Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
19.07.2021 - 19.07.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 19.07.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
[PROWANSJA] Część I - Wstęp Relacja wrzucona przez @barattolina skłania i mnie do opisania niedawno przeżytych absolutnie bajecznych chwil na wypadzie rowerowym do Prowansji. Wróciłem stamtąd już ponad tydzień temu, ale już w myślach kombinuje jak tam wrócić... Wszystko zaczęło się jesienią zeszłego roku - choć teraz jak sobie nad tym myślę, to zaczęło się w sumie wiele lat wcześniej - wiele lat wcześniej bowiem oglądając TDF w czasach Pantaniego i Armstronga, pomyślałem sobie, że fajnie byłoby samemu zmierzyć się z górą wiatrów, czyli słynnym Mt. Ventoux (francuskie słowo "ventoux" tłumaczy się jako wietrzny/wietrzna). Mityczna góra, zwana także gigantem Prowansji, która słynie z tego, że przez ok. 240-250 dni w roku wieje tam wiatr, zwany mistralem, który skutecznie utrudnia zadanie wjechania na górę. Więc sama myśl o wjechaniu na tą górę zakiełkowała już wiele lat temu; ok. 4 lata temu po raz pierwszy wsiadłem na szosę - co znów zaczęło gdzieś tam trochę pobudzać wyobraźnię; wreszcie - jesień zeszłego roku - na zewnętrz, któraś z kolei fala koronawirusa, lockdown i generalnie taki jesienny zjazd - w mojej skrzynce mailowej ląduje wiadomość email, której nie odfiltrował outlook o możliwości wynajęcia apartamentów i willi we Francji na kolejne wakacje. Do tego wskazano, że z uwagi na covid są możliwości anulowania takiej rezerwacji w zasadzie na tzw. ostatnią chwilę. Pewnie normalnie bym tego maila skasował, ale stwierdziłem, że w tej koronamizerii może warto mieć jakąkolwiek miłą nadzieję i perspektywę na coś fajnego. Do tego pamiętałem, że niedawno ogłoszono przebieg trasy Tour de France, gdzie dużo mówiło się o tym, że w tym roku kolarze pokonają po raz pierwszy w historii Mt. Ventoux nie jeden, ale dwa razy podczas jednego dnia. No i tak jakoś wszystko to się poskładało, że jesienią dokonałem rezerwacji wakacyjnego apartamentu - jak się okaże, zresztą bardzo fajnego - w miejscowości Malaucene, która nie tylko leży u podnóża Mt. Ventoux, ale także przy okazji była miejscowością, w której znajdowała się meta 11 etapu TDF. Plan wstępny zakładał, że rezerwuje, a potem się będę martwił, czy odwoływać z kim jechać itd. itd. Suma sumarum - szczepienia miałem za sobą; sytuacja epidemiologiczna w Polsce i Francji się mocno poprawiła, a moja żona stwierdziła, że dla niej to za daleko, więc ostatecznie tak się poukładało, że z trzema rowerami szosowymi na dachu, trzech kumpli obrało drogę na południe. Plan zakładał - pojeździmy na rowerach 4-5 dni; posiedzimy na basenie; pooglądamy TDF na żywo, a także w Eurosport; do tego mistrzostwa Europy w piłce kopanej; Hurkacz na Wimbledonie - no po prostu - dla facetów spuszczonych ze smyczy, bez żon i dzieciaków - raj na ziemi 😉 Czego można się spodziewać po Prowansji - to najpierw tak stereotypowo: Lawenda - BYŁA: Dobre żarcie - BYŁO Klimatyczne miasteczka - BYŁY: Nieprawdopodobne widoki - BYŁY: Zanim zakończę część wstępna relacji - to jak się jeździ na szosie po Prowansji? Generalnie większość osób zapewne zjawia się tu ze względu na Mt. Ventoux, ale prawda jest taka, że wokół Ventoux, - które samo w sobie jest pięknym miejscem - jest nieprzebrana możliwość skomponowania wielu zjawiskowych tras rowerowych o różnej długości i różnym stopniu trudności. Ktoś kto przyjechał tutaj tylko po to żeby wpaść i "zaliczyć" Ventoux, bez pojeżdżenia po okolicy, uważam że popełnia błąd. Przy czym trzeba generalnie liczyć się z tym, że trasy nie są płaskie - są różne podjazdy (3-4 km podjazdu zdarza się często, choć zwykle nie jakieś mega strome) - a nawet jak się wydaje, że jest płasko, to się okazuje, że było to raczej tzw. "false flat", czyli jednak takie 1-3 proc. pod górkę było; suma summarum należy przyjąć, że jeżdżąc wokół Ventoux tak średnio na ok. 50 km trasie uzbieramy ok. 1000 m przewyższenia. Dla mnie z KRK było to już jakieś tam wydarzenie, bo osobiście jeździłem trasy bardziej w stylu 400-500m przewyższenia na takim dystansie - takie po prostu trasy mam wokół siebie. Na pewno nie jest to jednak tak wymagające zajęcie jak jeżdżenie po stromych alpejskich przełęczach. Asfalty dobre lub bardzo dobre. Tylko w jednym miejscu przez kilka km spotkaliśmy się z takim asfaltem pokrytym drobnymi luźnymi kamyczkami, co rodziło obawy o kapcia, a także powodowało, że na zjeździe człowiek czuł się mocno spięty, bo czuło się, że rower myszkuje. Sieć drogowa bardzo dobrze rozwinięta - tzn. jest bardzo dużo mniejszych asfaltowych dróg, co pozwala naprawdę skomponować różne pętle i pętelki. Kierowcy - z tym nie mieliśmy żadnego problemu. Okolica żyje rowerami, ludzi na szosach jest wszędzie sporo i zdaje się, że kierowcy są po prostu do tego przyzwyczajeni. Jeździliśmy raczej mniejszymi drogami, gdzie ruch był naprawdę niewielki, natomiast zdarzyło nam się wyjechać na drogi trochę bardziej "główne", gdzie sprawę rozwiązano w ten sposób, że jest na nich wydzielone liniami pobocze na którym ludzie na rowerach się poruszają nie kolidując z ruchem samochodowym. W każdym razie - nie zdarzyło nam się jakieś trąbienie, wyprzedzanie na tzw. gazetę lub wrogość ze strony kogokolwiek w samochodzie. To co na pewno jest super fajne - to jeżeli ktoś lubi klimaty rowerowe - to atmosfera. W Malaucene, czy Bedoin można sobie po prostu siąść na kawkę w knajpce na zewnątrz i patrzeć jak co chwila towarzystwo rowerowe przejeżdża z prawej lub lewej; osoby młodsze, starsze; jeżdżące solo, w dwie, trzy osoby, ale także mniejsze lub większe peletony; rowery starsze, tańsze, ale także te z cyklu super rowerów, czyli najdroższe i najbardziej wypasione. Mogę jeszcze na koniec dodać, że uważam, że cenowo miejsce było OK. W sklepach rowerowych można awaryjnie zaopatrzyć się we wszystko - w cenach polskich lub... niższych. Obiad składający się z jakiejś przystawki, dania głównego, deseru, coli czy piwa to wydatek w okolicach 20-23 EUR. A jak widać na obrazkach, było to jeszcze naprawdę top jakości. To co jest może w tym wszystkim najtrudniejsze - to odległość. Z KRK do Malaucene jest ok. 1830 km. W drogę do Francji zdecydowaliśmy się na nocleg po drodze - po niecałych 12h godzinach jazdy padło na nocleg w Niemczech we Freiburgu. Stamtąd planowo mieliśmy jechać około 6-6,5h na miejsce - niestety Francja w sobotę w wakacje jest mega zakorkowana - jechaliśmy ponad 9h, co oznacza, że w korkach staliśmy blisko 3h. W drodze powrotnej też nastawialiśmy się raczej na spanie, ale ruszyliśmy około 8-mej rano i stwierdziliśmy, że zobaczymy jak pójdzie. W drodze powrotnej mieliśmy szczęście jedynie obserwować korki ze strony przeciwnej, tymczasem my pierwszy raz stanęliśmy na chwilę dłużej już około północy na bramkach autostradowych pod Gliwicami, a potem jeszcze wysadzaliśmy jednego z naszym kompanów w Katowicach. W sumie w Krakowie byliśmy nieco po pierwszej w nocy - więc uważam, że z rowerami na dachu, tankowaniami. postojami itp. to naprawdę sprawnie poszło. Najwygodniejszą opcją jest lot do Marsylii i stamtąd samochodem z wypożyczalni jest pewnie ok. 1,5 h drogi; w Malaucene czy Bedoin można bez problemu wypożyczyć markowy rower, choć ceny na pewno są wyższe niż w miejscu typu Gran Canaria, czy Majorka.13 punktów
-
Będę wrzucał relacje w kawałkach, bo trochę pojeździliśmy i fajnych wrażeń było sporo. Co do czasu przejazdu - przed tym wyjazdem nie jeździłem nigdy w taką trasę z rowerami na dachu. Mam auto kombi, więc do tej pory jak były dwa rowery i dwie osoby, to wrzucaliśmy na tzw. pakę i jazda. Czasem woziłem rowery na dachu na jakiś krótkich dystansach. Tu obawiałem się jak to będzie, z trzema szosami na dachu i na taką odległość, ale generalnie tempomat był ustawiony na 140-145 kmh, więc nie było jakiegoś wielkiego "pycenia", a i szum był do wytrzymania (producenci bagażników jak zakładam pewnie rekomendują nieco niższą prędkość, choć znam takich którzy jeździli w rowerami i 200 kmh). Sporą część przez Niemcy jechaliśmy z jakimiś ograniczeniami w okolicach 120 kmh, we Francji obowiązuje 130 kmh - pozwalaliśmy sobie licznikowo na +10 kmh względem limitów. Generalnie średnia (mówię o powrocie) wyszła coś koło 118 kmh na całej trasie jako stricte czas jazdy (to już uwzględnia 20 minut stania na bramkach pod Gliwicami) - do tego doszły postoje (czego średnia już nie uwzględnia). W drodze do Prowansji prowadziłem cały czas sam - no ale był nocleg, więc było ok. Ponieważ w drodze powrotnej zakładaliśmy, że może uda się przejechać "na raz" (pierwotny plan zakładał spanie), to wprowadziliśmy spory rygor, którego się trzymaliśmy - postoje co 400 km i bez ociągania się w tańcu. Wtedy się zmieniamy za kierownicą, tankujemy, sikamy - kto musi to papierosek. Jeden tankował, dwóch leciało do toalety i płacenia; tych dwóch wracało - ogarniało śmieci, szyby, co pozwalało tankującemu na załatwienie jego potrzeb. Szybki streching i w drogę. W aucie mieliśmy od groma prowiantu, łakoci i picia, więc nie stawaliśmy specjalnie na obiadki - jedynie kupowaliśmy na postojach kawę. Dzięki takiej "żelaznej" dyscyplinie i zasadniczo braku korków udało się to sprawnie przejechać w okolicach 17h. Gdyby nie 20 min na bramkach w Gliwicach i jakieś 20-25 min w Katowicach, gdzie wypakowaliśmy jednego z kolegów, co wiązało się ze ściąganiem roweru i co ważniejsze bagażnika i instalowaniem wszystkiego u niego na aucie, to czas do KRK byłby bardziej w okolicach 16h. Nie dlatego, że jakoś strasznie zasuwaliśmy, tylko dlatego, że nie traciliśmy czasu na postoje i jakieś wielkie korki. Trudno natomiast byłoby mi to samo zrealizować na wyjeździe z rodzinką - tu było trzech ogarniętych kierowców, którzy nie krzyczeli "tato chce siusiu" w najmniej oczekiwanych momentach 😉8 punktów
-
Lodowa Przełęcz 2372 m npm – najwyższa w Tatrach. W piątek kolejna wyrypa i ok 30 kilometrów marszu. Jeśli szukacie ciszy, spokoju, dziewiczej przyrody, to polecamy szlak zielony przez Dolinę Jaworową. W ciągu całego dnia spotkaliśmy: dwójkę turystów i trzy kozice. Dlaczego? Może to miejsce ma złą sławę i ludzie unikają tego miejsca? W 1925 roku, to właśnie w Dolinie Jaworowej, pod Lodową Przełęczą, w tajemniczych okolicznościach, wydarzyła się tragedia rodziny Kaszniców. W tym wypadku zginęło troje Ludzi – do dzisiaj okoliczności tych zgonów nie są wyjaśnione. Zapraszam do kolejnej fotorelacji... ...i tym razem kolejny długi szlak. Nogi bolały, oj bolały... Nim spotkaliśmy jakiegokolwiek człowieka na szlaku zielonym...spotykaliśmy Kozice Oko Saurona było ogniste, to jest błękitne... Czyje to oko? Na Lodowej Przełęczy: Chwaścik Start szlaku - Tatrzańska Jawornia: Drogowskazy: Co widać w panoramie: Idziemy przez las, idziemy, idziemy i końca nie widać...a między drzewami taki oto widok: I gdzieś w tym lesie zagubiona chatka... Ciekawe czyje to, i po co to komu ? Wilgoć, woda, las i takie klimaty: Kolejny prześwit: Wracamy nad Jaworinkę Kwiatki, to ja lubię A Pani, to przypadkiem nie pomyliła kierunków? Na szlaku: Jaworowe szczyty w chmurze: Pniemy się w górę: Niestety błękitnego nieba na razie jak na lekarstwo Lodowy Szczyt skrywa swój wierzchołek: Mały Lodowy Szczyt nie Żabie Jaworowe Pleso... to gdzieś w tych okolicach rozegrała się tragedia rodziny Kaszniców. Przejaśnia się? Coraz wyżej... Idziemy w chmurę! Zbliżamy się do celu i powoli wiatr robi dla nas robotę Jaworowe szczyty się ujawniają I jesteśmy! Widok na drugą stronę przełęczy - dzień wcześniej byliśmy tam na dole idąc od T Chaty na Czerwoną Ławkę. Paula I tradycyjnie zdjęcia z GoPro Szlak: I ja na nim Od razu wiadomo, kto obsługuje aparat, a kto kamerę...choć to nie reguła Często ją przejmuję, bądź zwyczajnie wyręcza nas statyw i samowyzwalacz Blisko, coraz bliżej Mozolnie do przodu... Błękitne oczko To miejsce ma złą sławę... ...bryyy było lodowato, i jakoś tak strasznie. Pusto, cicho tajemniczo... naprawdę można od tego sfiksować Tak, tak...ona Kocha te widoki! Marboru na Lodowej Przełęczy Żegnamy się z Doliną Jaworową Jeśli szukacie spokoju i odosobnienia w Tatrach, to właśnie to miejsce polecamy! Po dwóch dniach wędrówki: Czerwona Ławka 32,2 km, Lodowa Przełęcz 26,2 km nogi dały znać o sobie i dość mocno zabolały W sobotę postanowiliśmy zrobić sobie dzień przerwy, i była to dobra decyzja - w górach padało. Za to dzisiaj... nim wróciliśmy do domu ruszyliśmy na Jagnięcy Szczyt, no ale to foto opowieść na inny wpis - ten niebawem. Pozdrawiam marboru6 punktów
-
Wejście na Czerwoną Ławkę 2309 m npm, to dla Słowaków podobno najtrudniejszy szlak w Tatrach. Naszym zdaniem jest kilka innych, trudniejszych i bardziej wymagających choć, generalnie, nie było łatwo. Łańcuchy, klamry i główkowanie gdzie postawić nogę, a jak chwycić skałę. Dla kogoś kto ma lęk wysokości, pionowe ekspozycje zmroziłyby krew w żyłach. Nasz czwartkowy, 32 kilometrowy trekking wiódł dwiema urokliwymi dolinami Studeny Potoku. Jak było? Tatry za każdym razem zachwycają i witają nas bajkową, piękną pogodą! Opisać napotkane piękno, trudno. Mogę jedynie pokazać w fotorelacji i nowym wpisie na blogu Zapraszam. Początek dnia, tuż po deszczu. Idziemy szlakiem żółtym wzdłuż Studeny Potoku. Teraz trochę fotek wspomnianego cieku wodnego W lesie czuliśmy się jak w puszczy amazońskiej - wilgotność pewnie coś ok 90%. Urokliwe miejsca I co? Burza... Pół godzinki, kieliszeczek prądu i poszliśmy dalej. Poniżej nasza "spelunka" I ponownie spotkanie z "białą" wodą. Idziemy w górę. Wchodzimy w Małą Dolinę Studeny Potoku. Niebo się odsłania... ...jest pięknie! Paula na szlaku: Kwiatki numer 1: I kolejny wodospad z bliska: ...i jeszcze jeden: Dolina Spiskich jezior, powinna mieć inną nazwę...miliona wodospadów Pod Teryho Chatą. Widoki magiczne - gra światła i chmur. Mordor? Lodowa Przełęcz... tam byliśmy wczoraj (kolejny blog niebawem). Nasz cel - Czerwona Ławka: Gzie idziemy? Na jedną, czy na drugą przełęcz... oczywiście - Czerwona! ...a potem ta druga Śniegu Ci tutaj dostatek No, to co? w górę? Żelastwo w garść i w górę! Michał i Paula już walczą ...a ja za nimi. Halo!!! Kto to? I po klamrach, ku niebu! Po drodze czas na kontemplację otaczającej nas przyrody... Poniższe zdjęcie z tego dnia podoba mi się najbardziej Wam też się podoba? Wiecie dlaczego "Czerwona Ławka"? Od koloru skał... A na przełęczy... kwiatuszki i zlot motyli. 2309 m npm zdobyte... można schodzić Widok w stronę Gerlacha - w drugiej linii z chmurkami. Tą to zawsze do śniegu ciągnie Tak, tak - narty by się przydały. Przypomnę - mamy połowę lipca. Widok na dół z żółtego szlaku prowadzącego do Zbójnickiej Chaty. Już na dobre w Wielkiej Studeny Dolinie Zbójnicka na horyzoncie...i piwko Już kiedyś robiłem temu czemuś zdjęcie Na powrocie z Małej Wysokiej... Czerwony Kapturek Komu bije dzwon? I teraz tradycyjnie, fotki z GoPro Od początku naszej wędrówki. Perspektywa się zaokrągla Marboru na szlaku: A za plecami jakieś barany... Paula Ciągnie i mnie do śniegu... W środku wodospadu. T Chata Jeziorko, jedno ze "Spiskich" Będzie przerwa? Była! Kwiatki numer 2 a nawet 3. Moje ulubione Kolejne jeziorko: Pod słońce: Inna perspektywa: I jeszcze inna... Idą... Trzy w jednym - z wysokości: Marboru tuż przed rozstajem szlaków. I są. Łańcuchy na Czerwoną Ławkę - początek szlaku. No to idę Na klamrach: Przełęcz Czerwona Ławka zdobyta! Teraz zejście: Jak ja to lubię, wielkie klocki... ...może nie takie jak w Dolomitach, ale zawsze jakieś Droga powrotna... ...w środku lata prowadziła przez śnieg No i zleciało 72 zdjęcia z niezwykłej wędrówki. Nogi oczywiście bolały. 32 kilometry i droga od godziny 6 rano, do 20 wieczorem. Lekko, nieśpiesznie i z dwoma długimi przerwami z powodu deszczu, w schroniskach. Było niezwykle fajnie! Dzisiaj odpoczywały, po wczorajszej Lodowej Przełęczy...a jutro kolejne wyzwanie. Jakie? Zaprasza wkrótce do odwiedzin mojego bloga. Pozdrawiam serdecznie marboru3 punkty
-
@Cosworth240 gratki dla Ciebie 💪 Jak dla mnie najpięknieszy region Europy . Swego czasu mieszkałem w Nicei. Do dziś i od kilku lat namawiam żonkę na przeprowadzę . Ale nie jest łatwo 😉. Region bajeczny . Cała oprawka-region wyśmienicie bogaty kulinarnie a powiedzmy ,społecznosć-rewelacyjna w tej części Europy🤌 palce lizać . Uśmiech zadufanych w sobie francuzów powala,choć kumają angielski to na złość nie chcą odpowiadać. Słońce,góry,jak i bliskość śródziemnego,cóż więcej chcieć od życia . Choć, musze z ręka na sercu powiedzieć że sam mega zauroczony jestem innym regionem Annecy-totalna kwintesencja życia . Dawaj kolejna cześć relacji ! Aż,mam ochotę wszystko rzucisz i na tydzień pojechać !3 punkty
-
Mają słuszny problem. Jak zdejmą obostrzenia i zaczną traktować ludzi jak ludzi, pogadamy! Albo chcą mieć turystów, albo być w awangardzie ograniczeń i zwolnień dla wybranych. Over!3 punkty
-
Podziwiam Was. Ja to moglbym tak jezdzic od Pubu dop Pubu w takie upaly 😂3 punkty
-
Jakby kogoś interesowała mroczna historia Kasznicow w tle https://gorskieopowiesci.wordpress.com/2015/11/12/co-naprawde-wydarzylo-sie-na-zboczach-lodowego-szczytu/ a tu Klimka Bachledy historia http://topr.pl/organizacja-topr/archiwum/192-105-rocznica-śmierci-klimka-bachledy2 punkty
-
2 punkty
-
Racja ! Byłem pewny że ta wysokość była dla przełęczy a nie dla Spągi2 punkty
-
2 punkty
-
Tak, do Zbójnickiej Chaty. Moja THR Grań Tatr 2019 Choć zdecydowanie ciekawszy i nie trudny jest zjazd do Staroleśnej Doliny przez Strzeleckie pola2 punkty
-
Dałem to info dla wielbicieli term, bo faktycznie jest jak Piszesz duży chaos informacyjny i nie każdy wie że można pojechać na Węgry mając tylko Dowód Osobisty. Co do cen w gastronomi to nie wszyscy je podwyższyli. Hajduszaboszlo ma problem bo dużo turystów mieli z Polski.2 punkty
-
To jest przyczyna że pusto, jak przechodziłem w 2019r. grań Tatr 60% turystów to Polacy. Byłem dawno temu w majówkę na obozie skiturowym w Chacie Teryho, popołudniowa tura na Lodową, w trzech wraz z przewodnikiem zjechaliśmy do Javorowej (reszta zjechała do schroniska) i Dolina chciała nas zatrzymać bo po wielu perypetiach udało się wrócić do schroniska o 4 rano. Dodam że wtedy telefony nie działały nawet na graniach, a w schronisku wieczorem odpalano lampy naftowe.2 punkty
-
2 punkty
-
PIEKŁO NA STELVIO 48 zakrętów, ca. 1850m przewyższenia przy średnim nachyleniu 7,4% na odcinku 24km od Prato allo Stelvio (Prad am Stilfserjoch) – taką trasę wybraliśmy, jest jedną z trzech wariantów podjazdu – prawdziwe PIEKŁO KOLARZY. To był kolejny dzień po rozgrzewce, nasz drugi dzień pobytu w Alpach. „Ta góra jest chora” – powiedział do mnie kolega od żółtej szosy. Ja popłakałam się jak byłam już na szczycie. Wspinaczka zajęła mi jakieś 7,5h łącznie z postojami. Spore rozczarowanie spotkało mnie już na początku wspinaczki, kiedy zorientowałam się, że nie mam już lżejszego biegu 😄 (tarcze:46/30, kaseta:11-34). To był mój pierwszy pobyt w górach na rowerze. Pierwszy raz jeździłam na takiej wysokości i nie spodziewałam się, że jestem AŻ tak słaba ! Nie byłam w stanie utrzymać koła grupki niemieckich turystów w czerwonych koszulach..hehe, już na samym początku podjazdu – na pierwszej serpentynie z numerem 48. Trasę można podzielić z grubsza na dwa etapy – odcinek o mniejszym nachyleniu w lesie i odcinek poza lasem gdzie zaczyna się R Z E Ź. O ile w lesie każdy jeszcze wygląda jako tako, to z biegiem redukcji ilości zakrętów (numeracja maleje od podstawy podjazdu do szczytu) lwia część uczestników tego szalonego czynu zaczyna przypominać rozgrzany piec. Każdy wylewa siódme poty, każdy uprawia trening mentalny - prawdziwą walkę ze samym sobą i z tą piekielną górą. Dla mnie najtrudniejszy był odcinek w lesie. Człowiek nie widzi końca a zakręty mijają bardzo wolno z uwagi na długie odcinki drogi po między nimi. Niby nie widzisz nachylenia, niby jest niewielkie, a jednak płuca się wypluwa. Zresztą, zobaczcie sami jak to wygląda: Jednak im wyżej tym częściej drzewa ustępują i pojawiają się takie momenty: Wyjechałam z lasu i to był moment pierwszego wzruszenia – tak, jest !!! Widzę już szczyt. Mam nawet zdjęcie z tego miejsca – to była piękna chwila !!! Telefon mówi, że zdjęcie zostało wykonane o 13:48, wiec zostało mi jeszcze około 2h wspinaczki, gdzie procent nachylenia wynosił 8-12%. Jest już coraz wyżej i brak tlenu daje się mocno we znaki. Zdecydowana większość rowerzystów pozdrawia się nawzajem i wspiera się na tej morderczej trasie. Jak już byłam trochę wyżej i widziałam dokładnie wszystkie curviątka, które prowadzą na szczyt – wiem, bo je wtedy policzyłam ! Zobaczcie, jednak nie wszyscy wyglądali jak piece. Byli tacy, którzy prezentowali się niczym Vincenzo Nibali na Giro :-D: Trasa ponad lasem jest trudniejsza. Są dużo większe przewyższenia i ekspozycja słoneczna, nie ma się gdzie schować. Jest naprawdę gorąco. Pokonywanie kolejnych serpentyn idzie jednak sprawniej, odcinki pomiędzy nimi są krótsze. Zdecydowanie wolę tą formę wspinaczki. Jednak nadal się bardzo ciężko. Pamiętam jak, stanęłam na jednym z zakrętów , spojrzałam w górę i pomyślałam – „o jprdl, przecież to nie jest możliwe, żeby tam podjechać” – jedna z serpenty wisiała mi dosłownie nad głową :-D. Na szczęście można było zatrzymać się na chwilkę pod pretekstem wykonania dokumentacji fotograficznej hehe. Widoki zapierały dech w piersiach: Wreszcie byłam coraz bliżej szczytu. Tak sytuacja przedstawia się tuż tuż prze końcem (acha, tam gdzie widać pasmo drogi które zawija się za zboczem wypada mniej więcej 2/3 podjazd, licząc od dołu – czyli najdłuższego odcinka leśnego po prostu nie widać) : Na szczycie czekał na mnie kolega od żółtej szosy: Wjechaliśmy razem, ale w innym czasie. On wyprzedził mnie o jakieś 1,5h, a ma dużo twardsze przełożenie. Szacun dla niego, bo połowę podjazdu zrobił stojąc na pedałach. To jest widok ze szczytu najbardziej stromej części podjazdu: Zdobycie szczytu tej przełęczy, a w szczególności emocji, które temu towarzyszą, atmosfery morderczego podjazdu, a także wsparcia innych rowerzystów, motocyklistów oraz kierowców samochodów osobowych nie da się opisać – wszyscy kibicują !!! Na każdym kroku widzisz podniesione kciuki i słyszysz dopingujące klaksony. Coś niesamowitego !!! Jak wreszcie zakończyłam już wspinaczkę i byłam na szczycie, to zachowywałam się tak jak Mark Cavendish, który w tym roku wygrał swój pierwszy etap na TdF. Łzy szczęścia i niedowierzanie, że to mi się udało !!!!! Miałam też wrażenie, ze gratulacje spływają do mnie z całego świata (chociaż były to smsy od najbliższego grona znajomych ). O pracy mentalnej, którą wykonałam w czasie podjazdu mogłabym założyć chyba osobny watek na skionline O Stelvio dowiedziałam się dwa miesiące przed wyjazdem, od koleżanki. Wpisałam wtedy nazwę do Googla i już wiedziałam, że chcę tam pojechać. Wszystko zaczęło się od zakupu nowego roweru pod koniec zeszłego roku. Potem włączyłam przez przypadek Eurosport i natknęłam się na któryś z początkowych etapów Giro – no i poszło….. Teraz planuje zakup szosy. Chciałabym pokonać Stelvio właśnie na szosie, tak jak robi to Grande Giro. To moje kolejne marzenie. Mogę Was zapewnić, że było bardzo ciężko, ale życzę Wam wszystkim, abyście choć raz w życiu pokonali tą przełęcz. Po wyczerpującej wspinaczce czekał mnie jeszcze bajeczny, lecz ekstremalny zjazd. Wybraliśmy wariant przez Szwajcarię, zamykając trasę w pętlę. Strona Szwajcarska wygląda tak: Wyjechaliśmy z domu o 8:30, około 9:00 zaczęliśmy się wspinać. Ja ukończyłam walkę o 16:15, kolega o 15:00. Zjazd zajął nam około godziny. W domu byliśmy w okolicach 9:30. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi :))) Dziękuję za uwagę 🙂 Do następnego razu !!2 punkty
-
1 punkt
-
No w końcu Szymon Mam nadzieję, że mój wyjazd w duze góry w koncu sie urzeczywistni. Na razie przekładany jak skitury z roku na rok. Skitury udało sie odpalic całkiem niezle mam nadzieję, ze z rowerem będzie podobnie. Relacja smakowita - Czekam na dalsze częsci1 punkt
-
1 punkt
-
Tak , wg Mira zjazd R1 , pierwotnie miałem zjeżdżać do Terinki ale tam był śnieg mocno zmrożony a po tej stronie trafiły się firny więc wybór był prosty1 punkt
-
1 punkt
-
Z tą wysokością, nie jest tak. Te 50 m więcej to okoliczny szczyt, a nie sama przełęcz. W necie jest często podawane to z błędem. Nawet na portalu tatrzańskim. 2309 m, to właściwa wysokość miejsca, w którym się znaleźliśmy i samej przełęczy.1 punkt
-
A z łańcuchami to na pewno nie 0+ i przy suchej skale przyjemniej bardziej naturalnie wchodzi nie trzymając się tych łańcuchów , a sama przełęcz jest wyższa niż w tytule o 50m ludzi wyjątkowo mało tak często tworzą się zatory1 punkt
-
Węgry zmieniło się, od 05.07.2021 na Węgrzech nie trzeba mieć żadnych zaświadczeń aby korzystać z campingów, noclegów, term, restauracji i dowolnych dróg. Obłożenie term w Hajduszaboszlo ok.40% , niestety ceny w restauracjach i barach poszły sporo w górę. Na granicy ze SK/H brak kontroli.1 punkt
-
Spaliśmy jak zawsze w Zakopanym, na początek szlaków docieramy autem. Na granicy paszporty COVID, i wcześniej elektroniczna rejestracja (ważna 14 dni). Na Łysej Polanie było to, przez Słowaków, dokładnie weryfikowane.1 punkt
-
Gdzie miejscówka, znaczy nocleg. Ładna historia, także te ponure w tle.1 punkt
-
Czerwoną Ławkę zrobiłem dość dawno temu. O ile o same chwyty, głównie dzięki wszędobylskim drabinkom i łańcuchom jest łatwo, o tyle ekspozycja jest konkretna i paraliżuje. Mam spory lęk wysokości. EDIT: Oglądając te zdjęcia czuję się dziadkiem, bo przypomniałem sobie, że od paru lat omijam takie szlaki i skupiam się na bardziej rekreacyjnych trasach.1 punkt
-
1 punkt
-
@barattolina Gratulacje!!! Aczkolwiek co do jednego nie mogę się zgodzić: to nie jest Piekło Kolarzy, to jest Raj1 punkt
-
1 punkt
-
Witek, to raczej wyglądało jakby im ktoś wydał to polecenie z góry, a oni niby je wykonywali, ale jednocześnie demonstracyjnie je olewając.1 punkt







