Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

tanova

VIP
  • Liczba zawartości

    2 774
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    131

Zawartość dodana przez tanova

  1. Dobrze kibicowałaś, znaczy się . 250 km z taką średnią - to niezły harpagan z niego musi być, faktycznie. Dziękuję 🙂. Box ryżowy z BDK też był w porządku - jak widać dojechałam na nim do mety .
  2. Dziękuję ! Tak to jest - jazda na rowerze wciąga, uzależnia, a apetyt rośnie w miarę jedzenia/jeżdżenia . Jeśli jesteś zmotywowana, chcesz się rozwijać - kup dobry sprzęt, warto! Co do pogody - śledziłam prognozy, wiedziałam, że będzie deszcz i tak się nastawiłam psychicznie. Jak się nastawisz zadaniowo, to jedziesz, nawet poza strefą komfortu. A koledze jak poszło? Pozdrawiam serdecznie
  3. Super pomysł, zapraszam serdecznie do Szczecina ! Z pewnością mielibyście szansę na bardziej sportowy wynik! Na razie wybieramy się z Darkiem w październiku (17-18.10) na z grubsza tę samą trasę, ale na dwudniowy rajd Gryfusa dookoła Zalewu. Impreza miała się odbyć w kwietniu, ale przez COVID została przełożona na jesień.
  4. Celem tej ankiety jest wysondowanie nastrojów przede wszystkim tych narciarzy, którzy wybiorą się (lub nie) na kilkudniowe wyjazdy do ośrodków alpejskich, a nie lokalsów, którzy mieszkają 10 km od wyciągu.
  5. tanova

    Rowerowe eskapady - relacje

    No wiem, wiem . Było sporo emocji, musiałam to sobie jakoś ułożyć
  6. W sobotę razem z Darkiem przejechaliśmy 3 Ultra Gryfus Turystyczny Ultramaraton Rowerowy dookoła Zalewu Szczecińskiego. Pobudka o 4.45, śniadanie, szybki gramoling i przy świetle księżyca jedziemy autem z rowerami na szczecińską Łasztownię. O 6.00 odbieramy pakiety startowe u organizatora. Ja miałam start o 6.30 - w pierwszej grupie szosowej, Darek o 8.05, więc spora różnica i sporo miał chłopak do nadrobienia. Trasa prowadziła zgodnie z ruchem wskazówek zegara, więc najpierw jechaliśmy część niemiecką, a powrót - stroną polską. Na starcie: Na starcie lekko kropi, ale przejazd przez (rozkopany) Szczecin jest jeszcze w miarę na sucho. Im bliżej granicy, tym bardziej pada i deszcz będzie nam towarzyszył, aż do popołudnia. Podłączam się pod grupę ze Stargardu, która jedzie podobnym jak ja, spokojnym tempem. Pierwszy punkt kontrolny jest w Ueckermünde, gdzie trzeba zrobić zdjęcie przy ławeczce. Potem kolejny, gdzieś na parkingu pod Bugewitz - tym razem z punktem żywieniowym (pączki, batony, napoje) i wolontariuszkami z Gryfusa, które podbijają pieczątki na karcie kontrolnej. Jadę dalej - już solo - w kierunku Anklam, gdzie na rynku robię kolejne zdjęcie do dokumentacji: Na moment przestaje padać, gdzieś nawet nieśmiało próbuje przebić się słońce, ale zaraz ustępuje miejsca ołowianym chmurom i kolejnej fali deszczu. Na dodatek zaliczam - na szczęście niegroźną, ale nieprzyjemną - przewrotkę, zahaczając kołem krawężnik w miejscu, gdzie kończy się ulica i przechodzi w ścieżkę rowerową. Deszcz chyba wystraszył niemieckich urlopowiczów z wyspy Uznam, bo od samego Anklam do mostu w Zecherin na B 110 utworzył się gigantyczny korek aut wyjeżdżających z wyspy. Początkowo jadę asfaltową DDR-ką, równolegle do szosy, ale już za mostem szlak rowerowy odbija w szutrową drogę przez las. Trochę kiepsko na szosowe opony, więc decyduję się jednak pojechać asfaltem. Na szczęście w kierunku na wyspę jedzie mało samochodów, więc nie będę jakoś wybitnie utrudniać kierowcom życia. Jak się potem okazało Darek na tym szutrze złapał gumę i zmieniał dętkę, więc chyba słusznie, że zjechałam. Droga do Świnoujścia dłuży się, a pogoda mocno daje się we znaki. Potrzebuję regeneracji. W Świnoujściu jest kolejny punkt kontrolny w Berliner Döner Kebab (jeden ze sponsorów) przy promenadzie. Niektórzy tylko łapią jedzenie na wynos i szybko jadą na prom. Ja potrzebuję dłuższego odpoczynku przed drugą połową dystansu, ciepłego posiłku i gorącej kawy. Po około 20 minutach dojeżdża Darek, przemoczony do suchej nitki. Ja jechałam w kurtce, on w ciuchach kolarskich - na szczęście ma rzeczy na zmianę i na szczęście przestaje padać. Na promie: Nawet nie widziałam morza, no cóż - niech będzie port w Kanale Piastowskim: Nudny i trochę uciążliwy fragment trasy wzdłuż ruchliwej DK 3 do Wolina mija nawet całkiem dobrze. Jedziemy szerokim poboczem, ale ruch jest duży - TIR-y, samochody, autokary. Od Wolina - znacznie spokojniej, bo zjeżdżamy w lokalną drogę do Stepnicy. Nawet wiatr, który wieje tam ZAWSZE znad Zalewu, nie jest specjalnie uciążliwy. Stepnica i kolejny punkt kontrolny - z kanapkami. Stąd mamy 50 km do celu. Zmęczenie już daje się we znaki - drętwieją ręce od kierownicy, czuję kolana i siedzenie. Okolice Goleniowa: Ostatni odcinek jedziemy już po ciemku. O ile do granic Szczecina jest jeszcze w miarę, to na końcowych 15 km dopada mnie jednak kryzys. Mam już zawroty głowy, muszę się co jakiś czas zatrzymywać, a jazda ruchliwą wlotówką do miasta jest dość stresująca. To było długie 15 kilometrów! 22.16. Jesteśmy na mecie. Bardzo szczęśliwi. Zmieściłam się w regulaminowym czasie, nawet z 1,5 h zapasu i chyba dobrze rozłożyłam siły. Jest ogromna satysfakcja. Spośród 200 uczestników tylko dwie osoby się wykruszyły z powodu awarii roweru. Większość pojechała ten ultramaraton sportowo - najlepsi w czasie niewiele ponad 8 godzin, ale było też sporo osób, które jechało tak jak my - spokojniej, bardziej turystycznie - jakieś grupy koleżeńskie i ze dwie inne pary. Zakładałam, że powinnam przejechać 250 km w +/- 15 godzin i tak się stało, bo miałam czas 15 h:36 minut,(czas nie uwzględnia przeprawy promowej), co biorąc pod uwagę kiepską pogodę i fakt, że nadłożyłam kilka km gubiąc w pewnym momencie drogę, jest moim nowym życiowym rekordem. Fajna była przygoda, daliśmy radę. Aplikacja z mapką i nieco zawyżonym kilometrażem. W rzeczywistości było to ok. 255 km.
  7. tanova

    Rowerowe eskapady - relacje

    Brawo dla całej Rodzinki! Fajnie sobie przedłużyliście wakacje
  8. W poniższym linku jest poglądowa mapka naszej trasy rowerowej. Nie obejmuje odcinka włoskiego od źródła Drawy do granicy i kręcenia się po okolicy.
  9. W Dolomitach Lienzkich jest sporo ciekawych ferrat. Przy szlaku w dolinie Kerschbaumtal, którym szliśmy jest np. ferrata "Verborgene Welt" o stopniu trudności D, którą można się wspiąć pionowo wzdłuż szczeliny wodospadu w skale i po mostach linowych wgłąb kanionu. Również kilka ferrat graniowych - jak choćby Madonnen Klettersteig (B/C) z pasażu Kerschbaumtörl, na którym byliśmy i chyba ze cztery ferraty z doliny Laserz.
  10. Sobota – powrót do Lienz Padało w piątek wieczór i całą noc. W sobotę rano niebo było zaniesione, ale deszcz – pomimo pesymistycznych prognoz – ustał. Więc ruszamy w drogę, przez kukurydziane pola i karynckie wioski. Czasem zza chmur wyłaniają się zarysy gór. Nieopodal miejscowości Berg im Drautal trafiamy na drogowskazy do dwóch wąwozów – Ochsenschlucht i Geisslochklamm. Zaglądamy do drugiego z nich – wygodna ścieżka zmienia się jednak wkrótce w skakanie po kamieniach w korycie rzeki, a tabliczka oznajmia, że dalej szlaku nie ma. Próbujemy jeszcze kawałek, ale mżawka i śliskie głazy jednak zniechęcają i wkrótce zawracamy. W wąwozie: Dojeżdżamy do Oberdrauburga. Tutaj, przy kolarskiej metaloplastyce symbolicznie zamykamy pętlę naszej objazdówki – w lewo odchodzi droga na przełęcz Gailbergsattel, na którą wjeżdżaliśmy w niedzielę, a prosto prowadzi szlak w stronę Lienzu. I znów most graniczny między Karyntią i Tyrolem Wschodnim. Wiatr wzmaga się, na szczęście mamy go „w plecy”, więc nie przeszkadza. Nurt Drawy znów robi się bardziej rwący, a wokół wyłaniają się ponownie ostrzejsze kontury Dolomitów Lienzkich. 50 km do Lienzu - a właściwie do Leisach k/Lienzu - pokonujemy do około piętnastej – dziesięć minut później lunął deszcz i zaczęła się burza, która tłukła się cały wieczór. Ale mamy wyczucie czasu ! Spacer po lienzkiej starówce – niestety w strugach deszczu. Ulewa towarzyszyła nam też w drodze powrotnej samochodem, ciężko się jechało 11 godzin w deszczu , dopiero przed samym Szczecinem przejaśniło się. Za nami 520 km rowerowego szlaku oraz kilka krótszych i dłuższych wędrówek po górach. Pod powiekami wciąż obrazy sielankowych dolin z soczystą zielenią, lazurowych jezior i potężnych górskich pasm. W uszach wciąż brzmi szum rzeki i dzwonki alpejskich krów, których zapach też nam towarzyszył, nawet w większych miastach. Cóż, Austria latem zalatuje oborą, taki jej urok ! Było pięknie, kiedyś wrócimy, na pewno !
  11. Piątek: Drauradweg – w górę rzeki I znów pakujemy cały dobytek i jedziemy z sakwami. Do Lienzu, gdzie stoją nasze auta, mamy prawie 130 km. Powrót zaplanowany na dwa dni – żeby jeszcze coś zobaczyć po drodze i zostawić sobie rezerwę czasową na zapowiadane pogorszenie pogody. Dziś z Darkiem promujemy Pomorze Zachodnie i klubowe barwy. Na zachód od Villach Drawa płynie szerokim, spokojnym nurtem. To już pani Drawa, a nie jakaś narowista górska młódka . Brzegi obficie porasta niecierpek himalajski – inwazyjny, obcy gatunek, ale trudno mu jednak odmówić urody, zwłaszcza o tej porze roku. Przez uprawy sałaty i niezbyt ciekawe rolnicze wioski dojeżdżamy do Spittal an der Drau. Doprawdy dziwne nazewnictwo – z jednej stron jeden Święty Piotr (St. Peter), z drugiej Święty Piotr w Drewnie (St. Peter in Holz), a pośrodku szpital. Aż strach jechać! Trudno nam było doszukać się jakichś informacji o ciekawych obiektach w Spittalu, a nad kolejne letniskowe jezioro niespecjalnie mamy ochotę jechać, zwłaszcza w pochmurną pogodę. Zamiast zwiedzania wybieramy więc wycieczkę na Goldeck. Ciągnie wilka do lasu! Skidepot w lecie nieczynny, ale sakwy rowerowe można zostawić w kasie na dolnej stacji Goldeckbahn. No to jedziemy! Ośmioosobowa gondolka wwozi nas do góry – w dole zostaje miasto i wijąca się wstęga Drawy. Inne wyciągi w lecie pauzują, chcąc więc dostać się na szczyt Goldeck, decydujemy się na spacer szutrową drogą przez widokową polanę, w zimie służącą narciarzom. Szczególnie, że widoczność nieco się poprawia. Jest jednak zimno i nie da się ukryć, że te chmury nie zwiastują nic dobrego. W gryfusowym outficie: Cieszymy oczy górskimi krajobrazami: Dochodzimy do Panorama-Hütte, pod szczytem, na wysokości 2.100 m npm. Darek od dłuższego czasu wzdycha, że napiłby się już wreszcie piwa . Ale zanim siądziemy na tarasie chaty na zasłużony odpoczynek, to trzeba jeszcze zdobyć szczyt, pilnowany przez urocze, rogate stadko. Taka ciekawostka - w chacie można również zamówić do picia mleko prosto od tych rogatych piękności . No kto jest najmilszą krówką na hali ? A kto ma najładniejszą fryzurę ? Przy krzyżu na Goldeck-u, 2.142 m npm. Gdy my pstrykaliśmy sobie fotki, na postumencie siedział sobie starszy pan. Po chwili poprosił o pomoc w założeniu plecaka i o kulach pomaszerował szlakiem w dół. Myślę, że nie znalazł się tu przypadkiem. Szacunek! My zaś pomaszerowaliśmy do chaty, gdzie z radością odkryłam w karcie Germknödel w sosie waniliowym z makiem. Mhmhm! Ale pychota ! No dobra, trzeba spalić tę bombę kaloryczną. Idziemy z powrotem do gondolki i do naszych rowerów. Gdzieś po drodze gubimy szlak i dzięki temu mamy nadprogramowy podjazd do Pusarnitz. Hmm, nawet ładnie tu: Chmury gęstnieją, a my mijamy kolejne ładne miasteczka – Möllbrücke, Sachsenburg. Dolina Drawy zwęża się malowniczo. W wiosce Kleblach-Lind dopada nas zapowiadany deszcz. Miało padać od południa, rozpadało się dopiero po osiemnastej. Znajdujemy nocleg na kwaterze u miejscowych starszych państwa i kończymy dzień w wiejskim gasthofie.
  12. Czwartek – Wörthersee Po nieco ulgowej środzie we czwartek czekała nas dość długa pętla rowerowa, bo zrobiliśmy 109 km wzdłuż największego karynckiego jeziora – Wörthersee i wzdłuż Drawy. Początkowy odcinek naszej trasy biegł wspólnie z Alpe-Adria-Radweg. Jezioro postanowiliśmy przejechać wzdłuż południowego brzegu, gdyż po drodze chcieliśmy jeszcze zaliczyć atrakcję w postaci wieży widokowej Pyramidenkogel, którą siedem lat temu wybudowano na wzgórzu na południe od Maria Wörth. Można tam dojechać autobusem z miejscowości Reifnitz nad jeziorem, rowerem bocznymi drogami z Velden albo po serpentynach z Reifnitz. Wieża z różnych stron wydaje się mieć inny kształt – wrzecionowaty, klepsydrowaty, albo wręcz amorficzny i zdobyła jakieś cenne nagrody architektoniczne. Rdzeniem Pyramidenkogel jest szyb windy, wokół którego owinięta jest metalowa rura, w której można zjechać z zawrotną prędkością na dół oraz kręcone schody. Gdy się schodzi po schodach, to co chwilę słychać krzyki nieszczęśników, pędzących zjeżdżalnią w ciemnościach na złamanie karku. Można też zjechać z góry na tyrolce. Na wieży są trzy platformy widokowe, z których roztacza się wspaniały widok na okolicę. Wracamy nad jezioro. Podobnie jak Ossiacher See, Wörthersee jest mocno zagospodarowane i tylko gdzie nie gdzie da się zejść nad brzeg. Ale jak już, to jest bardzo ładnie – przejrzysta woda ma turkusowy odcień, a nieco śródziemnomorska zabudowa i mnogość wszelkiego rodzaju pływadeł przywodzi skojarzenia z chorwackimi miasteczkami nad Adriatykiem. Szkoda, że tego dnia nie mamy czasu, aby poplażować i popływać. Trasa wzdłuż południowego brzegu to jazda wąską, ruchliwą szosą, zwykle bez pasa dla rowerów. I choć austriaccy kierowcy jeżdżą raczej w sposób przyjazny dla rowerzystów, to tam jednak zdarzają się różni Sebixowie z Karynami, którzy muszą wyprzedzać „na gazetę” i z rykiem silnika swoich wypasionych gablot . Dojeżdżamy do Klagenfurtu, gdzie odbijamy w stronę przełęczy Loibl – nad Drawę. Długi, ale raczej łagodny podjazd bocznymi drogami do Maria Rain i ostry zjazd szutrowymi serpentynami przez las do Ferlach. A tam – inny świat! Po lewej majestatyczne Karawanki, po prawej jeziora zaporowe i leniwy nurt rzeki. Cisza, spokój, zieleń ... Jeszcze bardziej żałujemy, że jest już późno i nie możemy poopalać się na urokliwym kąpielisku w Ferlach, w takiej scenerii . Trzeba jechać. Nie zdążymy też tym razem powędrować wąwozem Tscheppaschlucht. Cóż, może kiedy indziej … Mamy za to piękny szlak Drawy. Krajobrazy w dolinie Rosental: Moi towarzysze wyprawy: Wieczorne klimaty: Ostatnie kilometry do Villach pokonujemy już o zmierzchu. Dobrze, że rano jechaliśmy już tym odcinkiem i wiadomo, czego się spodziewać. Rzutem na taśmę jeszcze zajeżdżamy na ciepłą kolację w mieście. To był długi dzień.
  13. @gregre0, @marboru - cieszę się, że przywołałam Wasze miłe wspomnienia z Karyntii . Okolice Villach to dobra baza wypadowa, jeśli chce się mieszkać stacjonarnie i robić wycieczki, czy to piesze, czy rowerowe. Choć nie da się ukryć, że nad dużymi jeziorami i na Gerlitzen w sezonie jest jednak trochę komercyjnie. Trochę za bardzo, jak na mój gust, ale pewnie amatorów takiego wypoczynku nie brakuje, szczególnie na wyjazdy rodzinne. Dziękuję za miłe słowa . O, czyżby szykował się w ramach wyjazdu Mölltaler jesienną porą? Życzę pomyślnej realizacji Waszych zamierzeń, choć obecnie trudno planować coś wiążąco z większym wyprzedzeniem niż tydzień-dwa. Taki dziwny rok.
  14. Zakaz dotyczy jednodniowych wjazdów turystycznych do Meklemburgii-Pomorza Przedniego, a nie do Polski. W razie kontroli trzeba wykazać, że ma się zarezerwowany co najmniej jeden nocleg, albo, że cel wyjazdu jest inny niż turystyka czy zakupy. Tak, zdarzają się kontrole, pouczenia i mandaty.
  15. Środa: dzień na luzie – rowerem dookoła Ossiacher See i Gerlitzen Po czterech intensywnych dniach zakwasy i „zmęczenie materiału” trochę już dawały się we znaki. Kolejny dzień potraktowaliśmy więc nieco ulgowo i zaplanowaliśmy krótszą, bo około pięćdziesięciokilometrową wycieczkę rowerową wokół jeziora Ossiacher See, znajdującego się blisko Villach oraz letnią eksplorację następnej narciarskiej góry – Gerlitzen, wznoszącej się nad brzegiem jeziora. Gerlitzen w lecie jest mekką paralotniarzy. Najpierw mieliśmy okazję podziwiać lądowisko u stóp góry. Na jeziorze też sporty wodne wszelkiej maści – żagle, kajaki, sup-y, windsurfingowcy i narciarze. Wodni – oczywiście. A jeziorko bardzo ładne i malowniczo położone w rynnie wśród wzgórz. Szkoda tylko, że praktycznie cała linia brzegowa jest zabudowana – prywatne domy, hotele, płatne kąpieliska, więc dostęp do jeziora jest mocno ograniczony. Bardzo komercyjne miejsce i dość zatłoczone. Ścieżka rowerowa biegnie praktycznie przy samej szosie i linii kolejowej, a nie przy jeziorze, więc wrażenia – takie sobie. W miejscowości Annenheim zostawiamy rowery w garażu podziemnym przy dolnej stacji wyciągu i malutkimi, czteroosobowymi gondolkami wjeżdżamy na stację pośrednią ośrodka Gerlitzen Alpe. Na peronie dystans społeczny i pandemiczna instrukcja zajmowania miejsc. Do gondolki mogą wejść cztery osoby z jednego gospodarstwa, albo dwie niemieszkające razem i należy cały czas być w maseczce. Pewnie podobnie będzie zimą. Nieco więcej dowolności jest na kanapie Gipfelbahn, wjeżdżającej na szczyt. Zaraz obok górnej stacji startują wspomniani paralotniarze. Można się również zapisać na lot w tandemie. Chyba fajna sprawa, zwłaszcza w takiej okolicy. Panorama ze szczytu jest imponująca – i to w każdą stronę. Na północy bielą się Wysokie Taury: Na południowym zachodzie widać ośrodek Dreiländerecke, który odwiedziliśmy poprzedniego dnia oraz Alpy Julijskie A na południowym wschodzie – jezioro Wörthersee i Karawanki Klagenfurt Drawa i jezioro Faaker See Wyciągi rozchodzą się gwiaździście ze szczytu, tylko śniegu brak … Na pocieszenie podskubujemy z krzaczków dojrzałe jagody. Mniam! Kwiatuszki… Postanawiamy zejść pieszo do pośredniej stacji, bo jest bardzo widokowo: Spotykamy szczęśliwe krowy Pośrednia stacja to również w lecie dość rozrywkowe miejsce – jakieś trampoliny, dmuchane koła, muzyka, gastronomia itp. Jeszcze chwila i jesteśmy znów przy jeziorze. Objeżdżamy na drugą stronę w nadziei, że uda nam się znaleźć jakieś mniej skomercjalizowane zejście do wody, ale w końcu lądujemy na trawiastej plaży przy restauracji. Kąpiel późnym popołudniem w krystalicznej wodzie górskiego jeziora mimo wszystko przyjemna. Temperatura wody – na pewno wciąż powyżej 20 stopni, a jeszcze kilka dni wcześniej było to 26 stopni. Ponownie kończymy dzień na starówce Villach. [cdn.]
  16. Urlop, urlop – i już po urlopie! W Villach, gdzie dotarliśmy w ubiegły wtorek i zostaliśmy na trzy noclegi, był słabszy internet i nie ładowały się zdjęcia, więc niestety nie dało rady kontynuować bloga na bieżąco. Zapraszam więc na wpis retrospekcyjny – przynajmniej wszystko będzie w jednym miejscu. Dla porządku: piątek, sobota, niedziela, poniedziałek. Wtorek: Doliną Gail - z Hermagoru przez Arnoldstein do Villach Rano, po pysznym śniadaniu, opuszczamy gościnny pensjonat w Watschig, prowadzony przez rodzinę sympatycznych Węgrów. Może wrócimy tu kiedyś zimą, aby pojeździć w Nassfeld? Przejeżdżamy jeszcze raz przez Hermagor, kierując się w stronę jeziora Presseger See. Wschodni i zachodni brzeg porastają trzcinowiska, które są siedliskiem ptactwa. Wygląda trochę jak w rezerwacie Świdwie, niedaleko którego mieszkam – ale tylko trochę. Ech, szkoda, że na Pomorzu brak takich wspaniałych gór, które piętrzą się po obu stronach doliny Gail! Brzeg południowy jeziora to piesza ścieżka, nieco wyniesiona nad linię brzegową, a przez to bardzo widokowa. Prowadzimy rowery i podziwiamy krajobraz Do is schön – tu jest pięknie! Rzeka Gail po ostatnich opadach przybrała brunatny kolor i płynie szerokim korytem, nie przypominając górskiego potoku z poprzedniego dnia: Na szlaku zdarzają się i takie niespodzianki : Mijamy uroczą wioskę Vorderberg, gdzie zatrzymujemy się na radlerka w tamtejszym Gasthofie. Pogoda cudowna – ciepło, ale nie upalnie, świeci słoneczko i piękne krajobrazy dookoła. Z błogostanu w dolinie Gail wytrąca nas następny odcinek – do Arnoldstein. W miarę płaską ścieżkę rowerową zamieniamy na podjazd mniej lub bardziej ruchliwymi drogami. W Arnoldstein robimy zakupy na lunch i na chwilkę zatrzymujemy się na moście, nieco zdziwieni górniczymi tradycjami miasteczka. Mianowicie kiedyś istniała tutaj duża huta ołowiu. Teraz powyżej miejscowości mieści się niewielki ośrodek narciarski Dreiländerecke, a wyciąg krzesełkowy jest czynny również latem. Aby się tam dostać, trzeba pokonać podjazd – morderczo stromy w początkowym odcinku. To jedyne miejsce, gdzie musiałam zsiadać z roweru i pchać go razem z sakwami pod górę , mając nadzieję, że widoki na górze będą warte tego trudu. Przypinamy rowery w stojaku przy budynku kas, a sakwy zostawiamy na przechowanie u wyciągowego. Trochę archaiczną trzyosobową kanapą wciągamy się na górę. Jest ciepło, słonecznie, więc przyjemnie się nieśpiesznie jedzie podziwiając widoki. Ale pewnie w mroźne, zimowe dni można przymarznąć do krzesełka w czasie takiej długiej jazdy. Narciarskie wrażenia z tego ośrodka opisywał nie dalej jak pół roku temu @marboru. A jak jest w lecie? Też pięknie! Z górnej stacji krzesełka podchodzimy kilka kroków na polanę. Lunch w takiej scenerii to sama przyjemność – za nami słoweńskie Alpy Julijskie … Przed nami austriackie Alpy Gailtalskie i dolina Gail, którą przemierzyliśmy rowerem a na zachodzie – na granicy austriacko-włoskiej – Alpy Karnickie. Na wschodzie zaś widok na Villach i Kotlina Klagenfurcka z karynckimi jeziorami. Do trójstyku granic w zimie można podjechać na nartach – orczykiem i trasą, w lecie to niespełna półgodzinny spacerek. Po drodze ekspozycje ukazujące, jak granica wyglądała w czasach przed Schengen i przed przystąpieniem Austrii do Unii. Obecnie, gdy znów wisi nad nami widmo zamknięcia granic, a Słowenia poniekąd znów się zamyka, ta ekspozycja napełnia nas trochę smutkiem. Granica ze Słowenią zagrodzona jest kolczastym drutem, tylko przy samym trójstyku – tam skąd odchodzą piesze i rowerowe szlaki do Kranjskiej Gory – jest swobodne przejście. Chwila odpoczynku przy drewnianym „grzybku” upamiętniającym trójstyk również trzech największych grup językowych Europy – słowiańskiej, germańskiej i romańskiej. Trzeba jednak pilnować czasu i zjechać w dół przed siedemnastą, żeby odebrać bagaże z dolnej stacji. Dalej – do Villach – jedziemy fragmentem długodystansowego szlaku Alpe-Adria-Radweg, prowadzącego z Salzburga do Triestu. Kto wie, może kiedyś zrobimy całość? Znajdujemy nocleg blisko centrum, na tyle wygodny, że postanawiamy zatrzymać się na dwa kolejne i w następne dni pojeździć po okolicy „na lekko”, bez sakw. Dzień kończymy spacerem po starówce i kolacją we włoskiej knajpce o skądinąd również trochę narciarskiej nazwie „La Gondola” . Wieczorne impresje z Villach: [cdn.]
  17. Ciekawa ta hybryda, choć jednak osobiście chyba wolę po jeziorach i większych akwenach żeglować typowym jachtem, a kajaki bardziej mi pasują na nieduże lub średnie rzeki.
  18. Dzięki za kolejną fajną relację. Macie jeszcze plany w tym roku na sezon kajakowy, czy raczej góry i rowery?
  19. Jest jednak pozytywna wiadomość - kraj związkowy Meklemburgia-Pomorze Przednie od najbliższego piątku przywraca możliwość jednodniowych wjazdów turystycznych. Wygląda więc na to, że uda się uratować choć końcówkę sezonu rowerowego dla tego kierunku, a może późną jesienią wyskoczyć nawet do hali narciarskiej?
  20. tanova

    "Orla Perć" Tatr Zachodnich

    Piękna i ambitna wyprawa z narciarskimi akcentami oraz imponująca galeria zdjęć . Zazdroszczę (ale tak w pozytywnym sensie), że macie na tyle blisko i na tyle dobrą drogę, że możecie sobie zrobić wypad na weekend. W takim razie z niecierpliwością czekam na kolejną tatrzańską relację. Dokąd we wrześniu? Macie konkretny cel? Pozdrowienia
  21. tanova

    Garnitzenklamm

    I to praktycznie mieliśmy go na wyłączność !
  22. Po całonocnym i porannym deszczu zapowiadało się okno pogodowe. Wybraliśmy się na wycieczkę do wąwozu Garnitzenklamm, w okolicach Hermagoru. 4,5 kilometra szlaku podzielone jest na 4 odcinki, można robić krótsze pętle albo przejść cały wąwóz. Na szlaku 9 mostków, liny, klamry, drabinki i wspaniały spektakl, tworzony przez wodę, skały i alpejską roślinność. Zresztą słowa nie oddadzą tego tak jak obrazy: Na koniec Darek wymyślił "skrót" innym szlakiem i zamiast 5 godzin wędrowaliśmy 7. Ale nawet było ładnie i pogoda - wbrew zapowiedziom - poprawiła się. Wyszło nam prawie 17 km. Bacówka Kühweger Alm: Widok na ośrodek narciarski w Tröpolach: Pod wieczór jeszcze zajrzeliśmy do Hermagoru - zakupy, bankomat, takie tam. Miasteczko ładne, ale jakoś nie wybitnie. Jest jedna główna ulica Hauptstraße i tyle. Dzisiaj ruszamy dalej rowerami. Pozdrawiam
  23. Dziękuję @Mitek . Samodzielnych wyjazdów zagranicznych nie trzeba się obawiać - wystarczy, że jedna osoba zna trochę języki i ogarnie logistykę. Mnie dokładne zorganizowanie całego tripu (rozplanowanie trasy, dojazdów, wycieczek i innych atrakcji) zajęło półtora dnia, gdy kilka dni przed podróżą podjęliśmy decyzję, że jednak jedziemy do Austrii. Zakres zniżek czy gratisów jest różny w zależności od konkretnej doliny czy miejsca. My się sporo przemieszczamy, więc karta na cały duży region Karyntii bardziej nam się przyda. W sezonie to 48 euro za tydzień od osoby. Zwróci się .
  24. Wczesną pobudka w niedzielę i już parę minut po ósmej ruszamy rowerami spakowani z sakwami. Drawa po sobotnich opadach ma kolor kawy z mlekiem, jesteśmy też pod wrażeniem, jak potężną rzeką zrobiła się na przestrzeni ok. 50 km. Poranne widoczki z przedmieści Lienzu: Trafiłamy też na cmentarz kozacki w dzielnicy Peggetz i tablicę upamiętniającą tragedię Kozaków z Lienzu (masowe samobójstwa i brutalną deportację do ZSRR). Na moście w Nikolsdorfie opuszczmy Tyrol Wschodni i wjeżdżamy do Karyntii. Chwilę zatrzymujemy się w Oberdrauburgu, aby odpocząć na historycznej starówce przed długim podjazdem. Przed nami Gailbergsattel - 6,5 kilometra wspinaczki na 982 m npm, aby przedostać się przez przełęcz z Doliny Drawy do doliny Gail. Ruch jest średni, sporo motocyklistów w słoneczną niedzielę, ale na szczęście nie jest upalnie, a droga jest szeroka i co jakiś czas można złapać oddech w zatoczkach. Z pełnym obciążeniem z sakwami jest to wyzwanie, ale dałam radę. Na górze zasłużony odpoczynek przy pysznym, jeszcze ciepłym apfelstrudlu: Teraz już tylko długi zjazd z górki do Kötschach-Mauthen. Na tutejszym kempingu zaopatrujemy się w kartę turystyczną Kärnten Card , dzięki której będziemy korzystać ze zniżek i gratisów przy różnych, czekających nas atrakcjach. Teraz będziemy jechać szlakiem R3 (Karnischer Radweg), wzdłuż Gail. Most na rzece Gail: I ciekawe miejsce tuż za Mauthen, gdzie do Gail wpływa potok o zupełnie innej barwie wody. Zrobiło się tak ... patriotycznie 😉 Po lewej stronie mamy Reißkofel (2371 m), a wokół szeroką dolinę. Mijamy karynckie wioski, czasem coś nas zadziwi. Na przykład taka rzeźba w ogródku - robi wrażenie! Gonią nas niestety czarne chmury. Po prawej rozpoznaję Tropölach i ośrodek narciarski Nassfeld-Hermagor. Przed deszczem chronimy się w barze dla rowerzystów, ale jest już późne popołudnie, a pogoda wcale nie chce się poprawiać. Kończymy po 76 km w sympatycznym pensjonacie w Watschig - to mała wioska kilka km od Hermagor. Padało całą noc i prognozy nie są na dziś zbyt optymistyczne. Zobaczymy, czy uda się dzisiaj jednak gdzieś ruszyć. Pozdrawiam.
  25. Drawa. Niejedno ma imię. I niejednej rzece tak na imię. Bardzo stare to imię, bo jeszcze indoeuropejskie - "rzeka biegnąca". Skąd biegniesz i dokąd, większa siostro naszej zachodniopomorskiej Drawy? Źródła Drawy biją w Tyrolu Południowym, między miasteczkami Toblach i Innichen. Tak, tak - to włoski region 3 Zinnen, tak lubiany przez narciarzy ! Stąd zaczynamy naszą rowerową włóczęgę. A ściślej mówiąc prologiem była godzinna podróż pociągiem z Lienz do Innichen. Pociągi jeżdżą co godzinę, na Osttirol Ticket można się zabrać właśnie najdalej do Innichen. Niecałe 60 euro za 4 osoby z rowerami. W lesie ponad Innichen odnajdujemy źródło: Jest upalny, sierpniowy dzień, a przy szemrzącej wodzie miło się siedzi. Ale nie przyjechaliśmy tutaj siedzieć! No to w drogę! Początkowy odcinek do Innichen prowadzi szutrową drogą przez las. Haunold w letniej odsłonie: Zjeżdżamy do miasteczka. Chciałabym kupić mapę, ale w informacji turystycznej sjesta i przerwa. No, trudno. Za to na deptaku - życie kwitnie! Trochę przypadkiem odkrywamy bardzo piękny, zabytkowy cmentarz przy dawnym kościele benedyktynów: Dalej szlak wiedzie przy linii kolejowej, a od Vierschach - przy rzece. Tylko zmiana oznaczeń Drauradweg sygnalizuje, że przekroczyliśmy granicę włosko-austriacką. Nieco bokiem mijamy Sillian Drawa, zamek i piękna góra na narty - oto Sillian: Jazda jest prawie bez pedałowania, niemal cały czas lekko z górki. Trochę szutru, trochę asfaltu. Sporo rodzin z dziećmi, również w przyczepkach. Dojeżdżamy do Lienzu. Tutaj przerwa na coś do jedzenia i ... nad Zettersfeld zbierają się czarne, burzowe chmury, zrywa wichura i grzmi. Chowamy się gdzieś pod dachem, chcemy przeczekać i jechać dalej do Oberdrauburga. Przed nami łopoczą flagi z hasłem reklamowym: "Lienz - miasto słońca". No, rzeczywiście ! Po godzinie czekania odechciewa się nam dalszej jazdy. Dzwonię do właścicielki pensjonatu, gdzie spędziliśmy ostatnie dwie noce. Tak - ma dwa pokoje, bo ktoś zrezygnował z rezerwacji. Super! Gdy dojeżdżamy deszcz przechodzi w grad ... Dzisiaj tylko 55 km, mam nadzieję, że jutro pogoda pozwoli na coś więcej. Pozdrawiam
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...