Narty - skionline.pl
Jump to content

Recommended Posts

Ponieważ od pewnego czasu nasza skiturowa grupka zdecydowała się na większą obecność na tutejszym forum to w ramach eksperymentu postanowiłem poprzenosić moje relacje z odbytych już wojaży. Na początek relacja z trawersu Ortlera z 2014 roku
 
 
"Ukoronowaniem" (choć to jeszcze niekoniecznie) naszego sezonu narciarskiego miał być trawers masywu Ortler - Cevedale - rozległej grupy położonej w południowym Tyrolu i znanej "normalnym" narciarzom z takich stacji jak Sulda, passo dello Stelvia, Santa Caterina Valfurva, blisko leży też Bormio. Po dokładniejszym przyjrzeniu się obszarowi trawers zamienił się w trochę "gwiaździstą" eksploatację terenu. Zaplanowaliśmy 7 noclegów w czterech schroniskach. Ponieważ w pierwszym schronisku były dwa noclegi a w drugim trzy można było zabrać więcej żarcia z myślą, że je zutylizujemy przed końcem tury i nie będziemy codzienne musieli targać. W kwestii plecaków już kiedyś pisałem więc krótko; mieliśmy sprzęt narciarski (narty, foki, buty, harszle, kije, gogle, rękawice), ratunkowy (ABC), wspinaczkowy (2 liny na pięciu, szpej, raki, czekan), ciuchy (razem po trzy warstwy) okulary IV kategorii no i kapcie, wkład do śpiwora, apteczka, zestaw naprawczy. Na zespól była też jedna zapasowa foka. Oprócz tego zabrałem czapkę z wielkim daszkiem i ochroną karku a także kominiarkę, która lepiej sprawdza się od buffa i lekkie rękawiczki. Wspomnianego na początku szturm żarcia zabrałem około kilograma - minimalnie za dużo. Nie wziąłem termosu tylko butelkę PET (i tabletki musujące z magnezem). Razem dało to normalny plecak bez nart i butów pewnie z 12-13 kg.
 
Dojazd z Wro zajął 12 godzin - około 18.30 dotarliśmy do końca drogi w dolinie Martell. Przed 20.00 zameldowaliśmy się w schronisku Zufallhutte pytamy:
- sprechen sie deutsch?
- ja naturlich, i po włosku i po polsku też!
Szczęka nam opada - ekipa w schronisku jest głównie polska, trzy dziewczyny (no wstydu to one nam nie przynoszą) z Anetą na czele, kucharz też Polak, Włoch właściciel i Rosjanka to chyba cała reszta ekipy. Wybiegają na chwilę aby nas obejrzeć - okazuje sie, że jesteśmy pierwszą polską grupą od 3 lat! Chyba brakuje miejsc noclegowych bo dostajemy 2,5 dwójki (a zamawialiśmy zbiorówki). Ja z Kamilem mamy nawet pojedyncze łóżka, umywalkę w pokoju i jest - szok - pościel. w kranach ciepła woda. 
 
Dzień 1
 
Śniadanie o 6.30 trochę po 7.15 wychodzimy, jak zawsze, raczej jako jedni z ostatnich - aby iść po śladach tubylców. Wysokość schroniska to 2265 m.n.p.m.
 
gallery_168102_596_97739.jpg
 
Naszym celem jest kollkuppe (3330). Rano jest mglisto, wietrznie i w takich warunkach lądujemy na przełęczy pod szczytem (3306). Razem z nami jest pewnie kilkunastu narciarzy. Do szczytu brakuje tylko 30 m ale uznajemy, że w tym wygwizdowie i mgle nie ma sensu tam włazić, podobnie myśli większość. 
 
gallery_168102_596_82057.jpg
 
 
gallery_168102_596_55217.jpg
 
Zakładamy narty i jazda. Widoczność jest mocno ograniczona ale stopniowo rozwiewa się i przy schronisku jest już tak. 
 
gallery_168102_596_120936.jpg
 
Pora jest mocno wczesna koło 13.00 jesteśmy obok schroniska (2265 m) więc co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Proponuję aby spróbować wleźć na Madritsch spitz (3255). Dobra widoczność się stopniowo kiepści i gdzieś pod przełęczą na wysokości pod 3000 ściągamy foki i jazda w dół. 
 
gallery_168102_596_139177.jpg
 
Stopniowo coraz więcej widać, początkowe strome ścianki kończą się rozległymi dolinami i jedziemy sobie jak Pany. 
   
gallery_168102_596_92459.jpg
 
gallery_168102_596_79300.jpg
 
Budynek po lewej to hotel przed którym parkujemy a ten po prawej schronisko. 
 
gallery_168102_596_249812.jpg
 
Bilans dnia to 1700 m w pionie, w sumie 20 km podejścia i zjazdy. W schronisku przeparkowują nas do 6-ki (dodając nam Austriaka do kompletu). Warto wspomnieć, że kuchnia tutaj jest naprawdę dobra i w wielkiej obfitości.
 
Dzień 2
 
Następnego dnia czeka nas zmiana miejscówki ale zanim to nastąpi to jest kawałek drogi. Plan jest następujący. Wpierw na Monte Cevedale (3769 m) 
 
gallery_168102_596_74025.jpg
 
później krótki zjazd w dolinę Vedretta di Cadec a nastepnie przez przełęcz pod Pasquale (3431 m) i na końcu zjazd do schroniska Branca. Dyskutujemy drogę podejścia i ustalamy dość długą linię łagodnie okrążająca ZufallSpitze (szczyt leżący tuż obok naszego celu) i wchodząca na Monte Cevedale od północy. 
 
gallery_168102_596_18366.jpg
 
Wydaje się, że to zdecydowanie dłuższa droga niż wejście od wschodu ale zagęszczenie poziomic pokazuje, ze byłoby tam dużo trawersowania a tak wygląda, że będzie można rozpędzić jak pociąg i może to być szybsza a co ważniejsze przyjemniejsza droga. Ta kalkulacja okazuje się trafna. Za to cały czas wzmaga się wiatr i po bardzo wrednym końcowym podejściu lądując na szczycie dosłownie telepiemy się z zimna. 
 
gallery_168102_596_134068.jpg
 
Za granią na szczęście nie wieje i udaje się powoli dojść do siebie. 
 
gallery_168102_596_151658.jpg
 
Zjazd wzdłuż seraków jest bardzo urokliwy a później po przezbrojeniu nart wchodzimy na przełęcz pod Pasqualle. Ściagamy foki, na początku jest stromo i w dodatku jedziemy po starym lawinisku ale z czasem się wypłaszcza i robi się pięknie. Wypatrujemy jakiegoś przytulniejszego miejsca aby zrobić sobie przerwę bo czasu do obiadokolacji jeszcze sporo. 
 
gallery_168102_596_115773.jpg
 
 
gallery_168102_596_166691.jpg
 
 
gallery_168102_596_67417.jpg
 
No wygląda, że wiatr wieje wszędzie i z różnych kierunków W Brance (2487) dostajemy sympatyczną 6-kę więc mamy dodatkowe łóżko na bety.
 
gallery_168102_596_134018.jpg
 
Karmią tutaj też świetnie. Bilans dnia to 1700 m w pionie 
 
Dzień 3
 
 
Położenie Brancy jest genialne, w okolicy roi się od szczytów 3500-3700. 
 
gallery_168102_596_16885.jpg
 
Za pierwszy cel obieramy Matteo (3678), dzień wita nas sporym zachmurzeniem, zjeżdżamy kawałek i ubieramy foki. Miła niespodzianka - szybko przejaśnia się - "nasz szczyt" tkwi gdzieś w chmurach na końcu doliny. 
 
gallery_168102_596_12445.jpg
 
Początkowo idziemy za niewielką grupką ale później decydujemy się na "własną" drogę podejścia - wykorzystując długi, wysoki i wygodny grzbiet moreny bocznej, która komfortowo przeprowadza nas przez pofałdowany teren lodowca. 
 
gallery_168102_596_26030.jpg
 
Za nami podążają inne grupy. Szybko zdobywamy wysokość i robi się coraz piękniej. 
 
gallery_168102_596_134914.jpg
 
Podziwiamy olbrzymie seraki. Na grani jest już bardzo twardo a miejscami dla odmiany drobniutki sypki i nietrzymający śnieg. Trzeba uważać. 
 
gallery_168102_596_8583.jpg
 
gallery_168102_596_131365.jpg
 
Na szczycie jest nas kilkunastu, wiatr przywiał chmury i zjazd nie jest już taki oczywisty. 
 
gallery_168102_596_69265.jpg
 
 
gallery_168102_596_9012.jpg
 
Na szczęście obok szykuje sie grupa z przewodnikem wiec postanawiamy zasępić się. Miejscowy dobrze zna teren prowadząc przez interesujace, często przyjazne narciarzom ścianki. I już wiem bedzie to jeden z najsympatyczniejszych zjazdów w życiu. Słońce też sympatycznie wylazło zza chmur. Delektujemy sie widokami, zjazdami - teren cudownie pokręcony. 
 
gallery_168102_596_110005.jpg
 
 
gallery_168102_596_117195.jpg
 
Znów jesteśmy na morenie bocznej i zaglądamy w oczy lodowca. Obok szczelin prowadzi zjazd z Tresero - widać, że 20 m odchyłki od szlaku może skończyć się w lodowym grobie. A to chyba maksymalna dokładność z jaką da się w praktyce nawigować w terenie przy pomocy GPS-ów... 
 
gallery_168102_596_31332.jpg
 
 
gallery_168102_596_60067.jpg
 
 
gallery_168102_596_115553.jpg
 
 
gallery_168102_596_27596.jpg
 
Podziwiamy jak w amfiteatrze szczyty dookoła dyskutując gdzie by tu jeszcze jutro wleźć a przede wszystkim zjechać.
 
gallery_168102_596_19276.jpg
 
W schronisku, do którego trzeba trochę podejść, jesteśmy dużo przed czasem obiadu więc myjemy się i piwkujemy. Obiad jest nagrodą za nasz znój i trzeba powiedzieć, że kuchnia włoska w schroniskach bije na głowę austriacką (jakkolwiek i tam kalorii nie brakowało).
 
dzień 4 - cdn
  • Like 19

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jak Mitek słusznie zauważył nie przedstawiłem bohaterów relacji. Ekipa jest w zasadzie wrocławska choć Robert jedną nogą (tę większą) żyje w Jeleniej Górze. Chodzimy razem na tury od paru lat - w całej grupie lub czasem w podgrupach. Wiekowo jesteśmy mocno jednolici i jednak już troszkę przechodzeni - łapiąc się na wątek "narty po 50-ce". Robert  (czerwona kurtka) będący naszym guru to starszy ratownik GOPR, instruktor GOPR, narciarski, skiturowy, skialpinistyczny. Jako jeden z pierwszych w Polsce zajął się narciarstwem wysokogórskim - pewnie ze 25 lat temu. Kamil (czarna kurtka - forumowy nick - kskuski) to narciarz z odzysku (porzucił snowboard), nasz grupowy nawigator i logistyk (opracował plan tego wyjazdu), do tego kiedyś wspinacz a teraz maratończyk. Adaś (z brodą w zielonej kurtce lub czerwonej puchówce), część forumowiczów powinna go znać, oprócz narciarskiej pasji ma wspinaczkową a konkretnie to włażenie na wielkie drzewa. Darek (zielona kurtka) to (mam nadzieję, że reszta mi to wybaczy) najsympatyczniejsza, najpogodniejsza i najbardziej pozytywna postać naszej ekipy - teraz bardzo mocno zajęty i wyjazd z nami był jego jedyną tegoroczną przygodą z nartami. Co do mnie to jestem fotografem (samozwańczym)  grupy, z tej racji przeważnie zasuwam z przodu, torując drogę reszcie i uwieczniając ich w "pięknych okolicznościach' lub czasem dla odmiany snuję się z tyłu, zatrzymując co kawałek. Myślę, że z całej ekipy jestem zdecydowanie nastawiony najbardziej pronarciarsko - mogę wleźć na każdy szczyt pod warunkiem, że da sie z niego zjechać. Ale nadmiernie długą wspinaczkę uważam za stratę czasu i niezbyt lubię mocną ekspozycję. Dla utrzymania kondycji przez cały rok jeżdżę na rowerze.
 
 
dzień 4
 
Dzisiaj w planie mamy wejście (i zjazd) na Palon de la Mare (3708 m). Schronisko, czego dotąd nie napisałem to 2487 m n.p.m. - tylko 12 m niżej jak Rysy...  Przewyższenia jest więc do przejścia troszkę powyżej 1200 m. Nie bardzo łączy sie to z czymś innym czyli zapowiada się przyjemny, troszkę lajtowy dzień. Po krótkim zjeżdzie zaczyna się podejście - od razu widac, że to konkret. Ekipa przed nami praktycznie od razu zakłada harszle bo jest twardo i stromo. I rzeczywiście wysokość zdobywamy w ekspresowym tempie i zanim się spostrzegłem jest tak.
 
gallery_168102_596_135141.jpg
 
Niestety solidny wiatr z wysokością tężeje i idziemy w niskiej zamieci i na zmianę jest tak 
 
gallery_168102_596_73596.jpg
 
i tak
 
gallery_168102_596_59433.jpg
 
Imponujące pióropusze przyozdabiające granie i szczyty pokazują, że na górze milej nie będzie. 
 
gallery_168102_596_1124.jpg
 
Przypominamy sobie wczorajszy (czerwona strzałka) zjazd (i banany nam zakwitają) a ja bezwarunkowo zakochuję się w zjeździe z Tresero (niebieska strzałka)) i usilnie przekonuję moich kompanów, żeby go jutro zrobić.
 
gallery_168102_596_88440.jpg
 
 
gallery_168102_596_25749.jpg
 
Wiatr, który wieje już parę dni, przy ujemnej temperaturze (-12 stopni na 3000 m) potworzył twarde struktury - po czymś takim przyjdzie nam jechać...
 
gallery_168102_596_168595.jpg
 
Ostatni odcinek to stopniowo pokonywane łagodne kopuły z których każda wydaje się ostatnią. Ścieżka dojściowa mocno kręci wśród skał. Na górze jesteśmy w 8 osób. 
 
gallery_168102_596_37565.jpg
 
 
gallery_168102_596_159421.jpg
 
Zjazd obok kamieni wydaje się kłopotliwy ale Robert z Kamilem są niezawodni, zamiast kombinować wzdłuż drogi podejściowej, schodzimy kawałek po skałach i docieramy do pięknego podszczytowego pola gdzie czeka śnieg do zepsucia. 
 
gallery_168102_596_234924.jpg
 
gallery_168102_596_25512.jpg
 
Dalej jest już bajka więc "w tych pięknych okolicznosciach przyrody" zatrzymujemy się na popas. 
 
gallery_168102_596_161171.jpg
 
Znów zjeżdżamy  a ponieważ mamy multum czasu postanawiamy wejść na niewielką grań gdzie podczas podejścia przyuważyliśmy coś co wyglądało na jakąś budowlę. I rzeczywiście znajdujemy tam dość rozbudowane stanowisko ogniowe a po drugiej stronie doliny spostrzegamy analogicznegy zespół. Jak pomyślę sobie, że na tej wysokości (powyżej 3000 m) ktoś kazał siedzieć tu i tam chłopakom w różnych mundurach i celować do siebie to robi mi się dziwnie.
 
gallery_168102_596_52112.jpg
 
 
gallery_168102_596_47830.jpg
 
 
gallery_168102_596_74474.jpg
 
 
gallery_168102_596_7248.jpg
 
Zjazd, zjazd, zjazd - to kolejne pola śnieżne, żlebiki i  "piękne okoliczności przyrody".
 
gallery_168102_596_7771.jpg
 
gallery_168102_596_148322.jpg
 
 
gallery_168102_596_218847.jpg
 
gallery_168102_596_18138.jpg
 
Tym razem do schroniska nie musimy podchodzić, trawers brzegiem zbocza plus mostek wyprowadzają nas na taras Brancy.
 
gallery_168102_596_75299.jpg
 
Dzień 5
 
To dzień przejścia do kolejnego schroniska. Moi koledzy nie dali się przekonać na lekko forsowny plan wejścia na Tresero a później po zjeździe do Brancy, przejścia dołem doliny do naszego nowego punktu. Mamy więc dość lekki plan wejścia na Pasquale (3558 m) i zjazd do Rifugio Pizzini - Fratolla (2706 m). Na początku powtarzamy (w drugą stronę) trasę z dnia 2.
 
gallery_168102_596_28320.jpg
 
Wygląda, że będzie to kolejny piąty dzień pod znakiem Kielc. Monstrualnych Kielc. No bo popatrzcie sami, na focie poniżej, grań wznosi się spokojnie z 500 m powyżej terenu - wychodzi więc, że pióropusze porwanego śniegu mają po 100 m wysokości. I to tak lekko. Aż dziw, ze jeszcze coś tam zostało. 
 
gallery_168102_596_133989.jpg
 
 
gallery_168102_596_99478.jpg
 
Ta wichura jest już troszkę wkurzająca, nie przypominam sobie turów w których bym cały dzień (dzień w dzień) był w w dwóch warstwach, miał zawsze naciągniętą kominiarkę, czapkę i kaptur i mimo tego czasem trząsł się z zimna. Grubsze rękawice narciarskie które zawsze mam awaryjnie na wypadek kibla i do zjazdu też mam cały czas na rękach a i tak musiałem parę razy je rozcierać aby przywrócić krążenie. Przy podchodzeniu wiatr też nie pomaga bo nie wiem czemu ale zawsze jest w twarz a czasem to nawet trzeba było poczekać w czasie trawersowania aż się uspokoi. Ten wiatr też przetwarza silnie podłoże - jest twardo jak na zawodniczej trasie, niestety ale trochę nierówno. W nawianiach śnieg zgipsiały, ciężki do jazdy, w zasadzie zmianę kierunku jazdy trzeba przeprowadzić w powietrzu. Choć na zjazdy trudno narzekać - jak zawsze gdy coś widać. 
Co do podejścia to końcowy odcinek przed przełęczą jest na tyle stromy, że nie opłaca się iść na nartach i podchodzimy go na husara. Później zakładamy narty i lądujemy (sami) na Pasquale.
Tutaj mogę przyjrzeć się naszemu kolejnemu celowi - Koenig Spitze 3851 m. Sterczy wprost z dużo niższego ciągu szczytów.To już jest bardzo wymagający szczyt. Zjazd jest sklasyfikowany jako ekstremalny. Szczególnie środkowa jego część wygląda niezachęcająco. Wykadrowałem część zdjęcia abyście mogli sobie obejrzeć to lepiej. Strzałką zaznaczyłem - no właśnie o tym napiszę w 6 dniu.
gallery_168102_596_12582.jpg
 
gallery_168102_596_197403.jpg
 
Na razie jest tak
 
gallery_168102_596_290501.jpg
 
 
gallery_168102_596_84237.jpg

gallery_168102_596_196550.jpg
 
Ale po chwili 
 
gallery_168102_596_159318.jpg

gallery_168102_596_146005.jpg
 
W kotlince w którą zjechaliśmy jest przytulnie jak pod babciną pierzynką, robimy popas a ja z Kamilem postanawiamy powtórnie podejść w stronę przełęczy pod Pasquale i ponownie sobie zjechać. Sprawę traktujemy oczywiście ambicjonalnie i na górze doganiamy parkę, która była w połowie stoku jak zaczynaliśmy. Po zjeździe reszta zapina narty i w drogę. Wkrótce widzimy nasz cel.
 
gallery_168102_596_115973.jpg
 
Schronisko na tyle ile paskudne z zewnątrz jest przytulne w środku, widok z okna - bardzo przyzwoity.
 
 
gallery_168102_596_168202.jpg
 
gallery_168102_596_63851.jpg
 
CDN
 
Pozdro
Wiesiek
  • Like 19

Share this post


Link to post
Share on other sites
Zanim przejdę do opisu 6 i 7 dnia Pozwolę sobie na refleksje, które mi się nasuneły podczas kolejnych dni - w schroniskach były całe rzesze narciarzy i sprzętu więc populacja badawcza była spora.
 
Demografia
 
Parytet damsko-męski ustaliłem na 1:8. Ogólnie towarzystwo... zgredziarskie - łapaliśmy się na średnią wieku. Zdałem sobie sprawę, że bardzo możliwe, że ci wszyscy narciarze to pionierzy skiturów (czyli miksu nordycko-alpejskiego), którzy zakładali pierwsze Silvretty a później TLT. Nikt nie miał kamerek na kasku, długich kurtek i obwisłych spodni za to wszyscy o 7.00 rano byli już na szlaku i w dobrym tempie pokonywali te 1500 m w pionie. A później zjazd, często w pięknym stylu, na przecież jednak kompromisowym sprzęcie. Pomyślałem sobie, że freeride to chyba jednak zjawisko bardziej kulturowe jak narciarskie - bo jak "sprzedać" całą tę niefektowną zbieraninę. Czyli freeride to fun i młodość a skitur - zgredziarstwo (w domyśle). Oczywiście żartuję. Trochę.
 
Pomysł na freeride
 
Po raz pierwszy zobaczyłem, że można w tym narciarstwie wysokogórskim tak zdecydowanie postawić na dobrą jazdę. W Austrii, w której dotąd głównie chodziłem, jest jednak sporo niżej, tutaj były miejsca gdzie po 5 km podejściu miało się 1500 m przewyższenia. Przy mocno zaciekłej ekipie można byłoby zaliczyć dwa zjazdy dziennie (darowując sobie ostatni dolny kawałek pierwszego zjazdu). To zdecydowanie dobra alternatywa dla heliskingu (koszt zero i dwa zjazdy) czy jazdy z wyciągu (tu dla odmiany jakość zjazdu była jednak nieporównywalna z tym co przeważnie da się zrobić). Nocleg w stałym miejscu (np Brance) pozwala zabrać wiecej rzeczy w roli luksusowego zapasu. Według tego wzorca działała para sympatycznych Czechów, którą przydzielono nam do towarzystwa przy stole. Można też zdecydować się na troszkę solidniejsze narty. 
 
Sprzęt
 
Po raz kolejny przekonałem się o absolutnej dominacji wiązań Dynafita - stanowiły 2/3 całości, pól na pół radicale i verticale. Z reszty - głównie diamiry, praktycznie nieobecny marker a w szczególności Barony, Diuki. Zaobserwowałem wyraźne "poszerzenie się" nart - moje 72 mm były chyba jednymi z najwęższych (ale wcale nie zamierzam tego zmieniać, nawet przeciwnie jestem coraz bardziej do nich przekonany). Teraz około 82 mm jest chyba nowym standardem, są czasem obecne narty jeszcze szersze - zauważyłem nawet parę UBAC-ów (z TLT). Po raz pierwszy był snowboard (split) - daje to obecność na poziomie 0.1 %. W butach najwięcej było Scarp Maestrale (ale znów nie tak dużo), reszta to wielka różnorodność, w sprzęcie wspinaczkowym było podobnie, mogłem pomacać wszystko co jest oferowane (choć nie znalazłem czekana campa Nanotech).
 
Schroniska
 
Porównując je do austriackich (oczywiście tych które znam) to są sporo brzydsze, także standard pokoi jest gorszy. I zdecydowanie większa dekapitalizacja. Na korzyść Włochów można zapisać kuchnię, mimo, że raczej niewyszukana (czyli makaroni zawsze) to jednak bardzo smaczna. Co prawda śniadania to była lekka porażka (głównie na słodko). Pobyt w schroniskach był tutaj wyraźnie droższy jak w Austrii (co najmniej 5 E). Bardzo niemiłą niespodzianką był praktycznie brak wywieszanych prognoz pogodowych, a ponieważ nie mieliśmy dostępu do netu - utrudniło to podejmowanie optymalnych decyzji. 
 
Dzień 6
 
Zauważyłem, że w moich opisach skiturowych przejść zawsze jest jakiś smrodek dydaktyczny. Coś o szkole pokory jaką łatwo w górach  można dostać. I cóż - czy to przyzwyczajenie, czy to tak jakoś jest ale ta dodatkowa 6 i 7 godzina lekcyjna właśnie miała się zacząć. Naszym celem był drugi szczyt grupy Koenig Sp (3851 m). Po ewentualnym wejściu i jeszcze bardziej ewentualnym zjeździe (do rzędnej około 2850 m) mamy przemieścić się do schroniska Rif Guasti, które drobiazg, leży na wysokości 3269 m.
 
Poranek za oknem wyglądał tak
 
gallery_168102_596_27076.jpg
 
Takie psychodeliczne róże i niebieskości znajdziecie zawsze po przeciwnej stronie wschodzącego (i zachodzącego) słońca, które podnosząc się odsłaniało kolejne chmury.
 
gallery_168102_596_36236.jpg
 
Wybiegłem więc przed schronisko z nadzieją, że zdążę złapać Koenig Sp. jeszcze w słońcu. Co rzeczywiście się udało.
 
gallery_168102_596_41254.jpg
 
Po śniadaniu wyglądało już tak
 
gallery_168102_596_92023.jpg
 
Dojście pod żleb podejściowy jest nieoczywiste, mamy różne traki omijające potężną skałę z lewej lub prawej strony. 

gallery_168102_596_35888.jpg
 
 
gallery_168102_596_79389.jpg
 
Przy braku rysunku nie możemy za bardzo ocenić optymalnej drogi i nagle stajemy przed perspektywą trawersowania stromego kociołka bądź zjazdu trochę w dół i dodatkowego podejścia. A ponieważ prawdzi faceci się nie wycofują to wybieramy kociołek, poza Kamilem, który ma swoje zdanie w tej kwestii. Idę ostrożnie ale robię zły ruch i jadę komfortowo w dół. Bez żadnej szansy na zatrzymanie, zanim udaje mi się odwrócić kijek i złapać go przy talerzyku i wbić w śnieg to trochę mija. Kamil już dawno odrobił straconą wysokość i ze stoickim spokojem czeka na nas. Pytam się siebie - ile to już razy obiecywałem sobie, że zamiast próbować używać swojej łepetyny prościej popatrzeć co robi Kamil - w 3 przypadkach na 4 znajduje lepsze rozwiązanie.
No nic to, żleb wejściowy na Koenig Sp.i strome pole pod nim już widać. 
 
gallery_168102_596_116127.jpg
 
Gdzieś w jego środkowej części jest skidepo (pozostawiony sprzęt narciarski - jego właściciele zdecydowali się, na piesze wejście i zejście). Adaś, Darek i Kamil robią to samo a Robert i ja przytraczamy narty do plecaków, wcześniej opróżniając je z części ekwipunku. Raki i czekan, i dalej w górę. W żlebiku, który szybko osiągamy jest koszmarnie twardo i stromo. Nie dość tego lodowe rynny są bardzo nierówne. Przyglądam się bardzo uważnie terenowi, zjazd normalnie byłby w miarę spoko ale teraz wygląda to lekko hardcorowo. Chmury schodzą w dół zaczyna padać śnieg. Dochodzimy do wlotu żlebu - jest na szerokość nart i to nie za długich (to właśnie miejsce zaznaczyłem na zdjęciu w dniu 5) Wychodzimy, już we mgle, na szerokie pole. Obok jest skidepo - wyraźnie mocniejsze zestawy sprzętu, których posiadacze poszli dalej.Tutaj odbywa się dyskusja Robert i Kamil chcą koniecznie wleźć na szczyt, Adaś i ja jesteśmy przeciwni - pogoda się wyraźnie psuje, widoczność spada, czas też nie wygląda dobrze bo do góry jest jeszcze ponad 400 m. Czyli z powrotem, chłopaki schodzą a Robert i ja na narty. W między czasie z góry schodzi ekipa od skidepo - 5 młodych facetów. Dwóch zakłada narty a reszta przytracza je do plecaków i schodzi. Czyli chętnych do zjazdu nie za dużo... Zjazd to dużo powiedziane, praktycznie pojedyncze skręty i zsuwanie. Pocieszam się, że jest duża szansa wyjścia w miarę cało z upadku choć niestety skała na dole od wewnętrznej części żlebu może się znaleźć na torze zsuwu - staram się więc trzymać drugiego brzegu. Na nierównościach Robertowi wypina narta (ląduje ze 300 m dalej)  więc ściąga drugą i dalej schodzi. Na dole chłopaki biją mi brawo, dopiero teraz uzmysławiam sobie, że nawet jednej foty nie zrobiłem (zbyt byłem podminowany) więc uwieczniam sam siebie aby mieć pamiątkę. Stok z tyłu, który trochę widać to już zdecydowanie łagodniejsza, "płaska" część zbocza. 
 
gallery_168102_596_22696.jpg
 
Dalej jest jeszcze trochę zjazdu a później po założeniu fok długi trawers do rozległego kotła.
 
gallery_168102_596_34236.jpg
 
 
gallery_168102_596_9728.jpg
 
W kotle zastajemy radykalną zmianę warunków - wierzchnia sypka warstwa śniegu co chwila ustępuje pod nartami grożąc upadkiem. K... lecą co chwila ale nie to jest najbardziej niepokojące - kocioł jest olbrzymi o lekko rosnącym spadzie bez jakichkolwiek garbów. Czuję się jak mucha zaglądająca do wnętrza armaty - kiedy odpali? Reszta też straciła humor, rozciągamy się i najkrótszą droga idziemy na śnieżno-skalną grzędę stanowiącą bok kotła. Wejście na skały jest lekko kłopotliwe (szczególnie dla mnie bo szedłem ostatni i została mi najstromsza część zbocza). Ale dalej, już z nartami na plecach i w rakach jest komfortowo bo bezpiecznie. Idziemy szybko podpierając się kijami o zredukowanej długości - jedyna znana mi (poza transportem) sytuacja gdy przydają się regulowane kije.  Kolejne skalne grzędy wyprowadzają nas na grań. Jesteśmy daleko od szlaku ale na szczęście mamy traki letniego szlaku turystycznego więc nimi się kierujemy. Od pewnego czasu słyszymy wycie syreny alarmowej - podejrzewamy, że to ze schroniska, nie jesteśmy jednak pewni kierunku, gdyż dźwięk może się odbijać gdzieś po drodze. Nagle we mgle dostrzegamy bryłę schroniska. Z bliska jest olbrzymia. Wchodzimy w rozdzierającym hałasie.
 
gallery_168102_596_26485.jpg
 
Schronisko jest gigantyczne (a obok jest jeszcze drugie) - oceniam je na minimum 250 miejsc. Narciarzy jest 12 (razem z nami) gospodarzy tutaj Słowak. Noc mam wyjątkowo kiepską - podczas snu brakuje mi ciągle powietrza (i to mnie wybudza) - jest to o tyle dziwne, że spałem w sporo wyżej położonych schroniskach i schronach, chodziłem też wyżej i nigdy nie miałem kłopotów oddechowych. Cały czas sypie śnieg i ostro wieje. Nie jest to dobry prognostyk na jutro.
 
dzień 7 - powrót
 
Potężny wiatr, nawiane zaspy i mgła wita nas przy wyjściu ze schroniska. Przewidująco założyłem solidniejsze spodnie z membraną. W takich warunkach nie powinno się wyżej po górach chodzić ale ponieważ jutro jest Wielkanoc więc nikomu nie uśmiecha się czekanie w górach. Droga powinna być bezpieczna a najbardziej obawiamy się kiepskiej widoczności. Bo tak to (nie) wygląda. 
 
gallery_168102_596_29841.jpg
 
Początkowo traki prowadzą dość płasko - śniegu spadło tyle, że bez kijów trudno jechać. Idzie to bardzo powoli bo bez przerwy kontrolujemy położenie. Po jakimś czasie dojeżdżamy do najstromszego odcinka. I tutaj zaczynają się schody nie wiadomo co dalej - bo robi się mocno stromo a dalej nic nie widać. Robert bardzo ostrożnie penetruje zbocze ale ponieważ śnieg ma ochotę zjeżdżać to wraca. Być może to krótka ścianka zakończona wypłaszczeniem ale równie dobrze może być podcięta. Tak zajmuje to nam pewnie z 30 min. wreszcie znajdujemy obejście, lekko się przejaśnia i jedziemy dnem szerokiej doliny. Spad jest w sam raz i na tym puchu robi się naprawdę miło. Zjazd trwa, coraz wiecęj widać 
 
gallery_168102_596_8617.jpg
 
 
gallery_168102_596_18913.jpg
 
Gdzieś na rzędnej 2500 m spotykamy pierwsze grupy idące w górę. Temperatura rośnie, zaczyna padać deszcz i puch zamienia się w paskudną masę trudna do jazdy. Mijamy z żalem schronisko Zufallhutte (chcieliśmy pożegnać się z "naszą" ekipą i napić kawy ale mamy co najmniej godzinę opóźnienia. Teren jest bardzo zróżnicowany, warunki też bo co jakiś czas kłaki mgły odbierają oczy. Zabawa jest przednia bo musimy jechać wąziutkim szlakiem podejściowym (bo obok się nie da).
 
gallery_168102_596_72307.jpg
 
 
gallery_168102_596_18812.jpg
 
 
gallery_168102_596_84745.jpg
 
 
gallery_168102_596_16590.jpg
 
Na zakończenie wypadamy na polance obok parkingu.
 
gallery_168102_596_252296.jpg
 
samochód wygląda tak:
 
gallery_168102_596_42929.jpg
 
Przebieramy się w opadzie
 
gallery_168102_596_33512.jpg
 
A gdy za pół godziny (w Austrii) jest tak
 
gallery_168102_596_50539.jpg
pytamy się - o co tu chodzi?
 
Podsumowanie
 
Pierwsze 5 dni było naprawdę rewelacyjne (mimo wygwizdowa). Zrobiliśmy 100% planu maksimum. Trochę szkoda Koenig Sp. ale w tych warunkach nie miało to sensu a nawet było zgoła nierealne. Brak prognozy pogodowej uniemożliwił nam podjęcie optymalnej decyzji jaką był zjazd w dół w 6 dniu (warunki były jednak lepsze jak po nocy) i awaryjny nocleg w Zufallhutte. Jak zawsze sporo innych wniosków (szczególnie w zakresie prognoz pogody). Pozostał mi pewien "narciarski niedosyt" - postanowiłem go zmniejszyć. I wszystko wskazuje, że pod koniec czerwca (w trochę zmienionym składzie) będę mógł "dopchać się" na maksa - zaatakujemy gniazdo wysokich czterotysięczników - masyw  Monte Rosy. 
 
Pozdro
Wiesiek
Edited by Wujot
  • Like 22

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wujocie - relacja?

Dla mnie kosmos i galaktyczny wymiar narciarstwa! :) Relacja? Zmasakrowała mnie - rewelacja!

Dziękuję i proszę o więcej. Wątek "Wujotowe skitury" będę śledził z niecierpliwością kolejnych wypraw i przygód wysoko w górach.

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites
5 minut temu, marboru napisał:

Wujocie - relacja?

Dla mnie kosmos i galaktyczny wymiar narciarstwa! :) Relacja? Zmasakrowała mnie - rewelacja!

Dziękuję i proszę o więcej. Wątek "Wujotowe skitury" będę śledził z niecierpliwością kolejnych wypraw i przygód wysoko w górach.

Ja tylko potwierdzam :)

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gadane Wujot to Ty Chopie masz. Cieszę się, że pewnie za jakiś czas gdzieś ponartujemy, przy okazji będzie o czym podyskutować! Do czego porównać skitouring..... do niczego niestety albo na szczęście. To trzeba przeżyć samemu (czytaj w grupie). Odjazd od rzeczywistości niesamowity. Do tego widoki fantasy i fizyczno-techniczny wysiłek mega intensywny, do tego te wysokości i brak tlenu, a zasuwać trza dalej...

Pozdrawiam serdecznie! 

  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
14 minut temu, JurekByd napisał:

No i to genialne zdjęcie zimy za oknem schroniska z linami na parapecie- jak dla mnie YOUR PERSONAL BEST.

O zdjęciach to ja się nie wypowiadam, bo widać, że robił je jakiś artysta, a nie leszcz. Ja mogę tylko patrzeć. A zdjęcie o którym mówisz, jak najbardziej do jakiegoś górskiego przewodnika, na zachętę dla turystów!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mało mamy na tym forum Sudetów to tym razem wygrzebałem taką relację dokładnie sprzed 2 lat. 

 

Z okazji prognozowanego opadu śniegu w ilości 5 cm postanowiliśmy 4.01.2015 z Kamilem rozpocząć skiturowy sezon. Wybraliśmy Szklarską kalkulując, że ponieważ warunki są delikatnie mówiąc nierewelacyjne to skorzystamy z nartostrady Puchatek w przemieszczaniu się w dół. Prognoza się sprawdziła na chodnikach i jezdniach Szklarskiej zagościła skromna biała warstwa. Rozpoczynamy przy Puchatku gdzie około 9.30 jest tak

 

gallery_168102_617_212439.jpg

 

Na pośredniej podejmujemy spontaniczną decyzję - skontrolujemy stan Śnieżynki. Na nartostradzie intensywnie pracują armatki polewając nas mieszaniną śniegowo-deszczową moje nylonowe spodnie robią się mokre, przyjmuję to bez entuzjazmu... Kurtki chrzęszczą i wyglądamy tak... górsko.

 

gallery_168102_617_281845.jpg

 

Stan trasy jest nie beznadziejny. Na dole ok, w środku - wszędzie wystają trawy a tam gdzie jest troszkę więcej śniegu przejechał ratrak - niestety bez fartucha, góra (Świąteczny Kamień) w zasadzie jedno wielkie lodowisko. Czym wyżej tym bardziej "zimowo" i na górze jest tak

 

gallery_168102_617_381907.jpg

 

Przy schronisku wieje potężny wiatr spychając nas z zalodzonych stopni, zastanawiam się jak tutaj dostać się na górę nie ryzykując potłuczeniem. W środku pijemy herbatę i kombinujemy co dalej - warunki mocno niepewne, możemy iść dalej do Łabskiego ale co z zjazdem? Jest czy nie? Postanawiamy ruszyć w dół rozeznaną już Śnieżynką a później dygnąć się z dołu na Łabski - jeśli po drodze będzie słabo to najwyżej zmienimy plan. Zjazd, jak każdy zjazd, okazał się całkiem miły (zgodnie ze starym skiturowym przysłowiem "lepiej źle jechać jak dobrze iść"). Droga na Łabski zaskakująco dobra wręcz znakomita, szybko dochodzimy do schroniska, tam lekki obiad i dalej. Pogoda robi się już bardzo klimatyczna.

 

gallery_168102_617_167308.jpg

 

Podłoże po którym idziemy wygląda na początku tak

 

gallery_168102_617_328409.jpg

 

 

A później ten podziurawiony lodowy ser salami zmienia się w powierzchnię nabitą niewielkimi lodowymi ćwiekami. wszystko to trzeszczy i łamie się pod naciskiem. Przewidując, że zjazd będzie hardcorowy nieśmiało proponuję abyśmy może zakończyli tutaj wycieczkę. Kamil jednak nie należy do tych co sobie łatwo odpuszczają i ustalamy, że idziemy dalej. Na grani za zasłoną jakiejś ostałej kosówki przepinamy narty

 

gallery_168102_617_28216.jpg

 

Jest totalnie ciemno, zero rysunku, jazda po tych taflach lodu, pełnych nierówności nie jest lepsza od spaceru (też niefajnego). Do tego boję się, że coś sobie mogę zrobić więc manifestuję swoją odrębność - odpinam deski i zasuwam (ostentacyjnie :) ) z buta. Kamil jest tylko kawałek przede mną. Ale od schroniska robi się naprawdę fajnie - zjazd po drodze jest rewelacyjny. Dalej Puchatkiem wśród narciarzy i po chodniku do auta.

 

Skiturowy początek sezonu za nami!

 

Pozdro

Wiesiek

  • Like 14

Share this post


Link to post
Share on other sites

mam jeszcze kilka lat by zacząc po 50-tce ..... i pewnie zacznę :) 

releacja genialna !!!

dziękuję. 

Edited by jodek1
  • Like 1

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wujot ,

Twoje relacje są dla mnie inspiracją :)

No i fajnie wiedzieć , że prawdziwe życie skiturowca zaczyna się po 50-tce :D 

Serdecznie pozdrawiam .

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wielki podziw i jeszcze większy szacun :) Niesamowite narty, widoki, przygoda okraszone kapitalnym tekstem i świetnymi zdjęciami :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Prawda. Wiesiek(Wujot) to niesamowity gość , warto go poznać...:) Za cztery dni będę go widzieć. Uściskam go od Was:$;) 

  • Like 2

Share this post


Link to post
Share on other sites

Napisano 25 luty 2015 

 

Kolejne wspominki - były już Alpy i Karkonosze więc pora na Tatry

 

Tak dziwnie wyszło, że spędziłem już trochę czasu na turach w Alpach, szurałem też w rodzimych Karkonoszach a jakoś omijałem Tatry. Ale z tym wyjazdem miało się to zmienić. Inicjatywę rzucił Piter z wrocławskiego KW więc towarzystwo było wspinaczkowe (mieszane skiturowo-piesze). Narciarzy było nas 7-10 osób w tym aż trzy dziewczyny. Wyruszyliśmy z Wro (z Kamilem i Robertem) wieczorem w czwartek 19.02 by o 24:00 zameldować się w Zakopcu w sympatycznym hostelu Good Bye Lenin - nocleg 25 zł z węglowodanowym śniadaniem. Nasza trójka zaplanowała w Tatrach pobyt na cztery dni.

 

Dzień 1

 

Celem była Kopa Kondracka. Rano podjechaliśmy więc do Kuźnic, załadowaliśmy niezbędny ekwipunek i hajda! Kalatówek prawie nie zauważyliśmy. Za to zauważyliśmy i zachwyciliśmy się Halą Kondratową. Bo czyż można być obojętnym na takie "okoliczności przyrody"?

 

gallery_168102_638_1036063.jpg

 

Moją uwagę przykuł jednak element tego sielskiego krajobrazu:

 

gallery_168102_638_142232.jpg

 

Takie ładne soczewkowe formacje świadczą, że na górze tak sielsko już nie jest. Ale na razie to opalamy się, uzupełniamy płyny a co niektórzy to do roboty aby zdążyć uchwycić parę fot. A więc cel przed nami

 

gallery_168102_638_4099.jpg

 

A także, za plecami Schronisko na Hali Kondratowej. Przyglądam się całkiem sporemu ruchowi - jest nawet trochę narciarzy

 

gallery_168102_638_90766.jpg

 

Po chwili akurat nie za długiej ekipa rusza w dalszą drogę. Do szczytu jest pewnie z 700 m w pionie. Podejście jest o wiele wredniejsze niżby się wydawało - bez harszli nie ma szans. Ale nawet z nożami grozi wyjazd śniegu spod nart. Jest tak ponieważ bardzo twarde wręcz betonowe fragmenty przeplatają się z "bezstruktralnymi" pozornie twardymi nawianiami, które obciążone mają ochotę zjeżdżać.

 

gallery_168102_638_717049.jpg

 

Praktycznie każdy przeżywa tam swoje chwile, jak nie grozy, to przynajmniej kropli potu gdy grozi niekontrolowany ssuw w dól stoku. Część ekipy przezbraja się po drodze wrzucając narty na grzbiet i zakładając raki i tak dociera na grań.

 

gallery_168102_638_486621.jpg

 

Po drodze dokładnie obejrzeliśmy sobie stok po którym przyjdzie zjeżdżać - wydaje się, że nie ma co się pchać z nartami na samą górę bo jest tam albo wywiane albo oblodzone. Sam zjazd zapowiada się na trudny. Gadamy co zrobić, konsumujemy łakocie i napawamy się widokami.

 

gallery_168102_638_789367.jpg

 

Wyszukuję sobie dobre miejsce na zrobienie Czerwonych Wierchów.

 

gallery_168102_638_43600.jpg

 

 

gallery_168102_638_424471.jpg

 

W toku konsultacji, uzgodnień, negocjacji udaje nam się wypracować jednolite stanowisko - zjedziemy z przełęczy (rozważaliśmy powrót przez Kasprowy oficjalnymi trasami).  Typujemy dobre miejsce na start na zboczu Kopy Kondrackiej do którego trzeba trochę podejść. oprócz naszej grupki jest jeszcze narciarz i deskarz.

 

gallery_168102_638_741.jpg

 

Zjazd jak to przeważnie bywa okazuje się łatwiejszy i przyjemniejszy niż to wyglądało. Jest co prawda bardzo twardo ze zdradliwymi nawianiami ale w sumie bezproblemowo. Za to na dole trafiamy na takie oto klimaty.

 

gallery_168102_638_666885.jpg

 

Czyli szreń - od biedy da się w tym skręcać ale wymaga to sporego wysiłku. Po chwili jesteśmy przy schronisku i jedziemy lasem w stronę dojazdówki z Goryczkowej do Kuźnic. Po drodze rozdzielamy się - dziewczyny wracają na dól a my zakładamy foki i podchodzimy do stacji krzesełka. Tam po analizie czasu wychodzi nam powrót. W Kuźnicach jemy niespieszny obiad, jakieś zapomniane zakupy i jazda do Doliny Chochołowskiej gdzie mamy trzy kolejne noclegi. Na parkingu przy czołówkach robimy przepak i po niespełna dwugodzinnym marszu (koło 21:00) lądujemy w Schronisku Na Hali Chochołowskiej. Mamy trochę szczęścia bo po odszukaniu recepcjonistki wchodzi do schroniska kilkudziesięciosobowa grupa (z małymi dziećmi) dowieziona właśnie saniami. Kolejka ludzi wypełnia szczelne pomieszczenie ale nas to na szczęście już nie dotyczy.

Ponieważ jestem wolnym elektronem walencyjnym, który znalazł się w ekipie jako ostatni, przypada mi samodzielny nocleg w 14-ce. Ma to niewątpliwą zaletę finansową (tylko 25 zł nocleg). Odnajduję przy czołówce ostatnie wolne łóżko bo Schronisko dosłownie całe jest zajęte. Jest ciepła woda pod prysznicem, czyste kible i co zapomniałem dodać - zdołaliśmy jeszcze skonsumować browar. W nogach czuję przyjemne zmęczenie - jeszcze nastawić budzik na 7:00, wrzucić coś na uszy (Emika - Klavirni). Życie jest piękne!

 

 

CDN

 

Pozdro

Wiesiek

  • Like 7

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzień 2

 

Po spokojnej pobudce koło 7:00, rodzinnym śniadaniu i niezbędnym czasie na "uklepanie" żołądka wyruszamy na szlak. Celem jest Grześ a dalej Rakoń i Wołowiec. Prognoza mówi o silnym wietrze, z dołu widać, że na górze się trochę rusza ale na razie jest sielsko - idziemy lasem plotkując sobie trochę.

 

gallery_168102_638_1003123.jpg

 

Las jednak się kończy i na górze robi się wygwizdów. Oczywiście nie mamy zamiaru się wycofywać. Doubieramy się - zakładamy gogle, kominiarki, dodatkowe warstwy

 

gallery_168102_638_549827.jpg

 

Idziemy ostrożnie szeroko rozstawiając kije, zatrzymując się podczas nagłych uderzeń wiatru. powoli jednak ta walka zaczyna się robić coraz bardziej nierówna.

 

gallery_168102_638_150441.jpg

 

A ponieważ do szczytu jeszcze trochę brakuje a dalej będzie z pewnością gorzej (bo dopiero tam zaczyna się całkiem otwarta przestrzeń) to kontynuowanie wycieczki staje pod znakiem zapytania. Chyba nawet bez specjalnej narady postanawiamy zawrócić. Trzeba ostrożnie ściągnąć foki, otworzyć plecak pilnując aby wiatr niczego nie zabrał.

 

gallery_168102_638_235724.jpg

 

Zjazd jest... no dobra pomińmy to. Na dole zaglądam na tel i znajduję tam takiego sms-a

 

gallery_168102_638_899609.jpg

 

:D :D :D Odpisuję, że właśnie nas zwiało z Grzesia. Ale ponieważ w linii lasu jest całkiem miło postanawiamy przejść się gdzieś po okolicy. Wybór pada na Dolinę Jarząbczą i jeśli warunki się poprawią to wejdziemy może na Czubik albo Trzydniowiański Wierch. Po drodze mam możliwość obserwowania przemian śniegu. Odkrywam całą wielką łąkę obsianą pięknymi dwucentymetrowymi kryształami

 

gallery_168102_638_1281343.jpg

 

Ta ulotna, lekko dzwoniąca warstwa kojarzy mi się z krótko przystrzyżoną łąką skrzącą się promieniach słońca. Każdy dotyk niszczy to piękne zjawisko. Narciarsko oczywiście nie ma się co cieszyć to słaba warstwa tworząca ewentualne miejsce poślizgu dla lawin deskowych i dowód jak w krótkim czasie (jednej nocy) mogą zmienić się warunki. Na razie idziemy piękną polaną w "stronę słońca".

 

gallery_168102_638_671359.jpg

 

Jarząbczy Wierch z tego kierunku wygląda mega okazale

 

gallery_168102_638_72222.jpg

 

Po jakimś czasie osiągamy krawędź linii lasu (na poprzednim zdjęciu po lewej stronie) i zaczynamy wspinać się na przełęcz miedzy Czubikiem a Trzydniowiańskim.

 

gallery_168102_638_299691.jpg

 

Wiatr przypomina o sobie - imponujący wał fenowy mówi wyraźnie - tam nie chciałbyś być! Popatrzcie sami - zarówno Jarząbczy jak i Kończysty Wierch (ten z lewej) to całkiem spore górki...

 

gallery_168102_638_327615.jpg

 

Ale zdecydowanie większą uwagę od wiatru przykuwa od dłuższej chwili podłoże po którym się poruszamy, błyszczące pokryte grubą warstwą szreni. Jedno wielkie lodowisko!

 

gallery_168102_638_165686.jpg

 

Idziemy jeszcze kawałek w górę aby rozeznać opcje zjazdu - mamy nadzieję ominąć to lodowisko. Wizja terenowa pokazuje jednak, że najbezpieczniej będzie wrócić po swoich śladach. Ściągamy foki i zaczynamy zjeżdżać. i tutaj lekkie zdziwko powierzchnia czasem się łamie ale ogólnie to nie. Czyli to moja pierwsza lodoszreń! Średnio czujemy się na takiej nawierzchni - boimy się zepchnięcia w dół, szczególnie przy silnym już tutaj wietrze. Oczywiście z grubsza kontrolujemy sytuację (gdyby tak nie było to ściągnęlibyśmy narty) i obraną linią wracamy do lasu. Tam jazda na stromym kompletnie zabetonowanym stoku też jest ostrożna - opadanie liściem czy umiejętność zrobienia zwrotu przekładanką bardzo się przydają.

 

gallery_168102_638_151855.jpg

 

Pora jak widać jest odpowiednia aby myśleć o ciepłym, przytulnym schronisku.

 

CDN

 

Pozdro

Wiesiek

  • Like 7

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzień 3

 

To dzień gdy "wyobrażenie" mogliśmy zderzyć z "rzeczywistością" - jednym słowem umówiliśmy się z MajorSki na wspólną turę! Dogadanie było  trochę kłopotliwe bo w Chochołowskiej nawet trudno wysłać sms (pogadać nie ma szans - to tak w kwestii super rozbudowanych sieci komórkowych). Nie mniej jednak o 10:00 Tomek dotarł i ruszyliśmy w czwórkę na Grzesia, gdzie jak widać telefonia istnieje

 

gallery_168102_638_204966.jpg

 

Po wczorajszej aktywności wiatrowej góra wyglądała tak

 

gallery_168102_638_508177.jpg

 

 

Grzesia osiągamy w założonym "letnim" czasie. Pogoda z rana przyjazna powoli się zmienia, napływają chmury wysokie i zaczyna wiać. Podziwiamy krajobrazy. Przed nami długi upłaz dalej Rakoń (nie ma go na zdjęciu) i w tle ewentualny Wołowiec.

 

gallery_168102_638_653643.jpg

 

Trudno wprost uwierzyć ile może zrobić wiatr w ciągu kilkunastu godzin! Dowodem są na to powstałe zastrugi. Te "wypukłości" na zdjęciu to najtwardsze fragmenty śniegu - pozostałe dookoła podłoże wybrał właśnie wiatr. Ślady nart to lewitujące czasem paski dobre 10 cm nad podłożem. A przecież to były zagłębienia też pewnie na 10 cm. Podobnie jest z wgłębieniami po kijkach, które przekształcają się w regularnie porozkładane walce. Jakoś mi się to kojarzy z negatywami i pozytywami fotograficznymi i niezmiernie zaciekawia.

 

gallery_168102_638_266924.jpg

 

Dochodzimy pod Rakoń, w międzyczasie wiatr się wzmógł, więc z Wołowca postanawiamy zrezygnować. Kamil z Robertem postanawiają zacząć zjazd ze szczytu, Tomek i ja uznajemy, ze nie ma potrzeby lawirować między kamieniami i lodowiskami na ostatnim odcinku grani więc przezbrajamy się niżej. Po chwili chłopaki zjeżdżają i razem czeka nas droga na wschód. Fanu nie ma, jest bardzo twardo ale w sumie bez problemowo.

 

gallery_168102_638_87023.jpg

 

 

W schronisku jesteśmy dość szybko, gadamy przy piwku, później obiadujemy. Zbliża się noc fajnie jest ale co niektórzy (czytaj Tomek) muszą do domu wracać. Więc jeszcze uścisk ręki, jakiś zapomniany termos

 

gallery_168102_638_411676.jpg

 

Obserwujemy "nostalgicznie" znikającą sylwetkę...

 

gallery_168102_638_396705.jpg

 

Już podczas dnia trochę dziwnie się czułem, teraz łapie mnie telepawka - wszyscy w koszulkach a ja ubrany jak na dwór i jeszcze się trzęse. Drapie gardło i łapie katar. Na noc zakładam czapkę, kurtkę puchową i przykrywam się dwoma kocami.

 

Dzień 4

 

Rano jest ze mną (chyba) zdecydowanie lepiej. Z sopli kapie woda - wygląda na ostrą odwilż. Idę do chłopaków na naradę - mieliśmy przez Kulawca pójść na Trzydniowiański (bo pozyskaliśmy wiedzę, że relatywnie są tam najlepsze warunki) ale jest tam mocno stromo i przy postępującym ociepleniu mogą być gruntówki. Proponuję więc aby pójść znów na Rakoń bo ma też dość płaskie bezpieczne warianty zjazdu, po drugie jeśli okaże się, że nie daję rady to koledzy zgarną mnie w drodze powrotnej. I ten plan zostaje przyjęty. Spacer lasem pod Rakoń spokojny. U podnóża pojawia się mgła coraz silniej gęstniejąca z wysokością i rosnący wiatr. Na szczęście mamy traki z dnia wczorajszego i wychodzimy po nich na grań. Wiatr miał mieć 30-40 km/godz tymczasem przesuwa on położone plecaki a podczas odklejania fok klęczymy na nartach bo boimy się, ze je stracimy. Zjazd znów w twardym i gęstej mgle więc bardzo spokojnie.  Poniższego zdjęcia nie powinienem zamieszczać bo jest nieostre ale... to nartostrada (na mapie) :D

 

med_gallery_168102_638_468726.jpg

 

Dalej po drodze czeka nas niezwykła niespodzianka - z Litworowego Żlebu dosłownie na naszych oczach schodzi lawina. Fota jest jak jeszcze leciało! Oglądamy dokładnie ślady - czy nie została podcięta? Ale nie, to samoistny, niezbyt duży zsuw. Nie mniej jednak doszło do niego...

 

gallery_168102_638_619933.jpg

 

Wracamy do schroniska, chwilę popasu, zabieramy nasze depozyty. Tutaj jest zdecydowanie pogodniej

 

gallery_168102_638_569096.jpg

 

Na parking jest 7 kilometrów - niestety w rosnącej ciapie. Odwracam się - ostatnie foty.

 

gallery_168102_638_127224.jpg
 

Rakoń tkwi w potężnym wale chmur - sielanka jest tylko tutaj na dole!

 

gallery_168102_638_221605.jpg

 

 

Podsumowanie

 

Bardzo spodobały mi się te Tatry ;)  Co prawda jednak trochę małe w porównaniu z Alpami ale pazur mają. Jak czytałem o tutejszej wyjątkowej zmienności warunków śniegowych, nie mających swoich odpowiedników gdzie indziej to myślałem, że to takie gadanie. Tymczasem wygląda, że tak tutaj jest. Twardy betonowy warun i mocno nawodniona lawina w chwilę później (przy tym samym kierunku stoku)??? Bardzo spodobała mi się też przyjazność tych gór mojej kieszeni. W Chochołowskiej, w kuchni turystycznej, dostępnej przez 24 godz, jest zawsze wrzątek w dowolnej ilości. Można więc bez wysiłku i targania kohera żywić się "własnymi" ciepłymi posiłkami, do tego gorący prysznic za darmo. Dojazdowo też źle nie jest (4 godz z Wro).

Wrócę tu jeszcze.

 

Pozdro

Wiesiek

  • Like 11

Share this post


Link to post
Share on other sites

I jeszcze takie dzisiejsze słowo komentarza.

 

Te piękne kryształy co je tutaj powtórnie oglądacie to przykład przemiany budującej. Wbrew pięknej nazwie nie ma się z czego cieszyć gdyż zwarty śnieg w procesie krystalizacji został przekształcony w długie kielichowe kryształy o bardzo słabej strukturze. To piękna warstwa poślizgowa dla tego co jest powyżej gdyż często powstaje wewnątrz warstw śniegu (no może też na to spaść coś świeżego).

 

gallery_168102_638_1281343.jpg

 

Pozdro

Wiesiek

Edited by Wujot
  • Like 4

Share this post


Link to post
Share on other sites

Skiturowcy atakują w ostatnim czasie mocno :)

Twoja relacja jak zwykle - mistrzostwo świata! Uwielbiam czytać takie przygody i coraz bardziej, takie historie zachęcająmnie do porzucenia tras...

...na razie ich nie porzucę, ale w przyszłości? Kto wie.

Dziękuję Wiesiek :) 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Świeżych relacji nie brakuje... ale starsze też mogą być fajne. Czyli Sudety Wschodnie. 2015 rok.

Na początek sympatyczna muzyczka do relacji

 

 

Plan, tej być może ostatniej "tegosezonowej" sudeckiej tury, był dość niezwykły - postanowiliśmy zaliczyć Śnieżnik od Dolni Morava w Czechach. Data była też niczego sobie 12.04! Kalkulacja była prosta - rzędna DM to 660-750 m npm - a Śnieżnik 1425 więc jest całkiem konkretne przewyższenie do podejścia i zjechania. Sama stacja, jakkolwiek zamknięta, dawała dużą szansę powrotu na deskach do auta. Zacznę od opisu stacji narciarskiej, która chyba niesłusznie jest trochę zapominana. A jak się przyjrzeć to spokojnie można ją porównać do tych najbardziej uznanych. Są tutaj dwa bardzo przyzwoite zjazdy po blisko 500 m w pionie dla bardziej zaawansowanych narciarzy i zdecydowanie łagodniejsza oferta dla mniej wprawnych. Najwyższe możliwe przewyższenie to 570 m. I koniecznie trzeba powiedzieć, ze główny wyciąg to nowoczesna kanapa.

 

http://www.skionline.pl/stacje/czechy-jesioniki-dolni-morava,osrodek,209,mapa-tras-narciarskich.html

 

Przyznam się, że o ile nie lubię łazić po czynnych stacjach narciarskich to zawsze fascynują mnie "zapomniane" puste ośrodki w których już nawet nie ma psa z kulawą nogą - takie Ultima Thule.

 

gallery_168102_647_556593.jpg

 

Pogoda na początek nas postraszyła bo nawet kapkę pokropiło ale im wyżej tym widoki na udany dzień były lepsze. I na górze orczyka było już bardzo sympatycznie. Po stromym podejściu zaczyna się wędrówkowa część drogi. Idzie nas czterech - Kamil, Robert a drogę dzielnie toruje Jacek.

 

gallery_168102_647_1425130.jpg

 

Idziemy przez las przez kolejne niezbyt wyróżniające się szczyty. Sam Śnieżnik zresztą też jest łagodnym pagórkiem

 

gallery_168102_647_5726810.jpg

 

Warunki można uznać za doskonałe jest pewnie z 50 cm śniegu, co widać na zdjęciu powyżej, słońce silnie operuje i na wypłaszczeniach jest mokro. Zima trzyma się jeszcze tylko wyżej

 

gallery_168102_647_1356220.jpg

 

Ale Pradziad którego wykadrowałem z poprzedniego zdjęcia jeszcze kusi...

 

gallery_168102_647_118240.jpg

 

Na Śnieżniku spotykamy paru turystów, tu już ze śniegiem jest słabo ale przejść a później zjechać się da - postanawiamy zjeść coś w schronisku.

 

gallery_168102_647_400876.jpg

 

Dalej nazad i już znacznie przyjemniejszy zjazd na południową stronę.

 

gallery_168102_647_5584130.jpg

 

 A później już wiecie. Do auta zjeżdżamy czarną trasą 2 (podchodziliśmy łagodniejszą 3).

 

gallery_168102_647_4297951.jpg

 

Na mapie dzień wyglądał tak - jak widać całkiem intensywna tura, szczególnie uwzględniając mokry, gąbczasty śnieg.

 

gallery_168102_647_59021.jpg

gallery_168102_647_29955.jpg

Z wykresu odczytałem nachylenie czarnej trasy być może lokalnie jest nawet lepiej.

 

Pozdro

Wiesiek

Edited by Wujot
  • Like 4

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By Niedziela
      Witam, 
      Na nartach jeżdzę dosyć dobrze, lecz zafascynowałem się freestylem. Komplet nart do zjeżdżania mam, ale chciałbym kupić jakieś freestylowe. Mam dosyć mocno ograniczony budżet i zależy mi żeby wyszła w miarę przystępna cena. Znalazłem narty Völkl Revolt 95, tylko nie wiem czy warto je kupować - to moje pierwsze pytanie. Drugie jest takie czy jeżeli mam buty Rossignol Alltrack 110, to czy będzie miała sens jazda w nich na freestyle (zaczynam narazie z tym przygodę, więc czy na start będą miały sens) i czy będą pasowały do podanych wyżej nart. (próbowałem czytać o tym na różnych forach i buty mają flex 110 więc to chyba na plus). I ostatnie pytanie jakie wiązania miały by sens (w miarę możliwości budżetowe) bo domyślam się, że takie zwykłe zjazdowe, z poprzedniego kompletu nie wystarczą. I jaki rozmiar nart przy wzroście 180 i wadze 60? 
      Chciałbym na tych nartach nauczyć się skakania z hopek, i grindowania, ew czasem freeride po lesie.
    • By JC
      Zakupiłem ostatnio rower szosowy i teraz muszę kupić buty oraz pedały.
      Nie mam zamiaru uderzać w górną półkę, bo na to pewnie przyjdzie czas, a z drugiej strony nie chcę kupić chłamu, który po pierwszych kilometrach będzie nadawał sie do wyrzucenia. Proszę o poradę, za czym się rozejrzeć?
      A rower nabyłem taki
       

    • By Zagronie
      Po dwumiesięcznej kwarantannie w ustronnym miejscu, z widokiem na nieczynny stok narciarski, z  pojedyńczym krzesełkiem. To krzesełko to teraz cool.  Kolejny klient piętnaście m.  Sprzęt mam zakonserwowany. Sezon zakończony na czarnych wężykach 9 i 10 marca w Jurgowie. Była pyszna jazda, z pysznymi widokami. Chociaż w tym czasie mieliśmy być w Bad Mittendorf. Straciwszy nieco Euro na rezerwację, ale za to ominęła nas kwarantanna i może coś gorszego. W tym czasie szalał już kolega Covid w pobliskim  Tyrolu.  Przeniósł się potem szybciutko, wraz narciarzami do naszych zachodnich sąsiadów.
      I co dalej, tak sobie dywaguję. Chwilowo troszczę się o  krzewy i kwiatki. Wraz z żoną odbywamy codzienne treningi na pobliską górkę  o przewyższeniu 70 m. To w ramach  wzmacniania odporności.  Więc jakie to będą narty w przyszłym sezonie, jeśli  się dożyje? W zasadzie odpadają  wszelkie  kabiny. Krzesła najlepiej pojedyńcze. Talerzyki powinny być super modne. Orczyki tylko z  tymi, co się mieszka.  Przyłbice specjalnie dostosowane do  zjazdu. Kwestią zakwaterowania i wyżywieniem się nie zajmuję. Chociaż mam już w tym pewną wprawę. Ustronna chatka z boku wsi, z własną kuchnią. I tylko my. Na stok kanapki, owoce suszone i coś do picia.
      A jak się nie da zjeżdżać, to jeszcze zostają ski tury, człapanie na śladówkach, czy poprostu turystyka, rower, gdy nie będzie śniegu z powodu klimatu.  Głowa do góry,  Tak też da się żyć, będąc przy tym szczęśliwym.  Nie należy umierać za złotego cielca. Takie wnioski są przecież wyciągane.  
      Zagronie
    • By Arek1982
      Ktoś może podzielić się wrażeniami z rejonu Montafon ?
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2019
×
×
  • Create New...