Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
09.09.2021 - 09.09.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 09.09.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Niekoniecznie musi tak być - wyjazd indywidualny wypada niezbyt ekonomicznie, a na zorganizowane turnusy często jeżdżą pary lub rodziny - standardem w hotelach są raczej pokoje dwuosobowe lub większe, więc samotna osoba czasem jest trochę na doczepkę. Nie sądzę, aby wyjazdy dla singli były tylko narciarskim tinderem.5 punktów
-
28.08 (sobota) – Feltre - Valsugana - Trydent (95 km, przeważnie pod górę) Ostatni dzień objazdówki po Dolomitach. Co prawda wstępny plan trasy zakładał opcjonalnie zamknięcie pętli do Bolzano, ale nie był to priorytet. Po wyjeździe z Feltre kierujemy się w stronę Valsugany. Niestety początkowy fragment nie jest wyznakowanym szlakiem i znów mamy podobną niedogodność jak w ostatnich dniach, że albo jedziemy ruchliwą krajówką, albo gdzieś bujamy się po krzakach i polnych drogach, jadąc na azymut. W okolicach jeziora Lago di Corlo łapiemy znów oznaczenia szlaku i jest zdecydowanie lepiej. Droga wije się wśród lesistych wzgórz i ładnych wiosek aż do Fastro. Tutaj spektakularnymi serpentynami zjeżdżamy do Primolano, w dolinie Valsugana. Sporo tutaj - jak i w całej dolinie - szosowców, którzy upodobali sobie chyba właśnie szczególnie ten podjazd. Ja jednak się cieszę, że nam - z tymi tobołami - wyszło jechać w dół. Jaka jest Valsugana? Śliczna i sielankowa! Po drodze granica prowincji: Mijam skalne wrota Punkt info: W barwach klubowych ... Robimy postój w Borgo Valsugana, bo jest ładnie i jesteśmy głodni. Deser ... Znów jesteśmy na szlaku Via Claudia Augusta Nad jeziorem Lago di Caldonazzo: Za jeziorem, w Pergine Valsugana, szlak niestety się kończy - nie ma drogi wjazdowej dla rowerów do Trydentu. Alternatywą jest objazd górą przez Civezzano, a to niezła wspinaczka. Nagrodą jest panorama miasta z góry i dość karkołomny zjazd wąskimi i krętymi uliczkami tuż koło zamku Buonconsiglio Niestety zwiedzania Trydentu nie było - mało czasu i jakieś demonstracje na starym mieście, przez które policja zamykała ulice, więc tylko cyk-cyk po drodze na dworzec. Pomnik Dantego - jako kontra włoskiej ludności Trydentu dla monumentu Walthera von der Vogelweide w Bolzano. Do Vinschgau wracamy z dwiema przesiadkami - w Bolzano i Merano i przygodami. Pociąg do Bolzano się spóźnił, a pociąg do Merano w ogóle tego dnia został odwołany. Następny też stał w polu, więc zamiast po 21-szej, byliśmy w pensjonacie krótko przed północą, a podróż zamiast dwóch i pół trwała blisko pięć godzin. Ech, te włoskie pociągi! I to koniec naszej rowerowej wyrypy. Następny tydzień spędziliśmy na górskich wędrówkach, o których może napiszę osobno. Cały ślad trasy (bez tego pierwszego dnia na rozruch) można zobaczyć na traseo: https://www.traseo.pl/trasa/dookola-dolomitow4 punkty
-
26.08 (czwartek) – Cortina d'Ampezzo - dolina Cadore (66 km, z góry) Cortina - królowej włoskich Dolomitów przedstawiać nie trzeba. Cudnie położona w samym sercu gór, nieco snobistyczna, piękna i zimą i latem. Jesteśmy tutaj pierwszy raz - chcemy wyjść gdzieś na szlak, zobaczyć góry nie tylko od podnóża. Miasteczko już o poranku tętni życiem: Tutejszy Mitoraj: Czy to jeszcze pies, czy breloczek do plecaka? Impresje po tegorocznych zawodach PŚ Tofany, Faloria, Cinque Torri czy Lagazuoi? Ech - osiołkowi w żłoby dano... Jest dylemat. Można by spędzić w Cortinie dużo, dużo czasu, ale cóż - na coś się trzeba zdecydować. Wybór w końcu padł na Falorię - podobno boskie widoki właśnie na Tofany (i nie tylko), można na szczycie zrobić krótki trekking, stacja kolejki jest tuż przy szlaku rowerowym, no i ... zawsze chciałam zobaczyć na żywo trasę olimpijską . Cortina z góry i Tofany, a w oddali po lewej widać Lagazuoi i 5 Torri: Narciarskie trasy w letniej odsłonie: Panoramy - fantastyczne: Jest i trasa slalomu: Na górze: Zwei Damen und Drei Zinnen: Przy schronisku: Ech, aż się nie chce wracać na dół. Ale cóż - trasa się sama nie przejedzie, więc wczesnym popołudniem ruszamy w dalszą drogę, doliną Cadore. Po prawej stronie góruje wybitny kolos Monte Pelmo (3.168 m npm.): Droga opada najpierw łagodnie w dół aż do Pieve di Cadore. Miejscowości z typowo turystycznych zmieniają się w coraz bardziej spokojne, górskie miasteczka. W Pieve zauważamy już trochę opuszczonych, starych domów. Krajobraz zmienia się jeszcze bardziej, gdy ostrymi serpentynami zjeżdżamy nad Piavę, na dno doliny - do Perarole di Cadore. Mamy wrażenie, że trafiliśmy do innego świata. Wyludnione miasteczko, zaniedbane budynki, zabite dechami okiennice - tylko w brudnawym, małym barze kilku tubylców smętnie sączy piwo. Co gorsza - zbliża się wieczór, zanosi się na deszcz i trzeba poszukać noclegu. W jednym B&B nikt nie otwiera ani nie odbiera telefonu, w drugim - babka nie ma miejsc, ale dzwoni gdzieś po znajomych i znajduje nam nocleg w odległym o ok. 10 km Ospedale di Cadore, w hostelu. Wieczorna jazda wśród miejscowości-widm, dnem głębokiej i ciemnej doliny, wśród pionowo opadających skał jest trochę niesamowita. Koledze pęka szprycha w tylnym kole, a mnie urywa się linka od przerzutki. Na koniec dopada nas rzęsista ulewa. Docieramy już po zmierzchu - przemoczeni, tuż przed tym, gdy ulewa zamieni się w gwałtowną burzę. Gospodarze są przemili - zamawiają dla nas gorącą pizzę i przywożą nam do pokoju. Sam hostel mieści się w wąziutkiej, zabytkowej kamienicy i oferuje dziesięć miejsc. Wszystko świeżo odremontowane, czyściutko, jest też mała ekspozycja o historii tego miejsca. Bardzo miłe i klimatyczne lokum. A taki mieliśmy widok z okna (już rano) [cdn.]4 punkty
-
Jak dla mnie to trochę spłycasz patrząc tylko na to ile ludzi stosuje dane rozwiązanie. Przecież można powiedzieć, że większość ludzi nie grzebie przy rowerach tylko oddają do serwisu i jest to objaw mody/lenistwa/nieuctwa/pójścia na łatwiznę - no takie disco polo. Czy to prawda, według mnie nie, ale biorąc pod uwagę tylko liczbę ludzi wyszło by, że tak. Generalnie mam w 4 literach fakt ile osób korzysta z danego rozwiązania. Głównie testuję na sobie i jak mi coś przypasuje to nie będę na złość "odmrażał sobie uszu", bo większość osób to wybiera. A co do gravela, ja widzę to tak. Jeśli większość czasu na rowerze spędzasz na nieutwardzonych ścieżkach/drogach (nawet niekoniecznie w trudnym górskim terenie) gravel nie jest dla Ciebie, bo zyski z niego będą bardzo niewielkie lub żadne w porównaniu do standardowego HT. Natomiast jeśli większość czasu spędzasz na asfaltach i tylko od czasu do czasu chcesz przejechać po szutrach/twardych drogach leśnych to gravel (albo szosa endurance w miarę szerokimi kapciami typu 32-35c) wiele wniesie. I piszę to ze swoich doświadczeń, gdzie klasyczna szosa ograniczała mnie zwłaszcza na dłuższych wycieczkach. Wiele razy przy planowaniu trasy miałem problem, bo czasem trzeba było wybrać albo parę km po szutrze/drodze nieutwardzonej albo na około ruchliwymi drogami wojewódzkimi/krajowymi. Aktualnie na oponach 32C nie mam strachu po zjechaniu z asfaltu, ale też się nie oszukuję, że tym rowerem wygodnie wyskoczę na kamieniste górskie szlaki czy zapiaszczone mazowieckie trasy.4 punkty
-
27.08 (piątek) – Cadore - Feltre (69 km, przeważnie z góry) Rano właścicielka hostelu powiedziała koleżance Marii i mnie, że po sąsiedzku jest kościół pw. Marii i Magdaleny. No racja - zatem Maria i Magdalena pod kościołem Marii i Magdaleny. Próbowałam dowiedzieć się od właścicielki, dlaczego w okolicznych miasteczkach jest tak pusto - np. w pobliskim Longarone. Poniższe zdjęcie przedstawia starszą część miasta. Dalej są tylko budynki z lat 60-tych i 70-tych i pomimo pięknych gór wokół - niewiele się tu dzieje. Jak doczytałam później - w 1963 r. miała tu miejsce największa katastrofa zapory wodnej, kiedy to duży obryw zbocza do zbiornika spowodował ogromną falę powodziową, która zniszczyła kilka miejscowości w dolinie. Zginęło wówczas prawie 2000 osób, z których połowy nigdy nie odnaleziono. Może dlatego ludzie nie bardzo chcą tu mieszkać? W Longarone, w sklepie sportowym, dostajemy namiary na dwa najbliższe serwisy rowerowe w oddalonym o kolejne kilkanaście kilometrów Ponte nelle Alpi. Koniecznie musimy podjechać - naprawić moją tylną przerzutkę i wymienić szprychę u kolegi. Linka przerzutki zerwała się na najcięższym przełożeniu, więc każdy podjazd - a tych nie brakuje - to dla mnie pchanie roweru z sakwami pod górę. Jadąc doliną Piave: W pierwszym serwisie facet nas po prostu olał i stwierdził, że nie ma czasu. W drugim - maestro szybko uporał się z obydwiema awariami i mogliśmy kontynuować podróż. Czekając na naprawę: Jedziemy w stronę Belluno - to już dość bliskie okolice Wenecji. Architektura staje się taka typowo włoska - zarówno w samym Belluno, jak i po drodze. Zastanawiamy się, czy złapie nas kolejny deszcz, ale przechodzi gdzieś bokiem. Postanawiamy dojechać jeszcze ok. 30 km do Feltre i tam zanocować. Po prawej stronie mamy pasmo Dolomitów Belluńskich ... ... po lewej już przedgórze, przypominające nasze Beskidy: Na ostatnich kilometrach przed Feltre oznaczenia szlaku się skończyły. Mamy do wyboru jazdę bardzo ruchliwą krajówką SS50 albo objazdy bocznymi drogami. Objazd okazuje się bardzo stromym podjazdem, wreszcie lądujemy u jakiegoś rolnika na podwórku, który kieruje nas we właściwym kierunku. W Feltre znajdujemy nocleg w bardzo przyjemnym hotelu, w sercu starego miasta. Akurat odbywa się tam nocny bieg po murach miasta - sylwetki biegaczy z czołówkami wyglądają bardzo zjawiskowo, a publiczność żywiołowo dopinguje zawodników. Po zawodach - huczna impreza w jednej z knajpek, bez reżimu sanitarnego. To mnie trochę zaskoczyło, bo poza tym bardzo restrykcyjnie przestrzegane są przepisy pandemiczne - w sklepach, lokalach, pociągach, kolejkach linowych i pensjonatach wszyscy noszą maseczki i to nie nonszalancko na brodzie, tylko prawidłowo. Jeśli ktoś zapomniał, to personel od razu zwracał uwagę, ale generalnie ludzie sami bardzo się pilnowali. W restauracjach i w jednym z pensjonatów, gdzie była strefa spa, pytano nas, czy mamy green pass (ale nikt nie sprawdzał). Ludzie też raczej przestrzegali dystansu społecznego - z tym jednym wyjątkiem. Jemy przepyszną pizzę, pijemy dwie karafki lokalnego wina i spacerujemy po urokliwej, wieczornej starówce Feltre. [cdn.]3 punkty
-
3 punkty
-
2 punkty
-
25.08 (środa) – Kronplatz-Cortina d'Ampezzo (58 km, pod górę) Rowerowa kulminacja - krajobrazów, wysokości i wrażeń. Rano zjeżdżamy z Rasen w stronę rzeki Rienz, mając przed sobą widok na Kronplatz - jak na dłoni. Widoki będą jednak później jeszcze lepsze. W drodze: Zaporowe jezioro Olanger See: Takie tam, towarzyskie - na moście: Jedziemy w kierunku Toblach i wkrótce oczom naszym ukazują się kontury Dolomitów Sexteńskich: Relaksik w altanie po drodze: I jeszcze raz góry: Jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od źródeł Drawy, gdzie startowaliśmy rok temu. Zajrzymy? Koniecznie! 2021: 2020: Tym razem zamiast na wschód - jedziemy na południe, do Cortiny d'Ampezzo. Szlak rowerowy prowadzi wygodną i szeroką szutrówką wśród gór, przez przełęcz Passo Cimabanche, dawną trasą linii kolejowej. Dzięki temu nabieramy wysokości lekkim i stałym wzniosem. Mając rowery z bagażami - bardzo efektywna opcja. Dużo osób w różnym wieku jeździ tutaj rowerami, ale generalnie na szlakach przeważają elektryki - tak 80%, turystyczne i mtb. I to nie tylko wśród publiki w dojrzałym wieku, ale również sporo młodych jeździ ze wspomaganiem. Takie wygodne pokolenie. Większość ludzi jeździ na lekko, długodystansowych sakwiarzy zdecydowanie mniej niż w Austrii, ale są. A jakie tu się robi przewyższenia? Strava pokazuje tak średnio 700-1000 m verticala dziennie, a na odcinkach tak odczuwalnie "z górki" - około 400 m podjazdów. Jezioro Toblacher See: Przy trasie, w Nasswand, trafiamy na cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej, na którym pochowano ponad 1200 żołnierzy różnych nacji - między innymi 145 Polaków. I faktycznie - odnajdujemy kilka krzyży z polsko brzmiącymi nazwiskami. Miejsc upamiętniających zaciekłe walki między Austro-Węgrami a Włochami w tym okresie jest zresztą sporo po drodze. Dojeżdżamy do jeziora Dürrensee i kultowego miejsca z fantastyczną panoramą na Drei Zinnen/Tre Cime - z jednej strony, a Monte Cristallo z drugiej. Obowiązkowy foto-stop. Croda Rossa: Zbliżamy się do granicy prowincji Trydent-Górna Adyga z Wenecją Euganejską: I jest - jest przełęcz Passo Cimabanche! 1530 m! Jeszcze nigdy nie byłam rowerem na takiej wysokości, jeszcze nigdy nie wjechałam rowerem tak wysoko! Teraz jeszcze parę kilometrów przepięknego zjazdu do Cortiny. Zobaczcie sami! Tunel ... ... a za tunelem ... Tym razem spędzamy wieczór i nocujemy na bardzo ładnym kempingu International Camping Olympia w Fiames, zaledwie kilka kilometrów od Cortiny. Przydały się namiociki i śpiwory, wiezione na wszelki wypadek. [cdn.]2 punkty
-
Pełna zgoda, doskonała technicznie i pilnowana przez psychologa. Marketingowo też mówi to co trzeba. Po prostu profesjonalistka. Jej wartość marketingowa ciągle rośnie. Nie sądziłem że jeszcze za swojego życia zobaczę zawodniczkę która będzie grała na podobnym poziomie co Agnieszka. A jednak cuda się zdarzają:;)1 punkt
-
1 punkt
-
Odebrałem rower z serwisu - Rowery Pana Marvela. Polecam. Dokonali cudu, nawet o to nie proszeni, wcisnęli mnie w kolejkę do autoryzowanego serwisu Foxa. (Gdzie dzwoniłem i termin był na październik) i sami zawieźli tam damper. Damper już zrobiony, niestety koszt to nie 200zł a równe pińcet zł. Zrobili też przegląd wszystkiego co się da. Rozebrane i wyczyszczone zawieszenie, support oraz stery. Naprawiona przerzutka, uszczelnienie opon tubeless, regulacja hamulców i zawieszenia. Rower kupiłem za 8500zł + 200zł dojazd + 60 oględziny w serwisie. Cały serwis kosztował 900zł. Razem wyszło zatem 9660zł. Niby zmieściłem się w 10k ale i tak strasznie to wszystko drogie.1 punkt
-
Kiedyś pisałem podsuwając pomysł zorganizowania dyskretnego wyjazdu narciarskiego sponsorowanego, i z uczestnictwem, np. jakieś agencji towarzyskiej, producenta alkoholu, no i oczywiscie instruktora...... narciarskiego.1 punkt
-
Jaka cudowna relacja i ile wspaniałych zdjęć. Chwilę mnie nie było a tu taki progres, jest co oglądać i co czytać.1 punkt
-
1 punkt
-
Chętnie bym pojechał na taki wyjazd, ale nie wiem czy dziewczynę przekona taka argumentacja Co do narciarskiego Tindera to jest to świetny pomysł. W młodym pokoleniu jest duży problem ze znalezieniem partnerki/partnera. Takie wyjazdy mogą okazać się pomocne.1 punkt
-
Kibice z piłki nożnej to osobna historia. Sportem interesuję się od zawsze i zawsze kibice (kibole) piłkarscy to inna kategoria "ludzi", obchodzi ich wszystko oprócz meczu i drużyny której ponoć kibicują. Czasami nie znają wyniku meczu który podobno oglądają. Kiedyś z ojcem w latach 70-tych wybraliśmy sie na mecz ligowy Legia Warszawa - Stal Mielec. Pamietam wynik 1-0 dla wojskowych. Siedząc wśród kibiców Legii dopingowałem Stal, dopiero ojciec zwrócił mi uwagę, że to niestosowne zachowanie. Na szczęście naokoło nas kibice byli w wieku mojego ojca i w jednym kawałku wyszedłem ze stadionu. Dzisiaj nie wiem czy o własnych siłach dał bym radę. Ostatni mecz piłkarski jaki oglądałem to jedyne zwycięstwo nad Niemcami 2-0. Atmosfera jak na futbol była wyjątkowo spokojna. Zwycięstwo, kibiców rozmiękczyło. Od lat wolę oglądać mecze piłkarskie w telewizji. Do niedawna bardzo podobało mi się kibicowanie na meczach siatkówki, ale tu już też coraz gorzej, coraz bliżej kibicowanie zaczyna przypominać te z piłkarskich boisk, czyli dno...1 punkt
-
1 punkt
-
A powinni bić bić brawa i śpiewać God Save the King ? Wygwizdanie drużyny przeciwnej jest obowiązkiem każdego szanującego się kibica.1 punkt
-
Dzicz i chamstwo w coraz większym stopniu opanowuje tenisowe stadiony (zwłaszcza w NY). Gdzie te czasy kiedy dopinguje sie obu zawodników, nagradza udane zagrania i przede wszystkim nie ma przeszkadzania przed serwisem i w czasie wymian. Początek tłuszczy na trybunach to były spotkania w Pucharze Davisa. Jeszcze trochę i zaczną rzucać w zawodników puszkami, butylkami czy kubkami. Dziwię się, że nie reagują sędziowie. Wystarczy wywalić kilku chamów ze stadionu w otoczeniu ochroniarzy i reszta się opanuje... Tradycji tegorocznego US Open stało się zadość i pary pokonanemu Włochowu starczyło na 1 seta. Trzech wielkich tenisistów w półfinale i młody Kanadyjczyk. Miejsca tylko 2 a wielki finał to już inna bajka...1 punkt
-
Mario, Dla większości ludzi ważniejsze jest by coś było modne, lub tak jak wszyscy, niż poszukiwanie optymalnych rozwiązań. Nawet jeśli temu zaprzeczą, to tak to w praktyce wygląda. Duża podsiodłówka w terenie nie ma prawa dobrze działać, bo to przeczy fizyce. Na asfalcie to nie najgorsze rozwiązanie, bo mało wpływa na aerodynamikę.1 punkt
-
1 punkt
-
Samo wykonywanie czynności serwisowych czy naprawczych nie jest trudne. Problemem jest brak literatury, narzędzi, małe doświadczenie czy też niepełne zrozumienie działania. Wszystkiego można się nauczyć. Czasem jednak lepiej zapłacić, gdy twój czas jest wart więcej.1 punkt
-
24.08 (wtorek) – Klausen-Kronplatz (72 km, pod górę) Rano, zanim wyjechaliśmy rowerami, przeszliśmy się spacerkiem pod wodospad Schrambacher Wasserfall w Feldthurns (tak nazywała się wioska, w której spaliśmy). Wodospad jest widoczny z "brennerki" i warto się zatrzymać w miejscowości, np. na nocleg - jeśli jedziecie gdzieś dalej, na południe Włoch. Z autostrady trzeba zjechać wyjazdem Val Gardena i kierować się na Brixen, z szosy SS12 droga jest bezpośrednia. Kilka kilometrów szlakiem nad rzeką i już jesteśmy w mieście biskupim Brixen, o czym świadczą liczne, emanujące przepychem sakralne budowle. Katedra: Akcent brukarski: Charakterystyczna fontanna na rynku: Eisack za Brixen: Po minięciu przedmieść Brixen szlak zaczyna bardziej stromo wspinać się w górę i odchodzi od rzeki, przechodząc z jednej strony autostrady na drugą. W pewnym momencie odbijamy się od zamkniętej kładki (obrywy skalne). Objazd jest źle oznaczony, próbujemy na azymut przedostać się do doliny Pustertal, co nie jest takie proste w plątaninie dróg, autostrady i linii kolejowej. Spektakularnym wysokim wiaduktem nad Eisack wjeżdżamy do miejscowości Aicha. Zdjęć nie robiłam, skupiona na tym, aby nie wpaść pod samochód na ruchliwej szosie SS49. Wreszcie można spokojnie odetchnąć wśród zieleni, z widokiem na dolinę: Ruiny zamku Mühlbacher Klause: Teraz jedziemy wzdłuż rzeki Rienz: Na szlaku rowerowym Pustertal-Radweg co jakiś czas umieszczono tablice z licznikiem rowerzystów. Pokazuje godzinę, datę, liczbę rowerzystów danego dnia i od początku roku. Podjazd - zjazd, podjazd - zjazd. Tak to wygląda. Przejeżdżamy przez gwarny i pełen turystów Bruneck, zastanawiając się, czy zaraz nie złapie nas ulewa. Oryginalna ekspozycja sklepu górskiego A podobno to w języku polskim jest dużo spółgłosek? Jest i akcent wielkopolski (na cześć miasta partnerskiego): Na promenadzie - bach! Kolejny źle oznakowany objazd. Szukamy drogi, pytając napotkanych mieszkańców i rowerzystów. Jak widać sady ustąpiły miejsca polom kukurydzy. Za to mamy widok na Kronplatz: Zbliża się wieczór - czas poszukać noclegu. Odbijamy się od jednego telefonu do drugiego, od jednych drzwi do drugich. Nigdzie nie ma miejsc - podobno w sierpniu to tutaj normalne. W końcu jedna z właścicielek pensjonatu obdzwania po kolei kilka miejscówek i znajduje nam dwójkę i dwie jedynki w hotelu w Rasen. Jedziemy - ale, że trochę nam trudno trafić po ciemku i w deszczu, dzwonię na recepcję potwierdzić przyjazd i uprzedzić, że będziemy ciut później. Właściciel opieprza mnie, dlaczego jeszcze nas nie ma? A potem jest już tylko gorzej ... Gdy docieramy na miejsce, w recepcji zastajemy jakiegoś nienaturalnie pobudzonego chłopaka, który ma trudności w wykonaniu tak prostej czynności, jak zakwaterowanie czwórki gości. W końcu robi to za niego starszy kelner. Po otwarciu mojej "jedynki" kartą okazuje się, że jest ona ... zajęta przez kogoś innego. Wracam na recepcję i spokojnie przedstawiam, jak się sprawy mają - chłopak dostaje histerii, wszyscy biegają, telefonują, starszy kelner wkurzony - jak w jakimś wariatkowie. Okazuje się, że nie ma więcej wolnych pokoi i musimy przespać się z Darkiem w drugiej "jedynce" - wielkości kajuty na statku. Kelner przychodzi na górę i przeprasza moją koleżankę i jej męża w "dwójce" za zaistniałą sytuację. Istny dom dla obłąkanych, ale raczej nie mamy planu B, więc pozostaje nam iść napić się do baru i jakoś przenocować do rana. [cdn.]1 punkt
-
Dzisiejsze soczyście mazowieckie 150 kilometrów , w gronie Przyjaciół - do kultowego kolarskiego miejsca: Góry Kawiarni w Górze Kalwarii Ciekawostka? Gdy się wchodzi do toalety, włącza się nagranie jednego z etapów TDF gdy wygrywał Rafał Majka... Rok 2014. ...a komentatorzy? "PCHAMY, PCHAMY, PCHAMY!!!"... I tak właśnie spędza się czas w tym WC Pierwszy mural: Ryszard Szurkowski. Niesamowity kibelek W środku już ok 10siątej masa Kolarzy. Zjeżdżają się tutaj cykliści z Warszawy, Radomia, Warki, Białobrzeg... Kultowa Miejscówka! Wnętrze: Mural numer dwa, to nasz Mistrz Świata Michał Kwiatkowski Lokum kipi kolarstwem... Kawa pyszna, ciasto też Z Paulą Kawiarnia mieści się w wąskiej narożnej kamienicy: Nasz czteroosobowy peleton Klimat jest! Foto fotografa Pani Kolarka Pan Kolarz: Wystartowaliśmy z Radomia o 7 rano. Temperatura na początku jazdy +4. Zimno...ale daliśmy radę! Łącznie zrobiliśmy 150 kilometrów, jazda lekka - średnia 31,5 km/h. Super dzień i fajny Coffe Ride! Kwiato! Krótka przerwa była również w Warce na rynku Hetman Czarniecki! Świetny dzień na naszej pięknej mazowieckiej ziemi! Słowenia jest cudowna...ale nasze serca, biją tutaj Pozdrawiam marboru1 punkt







