Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. moruniek

    moruniek

    Użytkownik forum


    • Punkty

      18

    • Liczba zawartości

      2 943


  2. tanova

    tanova

    VIP


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      2 774


  3. sstar

    sstar

    Użytkownik forum


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      5 412


  4. barattolina

    barattolina

    Użytkownik forum


    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      98


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 07.07.2022 uwzględniając wszystkie działy

  1. Skopje cd. Tego dnia w mieście dało się wyczuć atmosferę gotowości służb. Wyjątkowo dużo policji, która zaczęła się "zbroić". A oto i sprawca całego zamieszania. Tego dnia rozgrywany był mecz, i kibice zmierzali na stadion w większych i mniejszych grupkach. My wracamy do oglądania zabytków. Tu Skopje widziane z twierdzy. I sama twierdza. Panorama. I kolejna. A to miejsce z którego robiłem zdjęcia. Wstęp na twierdzę był bezpłatny. Napis napotkany na ulicy. c.d.n.
    4 punkty
  2. Jesteśmy w Skopje. Już sam dojazd na miejsce był nieco ekscytujący, Pan kazał nam wjechać w bramę. Pytam w jaką bramę, a on mi mówi, w taką dużą bramę miasta, taki zabytek. Tam pełno policji. Dzwonię do niego i pytam, czy to legalne. Odpowiada, tak stoję na dole i macham do Ciebie, policjantów uprzedziłem, że będziesz mieszkańcem. Dobra jedziemy. Jakby ktoś chciał namiar na fajny apartament z miejscem parkingowym w samym centrum pisać na priv. Widok z naszego okna. Porta Macedonia. Skopje to zabytek na zabytku (no dobra część taka trochę kiczowata, robiona hurtowo), jednak duża cześć piękna. Pomnik na pomniku. I kolejny. Plac i dojście do Kamiennego Mostu. Kolejny zabytek. Kamienny Most. Pomnik Wojownika. Widok z Kamiennego Mostu. Góra Wodno z Krzyżem Milenijnym. c.d.n.
    3 punkty
  3. Za tym kanałem, nieco się zmienił przez rok. My mieszkaliśmy w tym ogrodzonym rejonie.
    1 punkt
  4. Dzięki . Miło się dowiedzieć, że komuś się przydała moja pisanina i miło zobaczyć znane miejsca innymi oczyma
    1 punkt
  5. Za tym ujściem? Gdzieś tu https://pl.mapy.cz/s/cehohahako Ten rejon Golem jest strzeżony i ogrodzony, jest tam sporo domów letniskowych mieszkańców Tirany i kilka fajnych knajp.
    1 punkt
  6. Ta Twoja podróż do Skopje i relacja na forum, zainspirowała mnie, by wygospodarować chwilę czasu i odwiedzić to miasto. Naprawdę warto.
    1 punkt
  7. Ale kolarki w sensie rowerzystek czy spodenek? I czemu popsuły wyjazd? Robiły piekło? Czy piły w kroku i piekło ?
    1 punkt
  8. @moruniek - świetny trip i znakomita relacja! Po ostatnich wpisach odżyły wspomnienia z naszego jesiennego wypadu do Skopje, trzy lata temu. Pejzaże miejskie trochę podobne, choć pora roku inna. Dziwne miasto - jedyne w swoim rodzaju, pełne bizantyjskiego przepychu ale i dużych kontrastów. Europejskie i orientalne zarazem. Metropolitalne i prowincjonalne. Udanego dalszego urlopu !
    1 punkt
  9. Zdemontowane pierwsze podpory, a przy dolnej stacji robią wykop jakby szykowali miejsce na stację kolei wyprzęganej...
    1 punkt
  10. Ja bym dodam jeszcze, kilka zdjęć z zeszłego roku (byliśmy w Golem). Najlepsza knajpa w okolicy (dla miejscowych). Za kanałkiem, gdzie kończą się apartamentowce i zaczyna Albania dla miejscowych. I pyszne (bardzo tanie) jedzenie. yy. A to sprzedawca kukurydzy na plaży. Prosto z taczki. Spacerując warto patrzeć pod nogi - mamy masę niezabezpieczonych studzienek. Jadąc autem po bocznych drogach, też patrzmy. Zmiany, zmiany.
    1 punkt
  11. Łza się w oku kręci,przypominam sobie Albanię zaraz po wojnie w Kosowie, była wtedy krainą równie turystyczną jak Somalia, i miasto Bayram Curri,przed podróżą do którego wszyscy mnie w Albanii specjalnie ostrzegali.Jak ten świat się zmienia...
    1 punkt
  12. Zbliżamy się do granicy z Macedonią Północną (ze względu na różnicę w cenie paliwa, nie możemy się doczekać Albania to cena na poziomie ON 9,6 a Macedonia to ON około 8 zł). Po pokonaniu przełęczy i licznych serpentyn, możemy cieszyć się widokiem na Macedońskie Morze, czyli jezioro Ochrydzkie (niestety słaba widoczność). Opuszczamy Albanię. Sama granica z Macedonią szybko i sprawnie. W przyszłym roku te przejścia mają zniknąć (pożyjemy, zobaczymy). Na Bałkanach powstała inicjatywa Otwarte Bałkany, znikają kontrole graniczne pomiędzy Serbią, Macedonią Północną i Albanią. Na przejściu granicznym po stronie Macedońskiej, oczekiwanie na wjazd do 10 minut (dalej nie będzie już tak różowo, o czym napiszę później). Jesteśmy w Strudze, od tej stony jezioro Ochrydzkie prezentuje się słabiej niż widziane z góry. Tu byliśmy w zeszłym roku, więc bez zbędnej zwłoki i zwiedzania przystępujemy do kąpieli. Co oni robią z tych plaż ? Jedziemy dalej, droga do Skopje, całkiem przyzwoita. Nowa autostrada w budowie, od zeszłego roku spory postęp prac. Nie wiem jak z tunelami, reszta prac do skończenia do przyszłego roku. Mowa o dość długim odcinku Ochryda - Gostivar. Jeszcze kilka zbliżeń, będzie bardzo widokowa z licznymi estakadami i tunelami. I kolejne. W całości. Jest tam widokowo.
    1 punkt
  13. I jeszcze dwa zdania o jedzeniu. Efekt krewetek, które przygotowałem dla żony (a wcześniej z takim poświęceniem nabyłem). A to już pyszna pizza. I jeszcze jedna. Neapolitańska, z nieco grubszym ciastem, długo wyrastającym.
    1 punkt
  14. Zdjęć mało bo miałem kolarki i telefon w plecaku. Kolarki które mi popsuły wyjazd. Miało być wygodnie a było piekło 😆 Miało być 220 a wyszło 160 😆 W Danii nie ma praktycznie drogi, przy której w pobliżu, lub równolegle nie ma drogi dla rowerów. Wszędzie tunele i wiadukty rowerowe 💪 Nawet kawałek Tour de France zaliczyłem 😉 Wybrzeże od Kopenhagi, dość daleko na północ, wygląda jak z amerykańskich filmów. Zdjęć nie robiłem, bo kogo interesują pieniądze ? 😆 Muszę przyznać że nigdy jeszcze nie spotkałem tyle ludzi na rowerach jednego dnia. W Danii w większości to oczywiście kolarki. Trasy MTB oczywiście też występują. Piwa nie polecam, piłem Erdingera 😝
    1 punkt
  15. W stronę zalewu. Pożegnanie z wodą. Bar u Rybaka. Dorsz zapiekany w śmietanie z grzybami mniam. Podróż rankiem 4-8 S7.
    1 punkt
  16. Albania to też nowoczesna architektura. Miłość do USA i powoli do UE. Ciekawe rozwiązania architektoniczne. Murale. Niezliczone stragany z pysznymi i bardzo tanimi owocami i warzywami.
    1 punkt
  17. W Albanii dużo się zmienia. Całe kilometry dróg są obecnie asfaltowane. Część w przygotowaniu. To też kraj kontrastów, tuż obok luksusowych hoteli. Mamy rozpadające się bloki. Albańscy Romowie tu zamieszkują. Tworząc całe dzielnice biedy. Nieobsadzone studzienki - tego jest naprawdę sporo. Rozwalające się ruiny byłych ośrodków wczasowych. I jedna wielka budowa, za kilka lat ten kraj zmieni się nie do poznania.
    1 punkt
  18. Albania to te kraj bunkrów. Część udało już się nawet przemalować, część rozebrać, część została jako atrakcja turystyczna. Tu przemalowany. Tysiące pływających statków. Tu płynie sobie prom. Tradycyjnych wycieczkowców nie widziałem. Trochę wszelkiej maści statków robionych pod turystów. Sporo łodzi rybackich. Tu więcej. W tych motorach elektrycznych lubują się dostawcy jedzenia. Bardzo popularny rodzaj pojazdu. Kraj pysznych i tanich owoców. Kraj ciężko pracujących ludzi, którzy czas wolny spędzają potem w wszelkiej maści barach i kawiarniach. c.d.n.
    1 punkt
  19. ALTA BADIA – jak załatwić się koncertowo na e-MTB. …będzie długo, ale muszę to z siebie wyrzucić. Nie wiem czego my się spodziewaliśmy, ale na pewno nie tego co nas spotkało. Złamana ręka u Darka, u mnie niezliczone ilości siniaków. Niesamowity stres przy pokonywaniu każdego przewyższenia i na zjazdach. Gubienie się w terenie. Schodzenie rowerami które ważą ze 30kg po pionowych ściankach, jakieś zwalone drzewa w lesie. Jednym słowem - koszmar. Cóż. Myśleliśmy, że jazda „góralem” po puszczy za gówniaka wystarczy. Że silnik zrobi za nas wszystko. Otóż…nic z tych rzeczy, a za błędy się przecież płaci. Przykładnie. Prawda? Rano, w sobotę, po dwóch dniach jazdy szosą po przełęczach poszliśmy do wypożyczalni po MTB z silnikiem. Chcieliśmy sobie odpocząć. Pojeździć po Alta Badii na luzie, odwiedzić znane nam z okresu zimowego zakątki. Zjeść coś dobrego w ulubionych knajpach. Ot, przyjemny dzień na luzie. Zadowoleni z siebie wzięliśmy więc rowery i pojechaliśmy w górę asfaltem. Super się jechało, ale odkryłam już że e-bike sam nie jedzie . Niby to prawda znana, ale okazało się, jazda jednak męczy. Zaskakująco szybko męczy. Na szosie tak nie umiem, a tutaj – pach, od razu zadycha. Na dodatek na baterii – wstyd, nie? Pierwszy zaskok. Opony tez jakieś takie grube, kierownica szeroka i prosta. Inaczej przełączasz biegi. A w ogóle to tylko jedna tacza z przodu no i kaseta jakaś taka duża jest.. z 50 zębów ma. Jednym słowem – szosa to to nie jest. Drugi zaskok. No ale każdy rower ma dwa koła – czyli da się jechać. Jest ekstra. I jest coś nowego – lubimy to. Witaj przygodo !!!(czy jak to tam było). Żarty skończyły się jak trzeba było podjechać pod stromiznę na szutrze. Na dodatek, akurat w TEN SAM dzień odbywał się wyścig „BMW HERO SUDTIROL DOLOMITES 2022” i JEDYNA trasa, która prowadziła w górę była obsadzona zawodnikami. Igły nie wciśniesz. No ale skoro już mieliśmy te rowery to trzeba było sobie radzić. Wcisnęliśmy się jakimś cudem w ten wyścig (nie było to zabronione). Początkowo używałam trybu ECO, czyli najniższego biegu bo było mi głupio jechać e-bikem obok ludzi, którzy wkładali tyle wysiłku w to, żeby utrzymać się w siodle. Ja bez żadnego wspomagania – zapomnij (próbowałam). Piłowałam więc wyprzedzając ostrożnie każdego zawodnika powoli, ale jednak. Pilnując przy tym, żeby im nie przeszkadzać, nie zajeżdżać drogi itp. To było stresujące. W końcu dojechaliśmy do jakiegoś rozwidlenia i skręciliśmy w bok. Zrobiło się pusto. No i po chwili okazało się, ze lepiej nie zbaczać z trasy i nie zapuszczać się w rejony, których się nie zna – zgubiliśmy się po raz pierwszy. Zanim wróciliśmy na trakt minęła chyba z godzina, a my byliśmy już poważnie wyczerpani wciąganiem roweru na górę (ach ta bateria), no ale przynajmniej wyścig pojechał…. Można było włączyć wyższe biegi. Ufff….zdjęcie-zen dla wytchnienia, bo piękne momenty tez były. Na razie, bo po potem już nie. Okazało się, że na e-bike’u trzeba umieć jeździć !!! Największym problemem dla mnie było to, że silnik powodował że jechałam (za) szybko w stosunku do włożonego w pedałowanie wysiłku. Mój mózg tego po prostu nie ogarniał. Nie wiedziałam, czy jadę na motorze czy na rowerze jednak. W efekcie czego nie umiałam podjechać pod stromszą górę – nie zrzucałam biegu odpowiednio wcześnie, bo rower sam jechał, ale potem koła zaczynały boksować, w połowie góry biegi już były za twarde i musiałam z niego zejść, podprowadzać pod górę (na gravelu tak nie robię !!!). Tam są podjazdy po 22% i po "stopie" nie ma się już jak wpiąć w pedały. Na dodatek pchać rower 30kg (ta głupia bateria) pod taką górę?? Ze trzy wzniesienia tak pokonałam. Jedno szczególnie mnie wykończyło kompletnie. W końcu jak wgramoliliśmy się na docelowe miejsce, skąd mieliśmy rozpocząć zwiedzanie byliśmy tak wykończeni, że nie mieliśmy ochoty już na nic. Chcieliśmy wracać do domu. Nawet obiad i kawa nie pomogły. Trzeba było jeszcze zjechać do domu (a mieszkaliśmy w Corvarze). A to widok na górze, tak wyglądają traski narciarskie w Alta Badia w lecie:) Wracając do domu postanowiliśmy jechać po śladzie wyścigu w dół. Trasa początkowo pokrywała się ze szlakiem Sellarondy MTB. Wywnioskowaliśmy, że po trasach pieszych przecież nie prowadzi. Po szlakach pieszych to może nie, ale po SINGLETRACKACH już tak !!!!. Jak się później okazało…. - Faaaak, no przecież my tędy nie zjedziemy …. - No nie zjedziemy, ruszamy dalej …… A dalej był pieszy. Wyścig skręcił wcześniej, a szlak Sellarondy prowadził przez singla. Wracać nie było co, bo ja w podjazdy nie umiem i nie miałam już siły. Ze zjazdami u mnie zdecydowanie lepiej. Silnik wtedy nie działa i przynajmniej czuje rower. Darek odwrotnie – wjeżdżał pięknie, ale na zjazdach tak sobie – raz sprowadził rower, raz odważył się zjechać, spanikował i w końcu zaliczył klasyczny skok wzdłuż przez keirę. M a s a k r a !!! Usłyszałam tylko za plecami soczyste k...waaa. Odwracam się – leży. Na nim rower 30kg. Biegnę szybko – cała ręka we krwi. Oglądam – kości nie widać. Pytam – dostałeś w głowę? – Nie. A w brzuch? – tez nie. Po chwili słyszę „nic mi nie jest”. Patrzę na rower? Wygięty hak przerzutki. Wlazł między szprychy. Rozglądam się. Jesteśmy gdzieś między nigdzie, a w dooopie. Cóż było robić…naprostowaliśmy hak i zdecydujemy się jechać dalej w dół. Darek po pierwszym szoku mówi ze ręka jest sprawna, nic go nie boli, ale z zaciskaniem hamulca jest tak sobie. A pieszy jak to pieszy….zaczął się zwężać. Wreszcie zwęził się na szerokość opony i pojawiły się schody. W chooooj schodów. Najpierw w górę, potem w dół. Dobrze, że była obok łąka. Jakoś sobie poradziliśmy. Potem było już tylko gorzej. Szlak zupełnie zniknął i zaczęła się przepaść, w której ktoś na dziko wydeptał ścieżkę. Trzeba było pilnować, żeby nie skręcić kostki i żeby rower nie zjechał, trzymając za oba hamulce jednocześnie. G…to dawało. Na dodatek w poprzek leżało spore drzewo, więc trzeba było rower przenieść nad tym drzewem….Nie wiem jakim cudem tego dokonaliśmy. Dotarliśmy w końcu do regularnej, szutrowej drogi dla samochodów i już na spokojnie, wolno zjechaliśmy do asfaltu, a potem do domu. Złamanie wyszło dopiero jak wróciliśmy z urlopu, w poniedziałek. Po wykonaniu zdjęcia RTG. Darek mówi, ze zjechał po wypadku chyba tylko na adrenalinie, bo po powrocie do domu ręka mu tak spuchła ze nie mógł nią ruszać, a co dopiero hamować i sterować rowerem. No i koniec tej opowieści. Jeszcze był Aperol na skołatane nerwy pod wieczór. W zasadzie, żaden komentarz nie jest już tu potrzebny. W podsumowaniu napisze tylko, że wszystko zrobiliśmy źle. Nie zapoznaliśmy się z ani jednym filmem instruktażowym w temacie jazdy na MTB. Nie przestudiowaliśmy mapy przed wyjazdem, nie przeczytaliśmy ani jednego przewodnika. Nic. Przecież wystarczyło opłacić wyciąg na miejsce, gdzie chcieliśmy pojeździć – w obie strony. Myśleliśmy, że to bez sensu, mając rower z silnikiem jeździć gondolą. Potem okazało się, że większość tak robi. Po prostu zlekceważyliśmy przeciwnika, który nas przerósł. Jestem zła i nie rozumiem jak dorośli, myślący ludzie, którzy mają przecież jako-takie doświadczenie w temacie mogli zafundować sobie takie g...no. Postanowiłam jednak, że tego nie odpuszczę. Za rok, jeśli się uda pojedziemy tam znowu. Tym razem z szacunkiem dla sprzętu i dla tych gór. Zrobimy to drugi raz, ale mądrzej. Dziękuję za uwagę. Trzymajcie się !!
    1 punkt
  20. Dziś rano poszedłem kupić świeże krewetki, które przygotuję na obiad dla żony. Zakup udany, jakież było moje zdziwienie, jak później Pan zaproponował, że może mi je usmażyć, wrzucić na grilla. Podziękowałem, mówiąc (pisząc na translatorze) że sam ugotuję dla żony. Wówczas zapytał czy nie chcę skorzystać z jego kuchni, oczywiście mi ją pokazując. 7:00 rano, to jednak trochę za wcześnie dla nas na obiad. Pan nie ustępował, podał kawę, do niej obowiązkowo wodę. Przedstawił ojcu i wujkowi oraz przyniósł po kieliszku rakiji. Oczywiście wszystko w gratisie (w cenie tych krewetek). Albańczycy są bardzo serdeczni i gościnni, dbają o turystów.
    1 punkt
  21. Miasto kończy ciągnącą się lata przebudowę, powstaje nowoczesny park obok promenady. Zaczyna to wszystko się komponować i grać ze sobą. Marina w samym centrum. Robi się nowocześnie. Sama promenada. Jest widokowo. Nowoczesnej architektury cd. Plaże w centrum. I kolejne plaże. Pan sprzedający lody - podobne występy widziałem kiedyś w Turcji. Tu lewituje nad nami betonowy blok lub statek latający. Taki oto zachód słońca uchwyciłem.
    1 punkt
  22. Wlora, ach ta Wlora. Miasto w którym jeszcze nie tak dawno temu władzę przejęła mafia. Obecnie rozwija się w niesamowitym tempie, mając ogromny potencjał. Mamy zachowany lasek piniowy. Mamy piaszczyste plaże. Nowoczesna architektura. Pomniki. Nasadzenia palm. Muzea. Punkty widokowe. I sam widok. c.d.n.
    1 punkt
  23. Dziś w stronę piasków, z dużej, znaczy wielkiej.
    1 punkt
  24. Żadna tam eskapada. Ot uroki ścieżki r10. W stronę przekopu. Co to za ptak?
    1 punkt
  25. Wycieczka do Ciechanowa Ruszam z Piaseczna o 3:42 - na dworze szarówka, a w lesie Kabackim jeszcze ciemno. Po niecałej godzinie jazdy jestem przy bulwarach i tryb lampki mogę zmienić na migający. Na bulwarach sporo imprezowiczów w różnym stanie kończących balety. Część woła za mną "E kolarz dzie taaaak pędzisz" ale są to raczej sympatyczne zaczepki. Po przejechaniu mostem Gdańskim na drugi brzeg Wisły robi się cicho i spokojnie. Elektrownia Żerań o świcie. Kanał Żerański i świetna kładka nad nim. Na ścieżce do Jabłonnej spotykam dosłownie jednego rowerzystę - to jest zaleta wczesnego wstawania. Po zjechaniu z wału w Jabłonnej łapię najdziwniejszą gumę. Zdejmuję koło, zmieniam dętkę, pompuję. Powietrze schodzi momentalnie. Zdejmuje ponownie oponę, sprawdzam nową dętkę, jest dziura. Na szczęście mam jeszcze łatki...całe dwie:-) Łatam, zakładam ponownie, pompuję, pod koniec pompowania gwałtownie schodzi ponownie całe powietrze. Przez chwilę patrzę się jak głupi z niedowierzaniem. Gdzieś pod czaszką kiełkuje się myśl, że chyba do tego Ciechanowa dzisiaj nie dojadę. No dobra zdejmuje trzeci raz oponę wyjmuję dętkę i pompuję ją szukając dziury. I tu konsternacja, bo z dętki nie schodzi powietrze, pompuję ją bardzo mocno w powietrzu, czekam kilka minut i nic - dętka trzyma elegancko. Spuszczam z niej powietrze. Oglądam/badam po raz trzeci bardzo dokładnie oponę od środka i na zewnątrz, nic nie znajdując. Zakładam dętkę, oponę, pompuję i tym razem sukces, wszystko pięknie trzyma. Zakładam koło i trochę z duszą na ramieniu ruszam w dalszą drogę. W Chotomowie zatrzymuję się jeszcze na chwilę przy punkcie z pompką i narzędziami i dopompowuję koło do 5 bar. Do końca trasy koło nie sprawiło już żadnych problemów. Zalew Zegrzyński w Dębe. Nasielsk omijam od południa przez Studzianki i Miękoszyn. Asfalty świetne i zerowy ruch samochodowy. Wkra- mazowieckie zagłębie spływów kajakowych. drewniany most na Wkrze w Jońcu Potworek ustrzelony gdzieś po drodze. Komuś chyba za mocno weszło średniowiecze:-) Zalew na rzece Sona w Nowym Mieście, tam robię de facto pierwszy prawdziwy odpoczynek - stówka za mną, zostało 45km do mety. Droga z Nowego Miasta do Łopacina to najsłabszy odcinek pod kątem nawierzchni, choć i tak tragedii nie było. Dodatkowo droga była zamknięta dla ruchu (rowerem bez problemu dało się przejechać), bo właśnie trwał remont nawierzchni, więc za chwilę i ten słaby odcinek zniknie. Od Łopacina asfalt był taki jak na zdjęciu Ostatni krótki stopsik na świetnej drodze z Ojrzenia do Młocka XIV wieczny zamek Książąt Mazowieckich w Ciechanowie Na stacji jestem o 10:30 na około 30 min. przed odjazdem pociągu. Niestety biletów brak (IC Kolberg). Zostaje alternatywna podróż pociągami KM do Warszawy Gdańskiej, a później ze Śródmieścia do Piaseczna dłuższa o 1h. W pociągu przybywa rowerów stąd muszę mój powiesić na haku czego zazwyczaj nie robię. Aby ograniczyć bujanie owijam pasek od kasku o zawias drzwi i o baranka. Następnym razem zabiorę jakiś ekspander. I koniec. Trasa bardzo przyjemna z bardzo niewielkim ruchem samochodowym. Poranny wyjazd miał tę zaletę, że udało się ominąć największy skwar oraz tłumy na bulwarach wiślanych.
    1 punkt
  26. SELLARONDA NA ROWERACH z chłopakami. ❤️🙃 Od ostatniej mojej relacji ze Stelvio minął prawie rok. Zapewne większość z Was nawet jej nie pamięta. Pomyślałam jednak, że może warto napisać kilka słów podsumowania z mojej ostatniej wyprawy w góry i spróbować porównać te dwa wyjazdy – zeszłoroczny na Stelvio i ten aktualny. Może moja relacja doda odwagi marzycielom oraz zaciekawi tych bardziej zaawansowanych wielbicieli gładkiego asfaltu jak całość wygląda oczami początkującego. Przez ostatni rok nie próżnowałam – pracowałam nad formą, zainwestowałam też w sprzęt. W naszym garażu pojawił się na przełomie roku nowy, lekki i seksowny rower o cienkich opąkach. Do roweru dołączył też licznik i pas HR. W celu rozwijania moich kolarskich umiejętności dołączyłam także do jednej ze szczecińskich, amatorskich grup rowerowych „Burza na rowerze” z nadzieją na zaznajomienie się z zasadami jazdy w peletonie. Zauważyłam bowiem, że jazda w grupie mobilizuje mnie na tyle, że osiągam znacznie lepsze efekty niż w przypadku jazd na solo. Nie jestem jednak „koniem krwi arabskiej” i nie mam aspiracji wyścigowych. Po prostu jeżdżę bo lubię, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi J to tak faktycznie jest. Co do wyjazdu, chcielibyśmy aby one stały się corocznymi cyklicznymi, naszymi mini imprezami rowerowymi. Zobaczymy jak to wyjdzie. Pomysł tegorocznego wyzwania miałam w głowie co najmniej od zeszłego Giro. Ponadto bardzo chiałam zobaczyć jak to jest objechać Sellarondę nie tylko na nartach ale także na rowerze, w lecie. Licząc na oszałamiającą przygodę – nie pomyliłam się – było spektakularnie !!!. W dniu 17.06.2022r, w piątek wystartowaliśmy z Corvary w kierunku Passo Gardena. Poruszaliśmy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Mapka: I profil: · Dystans: 52km, · Elewacja: 1803m (razem z dojazdem do apartamentu w Corvarze), · Czas przejazdu: 4:13h (bez postojów), w sumie: 6:57h · Średnie tętno: 138 bpn, maksymalne: 157bpn · Średnia prędkość 12,5km/h · Najwyższa przełęcz: 2241m n.p.m No to jedziemy.... PASSO GARDENA Pierwszą przełęczą była Passo Gardena i ok.700m –przewyższenia. Tutaj wypatrywaliśmy intensywnie znajomych trasek narciarskich. Przyznam, że miałam z tym spory problem, bo region jak się okazuje w lecie wygląda zupełnie inaczej niż z zimie J Zabrakło mi ośnieżonych punktów odniesienia. Sam podjazd nie był trudny, w zasadzie średnio 6-7% nachylenia, byliśmy wypoczęci więc dobrze poszło. Widoki oczywiście oszałamiające. Tutaj chłopaki w trakcie wspinaczki: Trochę wyżej: Oraz ja na szczycie przełęczy. Poznajecie w która stronę patrzę? Tam w dół prowadzi czerwona trasa (fragmentami czarna). Na zdjęciu prezentuje się mój nowy, szybki i umyty rower o imieniu „Karton” :))) Po sesji zdjęciowej i po kolejnej porcji zachwytów nad krajobrazem pojechaliśmy niżej do knajpy. Widoki przy konsumpcji oczywiście powalające. Tak się zjeżdża z przełęczy: A tak się pożera „HausgemachteApfelstudelmitVanillesause”. Widoki przy konsumpcji oczywiście miażdżą: PASSO SELLA Po kolejnym pięknym zjeździe z przewspaniałymi widokami wjechaliśmy na kolejną przełęcz tj. Passo Sella. Tutaj było już trochę trudniej, bo pomimo mniejszej wysokości podjazdu było sporo spadków po 9%. No ale tez daliśmy radę – wspinaczka poszła w miarę gładko. Fota w trakcie wjazdu w kierunku na Selli: Trochę wyżej: Oraz na szczycie przełęczy. A to już widok w kierunku kolejnej przełęczy, w dolinie miasteczko Canazei. Poznajecie? Chyba nie muszę pisać znowu o widokach….PETARDA ! Zjazd z Passo Sella w kierunku Canazei jest dość stromy, ale asfalt jest bardzo dobry. Nie można tylko przesadzić z prędkością, bo jest sporo serpentyn. Chyba, że ktoś umie się składać. Cóż – ja nie umiem, zjeżdżałam wiec zachowawczo pilnując, żeby nie przegrzać tarcz. PASSO PORDOI Oglądaliście w tym roku 20ty etap Giro? Był rozstrzygający i pełen emocji na końcówce. To jest właśnie część trasy tego etapu – Passo Pordoi. Oglądałam na żywo ten fragment wyścigu a potem przejechałam go na goglach kamerą z samochodu. Nic nie odda jednak własnych doświadczeń. Wzruszające są te wszystkie świeże napisy na asfalcie dodające otuchy kolarzom z wyścigu – można poczuć się jak Carapaz…hehehe. Pięknie jest. Mam nadzieje, że kiedyś uda mi się spełnić swoje marzenie i pokibicować zawodnikom tego wspaniałego wyścigu na żywo. Podjazd na Pordoi jest trochę łatwiejszy niż na Sellę, ale połowa trasy wypada ponad lasem i daje się odczuć coraz wyższą temperaturę powietrza. Daliśmy więc radę, chociaż pierwsze oznaki zmęczenia dawały się już we znaki. Fota na podjeździe: Szybka fota na szycie i jazda w dół....też szyyyyybkooooooo. PASSO CAMPOLONGO Zjazd z Pordoi jest tak spektakularny i szybki, że nawet nie stanęłam, żeby zrobić zdjęcie. To około 700m w dół, po serpentynach i na prostych odcinakach. Trzeba się naprawdę mocno pilnować, żeby nie przesadzić z prędkością i nie polecieć z wiatrem. W tym roku, z uwagi na Giro położono też nowy asflat, więc jedzie się jak po stole. M.A.S.A.K.R.A. Zjazd z Pordoi kończy się w Arabbie. Oczywiście i tutaj analizowaliśmy krajobraz w poszukiwaniu ulubionych trasek – trudno nie było J. Potem nastąpiła ostatnia, już czwarta tego dnia wspinaczka. Najtrudniejsza wg mnie – z uwagi na procent nachylenia, nasze zmęczenie i okropny upał. Kolejne serpenty były szczelnie osłonięte przed wiatrem. Tego dnia chłopaki spiekli się na raki. Na szczęście podjazd jest dość krótki. Zatrzymywaliśmy się wiele razy, żeby odpocząć. Sama przełęcz nie powala, natomiast kawałek niżej, za zakrętem, kiedy widać już Corvarę – następuję absolutny nokaut. Żałuję, że nie mamy zdjęcia z tego miejsca, ale trudno jest się zatrzymać na tak pięknym zjeździe. Cyknęliśmy tylko widok z poziomu niżej, przy napisie CORVARA. Przedstawiam zdjęcie z cyklu „prezentacja sprzętu”. Może kogoś zainteresuje. Od lewej: Rosalinda (Rose, Pro SL Disc 105, 2x11, korba: 50/34, kaseta: 11-34), Spec na wypożyczce (Turbo Creo SL Comp Carbon, e-road bike na dodatkowej baterii tj. w sumie 480W, 1x11, korba:46, kaseta: 11-42), Mój Karton (BMC Teammachine SLR_ Three, korba: 52/34, kaseta: 11/30). Jak widzicie lubimy nadawać „imiona” naszym rowerom J Na koniec jeszcze kilka słów podsumowania: · Rower naprawdę czyni różnice – na Stelvio wjechałam gravelem, tym razem miałam szosę. I na niej jedzie się NAPRAWDĘ lżej. Nie dość, że waga roweru jest mniejsza (w moim przypadku to ok.3kg), pozycja bardziej areo to jeszcze opony idą z mniejszym oporem. Niby oczywistość, a jednak nie zdawałam sobie sprawy że to jest taka różnica. Co prawda nie mogę powiedzieć w ilu procentach o jakości wspinaczki zdecydowała moja forma, a w ilu sprzęt. Oceniam to na oko na 50/50. · Pedały SPD-SL - też robią różnicę. Na Stelvio wjechałam na platformach w zwykłych adidasach. Teraz już miałam buty z blokami. Cała energia szła więc na napęd, a nie w powietrze w przypadku kiedy but zejdzie z pedału. Niby też oczywistość, ale okiem laika rowerowego mogę powiedzieć – czuć różnicę. Jeśli jest tutaj ktoś kto się waha ze zmianą pedałów - namawiam, żeby spróbował. Naprawdę warto. · Tętno - co prawda rok temu nie miałam licznika i pasa HR więc nie mam pojęcia jak to wyglądało w statystykach, ale teraz ani razu nie miałam zadyszki (w przeciwieństwie do Stelvio). Dzięki wskazaniom na liczniku nie przekraczałam tętna 150, mogłam kontrolować wysiłek. Planować go. Ta wspinaczka była bardziej dojrzała w porównaniu z poprzednią, kiedy na początku był ogień…niestety szybko zgasł…hehehe. · Wysokość - Góry to nie niziny, na których mieszkam. Na co dzień jeżdżę na wysokości do 100m n.p.m. W góry jest daleko, więc nie mam jak trenować przy mniejszej ilości tlenu. Miałam więc z tym duży problem już na wysokości od 1800npm. Zwyczajnie brakowało mi tlenu. Organizm szybciej się męczył i tracił wydolność. Musiałam jechać dużo wolniej, na niższym tętnie w porównaniu do tego jak jeżdżę w domu. Tutaj chyba nie zrobiłam żadnych postępów w porównaniu w ubiegłorocznym wyjazdem. · Przełęcze – Na Stelvio było mi dużo trudniej, musiałam bardzo pracować i walczyć z głową aby się nie poddać. Tutaj było zupełnie inaczej – objechanie Sellarondy sprawiło mi dużą przyjemność. Profile wszystkich czterech podjazdów są zupełnie inne niż Stelvio. Tutaj mamy elewację 1700m, na Stelvio jest 2000m. Są też inne procenty (Stelvio z większym procentem na końcówce). No i wreszcie – na Stelvio jedzie się jednym podjazdem, a na Sellarondzie mamy 4 podjazdy i 4 zjazdy, co moim zdaniem uatrakcyjnia mocno całą operację. I to byłoby na tyle. Przynajmniej na piątek.... .....bo po piatku nastała sobota z MTB a raczej RZEŹ NA MTB....ale o tym w nastepnym odcinku.... Stay Tuned ❤️😁
    1 punkt
  27. Rower w mieście w tym mieście może być zdecydowanie atrakcyjny,szczególnie klasyczny ‚Old Amsterdam’ w samym Adamie 😂 coś pięknego ! W niedzielny poranek do obiadu ponad 40 km na tym klasyku. Rewelacyjny dzionek, ciepło,słonecznie brak wiatru,jak nie w A’damie. Ciagle coś nowego rośnie do góry w tym mieście Pod miastem cisza-tłumów brak,natura … jest wiatrak Za to w mieście klasycznie bez zmian . Warto zacząć od tego miejsca, km dla zdrowotności zrobimy bankowo 😂 . rudy na motorze-czemu nie Szachy gdyby ktoś chciał zagrać,oczywiście są w tym samym miejscu od długich lat W dwa dni ponad 50km na rowerze i drugie tyle spacerowo. Rewelka. Coś z klasyki rozkoszy Łyk oddechu z kulturą w Rijksmuseum wskazany Wisienką na torcie tego krótkiego wyjazdu miał być koncert pozytywnie zakręconych staruszków . Niestety na miejscu dostaliśmy info ze Jagger złapał coronę 🤦‍♂️😂 … ma być nowy termin-oby ! Bo lekki niedosyt został 🤟 Będzie kolejna okazja żeby wrócić . Pozdrawiam
    1 punkt
  28. Kanion Matka na bis i jaskinia Vrelo (Wreło) We wtorek rano ponownie jesteśmy na dworcu autobusowym w Skopje. Tym razem udaje się nam skorzystać z miejscowego transportu publicznego. Po Skopje i okolicach jeżdżą trochę sfatygowane czerwone autobusy – zwykłe i piętrowe, trochę podobne do tych londyńskich. Bardzo rozbawiła nas nazwa kasy biletowej po macedońsku – „błagajna” 🤣 Podróż do kanionu Matka z dworca trwa niecałą godzinę, jeśli nie ma korków. Generalnie ruch samochodowy w Skopje jest bardzo duży, wszyscy trąbią, jeżdżą jak wariaci i parkują gdzie popadnie. Samochody - yugo, zastavy i sporo starszych modeli z zachodu. Na przystankach autobusowych nie ma rozkładów jazdy, a czasem nawet tabliczek z numerami linii. Za to są plastikowe karty chipowe na przejazdy, a nie papierowe bilety. Tak wygląda końcowa pętla przy kanionie Matka: Przedmieścia Skopje i podmiejskie wioski nieco przypominają prowincjonalną Małopolskę z początku lat 90-tych. Duże zagęszczenie niezbyt ładnej zabudowy jednorodzinnej z byle czego, sporo rozmaitych prywatnych interesów – trochę bez ładu i składu, sklepiki, warsztaty, reklamy i szklarnie. Kierowca naszego autobusu zatrzymuje się przy piekarni, zostawiając pojazd z włączonym silnikiem i pasażerami i idzie kupić sobie rogale na drugie śniadanie. Dojeżdżamy do końcowej pętli i idziemy zwiedzać. Przy pętli znajduje się tor do kajakarstwa górskiego, a kawałek dalej hydroelektrownia i zapora wodna: Zapora spiętrza wody Treski – dopływu Wardaru – tworząc wydłużone jezioro w kanionie Matka. Kanion można zwiedzać na trzy sposoby – drewnianymi łodziami z silnikiem, można wypożyczyć kajak, albo przejść szlakiem prowadzącym skalną półką po prawej stronie. Jednak do jaskinii Vrelo (Wreło) można się dostać tylko od strony wody, bo jest na przeciwnym brzegu niż szlak. We wtorkowy, listopadowy ranek nie ma zbyt wielu turystów w kanionie. Oprócz nas - dosłownie kilka osób. Spotykamy naszego nowego znajomego – przewodnika górskiego Xhemala – który tego dnia ma oprowadzać turystów po jaskinii. Jesteśmy pierwszymi chętnymi na rejs łodzią. Umawiamy się, że popłyniemy w jedną stronę łodzią i zwiedzimy jaskinię, a potem sternik wysadzi nas na drugi brzeg i wrócimy na piechotę. Sternik trochę nadczekuje na ewentualnych kolejnych pasażerów, ale w końcu płyniemy tylko my, Xhemal i jeszcze jeden gość z obsługi. Na wodzie jest trochę chłodniej i niestety nie ma już tego dnia słońca. Ale wciąż temperatura jest komfortowa. Podziwiamy widoki: Szlak pieszy widziany z wody: Przed jaskinią robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z Xhemalem i wchodzimy do środka. Wreło jest prawdopodobnie najgłębszą jaskinią podwodną na świecie – dotychczas udało się zejść na głębokość 240 m, a dokonał tego polski nurek, Krzysztof Starnawski, w 2017 roku. Jaskinia ma również część nadwodną i ta jest udostępniona turystom. Gdy jesteśmy w środku, kończy się paliwo w generatorze i cała piękna iluminacja gaśnie. Na szczęście mamy w plecaku czołówki, więc przez moment możemy poczuć się jak speleolodzy na wyprawie, a nie zwyczajni turyści . Na zewnątrz, pod widoczną na zdjęciu szczeliną, znajduje się wejście do podwodnej części: Przeprawiamy się łodzią na drugi brzeg, na który wejście okazuje się trochę strome. Ale po treningu na Vodnie dzień wcześniej, wdrapujemy się na ścieżkę bez większych problemów. Z widokiem na wejście do jaskini ze szlaku pieszego: Szlak biegnie częściowo skalną półką, częściowo ścieżką w zaroślach. Jest pusto i cicho – tylko my, góry, jesienny las i woda 😀. Schodzimy do pętli autobusowej i czekamy. Czekamy i czekamy, a autobusu nie ma. Wkrótce nadchodzą dwie sympatyczne Polki, od których dowiadujemy się, że rozkład, który mamy obowiązuje w weekendy – wtedy autobusy jeżdżą co 40 minut, a w tygodniu – co półtorej godziny. Czas mija nam jednak sympatycznie na rozmowie – dziewczyny przyjechały do Skopje na koncert Bryana Adamsa. W końcu autobus przyjeżdża. W Skopje idziemy jeszcze na ostatni obiad na Starym Bazarze. Gdy wychodzimy z knajpki o wdzięcznej nazwie Pçela („Pszczoła”), na zewnątrz jest wietrznie i deszczowo. Czas zbierać się na samolot do Berlina. Trzy dni szybko minęły, ale chętnie kiedyś wrócimy do Macedonii i na Bałkany. Urzekły nas góry, przyroda, otwartość i życzliwość ludzi, dobre jedzonko, brak tłumów i jeszcze względny brak komercji. Może przyjedziemy nad Ochrydę, może na trekking w górach, a może i na narty – kto wie? 😀
    1 punkt
  29. @marboru uchylił rąbka tajemnicy 🤫 - tak, kolejny wpis to wycieczka w góry. Poniedziałkowy poranek przywitał nas pięknym słońcem i bezwietrzną pogodą, a prognozy zapowiadały +18 stopni. Wymarzony dzień na górską wycieczkę 😀! Ze Sredne Vodno do Kanionu Matka Postanowiliśmy przejść grzbietem pasma Vodno ze wschodu na zachód. Mniej więcej w połowie drogi między Skopje a szczytem Vodno (1066 m npm.) znajduje się osada Sredne Vodno, z której od wtorku do niedzieli kursuje na szczyt kolej gondolowa Doppelmayra. No właśnie, ale my nasz trekking zaplanowaliśmy na poniedziałek – nie pozostało nam więc nic innego, niż zdobyć Vodno na własnych nogach. Co więcej – w poniedziałki poza sezonem nie kursuje również autobus miejski do Sredne Vodno, o czym dowiedzieliśmy się dopiero na dworcu autobusowym. Ale pod dworcem jest postój taksówek, a raczej takich ichnich Uberów, bo taksometru się w nich nie uświadczy. Ceny umowne i umiarkowane, woleliśmy jednak ustalić z góry, ile zapłacimy. Przy dolnej stacji kolejki jest kilka kiosków z przekąskami, ale wszystkie zamknięte na głucho. Być może niektóre są czynne, gdy kolejka działa, ale ewidentnie widać, że jesteśmy po sezonie. Ze Sredne Vodno na szczyt prowadzi asfaltowa droga oraz kilka różnych ścieżek pieszych. Ponieważ chodzenie asfaltem po serpentynach jest nudne, postanowiliśmy odbić w ścieżkę, która biegła nieco bardziej stromo, ale krótszą drogą na szczyt. Szlaki piesze w Macedonii nie są oznaczone w taki sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w polskich górach czy Alpach. Jeśli już, to wymalowane są dwa paski – białe i czerwone, albo czerwono-białe kółko. Na wszystkich szlakach znaki są takie same, więc na rozgałęzieniu łatwo pomylić drogę, zwłaszcza, że praktycznie wcale nie spotyka się drogowskazów. Zresztą nasz szlak oznakowany był dopiero od połowy. Koniecznie więc trzeba mieć ze sobą dobre mapy offline z lokalizacją – my korzystaliśmy z aplikacji MAPS.ME i PhoneMaps, na których widoczne są nawet nikłe ścieżki, można ustawić nawigację – pieszą, rowerową lub samochodową, a obsługa jest czytelna nawet dla tak upośledzonej technicznie osoby, jak ja . Na początku jednak zaliczyliśmy falstart – ścieżka, którą poszliśmy i która miała biec pod gondolą znaków wcale nie miała, a mniej więcej w połowie zaczęła niknąć, za to pięła się coraz bardziej stromo zarośniętym kanionem. Na początku było tak: A potem tak: I w końcu tak: Wędrówki w górę nie ułatwiało też śliskie błoto i opadłe liście. No, trochę się naklęłam, zanim doszliśmy znów do asfaltu. Tak to bywa ze skrótami . Marsz na górę zajął nam 1 h 15 min, asfaltem chyba jednak byłoby szybciej … W najwyższym punkcie na Vodno stoi Krzyż Milenijny - ponoć najwyższy na świecie chrześcijański krzyż w lekkiej, ażurowej konstrukcji, zbudowany w 2002 roku, widoczny praktycznie z każdego miejsca Skopje i z trasy naszej wycieczki. Górna stacja kolejki: Oczywiście byłam ciekawa, czy w zimie są tutaj jakieś trasy narciarskie, ale jednak nie – mimo, iż w styczniu-lutym jest śnieg. Można natomiast jeździć z Vodno na sankach. Miejsce jest niesamowicie widokowe – góry otaczają nas ze wszystkich stron, w dole z północnej strony rozpościera się Skopje, z południowej jakieś mniejsze wioski i tak będzie już przez cały czas naszej marszruty. Robimy sobie wspólne zdjęcie i idziemy na szlak. Na szczycie jest trochę ludzi, ale dalej praktycznie nie spotykamy żywej duszy. Idziemy początkowo szutrową drogą, widoki boskie: Wkrótce droga powoli zamienia się w plac budowy . Wiemy, że wzdłuż niej poprowadzono … rurociąg. Co za dziwny pomysł … Mam nadzieję, że teren z czasem zarośnie, bo na razie wrażenie jest nieciekawe. Trzeba patrzeć w dalszą perspektywę – jest zdecydowanie lepiej Vodno już w oddali, rurociąg – na wyciągnięcie ręki 😉 Co ciekawe – mimo iż był to dzień roboczy, to spotkaliśmy tylko dwie trzy-czteroosobowe ekipy budowlane. Obie siedziały w autach i jadły nieśpiesznie drugie śniadanie oraz paliły papierosy, tylko koparkowy trochę jeździł, ale też niezbyt długo 😏. W zasadzie to byli prawie jedyni ludzie, których minęliśmy tego dnia na szlaku – nie licząc pary turystów pod koniec wycieczki. Dochodzimy do Vrv Kale – drugiej co do wysokości kulminacji masywu: Na szczęście plac budowy skończył się jakiś czas temu i możemy rozkoszować się pięknem krajobrazu. A widoki – zobaczcie sami: VID_20191111_133136.mp4 Te ledwo widoczne ośnieżone szczyty na horyzoncie to Szar Płanina – pasmo dwutysięczników na granicy z Kosowem. I choć pogoda jest cudowna i ciepła, to białe wierzchołki w oddali budzą nutkę tęsknoty za zimą i nartami. Od tego miejsca schodzimy w dół. Najpierw jest to w miarę łagodna ścieżka przez zarośla. Choć ścieżka trochę się gubi i musimy dobrze pilnować śladu na mapie: Docieramy do rozwidlenia szlaków, gdzie znajduje się jeden jedyny drogowskaz do kanionu Matka, który jest celem naszej wycieczki. Teraz szlak biegnie ostrymi i stromymi zakosami w dół, ale jest pięknie – przepięknie! W dole widzimy zabytkową cerkiewkę św. Nikola Sziszewski, obok której biegnie też nasz szlak: Jest też kanion Matka, w całej okazałości 🤩 W dole wyłania się wkrótce przystań dla łódek i kajaków oraz restaurację i hotel Canyon Matka Schodzimy do cerkiewki – oprócz dwóch turystów nikogo tutaj nie ma No to jeszcze zdjęcie ze słoneczną flagą Macedonii: Krótko przed godziną szesnastą jesteśmy w kanionie, po drugiej stronie przystani: Akustyka jest tak znakomita, że słychać każde słowo z naprzeciwka, więc łódź zaraz po nas przypływa, ale w razie czego jest jeszcze gong, którym można ją wezwać. Zasłużyliśmy na piwo – w takiej scenerii smakuje wyśmienicie! Nad kanionem Matka powoli zapada zmierzch. Nie zdążymy już przejść szlakiem wgłąb kanionu, ani dopłynąć do jaskinii Vrelo. Urzeczeni pięknem tego miejsca postanawiamy wrócić tutaj następnego dnia. Wdajemy się w pogawędkę z obsługą łódek i lokalnym przewodnikiem. Wszyscy dobrze mówią po angielsku – tak jak zresztą bardzo wiele osób, które spotkaliśmy w Skopje, a gdy słyszą, że jesteśmy z Polski, to okazuje się, że niektórzy nawet znają trochę polskiego. Podobno Polacy są aktualnie najliczniejszą grupą turystów w Macedonii. Potem idziemy w stronę przystanku autobusowego, autobus jednak nie przyjeżdża. Do Skopje wracamy „stopem” ze świeżo poznanym przewodnikiem – Xhemalem. Mapka wycieczki: [cdn.]
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...