(6138 m). Za nimi Pakistan. 10. Grań Hindukuszu. Szczyty M5, M6 i M7(6224 m). 11. Hindukusz. Zdjęcie nieco dalej w prawo, niż poprzednie.. Powtórzony M6 i M7, dalej pojawiła się grań Kohe Mandaras W głębi wysoki szczyt w Pakistanie. Napis poprawny -zdjęcie z M3b, a nie M3a. 12. M7. Powtórzony M7. Grań dalej się wznosi na Kohe Mandaras. 13. Kohe Mandaras. Kohe Mandaras(6631 m), dalej w głębi, nieco z prawej Noszak(7492 m), mocno wcięta przełęcz i kopulasty Gumbaze Safed(6800 m). Oba te szczyty w kierunku południowo-zachodnim.. 14. M9 i M10. M9(6028 m) i M10(5580 m). M9 leży w głównej grani. Natomiast M10 całkowicie w Dolinie Mandaras. 15. M3a. Z lewej fragmet stoku M10, ”wcięcie” Doliny Mandaras i bardzo blisko M3a(5900 m). W tle, z lewej prawdopodobnie Kohe Zebak. 16. M2. Obracając głowę dalej w prawo, prawie dokładnie na północ, pojawia się szeroka grań śnieżna szczytu M2(6460 m) z wiszącym lodowcem. W głębi, za nim wychyla się „dziubek”Kiszmi Chana(Kohe Kesnikhan-6745 m). 17. Intruzja. Z tyłu za plecami, na wschód, miałem bardzo bliskiego Nadir Szacha(6814 m), ze swoją zachodnią ścianą, przeciętą ukośnie pasem bardzo jasnej skały. Geolog może by bliżej to wyjaśnił. Co to za minerał? Powyższą panoramę uzupełni widok z szczytu -6021 m, pod którym stały namioty obozu I. W sumie obydwie dadzą okrężny widok, na otaczający Hindukusz Wysoki.2 punkty
-
Post 16 Nadir Szach – ew. droga wejścia Jurek ma swoją koncepcję realizacji programu wyprawy. Cel, który był postawiony w Krakowie, wydaje się tu na miejscu mało prawdopodobny. Nie zastanawiam się na tym, ponieważ kierownik uzgadnia te sprawy z Ryśkiem, czy Karolem, którzy mają doświadczenie z poprzednich wypraw. Ja jestem tragarzem i staram się robić to dobrze. Następną rzeczą po założeniu obozu pierwszego, było wejście stokiem lodowym na nieodległą przełęcz między M3 i M3b. Jej wysokość podał Jurek w opisie działań wyprawy w „Taterniku” nr 1 -1975 r. - 5860 m. Zostaje założona lina poręczowa z przełęczy na prawie płaski już lodowiec. Podejście na przełęcz nie jest zbyt strome, ale zjazd po stoku na dół z plecakiem, w rakach, mógł przynieść sporą krzywdę delikwentowi. Lepiej się zabezpieczyć przed taką ewentualnością. Siedzimy we czwórkę na tej przełęczy. Słońce grzeje mocno. Codziennie grzeje. Pogodę mamy jak drut. Lodowiec rankiem jest jak beton. Zgrzyta pod rakami. W południe grząska, mokra kasza, jak na nartach na wiosnę. I płyną po nim malutkie strumyczki. Widok z przełęczy jest śliczny. Na główną grań Hindukuszu i dalej na południowy zachód. Grań tu ma obniżenie do sześciu kilometrów. Zaledwie sześć, ale te niektóre szczyty są trudne do wejścia. Rysiek, nasza wyprawowa gwiazda. Trzeci raz w Hindukuszu(p. poprzednie wyprawy). Według kolegów, wyjątkowo źle się aklimatyzujący. I mający kłopot, by przekroczyć siedem kilometrów. Razem z Wojtkiem zabierają ze sobą namiot(jako zaczątek obozu drugiego) i wspinają się na razie trawersem, po rumoszu w kierunku M3. Który jest zasłonięty. I jest gdzieś wyżej i dalej. Dalej, za tym rumoszem, mieli grań śnieżną. Wracają zostawiwszy namiot w pobliżu M3. Nie pamiętam, co nam powiedzieli. Zdjęcia: 1. Stok. Podejście pod przełęcz -5860 m. Z tyłu lodowiec spadający z M3a 2. Poręczówka. Rysiek i Andrzej przy poręczówce. Po poręczówce ślizga się „pętla”z węzłem „Prusika”. 3. Podejście. Było dość ciężkie. Jeszcze była za słaba aklimatyzacja. Księżyc? 4. Przełęcz. Weszliśmy w czwórkę- Rysiek, Wojtek, Andrzej i ja. Poręczówka zamocowana do bloku. 5. M6 i M7. Widok na główną grań Hindukuszu. M6(6136 m) i M7(6224 m). 6. M7 i M8. Dalej główna grań. Powtórzony M7 i M8(Kohe Mandaras – 6631 m). Tak roboczo go oznaczyli Poznaniacy. Za granią Pakistan, prowincja Chitral. 7. M3. Grań śnieżna w stronę szczytu M3(zdjęcie zrobione z wejścia na M3b). 8. Trawers. Rysiek na trawersie w stronę M3(6109 m).2 punkty
-
Post 15 Obóz I Nocuję w obozie pierwszym. Pierwszy raz na takiej wysokości. W zupełnej ciszy. Nie ma wiatru. Niebo w dzień ma ciemny, granatowy kolor. Jego barwa jest coraz bardziej ciemna, w miarę wznoszenia się, aż do kosmosu, gdzie jest czarna. Gwiazdy na niebie są nadzwyczaj wyraźne. Pode mną jest już połowa ziemskiego powietrza. Zaklimatyzowałem się już w pewnym stopniu. Głowa mnie już dawno przestała boleć. Moją słabością, od kiedy chodzę w góry, jest ranny brak apetytu. Tu jest to samo. To jest fatalne zjawisko. Z czego czerpać później siły. W ciągu miesiąca straciłem, według przybliżonej oceny 15 kilogramów. Lodowiec zaczyna zamarzać. Gdzieś z głębi dochodzi od czasu do czasu, wyraźny w tej ciszy, jakiś głuchy, tajemniczy odgłos. Jakby wewnątrz siedział ogromny, lodowy potwór i stękał. Wyjaśnienie jest proste. Lodowiec płynie. Bez przerwy płynie. Te dźwięki świadczą, że tym momencie uwolniło się jakieś naprężenie wewnątrz jego brzucha. Jestem oczytany, o tym co odczuwali inni, na większych wysokościach. Oddech Cheyne`a -Stokesa. Taki nierytmiczny przerywany oddech. Wydaje mi się, że nie oddycham rytmicznie. Że są chwilowe przerwy, a potem kilka szybkich wdechów. Noc, gdy się nie może zasnąć, to czas aktywności mózgu. Przepływają jakieś mgliste obrazy. Pojawiają się jakieś obawy. Mam w tych górach obawy. Czasem po prostu się boję. Nic mi w tym momencie nie grozi. Ale jakiś podświadomy lęk, przed tymi górami. Lęk taki pojawiał się nocy, przed wspinaczką w następnym dniu w Tatrach. Potem już szło. Skupiałem się na chwytach, stopniach, asekuracji. Piszę to teraz, gdy wiem jak wygląda ratowanie ludzi w górach, w Europie. Zdejmowanie wspinaczy ze ścian. To jest pewien luksus. Świadomość, że cię uratują. Jak nie zginiesz od razu, z jakichś powodów, to masz szanse. Zginiesz szybko, to nie masz problemów. Ale ginąć długo, bez nadziei na uratowanie. To jest, jak sądzę, najgorsze. Te góry przerażają. Siły człowieka są takie mizerne w porównaniu z wyzwaniami. Tego się nie czuło niżej, w Tatrach. Nawet pod Alam Kuh w Iranie. Ja się nie boję gór. Żona mi mówi, że się bardzo zmieniam w górach. Ona umiera ze strachu, gdy się pojawi jakaś ekspozycja. A dla mnie jest to problem „techniczny”. Przejść i nie spaść. Tu w Hindukuszu jest też ten problem. Szczeliny w lodowcu. Można spaść po lodowym zboczu. Urwie się skała, czy kawał lodu i pędzi w dół. Ale jest coś więcej. Może dlatego, że są puste. Nie ma nikogo, kto może pomóc. Tylko koledzy. Są takie ogromne. Tak trudno się oddycha wyżej. Jurek wysłał trójkę kolegów w grupę Zebaku. Poszedł Janusz, Leszek i Karol. Jest bardzo zainteresowany tą grupą górską, z najwyższym szczytem nieco poniżej sześciu kilometrów. Ale z lodowcami i wysokimi ścianami skalnymi. Góry wyższe niż Alpy. Nieznane zupełnie, choć było tam już parę wypadów rekonansensowch poprzednich wypraw w Hindukusz. Hindukusz to także kraina śnieżnej pumy i jaka. Janusz zbiera swoje okazy. Zostaliśmy poinstruowani, aby się zainteresować niewielkimi żyjątkami, gdzieś wyżej na śniegu, pod kamieniami. Przechowuje to fiolkach w formalinie. Do końca wyprawy zebrał cały bęben swoich zainteresowań. Kolega docent zostanie kolegą profesorem. To też się liczy. Może więcej, niż nasze wejścia na szczyty. Załączam zdjęcia związane tematycznie z obozem pierwszym. Zostały wykonane w okresie, od rozbicia pierwszego namiotu, aż do jego likwidacji. Trwał około trzech tygodni. Objaśnienia każdego zdjęcia wyjaśniają całą historię obozu. Zdjęcia: 1. Cienie. Obóz I i cienie szczytów. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi chwytał szybko mróz. Włożyłem rękawiczki. Temperatura w nocy spadała do minus dziesięciu stopni. 2. Skały. Namioty obozu na tle skał szczytu - 6021 m. Skały są wystawione na południe i bezśnieżne. 3. Zagronie. To jest rano. Poznaję po cieniach grani do M3, na śniegu. Grań oddzielała Dolinę Mandaras od Doliny Szachaur, położonej dalej na wschód.. Autor postu w kurteczce puchowej pani Momatiukowej. Nosek chroniony lepcem 4. Obóz I. Wysokość - 5650 m. Ujęcie całego obozu. Z lewej widoczne postumenty pod namiotami. Tyle lodowca ubyło w ciągu dwóch tygodni. 5 Posiłek. Wspólny posiłek z jednej miski. Zupka z torebki z konserwą. Wojtek, Andrzej, Rysiek. 6. Przestawianie. W namiotach miało spać potem sześć osób. Należało je przestawić. Ponieważ śpiący na skraju, spadaliby z postumentu.2 punkty
-
"Gdyby mnie zaprosił na urodziny mógłbym przedstawić sprawozdanie z działalności NIK większej liczbie posłów niż była w Sejmie" - napisał na Twitterze Marian Banaś. Szef NIK skomentował w ten sposób imprezę dziennikarza RMF FM Roberta Mazurka, na której bawili się politycy, m.in. PO i PiS.2 punkty
-
Kolejna moja relacja z moich okolic. Taka ciekawostka, jest tam trasa do narciarstwa biegowego. Nie przypominam sobie, by była choć raz czynna. I cała trasa. Odkrywamy okoliczne górki (po raz kolejny). I widziana z góry. Kolejna. I jeszcze jedna. Pedały wymienione. Doszła sakwa, z poprzedniego roweru. I nasze okoliczne piachy. Tu lepiej widać. Są też skocznie. I kolejne ścieżki. Ja się tu obecnie świetnie bawię, kiedyś jednak w tych lasach ginęli ludzie, trochę nostalgii.1 punkt
-
Ja wybieram repolonizację energetyki w ramach której odkupiliśmy w 2017 r od Francuzów 8 elektrociepłowni węglowych wtapiając na tym kupę kasy (pewnie więcej jak na tym rozebranym bloku). Jak widzę jak nasze państwo bierze się za biznesy to ręce opadają. Na przykład taki CPK w sytuacji gdy pojęcie hubów lotniczych powoli odchodzi do lamusa.1 punkt
-
Chcieć jeszcze inwestycji na Jaworzynie Krynickiej.I chcieć sezonówki PKLu...1 punkt
-
Nie za bardzo wiem czego niektórzy oczekują od PKL. Moim zdaniem inwestują i się rozwijają. Solina wiadomo. Byłem w Szczawnicy to imponująco wygląda nowy czy bardziej wyremontowany obiekt przy dolnej stacji. Mosorny dojdzie ta wieża choć budowana przez gminę to jednak z myślą o kolei. Na pewno zainwestują w Butorowy. Czego chcecie więcej od firmy która nic narciarskiego nawet w nazwie nie ma a sporo wozi po prostu pieszych? Swoją drogą co jadę przez Zawoję czy zahaczam o Mosorny to kolej chodzi non stop. Czy wjadą 2 osoby na dzień czy 20 czy 200, czy świeci słońce czy jest mgła gdzie jeszcze parę lat temu nie chcieli w ogóle chodzić nawet latem poza weekendami. Niby prąd poszedł w górę a oni kręcą i kręcą co jakoś przy prywaciarzu by mi się nie widziało. No i nie da się moim zdaniem łapać wszystkich srok za ogon z tyloma inwestycjami.1 punkt
-
Oczywiście że płacimy bo rząd nie ma własnych pieniędzy. Tyko że większość myśli że ma. Gdyby każdy pracujący dostał pensję brutto i następnie sam odprowadził wszystkie składki. To sejm wraz z p(o)słami spłonąłby na drugi dzień. Taka mała dygresja :).1 punkt
-
Post 14 Założenie obozu I Mamy go założyć, więc znów wory na nosiłki i do góry. Ale tym razem, najpierw po piargu, potem po spękanym lodowcu. W miarę wznoszenia otwiera się widok na coraz dalsze szczyty Hindukuszu w kierunku zachodnim. Idąc wyżej wzrok sięga po Hindukusz Środkowy. Góry i góry! Lodowe góry. Wchodzimy na lodowiec. Idąc po raz pierwszy, na taką trasę zabiera się tzw. trasery. Cienkie patyczki z kolorową chorągiewką. I w czasie pierwszego przejścia z asekuracją, wbija się je w odpowiednich miejscach. Łatwiej jest potem wybrać drogę w tym labiryncie. Lub nawet częściowo zrezygnować z asekuracji liną przez partnera. Lodowiec wyżej jest mocno spękany. Pojawiają się szerokie szczeliny. Nie jest równy. Miejscami tworzy jakby lodowe ściany. Galimatias. Idziemy pierwszy raz i trzeba się asekurować. Do góry, tym razem, jest tylko pięćset metrów.. W pewnym momencie skupiam wzrok na najlepiej widocznym Noszaku (7492 m),. Dominuje wysokością. W prawo grań śnieżna opada na szeroką przełęcz i wznosi się na wysoki, kopulasty szczyt Gumbaze Safed(6800 m). Jestem topograficznie, teoretycznie przygotowany Wyżej lodowiec staje się prawie płaski i tworzy tu obszerny kocioł pozbawiony większych szczelin. Otwiera się widok na otoczenie tego kotła. Tutaj postawimy nasz obóz. Jurek wybiera miejsce, by było względnie bezpieczne, gdy coś poleci z góry. Stawiamy dwa namioty. To są nowe, specjalne, polskie namioty przygotowane przez Legionowo w wysokie góry. Ścianki mają podwójne. Ale tak zszyte ze sobą, że odstęp między wewnętrzną ścianką a zewnętrzną jest rzędu kilku centymetrów. Powietrze izoluje! Maszty z przodu są dwa, na ukos. Z tyłu takie same. To wzmacnia odporność na wiatr i opady śniegu. Nad kotłem dominuje Nadir Szach. To jeszcze niespełna tysiąc dwieście metrów do góry. Nie wydaje mi się, że wyjdziemy z tego kotła na ten szczyt. Najpierw należałoby pokonać skalną ścianę. Też czarną i wysoką, sięgającą do połowy góry. Wyżej nad nią jest lodowiec tworzący ogromną, co najmniej kilkudziesięciometrową barierę. Zdobywcy szczytu szli na niego z dołu, ale zaczynali jeszcze dalej, w kierunku sąsiedniej doliny. Szli po lodowcu, a nie skale. W prawo mamy dwa, już znane szczyty M3b(5918 m) i M3a(5900 m). Ich północno-wschodnie, strome stoki są tutaj pokryte lodowcem. W lewo na tle Nadir Szaha jest widoczny M3(6300 m). Z którego skalista grań biegnie w stronę naszych namiotów i kończy się na szczycie M1(6020 m). Potem jest wcięta przełączka i dalej grań się wznosi na M2(6460 m). Z jego szczytu spływa w naszą stronę wiszący, dobrze widoczny lodowiec. Zdjęcia: Generalna uwaga. Zdjęcia ilustrują podchodzenie do obozu I. Były robione w różnych dniach i w różnych porach dnia. 1. Plecak. Jurek i Maciek. W tle morena i szczyty- M3a-5900 m, M3b-5918 m, Nadir Szach-6814 m. 2. Grań główna. Odsłoniła się niska, w tym miejscu grań główna Hindukuszu. Szczyty – M4a(6274 m), M5(6076 m), M6(6138 m). Z lewej krótka skalna grań, wzdłuż której szliśmy w górę. Widoczny jęzor lodowcowy spływający z kotła, gdzie stał obóz I. 3. Hindukusz. Ciągle idziemy jeszcze po gruzie. Piękny widok. Na pierwszym planie kolory skał. Dalej szczyty M9 i M10. W głębi, na horyzoncie Hindukusz Centralny i jego najwyższy szczyt Kohe Bandaka(6843 m). 5. Gruz. Lodowiec pod gruzem. Woda wypływa z topniejącego lodu, ukrytego pod gruzem. 6. Grzyb. Grzyby tworzą się tylko w wysokich górach, przy silnej operacji słońca, stojącego w zenicie. Jak silny jest wpływ słońca na topnienie lodu, to mogliśmy się przekonać w obozie pierwszym. Jeszcze lepiej to było widoczne w Zachodnich Himalajach. Szczyty sześciotysięczne były od strony południowej bezśnieżne i rosła na nich trawa. Z przeciwnej strony miały wysokie na kilometr lodowe ściany. Opad był po obu stronach góry taki sam. 7. Grzyby. 8. M7 i Kohe Mandaras. Dalszy ciąg grani głównej. M7(6224 m) 9. M2. Lodowiec się spiętrza. Szczyt M2(6460 m), z wiszącym lodowcem. 10. Asekuracja. Przygotowanie asekuracji. Maciek i Jurek. Wchodzimy na spękany lodowiec. Należy się związać liną. Lodowiec był dalej bardzo silnie spękany. I tworzył coś w rodzaju lodospadu 11. Lodowiec. Silna bardzo operacja słoneczna w dzień powodowała, że w dzień wierzchnia warstwa lodu była mokra. 12. Lodowa ściana. 13. Wyposażenie. Zdjęcie dla ilustracji wyposażenia alpinisty wyprawy środowiskowej, w latach o których piszę. Nie byliśmy wyjątkiem. Niektórzy mieli prywatny lepszy sprzęt(np. lekkie karabinki), ale był bardzo oszczędzany. A więc, po kolei. - w plecaku, typu „waciak” - spiwór i kurtka puchowa. Materac plażowy. Lina podciągowa 80 m. Czekan i raki rzemieślniczej roboty. 14. Odpoczynek. Cd. sprzętu. Kask wspinaczkowy. Okulary spawalnicze. Na piersi zamiast pętli z jednej liny, pas zrobiony z liny(6 zwojów, przeszytych dratwą). Zmniejszał wyraźnie nacisk na klatkę piersiową, przy ew. zwisie na linie. Uprząż biodrowa była u nas nieznana. Ochrona przez słońcem – Dermosan, gaza. Ale najlepszy był zarost. Buty z Wałbrzycha. 15. Jurek prowadzi. Jurek wyszukuje najłatwiejsze przejście. I oznacza newralgiczne miejsca traserami. 16. Szczelina. Szczeliny wyglądały na głębokie. Małe sopelki. Woda płynęła po lodzie do szczeliny, w nocy sople zamazały, jak z dachu. 17. M3a, M3b. Szczyty M3a(5900 m) i M3b(5918 m). Szczelina się ciągnie w poprzek naszej drogi, w kierunku skał. 18. M3a. Szczyt M3a(5900 m). Lodowiec dalej jest mocno uszczeliniony. 19. Noszak. Noszak(7492 m) i Gumbaze Safed(6800 m). To piękne zdjęcie zostało zrobione przypuszczalnie przez teleobiektyw Andrzeja. Od jego Praktiki pasował od mojego Feda. Na pierwszym planie grzęda w stronę szczytu Kohe Mandaras. Dalej za nią wspaniale widoczny wierchołek Noszaka. Noszak łączy się z Gumbaze Safed, przez głęboko wciętą(ok. 6000 m), szeroką przełęcz. Po drugiej stronie tej grani, w Dolinie Qadzi Deh, były usytuaowane na wysokości nieco powyżej czterech kilometrów obozy bazowe wypraw na drugi, co do wysokości szczyt Hindukuszu. Na tym zdjęciu widać skały, pod wschodnim szczytem Noszaka.. Na dole pod tymi skałami(żebrem skalnym) rozbili namiot Bourgois, Heinrich i Potocki(post nr 2). Schodząc z obozu trzeciego(6800 m) na Noszak. Z tego namiotu chcieli zdobyć szczyty Darban Zom i Shingeik Zom. Doszli wieczorem tylko do przełęczy ,między tymi szczytami. Wrócili na noc do tego namiotu. W nocy załamała się pogoda i postanowili wrócić do obozu III. Przy powrocie do niego, w tym rejonie spadła lawina, pod którą zginął Potocki. A z widocznej dobrze grani schodził do bazy wysuniętej Bourgois. 20. Nadir Szach. Nadir Szach(6814 m). Lodowiec się wypłaszczał. Większe szczeliny zanikały. Ukazał nam się w całej krasie szczyt, który jak wcześniej przypuszczano, miał być siedmiotysięcznikiem w głębi Doliny Mandaras. Na prawo jego południowo- zachodnia, czarna ściana. W lewo widać wyraźnie barierę lodowca szczytowego. 21. Dolina Mandaras. Potrzaskana część lodowca, którym podchodziliśmy, została niżej. Dobrze jest widoczna, nieco łukowata ściana skalna. Która nam towrzyszyła przy podchodzeniu. W dole jest widoczny lodowiec płynący pod ścianą Kohe Mandaras i „nasza”, czarna turnia nad bazą. 22. Grań. Lodowiec zrobił się płaski. Pozbawiony większych szczelin. Przed soba mieliśmy bezśnieżne południowe ściany skalne, ciągnące się od M1(6020 m), poprzez M3(6300 m) do Nadira Szacha. 23. Wieczór. Obróciwszy głowę w przeciwną stronę, w stronę doliny, mieliśmy stąd taki widok. W tym przypadku wieczorny. Lodowiec już zamarzał. Byliśmy na poziomie 5650 m. 24. Namiot obozu. Maciek i Jurek stawiają namiot. W głębi M9(6028 m) i M10(5558 m). 25. Stoki M3b i M3a. Lodowe stoki M3b(5918 m) i M3a. Z lewej grań do wejścia na M3b z przełęczy, z lewej(niewidoczna)1 punkt
-
1. Jeśli będziesz jeździł w warunkach przejściowych to zdecydowanie warto mieć odzież z dobrych materiałów i dobrze uszytą. 2. Dobra kurtka to koszt powiedzmy 6-7 karnetów. 3. 4F to forma której widocznie bardziej się opłaci dawać pieniądze na marketing jak na jakość produkcji. 4 4F produkuje rzeczy nietrwałe, fatalnej jakości. Ponieważ mam dużą i aktywną rodzinę to próbowałem kiedyś przyoszczędzić i kupiłem trochę ciuchów (2-go wyboru). Wszystko do śmieci. To nie jest tylko moja opinia lecz raczej utrwalony pogląd wśród wszystkich co mają jakieś wymagania a nieopatrznie coś tej "firmy" kupili.1 punkt
-
Mnie dzisiaj udało się zobaczyć cokolwiek poza plażą i najbliższym otoczeniem miejscowości Amadores, w której spędzamy urlop na Gran Canaria. Najpierw udaliśmy się rodzinnie do miejscowości Mogan - całkiem urokliwej i nie tak zabetonowanej jak cała reszta okolicy: Popołudniu natomiast córka została zaparkowana na basenie, a ja ze znajomym udałem się zobaczyć to na czym mi najbardziej zależało, czyli góry. Wypożyczony Citroen C3 jakoś dał radę, choć balansowałem między drugim a pierwszym biegiem, bo trójki się na krętej mocno wspinającej się drodze "zapiąć" się nie bardzo dało. Udaliśmy się na jakiś 3 km spacer do jednej z głównych atrakcji wyspy, czyli formacji skalnej Roque Nublo, który równocześnie stanowi drugi najwyższy szczyt Gran Canarii - 1813 mnpm. Podjechaliśmy także pod Pico de las Nieves, czyli najwyższy szczyt Gran Canarii, który liczy sobie: 1949 mnpm. I tak nad wszystkich góruje majaczący ciągle na horyzoncie El Teide nad Teneryfą, czyli ulubionym terytorium @Sariensis . Widoki zapierają dech. Podobnie jak @marboru myślami jestem przy moim rowerze szosowym - trasy są tu absolutnie genialne - na pewno trzeba mieć kondycję, ale asfalt świetny - drogi równiutkie. Tutaj trochę zdjęć i panoramek z popołudniowego wypadu z góry Gran Canarii:1 punkt







