Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
26.07.2021 - 26.07.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 26.07.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Prowansja – cz. IV – wjeżdżamy na Mt. Ventoux No dobrze – skończę relację z pierwszego wjazdu na Ventoux – tu mały spoiler – podczas tego wyjazdu wrócimy tu raz jeszcze. Tak jak opisywałem w poprzedniej części relacji. Niedługo po ósmej rano ruszyliśmy w kierunku szczytu Mt. Ventoux podjeżdżając od strony miejscowości Malaucene. Trasa liczy 21 km, ma ok. 1600 metrów przewyższenia o średniej około 7,2-7,4 proc (różne źródła różnie podają). Początek podjazdu w lesie, cieniu, temperatura raczej rześka, ale wiadomo że jak zaczniemy się wspinać, to zrobi się ciepło. Każdy zatankował dwa duże bidony – u mnie jeden zawiera izotonik, drugi czystą wodę; jest też banan i ze dwa żele. Do tego kurtka wiatrówka w – w sumie to jedna z dobrych rad, którą dostałem przed wyjazdem. Nawet jeżeli dzień jest bardzo ciepły – weź na górę kurtkę – rada, której na szczęście posłuchałem. Początek w zasadzie daje już jakąś tam zapowiedź jak to będzie – w przeciwieństwie od strony Bedoin, gdzie pierwsze 5-6 km jest mniej strome i tym samym dobre na rozgrzewkę, tutaj stromiej zaczyna się już wcześniej. Obieramy spokojne tempo wychodząc z założenia, że trzeba jak najwięcej sił oszczędzać na tzw. potem. Nie przejmujemy się tym, czy ktoś nas wyprzedza, my nie napalamy się na wyprzedanie innych. Generalnie jakoś najtrudniej było mi sobie wyobrazić to wspinanie się przez 21 km, no ale postanowiłem do sprawy podejść metodycznie kilometr po kilometrze. Sprawę nieco ułatwiały charakterystyczne słupki przy drodze – na takim słupku pokazany jest dystans do szczytu; średnie nachylenie przez kolejny kilometr oraz wysokość na poziomem morza. Przy czym wiadomo – gdy na takim słupku było naście kilometrów do góry, to nie dodawały one animuszu, ale gdy dystans spadł poniżej liczby dwucyfrowej, to każdy taki słupek dodawał mi nieco otuchy. Dodatkowo w dość nieregularnych odstępach umieszczono kosze na śmieci, a każdy kosz miał tablicę ile dystansu było do kolejnego – czasem było to ponad 2,5 km, a czasem niespełna 4 km. W każdym razie chyba jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak na widok kolejnych koszy na śmieci, jak tego dnia. Tu zdjęcie słupków – koszom na śmieci zdjęć nie robiłem 😉: Droga na górę jest piękna – sama droga dość szeroka, bardzo dobry, asfalt, momentami zupełnie nowiutki, bo położony specjalnie na TDF. Na razie nie widać szczytu i charakterystycznego przekaźnika – ten „pokaże się nam” przy rozjeździe na Mont Serein – tam też pokażą się nam tereny narciarskie, bo na Mt. Ventoux jest kilka wyciągów (z tego co rozumiem talerzyki/orczyki). Jedziemy w słońcu, robi się dość ciepło. Ja w moim liczniku Garmina (Edge 130), nie mam aplikacji/opcji Climb Pro, którą mają moi kompani (w Edge 130 plus i Edge 530). Oni mają rozrysowaną trasę aż do szczytu, z informacjami ile jeszcze zostało, jakie będą procentowo nachylenia itd. Ja koncentruję się na słupkach. Po ok. 10 km robimy sobie trochę dłuższą pauzę. Jeden z moich kompanów stwierdza, że teraz aż do Mont Serein będzie najtrudniejsze 4 km naszej wspinaczki – jak to pokonamy, to na pewno wiedziemy do góry. Podziwiamy widoczki, pozdrawiamy kolarzy zmierzających do góry, trochę się posilamy – żele, batony idą w ruch – i jazda w górę. Pierwszy słupek – pokazuję 12% – myślę sobie – w życiu nie jechałem tak stromego kilometra, ale ok – powoli, miarowo, jakoś to będzie; dojeżdżam do kolejnego słupka – 11% - myślę sobie – cholera, znów stromo, ale jakoś otuchy dodaje mi myśl, że to zawsze 1% mniej niż na poprzednim km, po dwóch takich kilometrach, znów słupek 11 lub 12 procent, ale mając już dwa takie kilometry za sobą, to jakoś złapałem swój rytm i szło to sobie i kolejne dwa kilometry jakoś też zmęczyłem. Po tym męczącym dłuższym kawałku, trochę się wypłaszczyło i za chwilę pojawił parking przy rozjeździe na Mont Serein. Tam znów zjechaliśmy się ze sobą, bo się w tamtym momencie trochę rozjechaliśmy, jako grupa. Tam znów chwila odpoczynku – może nie przybijaliśmy sobie jeszcze piątek, tym bardziej że czekał nas jeszcze najstromszy jeden kilometr tego podjazdu, ale humory generalnie były dobre. Widoczek znów tutaj bardzo ładny: Zastanawiamy się, czy nie zatrzymać się na zimną colę w Chalet Liotard – knajpie, która właśnie jest na parkingu na którym zatrzymaliśmy się, ale ostatecznie uznajemy, że taka nagroda to dopiero na szczycie. Wspinamy się więc dalej. Zostało jeszcze ok. 6 stromych kilometrów – oczywiście dużo, ale mamy w pamięci, że 15 km już mamy za sobą i jakoś od razu człowiekowi lepiej się robi. Nastroje generalnie dobre, tym bardziej, że po raz pierwszy widzimy szczyt i charakterystyczny przekaźnik – jeszcze dość wysoko nad nami – to w końcu jeszcze jakieś prawie 500 metrów w pionie. Po drodze robimy sobie jeszcze trochę fotek, ale już teraz ciągnie nas do góry – cel wydaje się na wyciągnięcie ręki. Wyjeżdżamy nad linię lasu i czujemy, że naprawdę jesteśmy coraz bliżej z każdym obrotem korby. To co nas nieco zaskakuje – to niewiele przed szczytem pojawiają się ludzie z profesjonalnym sprzętem foto – jak się okazuje, robią zdjęcia każdemu podjeżdżającemu, a następnie wrzucają karteczkę człowiekowi do kieszonki w koszulce – tam podany jest adres strony www i godzina – można potem znaleźć po dacie o godzinie. Widząc co jest grane, postanawiam wyglądać jak skrzyżowanie Alberto Contadora z Vicenzo Nibalim, staję w korbach i z poważną miną rozpoczynam finisz ku górze – efekt uważam całkiem fajny, co zresztą spowodowało, że staje się lżejszy o 40 EUR zamawiając parę pamiątkowych fotek: Niedługo potem osiągamy cel – jesteśmy na szczycie – tam czujemy po raz pierwszy chłodek – wietrzyk na spoconym ciele daje w kość – dobrze, że mamy kurteczki. Dawno zimna cola nie smakowała tak dobrze, jak na szczycie Mt. Ventoux. Oczywiście zdjęć robimy co niemiara – widok przepiękny. Niebo prawie bezchmurne. Wielka satysfakcja, choć obiektywnie czas wybitny nie jest – czasu jazdy wyszło coś 2h 40 min, choć pewnie gdyby nie zdjęcia, to pewnie byłoby bardziej 2:20, ale tak żeby było przyzwoicie w miarę, to pewnie jeszcze ze 30 min trzeba byłoby z tego ściąć. Może jeszcze kiedyś się uda. Pozostał nam jeszcze zjazd na dół - zjeżdżamy do Bedoin, bo pora na zasłużony posiłek. Sałatka, lasagna i deserek konsumujmy szybciutko. Z Bedoin trzeba się jeszcze przebić przez Col Madeleine, które znamy z dnia poprzedniego do Malaucene, gdzie po prysznicu ładujemy się do basenu. Piękny dzień w Prowansji - jak nam się wydawało absolutny "highlight" tego wyjazdu. Dziś wiem, że to był jeden z "highlightów"... c.d.n.10 punktów
-
Jeszcze kilka informacji na temat letniego nartowania. Podstawowa sprawa to odpowiedni ubiór. Tydzień poprzedzający to utrzymujące się temperatury w okolicy 12 stopni. W sobotę od 11:00 - 24 stopnie. Trzeba mieć na sobie warstwy, które można szybko zdjąć. Cała frajda z jazdy dopóki zbyt nie zmięknie śnieg, potem jazda staje się ciężka. Druga sprawa, której nie wzięliśmy pod uwagę to kanapki. Jedyna czynna knajpa to bar na 2800, ceny raczej mało przystępne. Dla kogoś takiego jak ja z regulowanym niskim ciśnieniem, mniejszą ilością tlenu na tej wysokości i lekkim głodem ciągle pobudzonym ciągła jazdą powoduje zawroty głowy. Od 9:00 do 13:00 nakręciliśmy po 30 km. Super szybka kolejka wydrążona pod górą robi wrażenie, wywozi z 1200 na około 2400. Acha, i dobre hamulce w samochodzie, ciągłe pokonywanie różnicy wysokości pomiędzy 600 a 1200m powoduje dym za samochodem4 punkty
-
Kiepski raczej ze mnie komentator....polowa 3go seta mamy 8 asów na koncie generalnie to co nie funkcjonowało z Persami teraz pracuje ... Włosi bronią słabiej, słabo czytają naszą grę.2 punkty
-
2 punkty
-
Wejście na Jastrzębią Turnię, turystyczne jest łatwe. Pomijając fakt, że tego nie wolno robić, ponieważ poza szlakiem. Od ścieszki na Jagnięcy Szczyt skręca się w lewo, celując w małą przełączkę w grani poza szczytem. Który jest dość płaski. Taternicko od czoła, od Zielonego Stawu jest też nie za trudno. Natomiast piękne płyty, chyba na tym zdjęciu wyżej, to poważne wyzwanie. Tak marginesie, gdyby można było chodzić turystycznie poza szlakami w Tatrach, to dróg jest cała masa, wielokrotnie większa niż znakowanych szlaków. Praktycznie wszystkie drogi opisane do "nieco trudnych", np. w doskonałym przewodniku taternickim "Tatry Wysokie" _W H Paryski są dostępne. Pod warunkiem, że nie są zbyt eksponowane. Wymaga to jednak doskonałej orientacji w terenie. Wyczuwaniu skalistego terenu, by się nie "zapchać" w sytuację bez wyjścia. No i pewnej wprawy we wspinaniu się na skale. Raj dla miłośnika takich wędrówek jest za to w Alpach. Gdzie można się dodatkowo wyżyć na Via Ferratach. Posiadając odpowiedni sprzęt. Obserwuję dość ciekawe zjawisko. Pęd do takich wędrówek. Nieraz z przypadkowymi ludźmi. Których pochłonęły takie wędrówki po skałach. Jakieś takie "uczenie" się na szlaku. Zdobywanie dość przypadkowych doświadczeń od przypadkowych ludzi. Mamy nawet taką znajomą panią. Traktując sprawę poważnie, należałoby przejść jakieś poważniejsze szkolenie. Jak choćby kursy skałkowe organizowane przez kluby alpinistyczne. Nie musi się być aktywnym wspinaczem. Ale "wędrówka" po skałach to jest zupełnie coś innego, niż w Beskidach.2 punkty
-
Ładne zdjęcia „marboru” z wycieczki na Jagnięcy Szczyt sprowokowały mnie do napisania postu o turystyce w górach skalistych. Kiedyś taka turystyka nazywana była „kwalifikowaną”. Rozumiano przez to chodzenie poza oznakowanymi szlakami. W Tatrach taka metoda zwiedzania gór jest niemożliwa, ze względu na przepisy. Natomiast nie było trudności, by to czynić w Rile, czy Pirynie. Lub w byłej Jugosławii(Alpy Julijskie). Jeśli się weźmie pod uwagę Alpy, to możliwości tu są nieskończone. Oberwuję teraz taki masowy ruch. Gwałtowny pęd, by wszystko zwiedzić. Zrobić transmisję, selfi w każdym prawie miejscu. Większa część z tego jest po to, by się „pokazać” na jakimś portalu. Jednak część z tych ludzi to prawdziwi miłośnicy gór, przyrody. Szukający niezapomnianych widoków. Przeżyć estetycznych. Takie osoby góry wciągają. Mnie też kiedyś wciągnęły góry skaliste. Podkreślam „góry skaliste”. Dlatego, że jest ogromna różnica w chodzeniu w górach typu alpejskiego. Gdzie są „ostre” szczyty i granie. Szerokie i wysokie „ściany” skalne. Nie zawsze(a raczej rzadziej) to jest typowa skalna ściana o dużym nachyleniu. Choć tak wygląda z daleka. Częściej jest to zbocze o nachyleniu kilkudziesiąt stopni i nieco więcej. Z płasienkami trawiastymi. Na którymi wznoszą się skały o wysokości kilkadziesiąt, czy więcej metrów. W wyższych górach takie „zbocza” pokryte są śniegiem, czy lodem. To są góry, ze swoim szybko zmieniającym się klimatem. To jest teren do indywidualnej penetracji. Do przeżyć i zdobywania doświadczeń. To teren dla turysty skalnego. Dla turysty, który nie chce się wspinać po stromych i groźnych skalnych ścianach. Nie chce pokonywać barier na lodowcach. Ale dlaczego nie zrobić sobie wycieczki, łagodnie wznoszącym się lodowcem, czy polem firnowym na ładny szczyt w Alpach A może w wyższych górach. Ocywiście nie ma problemu by sobie zrobić taki wypad. Jest dużo możliwości takich wyjazdów. Wykwalifikowani przewodnicy. Dostarczony sprzęt. Wszystko załatwione, z wyjątkiem wydolności własnego organizmu, czy odporności na stresy. Ale taka „wycieczka” to coś innego niż własna wyprawa. Na własną odpowiedzialność. Ta pozostawia o wiele silniejsze przeżycia. I dostarcza znacznie więcej doświadczenia. Mamy z żona znajomą panią. W wieku lat czterdzieści kilka. Narciarka. Ale też zachorowała na góry skaliste. Zaczęło się to objawiać częstymi wyjazdami w nasze Tatry Wysokie. Zaliczanie fragmentów „Orlej Perci”. Częstych filmów ze Szpiglasowego Wierchu. Czy nawet zaliczenie Lodowego Szczytu. Tu miała jakiegoś towarzysza z liną i asekuracją na „Koniu”. Robi z przyjaciółmi wycieczki na noc na Kasprowy, czy wschód słońca na Giewońcie. Marzy o wyjściu na Mont Blanc w towarzystwie przewodników, dostarczonych przez biuro z Krakowa. Zachorowała na góry skaliste. Ta choroba będzie się pogłębiać. Wysokość szczytów może rosnąć. Góry będą coraz coraz większe. Ale jest jeden szkopuł. To co robi teraz, to pewien chaos. Przypadkowo zdobywa doświadczenie. Od przypadkowych ludzi. Mając na względzie własne bezpieczeńtwo powinna sprawy uporządkować. Na szczęście dowiaduję się od żony, że zapisała się na kurs skałkowy. To jest właściwa droga w góry skaliste. Tu nie chodzi o sport. Chociaż dlaczego nie spróbować ścianek wspinaczkowych. Pełne bezpieczeństwo, przy asekuracji „na wędkę”(fajny żargon). A jaka wspaniała gimnastyka. Co! Babcia nie wkosi tej ścianki? Czy w górach skalistych muszą być wszędzie znaki, łańcuchy, liny, by się w nich bezpiecznie poruszać. Nie muszą. I w większości ich nie ma. Aczkolwiek są nieraz bardzo przydatne, czy wręcz konieczne(te metalowe elementy), dla bezpieczeństwa. Jak się poruszać po górach? Trzeba je poznać topograficznie. Ich zmienny klimat. Nieco informacji z meteo też jest przydatne. Wchodząc w góry potrzebny jest „przewodnik”. Coś, co nas będzie prowadziło. Pierwszym przewodnikiem jest wiedza z papierowego przewodnika, w których stosuje się pewien żargon, do opanowania. Na miejscu znajdziemy dużo informacji jak się poruszać. Bardzo przydatne w terenie są tzw. kopczyki. Kupki kamieni w kształcie małego kopca. Czasem jest to pojedyńczy kamień, który ma mniejszy na sobie. Odzież, sprzęt biwakowy, czy sprzęt zwiększający bezpieczeństwo(uprzęże, liny, raki, czekany itd.) jest teraz we wszelkiej obfitości. Do tego„Red Bull”, który dodaje skrzydeł. Nie opowiadam bajek. Byliśmy swego czasu z żoną w schronisku(2221 m) pod szczytem Hochalmspitze w Austrii(3360 m). Z tego schroniska można dość łatwo turystycznie wyjść na ten szczyt. W schronisku były grupki starszych Austriaków. Kobiety i mężczyźni. Wyposażeni w liny, czekany. To nie byli wspinacze. To byli turyści. Przysłuchiwałem się ich rozmowom. Opowiadali sobie o swoich wypadach. Pokazując „dzienniki” działalności. Piękna pasja.1 punkt
-
1 punkt
-
Coś dla odmiany w dyskusji, nowa inwestycja w Bieszczadach info z lokalnej gazety. W Wańkowej w Bieszczadach gmina Olszanica buduje Centrum Turystyki Aktywnej i Sportu "Bieszczad-ski". Koszt inwestycji to ponad 20 milionów złotych. Projekt Centrum Turystyki Aktywnej i Sportu "Bieszczad-ski" został wpisany do rządowego "Programu dla Bieszczad", jako przedsięwzięcie o znaczeniu strategicznym dla rozwoju całego regionu. Nowoczesny ośrodek narciarski wraz z atrakcjami w sezonie letnim zmieni nie tylko oblicze gminy Olszanica, ale także całego regionu Bieszczad. Kolej linowa z czteroosobowymi siedzeniami będzie miała ponad 900 metrów długości, a główna trasa zjazdowa w linii prostej ponad 1200 metrów. Powstanie też dodatkowy wyciąg talerzykowy.1 punkt
-
Komentarz cudzy: Jak na razie Polska prowadzi w klasyfikacji bezmedalowej i chyba nikt nam tego nie odbierze, nawet Wybrzeże Kości Słoniowej nie dało rady i ma już medal.1 punkt
-
1 punkt
-
Też oglądam. Brazylia się wybroni chyba w czwartym mimo prowadzenia w tym secie Argentyny i tiebreak.1 punkt
-
Oglądam siatkówkę Brazylia : Argentyna na razie 1:2..dobry mecz1 punkt
-
Poleciał biedak przez kierownice, dobrze, ze się wypial, cyt: Wielki faworyt z Holandii stracił szansę na złoto przez... działaczy, którzy zapomnieli mu powiedzieć o zmianie na trasie. Mathieu van der Poel po kraksie nawet nie ukończył rywalizacji. Bartłomiej Wawak był 19. za chwile nasi koszykarze 3x3 z Holandia, po porażce pechowej z Chinami dziś w poludnie1 punkt
-
3:0 brawo...przechodzę na tenis..🙂 ..akurat Iga przełamała Hiszpanke..1 punkt
-
20:14 dają radę chłopaki. Leon nad blokiem. My blokiem. Debiutant Kubiak.1 punkt
-
1 punkt
-
Ja tez ipla ale wtedy dwa kanały tylko; nasza Chinka gorsza niż ich https://www.onet.pl/sport/onetsport/tokio-2020-tenis-stolowy-li-qian-jian-fang-lay-porazka-polki-wynik-meczu/cj8krbh,d87b6cc4 tez mi coś tam z playerem kiedyś nie działało1 punkt
-
Olimpiadę najlepiej można oglądać na Eurosport Player.1 punkt
-
W RS:X po kolizji z Picon w 3 wyścigu zeszło powietrze z Klepackiej i dzisiaj w 3 kolejnych wyścigch słabo poszło. 9 miejsce, najgorsze, że ma dużą stratę punktową do pierwszej trójki. Wypadek Francusce nie przeszkodził i po 6 wyścigach dalej na prowadzeniu razem z Brytyjką. W siatkówce rosyjska mieszanka młodości z doświadczeniem dała w efekcie sukces w starciu z USA 3-1. Polacy powinni pokonać teraz Włochów, lekko jednak może nie być...1 punkt
-
30% to udostępniona autostrada, 70% to objazdy. Będzie się to zmieniać na +. W mojej ocenie, czyni to tylko z kierunku Kopaonik, coraz ciekawszy kierunek.1 punkt
-
Autostrada jest praktycznie gotowa, oznakowanie poziome jest, pionowe też, stawiają bariery (tych brakuje), pracują przy drogach serwisowych (tu jeszcze trochę pracy zostało). Wg. oficjalnych informacji, ma być oddana do użytkowania w lutym 2022, wcześniej udostępniona na zasadzie przejezdności. Kąpielisko jest w Nádudvar (można płacić kartą, obok jet też bankomat). p.s. Ja cytujesz na tym forum i chcesz bym dostał powiadomienie, musisz wstawić @ przed nazwą użytkownika. p.s.2 Wracałem przez Gorlice.1 punkt
-
Po powrocie do kraju, postanowiliśmy odwiedzić jakieś pobliskie jezioro. Jadąc nieco palcem po mapie, trafiliśmy na bardzo fajne miejsce, blisko naszego miejsca zamieszkania. Padło na zalew w Nowym Mieście na rzece Sonie. Nigdy wcześniej tam nie byłem a w okolicach a i owszem. Spłynąłem cały akwen na SUP-ie. Polecam. Plaża Ścieżka rowerowa, miejsce do spacerowania i sporo stoliczków z ławeczkami. A tu już sam zalew. I widok w drugą stronę. Jeszcze plaża widoczna z pomostu.1 punkt
-
Nie mam siły nic napisać, za dużo w nogach. Polecam na sezonce. https://youtube.com/shorts/jbTs0X4clXA?feature=share1 punkt
-
Ostatnio trafił mi się mega udany wyjazd co nabrał niespodzianie przygodowy charakter. W planie były dwa dni - kolejny kawałek ER6 (Jelonka - Barcinek), dalej mała pętla Kamienicy, pętla wokół Kwisy, ST na Zajęczniku i Czerniawskiej Kopie, później pętla wokół Świeradowa. Czyli 3 trasy z Rowerowej Krainy (21,22, 32) i kilka singletracków. Na koniec powrót do Barcinka i stamtąd do Bolesławca. Po pierwszym dniu jednak zrezygnowałem z tego ostatniego kawałka na rzecz penetracji nieznanej mi strony Bobru. Czyli powrót do Jeleniej Góry. Wyszło więc tak. O pierwszym dniu nie będę się rozwodził. Było bardzo fajnie a najlepsze były czarne i czerwone ST na Czarniawskiej Kopie. Podjazdy, miejscami zmiecione wodą, dały mi w kość. W drugim dniu grzecznie machnąłem plana, końcówka pętli 32 była niezłym prognostykiem. Zamiast dynamicznego zjazdu był dynamiczny potok tak ze 2 km. A ponieważ moje buty mają nie tylko siatkową górę ale także kanały wentylacyjne w podeszwie to było to dodatkowym wyzwaniem. Teraz druga strona J. Wrzeszczyńskiego, są tam liczne dopływy i było do pokonania parę brodów. Pierwszy łatwy, inne niekoniecznie. Ścieżka wzdłuż brzegu świetna choć z łanami korzeni. Nogi dalej suche. Po rozgrzewce pora zabrać się za przygodę. Chcę wylądować nad mostkiem przy Perle Zachodu. Obejrzałem sobie to z dołu dzień wcześniej. Te skały mają pewnie ze 30 m wysokości. Na górze jest według OSM ścieżka. Zgodnie z planem. Na górze jest tak. Trzeba zejść do lustra wody więc może jest nawet wyżej jak myślałem. Zejście jest na poziomie Orlej Perci (czyli 0) ale... z rowerem już nie jest to takie łatwe bo są stopnie 1,5 - 2 m do pokonania. Używam więc kierownicy, pedałów w roli "frienda", klinuję rower w szczelinach obchodzę i ściągam z dołu. Jedyny problem jaki mam to czy na dole nie pojawią się jacyś gapie i nie wyciągną komórek. Ale zdążam przed nimi. Pora na ostatni punkt programu. Jazda brzegiem Jeziora Modrego na przeciwko oficjałki ER 6. I ta ścieżka jest genialna, wyczesana, piękna, trudna jak skurczybyk, niebezpieczna. Są miejsca gdzie jedzie się półką nad pionową ścianą o wysokości 5-10 m i z dokładnością maks do grubości opony. W innych tuż przy wodzie, na szerokość ręki. W wielu miejscach trzeba zsiadać i prowadzić rower. Wszędzie głazy, kamulce w drodze. To po prostu parokilometrowy rock garden. Zdjęcia są ustawione w kolejności, widać więc, że w górę rzeki jest coraz łatwiej. I jeszcze gpx z jezior. i wyjście na grupę skał. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Wracamy do kraju. Granica Rumunia - Węgry, około 25 minut stania, szukają covidu w bagażnikach samochodów (każdy otwiera bagażnik) . Zero pytań o cel podróży, szczepienie itp. Na Węgrzech, bardzo faje i tanie kąpielisko. 3 baseny, w tym dwa z wodą termalną. Basen sportowy, gdzie można skakać. I basen kolejny termalny. Węgry mają praktycznie gotowy odcinek autostrady M30 (skraca powrót do Polski o około 30 minut). Czekamy jeszcze na Słowaków. I jeszcze jedno zdjęcie. Tu już jedziemy po nowym odcinku. Po naszej stronie, żadnej kontroli, wywiadu epidemiologicznego. Stało jedynie 2 Słowaków którzy machnęli nam, byśmy jechali. Witamy w Polsce.1 punkt
-
I jeszcze kilka zdjęć. Klatka schodowa. Korytarze. Korytarze cd. Lampka górnicza. Widok z góry na jeziorko. Widok w drugą stronę. Ładnie podświetlone miejsca. Dodatkowe "atrakcje", dodatkowo płatne. Pozamykana część ekspozycji. I kolejne miejsce z zakazem wstępu.1 punkt
-
Kopalnia soli - Salina Turda, wielokrotnie, opisywana jak przepiękna kopalnia soli itp. Na nas nie zrobiła wielkiego wrażenia. To tak naprawdę ogromna hala po wyrobisku soli, sztucznie zamieniona w lunapark. Brakowało mi interesujących ekspozycji, nawiązania do historii miejsca itp. Na koniec moja żona stwierdziła, że czego się czepiam, przecież jakby nie było tego lunaparku, nie byłoby odwiedzających. Przypomnienie gdzie jesteśmy. Podziemny diabelski młyn, jeden z droższych na jakich jeździłem. Oczywiście nie można zapłacić kartą, tylko gotówka. Podziemne "jeziorko" z łódeczkami. Nacieki solne. Klatka schodowa i winda obok.1 punkt
-
Cześć Myślę, że nic nie trzeba pisać bo praktycznie wszystko już zostało napisane, powiedziane, jest dostępne jeżeli nie w opracowaniach naukowych to we wszelakich źródłach historycznych. Człowiek jest najbardziej krwiożerczym i ekspansywnym gatunkiem jaki kiedykolwiek powstał w drodze ewolucji świata żywego i jest dla niego zagrożeniem, którego skala jest porównywalna z epizodami wielkich wymierań, których - przyjmijmy dla uproszczenia 600 mln lat historii było 5. Na szczęście człowiek jako taki jest na tyle głupim gatunkiem, że sam się stosunkowo szybko załatwi bo nie zna granic zawłaszczenia przestrzeni życiowej a kieruje się pobudkami zupełnie irracjonalnymi, nie mającymi nie wspólnego z samoregulującym się mechanizmem jaki jest biosfera. Pozdrowienia1 punkt







