Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 14 Październik 2026
-
Rok
14 Październik 2025 - 14 Październik 2026
-
Miesiąc
14 Wrzesień 2026 - 14 Październik 2026
-
Tydzień
7 Październik 2026 - 14 Październik 2026
-
Dzisiaj
14 Październik 2026
-
Wprowadź datę
18.04.2017 - 18.04.2017
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 18.04.2017 uwzględniając wszystkie działy
-
Dzień 1. Rozpoczynamy skitury. Zaczynamy jednak od pływania. Wieczorem zapadła decyzja że rozpoczynamy płynięcie o 5 rano, tak aby na 9 być w następnym porcie. Czyli wg planów 6h żeglowania. Kapitan zaproponował trzy wachty 2-osobowe. Wygląda to tak że jedna osoba kieruje sterem i obserwuje horyzont, druga osoba czuwa i obserwuje horyzont z tyłu. Jakikolwiek obiekt pływający zgłaszamy natychmiast do kapitana, który w tym czasie drzemie sobie z mesie. Sternik miał do dyspozycji gpsa, mape z trackiem, więc większych problemów z kierowaniem łódki płynającej w tym dniu głównie na silniku nie było. Nawet Ci co nie mają żadnych stopni wodnych, dawali radę. Głównym problemem w tym dniu było zimno, stoi się prawie nieruchomo, chłodna bryza morska, wszystkie członki powoli drętwieją. Dopływamy do prymitywnej przystani znajdującej się w małym fiordzie na półwyspie Lyngen. Niespodzianka, pomost jest kilka metrów wyżej niż nasz pokład, ale jest drabinka. Foto Wujot: Foto Kamil: Ucieszeni wychodzimy na ląd, wypakowujemy narty i radośni foczymy już z samego pomostu, który jest ośnieżony. Wygląda to wszystko na opuszczony port rybacki, podobno coś tam czasami cumuje. Ale pod naszą obecność nikogo tu więcej nie spotykamy. Po przebrnięciu przez zaspy i budynki ruszamy w prawdziwe góry. Wchodzimy 200-300m npm i już pierwsze piękne widoki morza i gór. Przy dolnym brzegu widać nasz port. Pierwsza nasza przygoda to góra Storgalten o wysokości 1219m. Dokładnie rzecz biorąc, to nie wiedzieliśmy czy tam damy radę wejść. W planach mieliśmy rozgrzewkę tylko i zrobienie jakieś 800-1000m vertical. Za pierwszy cel obieramy sobie przełęcz pod tą górą, na zdjęciu z lewej strony. Jeden z popasów w trakcie podejścia Doszliśmy na przełęcz i ożywione dyskusje, kretywności nie ma końca. Skok przez nawis, zjazd na drugą stronę ze 35st, wejście na szczyt po grani, zjazd żlebem itp. W końcu podglądamy innych, i rozsądnie wchodzimy na łatwiejszy cel o nazwie Litle-galten 833m. Niektórzy bardzo się cieszą ze zdobycia pierwszego szczytu, a wiodczki dookoła powalają. W trakcie podejścia widzielliśmy jak radośnie zjeżdżają inne grupy, więc postanawiamy to samo. Stok jest szeroki, więc dziewiczego puchu nie brakuje. Śnieg okazuje się lekko zsiadły, ale niehamujący, więc jedzie się przednio. Dojeżdżamy gdzieś do wypłaszczenia i dyskusja co dalej. Ponieważ bardzo dobrze się czujemy, pogoda dopisuje, więc ustalamy drugi cel czyli zjazd jednym ze żlebików widocznych powyżej z prawej strony. Spodziewamy się trochę większego nachylenia, ale z posiadanych informacji i oglądu sytuacji postanawiamy podejść tym żlebem do góry. Stok robi się coraz bardziej stromy, i kolejno wchodzimy w harszle, a później w raki. Dochodzi 18 (aha, bo w wyniku grzebania się przy pierwszym wyjściu zaczeliśmy turować dopiero o 11 albo 12 ), nadal jest jasno ale stwierdzamy że na dzisiaj wystarczy. Zostawiamy sobie godzinę na zjazd i kończymy podejście. Warto jednak było tak długo łazić, po światło robi się cudowne. Dołącze jeszcze zdjęcie całej góry z ostatniego rejsu z innego dnia, też o zachodzie słońca. Jak na pierwszy rozgrzewkowy dzień osiągneliśmy prawie 1500m vertical i 14km w poziomie, przyjemne zjazdy w lekkim gipsie, jeden troszkę bardziej stromy. Pierwszy dzień zaliczamy do bardzo udanych. Foto Paweł:13 punktów
-
Uzupełnię troszkę relację Mariusza. Na początek nasza trasa na mapie z Google Earth (traki mam od Mariusza). Wpierw był lewy niższy cel, później zrobiliśmy prawą część. Jak widać pierwszy fragment prowadzi stromo wciętym korytem rzecznym (jest to dość charakterystyczne dla tego terenu). Po pokonaniu piętra lasu, mamy przed sobą doskonały widok na prawy cel. Po kilometrze+ wychodzimy na obszerne plateau z którego zaczyna się bezpośrednie wejście na przełęcz miedzy oboma wierzchołkami. Tutaj już jest przełęcz z widokiem na niższy szczyt. Jak widać dyskutujemy czy zjechać za nawisem, czy może jednak nie. Teraz warto powiedzieć, że na tym celu było naprawę sporo narciarzy. Większość dokonywała tu przepinki i jazda na dół. Decyzję ułatwiła nam ta oto grupka - skoro jadą to my też. A tu jeszcze dowód, że w Norewgi skiturują i młodzi i starzy i nawet dziewczyn nie brakuje. A tu już jesteśmy na pierwszym celu - Tomek ma jakąś refleksję (a może zmęczony???). Strzałką zaznaczyłem nasz drugi szlak podejściowy. Teraz zjazd na wspomniane już plateau. I decyzja co dalej. Wcześniej przyjrzeliśmy się głównemu wierzchołkowi. Na grani, która wydaje się oczywistą drogą jest mocno wywiane, widać kamulce i nie zachęca to do zjazdu. Symptomatyczne jest też to, że jakoś nie widać tam wchodzących. Natomiast droga żlebami wydaje się do zrobienia. Proponuję abyśmy się temu przyjrzeli z bliska - zawsze można zawrócić. I tak robimy. Zdjęcie gdzieś po drodze. Z czasem robi się całkiem stromo. Musimy zdjąć deski, założyć raki dochodzimy pewnie ze 100+ metrów pod wierzchołek i ze względu na kończący się czas - zjazd. Bogatsi pewnie o doświadczenia późniejszych dni, pewnie za 2-3 dni już byśmy dociągnęli do końca, bo nawet o 21.00 było jasno. Sam zjazd zdecydowanie już stromszy bardzo nam się podobał. Biorąc pod uwagę, że dzień zaczął się o 3.00 a skończył pewnie o 20.00 (nawet nie skończył bo teraz trzeba było coś uwarzyć, ogarnąć sprzęt i zaplanować kolejne dni (prognozy pogody) to było całkiem syto. I był to pierwszy najlepszy mój dzień w Norwegi. Do tego będę jeszcze powracał Pozdro Wiesiek12 punktów
-
10 punktów
-
10 punktów
-
Chopok zaskoczył nas piękną pogodą i nawet na szczycie nie było wiatru. Poniedziałek Wielkanocny na Słowacji to dzień "szibacziek" - bicia rózgami. Mężczyźni i chłopcy smagają dziewczęta i kobiety splecionymi witkami z wierzby zakończonymi kolorowymi wstążkami. Uderzenie witką ma dodawać wiosennej energii a nawet odmładzać Jeździłem głownie ma południu do samego dołu bo północ strasznie nudna płaska jak stół9 punktów
-
9 punktów
-
9 punktów
-
Patrząc na te zdjęcia i czytając relację, wydaje się piękna, łatwa przygoda. Jednak dla normalnych (zwykłych narciarzy) nie jest to takie proste, jak się ogląda i czyta. Do tych odległości i przewyższeń trzeba być technicznie i fizycznie przygotowanym. Prawie każdy narciarz chciałby coś takiego przeżyć (nawet Nelis, który niejedno widział i zaliczył niezwykłe, narciarskie przygody) Pomijam aspekt logistyczny i finansowy, ale przeciętny narciarz musi poświęcić sporo czasu na treningi (między-sezonowe np) by dać sobie radę. Potrzebna jest też bardzo dobrze opanowana szuka różnych przepinek. W norweskiej wyprawie dochodzi dodatkowy problem, kwaterunek na jachcie, wachty i żywienie we własnym zakresie, przygotowanie czegoś kalorycznego i zjadliwego. Transport lotniczy również nie ułatwia (konieczny minimalizm sprzętowo-ciuchowo-żywieniowy). Kiedy wypocząć? Chętnym na takie przygody proponuję podłączyć się do jakiejś grupy kozaków, na mniejsze jedno lub kilkudniowe wyprawy. Po takiej zaprawie, ostro do treningów i w przyszłości - czemu nie, wszyscy możemy przeżyć coś tak spektakularnego! Podoba mi się relacja wieloosobowa, wzajemnie się uzupełniająca. Kontynuujcie Chłopaki dalej i ze szczegółami!!! Z wielkim uznaniem czekam na kolejne dni!8 punktów
-
Ponieważ nie mogłam zapisać edycji poprzedniego posta, to jeszcze raz: Mottolino trzyma się dzielnie, jest więcej śniegu i warunki o niebo lepsze niż na Carosello - nawet na trasie do Teoli i do dolnej stacji gondoli. Zdjęcie nr jeden jest wczoraj, z widokiem ze Spondy. Wczoraj jedynie stoki przy wyciągu do Trepalle już ok. 10.00 były miękkie i zmuldzone, a do tego licznie uczęszczane przez szkółki. Dziś rano postanowiliśmy wrócić na Carosello i objechać jeszcze kilka nie zwiedzonych tras. Niestety ledwie wjechaliśmy na stację pośrednią gondoli, zamknięto górny odcinek z powodu porywistego wiatru. Gondole co chwila stawały, ruszały w ślimaczym tempie i znów stawały. Tak więc, Zbyszku, niestety nie dotarłam na Federię. Chcieliśmy krzesełkami przetransferować się na Tagliede i Costaccię - udało się wjechać tylko na Blessacię I w przeszywającym, lodowatym wietrze i zamknięto całą górę - wszystkie krzesełka oraz wkrótce Carosello 3000 na całej długości. Zjechaliśmy jeszcze na dół i skibusem pojechaliśmy na Tagliede-Costaccię, przejechać się trasami wzdłuż gondoli do doliny. Trasy oblodzone, ale jeszcze w miarę, na dole już jednak liczne przetarcia, dziury i kamole. Trochę nam się znudziło jeździć w kółko, więc przenieśliśmy się znów na Mottolino. Przy okazji odkryliśmy bardzo fajną knajpkę przy dolnej stacji gondolki - bardzo polecam. Nazywa się Golloseria Galli, jedzonko pyszne i jak domowe u włoskiej mammy, a ceny przystępne. Na pewno tam jeszcze zajrzymy . Ludzi mało w porównaniu z dniem wczorajszym. Bardzo wiele osób porezygnowało z powodu wiatru i wróciło do domu. Ich strata, bo warunki były rewelacyjne! Drugie zdjęcie to traska do Trepalle, która wczoraj była zatłoczona i zmuldzona, a dziś - sami popatrzcie jak wyglądała ok. 14.00! Cud-miód! W snowparku uwija się kopara i usypuje jakąś gigantyczną skocznię. Śnieg na stokach jak w styczniu, do 17.00 - twardo, a wierzchem świeży puszek, jedynie czarna trasa do Teoli bardzo oblodzona. Niestety z powodu wiatru po południu zamknięto krzesełka na Monte della Neve, ale i tak pozostałe puściutkie i fantastyczne trasy wynagradzały nam poranny falstart. No i krajobrazy na Mottolino bardziej urozmaicone - trochę stoków w lesie, trochę odsłoniętych na grani, trasy o zróżnicowanym nachyleniu, niektóre długie i pozakręcane, jakiś tunelik pod drogą. Fajnie. Do końca dnia nad Carosello kłębiły się czarne chmury i zadymki, a my sobie jeździliśmy w mroźnym słoneczku. Czegóż więcej potrzeba do szczęścia?! Pozdrawiam w zimowym outficie !7 punktów
-
7 punktów
-
Dziękuję za troskę . Relacja się trochę odwlokła, bo wczoraj dopadła mnie trochę chyba choroba wysokościowa i popołudnie spędziłam w łóźku z niezbyt dobrym samopoczuciem. Ale już jest ok, więc nadrabiam zaległości: Do Livigno wróciła zima i to taka porządna - z mrozem, wiatrem z północy, a nawet świeżym śniegiem. Mottolino trzyma się dzielnie, jest więcej śniegu i warunki o niebo lepsze - nawet na trasie do Teoli i do dolnej stacji gondol5 punktów
-
Czas świąteczny pozwolił mi wygospodarować trochę wolnego czasu , zabrałem się więc w końcu do opisania naszej wyprawy na Großvenediger ( 3 666 m n.p.m. ) – czwarty co do wysokości szczyt Austrii, położony w masywie Wysokich Taurów należących do Alp Centralnych . Termin wyjazdu to 25-28 marzec 2017 . Skład ekipy : Rafał I , Rafał II ( Nurek ) , Filip , Łukasz i moja skromna osoba . Pomysł wyjazdu na Großvenediger wykluł się w naszych głowach już w zeszłym sezonie . Postanowiliśmy , że będzie to jeden z głównych celów obecnej zimy . Wiedzieliśmy , że optymalny dla nas czas na zdobycie tej góry to mniej więcej przełom marca/kwietnia . Plan był taki , że samą skiturę robimy w ciągu dwóch dni , tzn. pierwszy dzień przeznaczamy na dojście do schroniska i ew. jakiś mały rekonesans w pobliżu , natomiast drugi dzień to wejście na szczyt ,następnie zjazd do parkingu i powrót do Polski . Jedynym problemem było trafienie w odpowiednią pogodę , co ,wiadomo , nie jest łatwe . Rezerwowanie schroniska z dużym wyprzedzeniem wiąże się właśnie z ryzykiem , że z tą pogodą może być różnie , ale z drugiej strony , znalezienie „ za pięć dwunasta” pięciu wolnych miejsc w schronisku w czasie weekendu jest praktycznie niemożliwe . Wymyśliliśmy więc na to sposób , planując nocleg z niedzieli na poniedziałek i , mając prawie pewną , dobrą prognozę pogody ( która praktycznie sprawdziła się w 100 % ), zarezerwowaliśmy miejsca na kilka dni przed wyjazdem . Z Andrychowa wyjechaliśmy w sobotę (25.03.) wieczorem .Po drodze w Bielsku Białej zabieramy Filipa i dalej , przez Słowację , do Austrii , a konkretnie do miejscowości Hinterbichl -dojazd przez Matrei im Ost Tirol. Ok. 6 rano dojeżdżamy do parkingu u wylotu doliny Dorfertal ( ok. 1 450 m n.p.m.) . Stąd ,po ok. godzinie gramolingu , startujemy w kierunku schroniska Johannis Hutte , które znajduje się na wysokości 2 121 m. n.p.m. . Niestety , początek naszej skitury , która prowadzi utwardzoną drogą w górę doliny , robimy „ z buta”, bo śniegu w dolinie brak . Dochodzimy do miejsca , gdzie droga rozgałęzia się . Jedna odnoga prowadzi w prawo , druga w lewo . Po chwili zastanowienia wybieramy , wydaje nam się , krótszy wariant i skręcamy w prawo . Później okaże się , że jednak lepiej było iść w lewo . Po jakimś czasie dreptania pojawia się pierwszy śnieg w postaci dosyć konkretnych lawinisk . Nie poprawia to niestety sytuacji śniegowej na szlaku , więc dalej , z dechami na plecach , pniemy się w górę , mijając m.in. , nieczynny o tej porze roku , kamieniołom . I tak , mniej więcej , do 2 000 n.p m. , gdzie dopiero możemy założyć narty na nogi . Teraz jest już i łatwiej , i przyjemniej . Po drodze chwila odpoczynku na sympatycznej przyszlakowej ławeczce z pięknym widokiem na dolinę Dorfetal i ośnieżone alpejskie szczyty . Jeszcze chwila na małe "conieco" i zasuwamy dalej w dobrych humorach , tym bardziej , że słoneczko zaczyna przyjemnie przygrzewać . Po ok. 3 godzinach dochodzimy do schroniska Johannishutte. Piwo wypite na tarasie smakuje wyjątkowo w tak pięknych okolicznościach przyrody . W schronisku popasik , zakwaterowanie w pokoju i ok. 13-tej wyruszamy na rekonesans przed jutrzejszym atakiem szczytowym . Idziemy dokładnie tym samym szlakiem , którym jutro pójdziemy na Großvenediger , sprawdzając optymalną drogę podejścia , bo śniegu , mimo wszystko nie za wiele i trzeba trochę kluczyć pomiędzy przetopami , zwłaszcza tuż powyżej schroniska . Po drodze pogoda trochę zaczyna straszyć . Pojawiają się chmury , niektóre o całkiem ciekawych kształtach Pomimo tego ,że jest stosunkowo ciepło , to jak tylko chmury przysłaniają słońce , rozmiękły śnieg zaczyna szybko twardnąć . Mija nas grupa skiturowców , która zjeżdża do naszego schroniska po takim właśnie twardniejącym śniegu . My mamy jednak nadzieję , że jak dojdziemy do miejsca , gdzie będziemy się przepinać , zrobi się znowu słonecznie i zjedziemy po dużo fajniejszym śniegu , niż wspomniana grupa . Im wyżej , tym śniegowo lepiej ,chociaż szału ze śniegiem w tym sezonie w Alpach nie ma . Dochodzimy mniej więcej do 2700 m.n.p.m. ,robimy przepinkę w pięknie przygrzewającym słońcu i robimy super zjazd do schroniska po fajnie odpuszczonym śniegu. Wieczorem kolacja , i lulu , bo jutro od wczesnego rana czeka nas robota . c.d.n.4 punkty
-
Kolejny komunikat z Chopka: Vzhľadom na novú snehovú nádielku v stredisku Jasná Nízke Tatry sme sa napriek plánovanému ukončeniu zimnej sezóny rozhodli v termíne 19.-21.4. v čase 8:30-15:30 spustiť prevádzku lanoviek B3 (Biela púť- Jasná) a B4 (Jasná- Luková). Ostatné lanovky a vleky prechádzajú do plánovanej pravidelnej jarnej technickej údržby. Počas víkendu 22.4.-23.4. je plánovaná prevádzka lanoviek Chopok- Sever: B3 (Biela púť- Jasná), A4 (Twinliner) a A1 (Funitel) a Chopok Juh A2 (Kosodrevina- Chopok) a A5 (Krupová- Kosodrevina). Czyli od jutra do piątku będzie śmigać Lukova a w weekend tak jak dzisiaj3 punkty
-
Relację z drugiego dnia muszą napisać inni bo zapomniałem zabrać aparatu. Na dobry początek wrzucam trasę na mapie. Zaczęliśmy podobnie jak dzień wcześniej (bardziej środkowa linia). Czerwona linia to powrót braci S plus Robert. Różowe kropki - ostatni wspólny odcinek do portu (po asfalcie). Pozdro Wiesiek3 punkty
-
Wszystko w temacie Jędrek Sprzęt na następny sezon będę miał skompletowany Przechodzę na tury,myślę że w 60 procentach ,tak więc oszczędzaj urlop bo będzie się działo...3 punkty
-
3 punkty
-
Uzupełnię Kamila relacje grafiką. Start o piątej rano na lotnisku w Gdańsku, gdzie dojechaliśmy w nocy autami, niektórzy pociągiem. Bacznie monitoruje czy nasze torby są ładowane do samolotu podczas przesiadek w Kopenhadze i Oslo. Na lotnisku w Oslo mieliśmy 2h odpoczynku, gdzie raczyliśmy się ciekawą architekturą oraz norweskim chórem. Na odcinku Tromso-Oslo pojawiły się już dreszcze. Najpierw chmury, ale przez pół h mieliśmy już okienko pogodowe z widokiem na pierwsze fjordy. Widoki zapierały dech. Ciarki przechodziły już po plecach. Lądujemy w Tromso, które wita nas śniegiem już na poziomie 0m. Jest zima ! :-) Ładujemy się całą ósemką z bagażami do taxi-busa i jedziemy do portu. Tutaj witamy się z naszą łodzią, która będzie przez następnych wiele dni naszym domem i transportem. Jeszcze wieczorem pobiegliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe do marketu, po drodze obejrzeliśmy norweskie klimaty. Większość jedzenia przywieźliśmy z Polski w wielkich torbach narciarskich, a to co nie zmieściło się w 23kg limitu na osobę, musieliśmy dokupić w Tromso. Wydaliśmy w spożywczaku 1000 koron lekką ręką :-) Ale to na wszystkich ! :-) Niektórzy poszli czy też pojechali busem nawet do centrum miasta i coś tam miłego zobaczyli.3 punkty
-
druga część powoli się pisze , więc do końca tygodnia ( a może wcześniej ? ) powinienem się wyrobić2 punkty
-
Może nie do końca jasno się wyraziłem. Zasięgu oczywiści nie sprawdzałem. Telefon ze Smokovca brałem rozładowany. Chwilę podładowałem go w schronisku. Miałem ze sobą power bank. Od Chaty Teryho byłem może z kilometr - dwa najdalej (żebym widział tylko w którą stronę). Zasięg w schronisku był. Telefonu nie włączyłem po primo, bo było szkoda, a po skundo nie chciałem. Spytacie dlaczego? Wpływu na zasięg nie mam żadnego i albo jest, albo nie ma; koniec. Nie włączając, było mi łatwiej myśleć sądząc, że zasięg jest. Mniejszy stres - łatwiej myśleć bez paniki. Plan miałem jasny, jestem niedaleko schroniska, w miarę bezpieczny. Chodziłem po niewielkim okręgu, wiedząc że jestem w pobliżu trasy turowej. Liczę, że na kogoś schodzącego trafię. W drugiej kolejności liczę, że chmury się rozejdą i bez problemu się odnajdę. Kolejną możliwością którą brałem pod uwagę, to wykopanie sobie jamy w śniegu, łopatę miałem. I przeczekanie w niej na punkt pierwszy lub drugi. Dopiero w ostateczności (zmiana pogody, silny mróz, wiatr) liczyłem na telefon. Wystarczył wariant pierwszy (Słowacy, a w zasadzie 2 Słowaczki + Słowak + pies)2 punkty
-
Wiesz co oni mają teraz tylko jeden cel, zniechęcić wszystkich. Ci którzy zostawiają dudki już byli, pojechali... i wrócą za rok. Szkoda że tak podchodzą do tematu, ja jestem bardzo zawiedziony. To co wypisują jest żenujące powoływać się na barki śniegu gdy są najlepsze warunki w sezonie. Niech napiszą że swoje już zarobili i nie chce im się utrzymywać darmozjazdów z sprytnych sezonówek...2 punkty
-
Jeszcze korekta, jak widzę z relacji Wujota, to pierwsza wachta wstała o godz 3, około 3:30 wypłyneli. Do celu dotarliśmy chyba 9:30. Fajne było uczucie w koji, obudziłem się gdzieś nad ranem i nie wiedziałem czy płyniemy czy stoimy. Pierwsza noc w życiu na łódce i budzisz się na morzu.2 punkty
-
Do piątku ma dosypać jeszcze metr śniegu, a w sobotę: zjazdovky budú upravené, platí Šikovná Sezónka2 punkty
-
Pierwszy dzień szusów za nami. Trochę nam zeszło z tym śniadaniem i pod Carosello zameldowaliśmy się dopiero o 9.45 . Ale za to twardo jeździliśmy do 16.45, więc uważam, że jesteśmy usprawiedliwieni . Objechaliśmy trasy od Federii do Costacii w tę i z powrotem w różnych wariantach. Rano trasy wyratrakowane i zmrożone na beton, aż łaskotało w podeszwy stóp. Wczorajsze wieczorne prószenie śniegu było bardzo symboliczne i na większe opady trzeba było czekać do dzisiejszego popołudnia. Najpierw objechaliśmy sobie trasy przy krzesełkach na Blesaccię, potem Federię - gdzie koło południa zaczęły się zbierać niestety tłumy ludzi. Jeden wyciąg obsługuje kilka - skądinąd fajnych tras - więc na stokach nie ma tłoku (to dobrze), ale długo się czeka na wjazd (to gorzej). Temperatura do +7 stopni, chmurki i słoneczko, dopiero po 13.00 naszły grube chmury, które przyniosły śnieżycę, nawet w samej dolinie zrobiło się biało. Od południa wróciliśmy na Blesaccię, Fontanę i Costaccię, beton w międzyczasie "puścił" i zrobił się cukier i trochę muld. Za to było pusto . Najlepiej chyba trzymała się trasa czerwona przy Fontanie. Na koniec wróciliśmy na Federię, gdzie po 15.00 dosłownie wymiotło ludzi. @Iski: Trasy trzymają się dobrze - jak widać na załączonych obrazkach, oprócz zjazdu z Carosello na dół, który otwarty jest tylko teoretycznie. Na zdjęciach: nr 1 i 2: Blessacia przed południem, nr 3 i 4: Federia, nr 5: Fontane Vetta. Jutro Motolino. Pozdrawiam2 punkty
-
Jest wielka radość. Wszedłem na Czerwoną Ławkę. Czuję się jakbym zdobył kolejny puchar w wymagających zawodach i do tego pokonał wszystkich faworytów. To najtrudniejsze zimowe wejście dla mnie (tak po prawdzie wiele ich nie było) Chyba widać moją radość... Foto Kamil A latem to wejście wygląda tak Część Doliny Staroleśnej od strony na którą zjeżdżaliśmy Teraz przed nami kawałek dobrego zjazdu, na który ciężko pracowaliśmy cały dzień. Staroleśna Dolina jest piękna, widoki mnie urzekają. To jedna z największych dolin w Wysokich Tatrach. Przepinkę mamy w komfortowych warunkach, szeroko i osłonięci od wiatru skałą. Nie czuję zmęczenia, podniecam się planowanym zjazdem. Śnieg może nie idealny, ale powiedzmy dobry plus. Początek zjazdu nawet stromy. Ja mam na to zawsze jedną radę. Zakręt ostro w lewo, jak najszybciej ostro w prawo. Im szybciej przerzucam narty ze skrętu w skręt, tym bezpieczniej. Lubię trasę szerokości minimum dwóch długości nart. Jak jest dobra widoczność i niezły śnieg to już jestem jak w raju (tak jak dzisiaj) Częściowo zjeżdżamy Strzelecką Kotliną. Jest wspaniale. Nie zjeżdżamy do samego dołu. Przy przewężeniu zatrzymujemy się i podchodzimy kolejny raz. Dzielimy się na trzy części. Tomek z Piotrem atakują Żółtą Ławkę (z udanym skutkiem). Kamil, MarioJ, Wujot i Sławek wracają na Czerwoną Ławkę. Ja mam chwilowo dość, zostaję na dole, choroba daje znać o sobie. Po pół godzinie jednak próbuję wdrapać się powtórnie. Kieruję się w stronę Żółtej Ławki. Udaje mi się dojść tylko do początku żlebu. Kozaki z pod Czerwonej Ławki zgarniają mnie po drodze i zjeżdżamy na dół razem. Został tylko Tomek z Piotrem, bo im zejdzie dłużej walka z Żółtą Ławką. Ja dalej zachwycam się każdym pokonanym metrem i wykonanym skrętem. Gdzieś tam podchodzą Tomek i Piotr Pogoda zaczyna się pogarszać pora wracać, pięknie widać ślady po zakosach... Nasz piękny zjazd kończy się na Wyżni Staroleśni Ogród. Dalej zjeżdżamy łagodną trasą przez las wzdłuż niebieskiego szlaku, obok Staroleśnego Potoku. Po drodze trafiamy na lodospad, a po nim wspinają się ...... lodołazi? Ostatnia tego dnia przepinka przy Rozdrożu nad Rainerovou Chatou. I ostatnie podejście do Chaty Zamkovskeho. I wreszcie w naszym pokoiku... Cudowny czas, zmęczony i zachwycony jestem. Najlepszy dzień wyrypy dobiega końca! Podejście i zjazdy nie do zapomnienia, chcę jeszcze!2 punkty
-
Nie chciałeś ale tym postem już "popuściłeś ciut farby"... Pisz dalej. Tu sami Swoi, zostanie między nami...1 punkt
-
1 punkt
-
Może dlatego, że co roku odbywają się tam zawody w jeździe księży Cieszcie się, że chociaż Lukovą puścili. Nie zawsze nowy duży opad śniegu oznacza wznawianie sezonu w ośrodkach. Na pewno mają tam chaos, ale jakoś się temu nie dziwię...1 punkt
-
Jacy oni sa daremni mozna to bylo przewidziec wystarczylo zapiac narty tydzien temu i stwierdzic ze nie ma minerałów:) Ciekawe prowadzenie biznesu najpierw przez dwa tyg wciskac klientom ze nieczynne a pozniej o 21 napisac ze jednak dzialamy duzo zarobią:D Ale w tabelce bedzie potwierdzenie ze nie oplacalo sie otwierac brawo.1 punkt
-
Mgła niszczy całą przyjemność, błędnik szaleje, nie da się porządnie rozpędzić w puchu, dobrze że skończyło się tylko utratą kijka i siniakami. Odnośnie drogi powrotnej, kiedyś już pisałem że wracam wieczorem z Tatralandii bez korków taką drogą: Bezpośrednio z Chopoka można jechać do Besenowej D1 ale potem koniecznie na prawą stronę Wagu jeżeli nie chcecie stać 40minut w korku.1 punkt
-
No to mam nad czym myśleć... Przeziębienie równie szybko ustąpiło, jak mnie rozłożyło, tylko żona się jeszcze męczy. Trzeba by gdzieś się ruszyć na weekend. Znowu będzie wybór: Rohace czy Chopok... A może BSA?1 punkt
-
GEarth jakoś tak wyjątkowo ładnie z tym morzem się komponuje. Tomek, przejmiesz pałeczkę na 2-3 dni ?1 punkt
-
1 punkt
-
Potwierdzili oficjalnie że będą ratrakować:) Aktuálna prevádzka lanoviek. Aktuálna prevádzka lanoviek: Dnešným dňom všetky lanovky ukončili dennú prevádzku. Lanovky pre lyžiarov budú v prevádzke počas nasledujúceho víkendu: 22-23.4.2017 - zjazdovky budú upravené a sezónny lístok bude v platnosti .. viac info na www.jasna.sk/lanovky-a1 punkt
-
1 punkt
-
@Jasiek czy Ty jesteś w stanie wyciągnąć od Słowaków więcej info na temat weekendu? Zastanawia mnie czy na weekend przy takiej pogodzie jednak pokuszą się o otwarcie większej ilości tras i wyciągów niż teraz.1 punkt
-
ja zmieniam zawsze , jak już kończę sezon narciarski , czyli najwcześniej początkiem maja , tak , że tego , ten Chopok chodzi mi po głowie1 punkt
-
Kto jedzie w sobotę na Chopok? Moje wielosezonowe dają radę zarówno w zimie jak i w lecie.1 punkt
-
Andrzej, myślę że na bieżąco możesz pytać. Pisanie relacji chyba będzie długie1 punkt
-
W Zieleńcu powrót zimy. Wysłane z mojego Orange Neva 80 przy użyciu Tapatalka1 punkt
-
1 punkt
-
Podróż bardzo dobra - mimo ferii wielkanocnych żadnych korków, dopiero w samym Livigno się przytkało, bo mnóstwo ludzi i samochodów, przeważnie Polacy. Od Monachium do Zernez +18 stopni i słoneczko . Jechaliśmy jedną z moich ulubionych tras widokowych przez Garmisch, Fernpaß, Imst, Landeck i Scuol. W Bawarii i w Tyrolu piękna wiosna i zielono, zdecydowanie bardziej niż na naszej pomorskiej północy . Szczyty przybielone śniegiem, wieczorem zaczęło prószyć w dolinie, jutro od rana śmigamy . Widoki z drogi i z okna:1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Masz rację - nie da się ukryć, że szczególnie drugi dzień to było wyraźnie dalej (pewnie z 10 km) na północ - to tam gdzie z Robertem staraliśmy się "zawisnąć" na wietrze (kto ma foty?) Podciągnę trochę relację z tych dwóch najbardziej północnych eksploracji - mam nadzieję, że Ci co się zadeklarowali nie opuszczą mnie w potrzebie (szczególnie, że z drugiego dnia nie mam zdjęć). Po zaokrętowaniu (co zajęło nam całkiem sporo czasu) prysznic w kontenerze na nabrzeżu, po drodze taka fotka i szybko na kojo bo... pierwsza wachta wstaje o 3.00 (dzięki Klisiu!). Ja się zgłosiłem (z MajorSki) na 5.00 - nie było to przypadkowe bo liczyłem na takie klimaty Stopniowe zbliżanie się do celu i widok gór ("naszych" gór!) - bezcenne. To był nasz najbardziej północny cel: A to było na dzisiaj (za Kamilem): Bracia S. pod wodzą Michała zaparkowali przy nabrzeżu. Przygoda miała się zacząć! Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Przepiękne zdjęcie - nie tylko dlatego, ze moje narty są w pierwszym planie - ale wprost fantastycznie oddaje klimaty przepinek na górze. Z reguły wieje koszmarny wiatr, miejsca jest na jedną nogę a chętnych np 6. Sam zjazd: na początku jest zawsze stromy, wiatr powoduje, że jest bardzo twardo a skały dziwnie blisko. Tutaj i tak jest komfortowo. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Oczywiście, że kombinuje! Tomek w tym uchwyconym momencie robi taką fotkę: A po 2-3h zrobić w drugą stronę a to zdjęcie z Żółtej Ławki na dwie strony jakby ktoś nie mógł się zdecydować czy zjeżdżać na stronę Doliny 5 Stawów Spiskich czy do Staroleśnej co wybieracie? Pozdr Tomek p.s. Mariusz - Filmarovy ,Filmarak, Filmarsky http://www.sprievodca.ta3.szm.com/filmaraks.html http://filmarak.weebly.com/1 punkt
-
Dzień drugi. Chyba część ostatnia. Zjeżdżamy z przełęczy. Zrobiło się pochmurno i widoczność chwilami była słaba, więc czekaliśmy na przetarcia. Górna część przełęczy twarda, poorana, ale około 100m niżej zrobił się świetny śnieg, stromizna rzędu 30-35 st i to był super zjazd. Poszaleliśmy tam na pełnej prędkości. Jak to często bywa, jak jest dobra zabawa to jest mało zdjęć. Część ekipy stwierdziła że w tak dobrych warunkach śniegowych trzeba zrobić jeszcze jeden cel. Obraliśmy Śnieżną Przełęcz. Jak to zwykle wychodzi, około 16:00 byliśmy dopiero pod ścianą i już zabrakło czasu na wejście szczytowe. Ale doszliśmy drugi raz gdzieś na 2300m. Zjazd ponownie był przedni. I żegnamy się z cudowną Doliną 5 Stawów Spiskich. Aha, Barania Przełęcz ma wysokość 2389m. To był piękny cel. Takie dni dają spełnienie !1 punkt
-
Dzień drugi c.d. widzę że z Marionenem piszemy razem. Jesteśmy w Dolnie 5 Stawów Spiskich. Tak wygląda ona w całej okazałości latem. Po prawej stronie widać Chatę, a troszkę na lewo nasz pierwszy cel czyli Barania Przełęcz. Będziemy szli od Chaty przez Pośredni Staw Spiski w kierunku Baranich Spadów, zaczepimy lekko o Baranie Pola i łukiem wejdziemy pod ostatnią stromą ścianę przełęczy. jeszcze pamiątkowa fotka przez schroniskiem widok zimowy na całą Dolinę Idziemy w kierunku przełęczy i ją podziwiamy, to jest nasz dzisiaj główny cel, nastromienie w górnej części jak się okaże to 40-42 st. Zbliżamy się z boku do przełęczy, okolica coraz bardziej poraża, wchodzimy w bramy Mordoru. Na przełęczy sporo miejsca, w pasku każdy jeden obok drugiego znajduje swoje miejsce na przepięcie. Musimy się pilnować aby nie spaść na drugą stronę albo nie wejść niechcący na nawis śnieżny.1 punkt
-
Trzeci dzień w Wysokich Tatrach zapowiada się mało atrakcyjnie, mocno wieje i jest mgła. Pierwsza część tury tradycyjna (znowu Chata Teryho). W schronisku od rana spory ruch, ale wiadomo sobota. Dla mnie dzień trudniejszy od wczorajszego, luzu już nie będzie. Wczoraj sam sobie byłem sterem i kapitanem. W piątek wieczorem rozmyślałem jak nie dać się zgubić kozakom. Nic mądrego nie wymyśliłem, braków kondycyjno-technicznych przy podchodzeniu nie mam szans nadrobić. Jedyne co mogę zrobić, to wyruszyć przed nimi. Po śniadaniu zbieram się pospiesznie i ruszam pierwszy. Nie mam czasu na fotki, aparat wyciągam dopiero pod pierwszą stromizną, energetyczny batonik, harszle na narty, oglądam się za siebie, jeszcze mnie nie gonią. Teraz wiem jak czuje się kolarski outsider. Peleton (czyli moi skitourowi kozacy) pozwalają poharcować pariasowi, a w decydującym momencie i tak mnie przegonią, kwestią pozostaje tylko kiedy. Nie ubrałem się zbyt ciepło. Jak zmarznę, to przyspieszę, by się rozgrzać. Grupa pościgowa ma mnie już w zasięgu wzroku Pierwszy dopada mnie Kamil. Na pierwsze wypłaszczenie wchodzimy prawie razem. Zaraz za Kamilem dochodzi MarioJ. Chmury gdzieś znikają, ale mocno wieje i Mario z Kamilem chowają się przed wiatrem za skałą. Ja atakuję drugą stromiznę, ostatnią przed Teryhem. Dołączają kolejni tourowcy... Jeszcze odrobina wysiłku i wreszcie dotrę do schroniska, a pierwsza część tury zaliczona. Po lewej stronie widzimy Łomnicką Grań, a po prawej Kościoły (Kostoly). Dochodzi Lidka ze Sławkiem i w komplecie jesteśmy w ciepłym schronisku. Powodzeniem cieszą się palacinki i smażony ser. Robimy dłuższą przerwę na poprawę pogody, bo wieje zbyt mocno. Na szczęście po kilkudziesięciu minutach wiatr słabnie i możemy ruszać dalej. Myślałem, że naszym celem na dzień dzisiejszy będzie Lodowa Przełęcz Za schroniskiem odbijamy w lewo, mijamy Niżni Staw Spiski i wchodzimy do Lodowej Dolinki (Dolinka pod Sedielkom). Przed nami mały fragment zjazdu. Nikt nie ściąga fok. Zjazd z założonymi fokami nie należy do najłatwiejszych, ale dajemy radę... Powoli zagłębiamy się w Dolinkę, nie jest duża, ale urocza jest zapewne. Ten żlebik po lewej prowadzi prawdopodobnie do Żółtej Ławki... a fotę w tamtym kierunku strzela Tomek, pewnie coś kombinuje? Teraz mam piękny widok na Przełęcz Baranią 2389 m (to ta najbardziej po lewo), a od niej w prawo Spiska Grzęda 2483 m, kolejne dwa szyty to Mały Durny Szczyt 2590 m i Durny Szczyt 2621 m. Dalej jest niewidoczna tu Łomnica 2634 m. Widać też (w domyśle) część Spiskich Stawów. Proponuję zwrócić uwagę na Chatę Teryho. Cóż ona znaczy przy ogromie znajdujących się naokoło gór? Między głowami Piotra i Sławka widać Lodową Przełęcz 2376 m , po lewej Mały Lodowy Szczyt 2462 m ,a po prawej Lodową Kopę 2603 m oraz Lodową Grań Kamil pod Pośrednią Granią 2441 m Słabnę, mam objawy chorobowe i znowu zostaję leaderem od du.y strony. Wszyscy zakładają harszle, kozacy oczywiście bez ściągania nart, tylko przykucając, ja tak jeszcze nie umiem. Coś się będzie dziać Po lewej stronie zbliżenie Czerwonej Ławki 2352 m . Niemożliwe ktoś tam włazi. Chyba szaleńcy, myślę sobie. Teraz nagle wszystko dzieje się szybko przepinka, wszyscy zakładają raki, narty na huzara, w ręce dziaby i nim do nich dochodzę zasuwają już do góry na Czerwoną Ławkę. Masakra, a co ze mną. Myślałm, że raki i dziabę (czekan) nosi się dla szpanu. Ja chyba tu zostanę? Do pomocy zostaje mi Kamil i Wujot. Pomagają z przepinką, a ja pierwszy raz w życiu mam raki na butach i dziabę w ręce. Reszta kozaków już pod przełęczą Ruszamy i my. Obserwuję co robią Kamil i Wujot. Staram się robić to samo. Nie jest źle. Idąc (podchodząc) z buta nie tracę tak dystansu jak na nartach. Zaczyna mi się podobać. Mimo, że podchodzę ostatni, czuję się kozakiem, a nie ich ogonem... W końcu i ja docieram na przełęcz. Widoki cudowne na obie strony. Było wejście to musi być też zjazd. W zjeździe czuję się zdecydowanie lepiej i pewniej, choć i tu sporo jeszcze pracy przede mną!1 punkt







