Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 05.01.2017 w Odpowiedzi
-
Bieńkula 05.01.2017 Dziś wystartowała Czyrna, od samego rana ok.40 osób szukających nieprzetartych tras błyskawicznie rozjeździło dziewiczą Bienkulę i 1. Bar i toalety zamknięte, Bieńkula-nie widać jakichkolwiek przygotowań do naśnieżania, 50cm śniegu- nie ratrakują, mało tego na trasie leżą w poprzek zwalone drzewa - czyli pełny profesjonalizm TMR. Oczywiście trasa oficjalnie zamknięta. Nowe tablice z planowanymi gondolami mylą niezorientowanych, przypadkowo odwiodłem towarzystwo stojące pod nową mapą na Hali Skrzyczeńskiej , planowali zjechać do nowej gondoli w Czyrnej przy drodze i później pojeździć krzesłami w Solisku Około 10:00 spadła lina, ale szybko uruchomili drugi orczyk. I najważniejsze jeździło się super bo był lekki świeży puch.14 punktów
-
Mało mamy na tym forum Sudetów to tym razem wygrzebałem taką relację dokładnie sprzed 2 lat. Z okazji prognozowanego opadu śniegu w ilości 5 cm postanowiliśmy 4.01.2015 z Kamilem rozpocząć skiturowy sezon. Wybraliśmy Szklarską kalkulując, że ponieważ warunki są delikatnie mówiąc nierewelacyjne to skorzystamy z nartostrady Puchatek w przemieszczaniu się w dół. Prognoza się sprawdziła na chodnikach i jezdniach Szklarskiej zagościła skromna biała warstwa. Rozpoczynamy przy Puchatku gdzie około 9.30 jest tak Na pośredniej podejmujemy spontaniczną decyzję - skontrolujemy stan Śnieżynki. Na nartostradzie intensywnie pracują armatki polewając nas mieszaniną śniegowo-deszczową moje nylonowe spodnie robią się mokre, przyjmuję to bez entuzjazmu... Kurtki chrzęszczą i wyglądamy tak... górsko. Stan trasy jest nie beznadziejny. Na dole ok, w środku - wszędzie wystają trawy a tam gdzie jest troszkę więcej śniegu przejechał ratrak - niestety bez fartucha, góra (Świąteczny Kamień) w zasadzie jedno wielkie lodowisko. Czym wyżej tym bardziej "zimowo" i na górze jest tak Przy schronisku wieje potężny wiatr spychając nas z zalodzonych stopni, zastanawiam się jak tutaj dostać się na górę nie ryzykując potłuczeniem. W środku pijemy herbatę i kombinujemy co dalej - warunki mocno niepewne, możemy iść dalej do Łabskiego ale co z zjazdem? Jest czy nie? Postanawiamy ruszyć w dół rozeznaną już Śnieżynką a później dygnąć się z dołu na Łabski - jeśli po drodze będzie słabo to najwyżej zmienimy plan. Zjazd, jak każdy zjazd, okazał się całkiem miły (zgodnie ze starym skiturowym przysłowiem "lepiej źle jechać jak dobrze iść"). Droga na Łabski zaskakująco dobra wręcz znakomita, szybko dochodzimy do schroniska, tam lekki obiad i dalej. Pogoda robi się już bardzo klimatyczna. Podłoże po którym idziemy wygląda na początku tak A później ten podziurawiony lodowy ser salami zmienia się w powierzchnię nabitą niewielkimi lodowymi ćwiekami. wszystko to trzeszczy i łamie się pod naciskiem. Przewidując, że zjazd będzie hardcorowy nieśmiało proponuję abyśmy może zakończyli tutaj wycieczkę. Kamil jednak nie należy do tych co sobie łatwo odpuszczają i ustalamy, że idziemy dalej. Na grani za zasłoną jakiejś ostałej kosówki przepinamy narty Jest totalnie ciemno, zero rysunku, jazda po tych taflach lodu, pełnych nierówności nie jest lepsza od spaceru (też niefajnego). Do tego boję się, że coś sobie mogę zrobić więc manifestuję swoją odrębność - odpinam deski i zasuwam (ostentacyjnie ) z buta. Kamil jest tylko kawałek przede mną. Ale od schroniska robi się naprawdę fajnie - zjazd po drodze jest rewelacyjny. Dalej Puchatkiem wśród narciarzy i po chodniku do auta. Skiturowy początek sezonu za nami! Pozdro Wiesiek12 punktów
-
11 punktów
-
Zanim przejdę do opisu 6 i 7 dnia Pozwolę sobie na refleksje, które mi się nasuneły podczas kolejnych dni - w schroniskach były całe rzesze narciarzy i sprzętu więc populacja badawcza była spora. Demografia Parytet damsko-męski ustaliłem na 1:8. Ogólnie towarzystwo... zgredziarskie - łapaliśmy się na średnią wieku. Zdałem sobie sprawę, że bardzo możliwe, że ci wszyscy narciarze to pionierzy skiturów (czyli miksu nordycko-alpejskiego), którzy zakładali pierwsze Silvretty a później TLT. Nikt nie miał kamerek na kasku, długich kurtek i obwisłych spodni za to wszyscy o 7.00 rano byli już na szlaku i w dobrym tempie pokonywali te 1500 m w pionie. A później zjazd, często w pięknym stylu, na przecież jednak kompromisowym sprzęcie. Pomyślałem sobie, że freeride to chyba jednak zjawisko bardziej kulturowe jak narciarskie - bo jak "sprzedać" całą tę niefektowną zbieraninę. Czyli freeride to fun i młodość a skitur - zgredziarstwo (w domyśle). Oczywiście żartuję. Trochę. Pomysł na freeride Po raz pierwszy zobaczyłem, że można w tym narciarstwie wysokogórskim tak zdecydowanie postawić na dobrą jazdę. W Austrii, w której dotąd głównie chodziłem, jest jednak sporo niżej, tutaj były miejsca gdzie po 5 km podejściu miało się 1500 m przewyższenia. Przy mocno zaciekłej ekipie można byłoby zaliczyć dwa zjazdy dziennie (darowując sobie ostatni dolny kawałek pierwszego zjazdu). To zdecydowanie dobra alternatywa dla heliskingu (koszt zero i dwa zjazdy) czy jazdy z wyciągu (tu dla odmiany jakość zjazdu była jednak nieporównywalna z tym co przeważnie da się zrobić). Nocleg w stałym miejscu (np Brance) pozwala zabrać wiecej rzeczy w roli luksusowego zapasu. Według tego wzorca działała para sympatycznych Czechów, którą przydzielono nam do towarzystwa przy stole. Można też zdecydować się na troszkę solidniejsze narty. Sprzęt Po raz kolejny przekonałem się o absolutnej dominacji wiązań Dynafita - stanowiły 2/3 całości, pól na pół radicale i verticale. Z reszty - głównie diamiry, praktycznie nieobecny marker a w szczególności Barony, Diuki. Zaobserwowałem wyraźne "poszerzenie się" nart - moje 72 mm były chyba jednymi z najwęższych (ale wcale nie zamierzam tego zmieniać, nawet przeciwnie jestem coraz bardziej do nich przekonany). Teraz około 82 mm jest chyba nowym standardem, są czasem obecne narty jeszcze szersze - zauważyłem nawet parę UBAC-ów (z TLT). Po raz pierwszy był snowboard (split) - daje to obecność na poziomie 0.1 %. W butach najwięcej było Scarp Maestrale (ale znów nie tak dużo), reszta to wielka różnorodność, w sprzęcie wspinaczkowym było podobnie, mogłem pomacać wszystko co jest oferowane (choć nie znalazłem czekana campa Nanotech). Schroniska Porównując je do austriackich (oczywiście tych które znam) to są sporo brzydsze, także standard pokoi jest gorszy. I zdecydowanie większa dekapitalizacja. Na korzyść Włochów można zapisać kuchnię, mimo, że raczej niewyszukana (czyli makaroni zawsze) to jednak bardzo smaczna. Co prawda śniadania to była lekka porażka (głównie na słodko). Pobyt w schroniskach był tutaj wyraźnie droższy jak w Austrii (co najmniej 5 E). Bardzo niemiłą niespodzianką był praktycznie brak wywieszanych prognoz pogodowych, a ponieważ nie mieliśmy dostępu do netu - utrudniło to podejmowanie optymalnych decyzji. Dzień 6 Zauważyłem, że w moich opisach skiturowych przejść zawsze jest jakiś smrodek dydaktyczny. Coś o szkole pokory jaką łatwo w górach można dostać. I cóż - czy to przyzwyczajenie, czy to tak jakoś jest ale ta dodatkowa 6 i 7 godzina lekcyjna właśnie miała się zacząć. Naszym celem był drugi szczyt grupy Koenig Sp (3851 m). Po ewentualnym wejściu i jeszcze bardziej ewentualnym zjeździe (do rzędnej około 2850 m) mamy przemieścić się do schroniska Rif Guasti, które drobiazg, leży na wysokości 3269 m. Poranek za oknem wyglądał tak Takie psychodeliczne róże i niebieskości znajdziecie zawsze po przeciwnej stronie wschodzącego (i zachodzącego) słońca, które podnosząc się odsłaniało kolejne chmury. Wybiegłem więc przed schronisko z nadzieją, że zdążę złapać Koenig Sp. jeszcze w słońcu. Co rzeczywiście się udało. Po śniadaniu wyglądało już tak Dojście pod żleb podejściowy jest nieoczywiste, mamy różne traki omijające potężną skałę z lewej lub prawej strony. Przy braku rysunku nie możemy za bardzo ocenić optymalnej drogi i nagle stajemy przed perspektywą trawersowania stromego kociołka bądź zjazdu trochę w dół i dodatkowego podejścia. A ponieważ prawdzi faceci się nie wycofują to wybieramy kociołek, poza Kamilem, który ma swoje zdanie w tej kwestii. Idę ostrożnie ale robię zły ruch i jadę komfortowo w dół. Bez żadnej szansy na zatrzymanie, zanim udaje mi się odwrócić kijek i złapać go przy talerzyku i wbić w śnieg to trochę mija. Kamil już dawno odrobił straconą wysokość i ze stoickim spokojem czeka na nas. Pytam się siebie - ile to już razy obiecywałem sobie, że zamiast próbować używać swojej łepetyny prościej popatrzeć co robi Kamil - w 3 przypadkach na 4 znajduje lepsze rozwiązanie. No nic to, żleb wejściowy na Koenig Sp.i strome pole pod nim już widać. Gdzieś w jego środkowej części jest skidepo (pozostawiony sprzęt narciarski - jego właściciele zdecydowali się, na piesze wejście i zejście). Adaś, Darek i Kamil robią to samo a Robert i ja przytraczamy narty do plecaków, wcześniej opróżniając je z części ekwipunku. Raki i czekan, i dalej w górę. W żlebiku, który szybko osiągamy jest koszmarnie twardo i stromo. Nie dość tego lodowe rynny są bardzo nierówne. Przyglądam się bardzo uważnie terenowi, zjazd normalnie byłby w miarę spoko ale teraz wygląda to lekko hardcorowo. Chmury schodzą w dół zaczyna padać śnieg. Dochodzimy do wlotu żlebu - jest na szerokość nart i to nie za długich (to właśnie miejsce zaznaczyłem na zdjęciu w dniu 5) Wychodzimy, już we mgle, na szerokie pole. Obok jest skidepo - wyraźnie mocniejsze zestawy sprzętu, których posiadacze poszli dalej.Tutaj odbywa się dyskusja Robert i Kamil chcą koniecznie wleźć na szczyt, Adaś i ja jesteśmy przeciwni - pogoda się wyraźnie psuje, widoczność spada, czas też nie wygląda dobrze bo do góry jest jeszcze ponad 400 m. Czyli z powrotem, chłopaki schodzą a Robert i ja na narty. W między czasie z góry schodzi ekipa od skidepo - 5 młodych facetów. Dwóch zakłada narty a reszta przytracza je do plecaków i schodzi. Czyli chętnych do zjazdu nie za dużo... Zjazd to dużo powiedziane, praktycznie pojedyncze skręty i zsuwanie. Pocieszam się, że jest duża szansa wyjścia w miarę cało z upadku choć niestety skała na dole od wewnętrznej części żlebu może się znaleźć na torze zsuwu - staram się więc trzymać drugiego brzegu. Na nierównościach Robertowi wypina narta (ląduje ze 300 m dalej) więc ściąga drugą i dalej schodzi. Na dole chłopaki biją mi brawo, dopiero teraz uzmysławiam sobie, że nawet jednej foty nie zrobiłem (zbyt byłem podminowany) więc uwieczniam sam siebie aby mieć pamiątkę. Stok z tyłu, który trochę widać to już zdecydowanie łagodniejsza, "płaska" część zbocza. Dalej jest jeszcze trochę zjazdu a później po założeniu fok długi trawers do rozległego kotła. W kotle zastajemy radykalną zmianę warunków - wierzchnia sypka warstwa śniegu co chwila ustępuje pod nartami grożąc upadkiem. K... lecą co chwila ale nie to jest najbardziej niepokojące - kocioł jest olbrzymi o lekko rosnącym spadzie bez jakichkolwiek garbów. Czuję się jak mucha zaglądająca do wnętrza armaty - kiedy odpali? Reszta też straciła humor, rozciągamy się i najkrótszą droga idziemy na śnieżno-skalną grzędę stanowiącą bok kotła. Wejście na skały jest lekko kłopotliwe (szczególnie dla mnie bo szedłem ostatni i została mi najstromsza część zbocza). Ale dalej, już z nartami na plecach i w rakach jest komfortowo bo bezpiecznie. Idziemy szybko podpierając się kijami o zredukowanej długości - jedyna znana mi (poza transportem) sytuacja gdy przydają się regulowane kije. Kolejne skalne grzędy wyprowadzają nas na grań. Jesteśmy daleko od szlaku ale na szczęście mamy traki letniego szlaku turystycznego więc nimi się kierujemy. Od pewnego czasu słyszymy wycie syreny alarmowej - podejrzewamy, że to ze schroniska, nie jesteśmy jednak pewni kierunku, gdyż dźwięk może się odbijać gdzieś po drodze. Nagle we mgle dostrzegamy bryłę schroniska. Z bliska jest olbrzymia. Wchodzimy w rozdzierającym hałasie. Schronisko jest gigantyczne (a obok jest jeszcze drugie) - oceniam je na minimum 250 miejsc. Narciarzy jest 12 (razem z nami) gospodarzy tutaj Słowak. Noc mam wyjątkowo kiepską - podczas snu brakuje mi ciągle powietrza (i to mnie wybudza) - jest to o tyle dziwne, że spałem w sporo wyżej położonych schroniskach i schronach, chodziłem też wyżej i nigdy nie miałem kłopotów oddechowych. Cały czas sypie śnieg i ostro wieje. Nie jest to dobry prognostyk na jutro. dzień 7 - powrót Potężny wiatr, nawiane zaspy i mgła wita nas przy wyjściu ze schroniska. Przewidująco założyłem solidniejsze spodnie z membraną. W takich warunkach nie powinno się wyżej po górach chodzić ale ponieważ jutro jest Wielkanoc więc nikomu nie uśmiecha się czekanie w górach. Droga powinna być bezpieczna a najbardziej obawiamy się kiepskiej widoczności. Bo tak to (nie) wygląda. Początkowo traki prowadzą dość płasko - śniegu spadło tyle, że bez kijów trudno jechać. Idzie to bardzo powoli bo bez przerwy kontrolujemy położenie. Po jakimś czasie dojeżdżamy do najstromszego odcinka. I tutaj zaczynają się schody nie wiadomo co dalej - bo robi się mocno stromo a dalej nic nie widać. Robert bardzo ostrożnie penetruje zbocze ale ponieważ śnieg ma ochotę zjeżdżać to wraca. Być może to krótka ścianka zakończona wypłaszczeniem ale równie dobrze może być podcięta. Tak zajmuje to nam pewnie z 30 min. wreszcie znajdujemy obejście, lekko się przejaśnia i jedziemy dnem szerokiej doliny. Spad jest w sam raz i na tym puchu robi się naprawdę miło. Zjazd trwa, coraz wiecęj widać Gdzieś na rzędnej 2500 m spotykamy pierwsze grupy idące w górę. Temperatura rośnie, zaczyna padać deszcz i puch zamienia się w paskudną masę trudna do jazdy. Mijamy z żalem schronisko Zufallhutte (chcieliśmy pożegnać się z "naszą" ekipą i napić kawy ale mamy co najmniej godzinę opóźnienia. Teren jest bardzo zróżnicowany, warunki też bo co jakiś czas kłaki mgły odbierają oczy. Zabawa jest przednia bo musimy jechać wąziutkim szlakiem podejściowym (bo obok się nie da). Na zakończenie wypadamy na polance obok parkingu. samochód wygląda tak: Przebieramy się w opadzie A gdy za pół godziny (w Austrii) jest tak pytamy się - o co tu chodzi? Podsumowanie Pierwsze 5 dni było naprawdę rewelacyjne (mimo wygwizdowa). Zrobiliśmy 100% planu maksimum. Trochę szkoda Koenig Sp. ale w tych warunkach nie miało to sensu a nawet było zgoła nierealne. Brak prognozy pogodowej uniemożliwił nam podjęcie optymalnej decyzji jaką był zjazd w dół w 6 dniu (warunki były jednak lepsze jak po nocy) i awaryjny nocleg w Zufallhutte. Jak zawsze sporo innych wniosków (szczególnie w zakresie prognoz pogody). Pozostał mi pewien "narciarski niedosyt" - postanowiłem go zmniejszyć. I wszystko wskazuje, że pod koniec czerwca (w trochę zmienionym składzie) będę mógł "dopchać się" na maksa - zaatakujemy gniazdo wysokich czterotysięczników - masyw Monte Rosy. Pozdro Wiesiek10 punktów
-
Jak Mitek słusznie zauważył nie przedstawiłem bohaterów relacji. Ekipa jest w zasadzie wrocławska choć Robert jedną nogą (tę większą) żyje w Jeleniej Górze. Chodzimy razem na tury od paru lat - w całej grupie lub czasem w podgrupach. Wiekowo jesteśmy mocno jednolici i jednak już troszkę przechodzeni - łapiąc się na wątek "narty po 50-ce". Robert (czerwona kurtka) będący naszym guru to starszy ratownik GOPR, instruktor GOPR, narciarski, skiturowy, skialpinistyczny. Jako jeden z pierwszych w Polsce zajął się narciarstwem wysokogórskim - pewnie ze 25 lat temu. Kamil (czarna kurtka - forumowy nick - kskuski) to narciarz z odzysku (porzucił snowboard), nasz grupowy nawigator i logistyk (opracował plan tego wyjazdu), do tego kiedyś wspinacz a teraz maratończyk. Adaś (z brodą w zielonej kurtce lub czerwonej puchówce), część forumowiczów powinna go znać, oprócz narciarskiej pasji ma wspinaczkową a konkretnie to włażenie na wielkie drzewa. Darek (zielona kurtka) to (mam nadzieję, że reszta mi to wybaczy) najsympatyczniejsza, najpogodniejsza i najbardziej pozytywna postać naszej ekipy - teraz bardzo mocno zajęty i wyjazd z nami był jego jedyną tegoroczną przygodą z nartami. Co do mnie to jestem fotografem (samozwańczym) grupy, z tej racji przeważnie zasuwam z przodu, torując drogę reszcie i uwieczniając ich w "pięknych okolicznościach' lub czasem dla odmiany snuję się z tyłu, zatrzymując co kawałek. Myślę, że z całej ekipy jestem zdecydowanie nastawiony najbardziej pronarciarsko - mogę wleźć na każdy szczyt pod warunkiem, że da sie z niego zjechać. Ale nadmiernie długą wspinaczkę uważam za stratę czasu i niezbyt lubię mocną ekspozycję. Dla utrzymania kondycji przez cały rok jeżdżę na rowerze. dzień 4 Dzisiaj w planie mamy wejście (i zjazd) na Palon de la Mare (3708 m). Schronisko, czego dotąd nie napisałem to 2487 m n.p.m. - tylko 12 m niżej jak Rysy... Przewyższenia jest więc do przejścia troszkę powyżej 1200 m. Nie bardzo łączy sie to z czymś innym czyli zapowiada się przyjemny, troszkę lajtowy dzień. Po krótkim zjeżdzie zaczyna się podejście - od razu widac, że to konkret. Ekipa przed nami praktycznie od razu zakłada harszle bo jest twardo i stromo. I rzeczywiście wysokość zdobywamy w ekspresowym tempie i zanim się spostrzegłem jest tak. Niestety solidny wiatr z wysokością tężeje i idziemy w niskiej zamieci i na zmianę jest tak i tak Imponujące pióropusze przyozdabiające granie i szczyty pokazują, że na górze milej nie będzie. Przypominamy sobie wczorajszy (czerwona strzałka) zjazd (i banany nam zakwitają) a ja bezwarunkowo zakochuję się w zjeździe z Tresero (niebieska strzałka)) i usilnie przekonuję moich kompanów, żeby go jutro zrobić. Wiatr, który wieje już parę dni, przy ujemnej temperaturze (-12 stopni na 3000 m) potworzył twarde struktury - po czymś takim przyjdzie nam jechać... Ostatni odcinek to stopniowo pokonywane łagodne kopuły z których każda wydaje się ostatnią. Ścieżka dojściowa mocno kręci wśród skał. Na górze jesteśmy w 8 osób. Zjazd obok kamieni wydaje się kłopotliwy ale Robert z Kamilem są niezawodni, zamiast kombinować wzdłuż drogi podejściowej, schodzimy kawałek po skałach i docieramy do pięknego podszczytowego pola gdzie czeka śnieg do zepsucia. Dalej jest już bajka więc "w tych pięknych okolicznosciach przyrody" zatrzymujemy się na popas. Znów zjeżdżamy a ponieważ mamy multum czasu postanawiamy wejść na niewielką grań gdzie podczas podejścia przyuważyliśmy coś co wyglądało na jakąś budowlę. I rzeczywiście znajdujemy tam dość rozbudowane stanowisko ogniowe a po drugiej stronie doliny spostrzegamy analogicznegy zespół. Jak pomyślę sobie, że na tej wysokości (powyżej 3000 m) ktoś kazał siedzieć tu i tam chłopakom w różnych mundurach i celować do siebie to robi mi się dziwnie. Zjazd, zjazd, zjazd - to kolejne pola śnieżne, żlebiki i "piękne okoliczności przyrody". Tym razem do schroniska nie musimy podchodzić, trawers brzegiem zbocza plus mostek wyprowadzają nas na taras Brancy. Dzień 5 To dzień przejścia do kolejnego schroniska. Moi koledzy nie dali się przekonać na lekko forsowny plan wejścia na Tresero a później po zjeździe do Brancy, przejścia dołem doliny do naszego nowego punktu. Mamy więc dość lekki plan wejścia na Pasquale (3558 m) i zjazd do Rifugio Pizzini - Fratolla (2706 m). Na początku powtarzamy (w drugą stronę) trasę z dnia 2. Wygląda, że będzie to kolejny piąty dzień pod znakiem Kielc. Monstrualnych Kielc. No bo popatrzcie sami, na focie poniżej, grań wznosi się spokojnie z 500 m powyżej terenu - wychodzi więc, że pióropusze porwanego śniegu mają po 100 m wysokości. I to tak lekko. Aż dziw, ze jeszcze coś tam zostało. Ta wichura jest już troszkę wkurzająca, nie przypominam sobie turów w których bym cały dzień (dzień w dzień) był w w dwóch warstwach, miał zawsze naciągniętą kominiarkę, czapkę i kaptur i mimo tego czasem trząsł się z zimna. Grubsze rękawice narciarskie które zawsze mam awaryjnie na wypadek kibla i do zjazdu też mam cały czas na rękach a i tak musiałem parę razy je rozcierać aby przywrócić krążenie. Przy podchodzeniu wiatr też nie pomaga bo nie wiem czemu ale zawsze jest w twarz a czasem to nawet trzeba było poczekać w czasie trawersowania aż się uspokoi. Ten wiatr też przetwarza silnie podłoże - jest twardo jak na zawodniczej trasie, niestety ale trochę nierówno. W nawianiach śnieg zgipsiały, ciężki do jazdy, w zasadzie zmianę kierunku jazdy trzeba przeprowadzić w powietrzu. Choć na zjazdy trudno narzekać - jak zawsze gdy coś widać. Co do podejścia to końcowy odcinek przed przełęczą jest na tyle stromy, że nie opłaca się iść na nartach i podchodzimy go na husara. Później zakładamy narty i lądujemy (sami) na Pasquale. Tutaj mogę przyjrzeć się naszemu kolejnemu celowi - Koenig Spitze 3851 m. Sterczy wprost z dużo niższego ciągu szczytów.To już jest bardzo wymagający szczyt. Zjazd jest sklasyfikowany jako ekstremalny. Szczególnie środkowa jego część wygląda niezachęcająco. Wykadrowałem część zdjęcia abyście mogli sobie obejrzeć to lepiej. Strzałką zaznaczyłem - no właśnie o tym napiszę w 6 dniu. Na razie jest tak Ale po chwili W kotlince w którą zjechaliśmy jest przytulnie jak pod babciną pierzynką, robimy popas a ja z Kamilem postanawiamy powtórnie podejść w stronę przełęczy pod Pasquale i ponownie sobie zjechać. Sprawę traktujemy oczywiście ambicjonalnie i na górze doganiamy parkę, która była w połowie stoku jak zaczynaliśmy. Po zjeździe reszta zapina narty i w drogę. Wkrótce widzimy nasz cel. Schronisko na tyle ile paskudne z zewnątrz jest przytulne w środku, widok z okna - bardzo przyzwoity. CDN Pozdro Wiesiek10 punktów
-
Ponieważ od pewnego czasu nasza skiturowa grupka zdecydowała się na większą obecność na tutejszym forum to w ramach eksperymentu postanowiłem poprzenosić moje relacje z odbytych już wojaży. Na początek relacja z trawersu Ortlera z 2014 roku "Ukoronowaniem" (choć to jeszcze niekoniecznie) naszego sezonu narciarskiego miał być trawers masywu Ortler - Cevedale - rozległej grupy położonej w południowym Tyrolu i znanej "normalnym" narciarzom z takich stacji jak Sulda, passo dello Stelvia, Santa Caterina Valfurva, blisko leży też Bormio. Po dokładniejszym przyjrzeniu się obszarowi trawers zamienił się w trochę "gwiaździstą" eksploatację terenu. Zaplanowaliśmy 7 noclegów w czterech schroniskach. Ponieważ w pierwszym schronisku były dwa noclegi a w drugim trzy można było zabrać więcej żarcia z myślą, że je zutylizujemy przed końcem tury i nie będziemy codzienne musieli targać. W kwestii plecaków już kiedyś pisałem więc krótko; mieliśmy sprzęt narciarski (narty, foki, buty, harszle, kije, gogle, rękawice), ratunkowy (ABC), wspinaczkowy (2 liny na pięciu, szpej, raki, czekan), ciuchy (razem po trzy warstwy) okulary IV kategorii no i kapcie, wkład do śpiwora, apteczka, zestaw naprawczy. Na zespól była też jedna zapasowa foka. Oprócz tego zabrałem czapkę z wielkim daszkiem i ochroną karku a także kominiarkę, która lepiej sprawdza się od buffa i lekkie rękawiczki. Wspomnianego na początku szturm żarcia zabrałem około kilograma - minimalnie za dużo. Nie wziąłem termosu tylko butelkę PET (i tabletki musujące z magnezem). Razem dało to normalny plecak bez nart i butów pewnie z 12-13 kg. Dojazd z Wro zajął 12 godzin - około 18.30 dotarliśmy do końca drogi w dolinie Martell. Przed 20.00 zameldowaliśmy się w schronisku Zufallhutte pytamy: - sprechen sie deutsch? - ja naturlich, i po włosku i po polsku też! Szczęka nam opada - ekipa w schronisku jest głównie polska, trzy dziewczyny (no wstydu to one nam nie przynoszą) z Anetą na czele, kucharz też Polak, Włoch właściciel i Rosjanka to chyba cała reszta ekipy. Wybiegają na chwilę aby nas obejrzeć - okazuje sie, że jesteśmy pierwszą polską grupą od 3 lat! Chyba brakuje miejsc noclegowych bo dostajemy 2,5 dwójki (a zamawialiśmy zbiorówki). Ja z Kamilem mamy nawet pojedyncze łóżka, umywalkę w pokoju i jest - szok - pościel. w kranach ciepła woda. Dzień 1 Śniadanie o 6.30 trochę po 7.15 wychodzimy, jak zawsze, raczej jako jedni z ostatnich - aby iść po śladach tubylców. Wysokość schroniska to 2265 m.n.p.m. Naszym celem jest kollkuppe (3330). Rano jest mglisto, wietrznie i w takich warunkach lądujemy na przełęczy pod szczytem (3306). Razem z nami jest pewnie kilkunastu narciarzy. Do szczytu brakuje tylko 30 m ale uznajemy, że w tym wygwizdowie i mgle nie ma sensu tam włazić, podobnie myśli większość. Zakładamy narty i jazda. Widoczność jest mocno ograniczona ale stopniowo rozwiewa się i przy schronisku jest już tak. Pora jest mocno wczesna koło 13.00 jesteśmy obok schroniska (2265 m) więc co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Proponuję aby spróbować wleźć na Madritsch spitz (3255). Dobra widoczność się stopniowo kiepści i gdzieś pod przełęczą na wysokości pod 3000 ściągamy foki i jazda w dół. Stopniowo coraz więcej widać, początkowe strome ścianki kończą się rozległymi dolinami i jedziemy sobie jak Pany. Budynek po lewej to hotel przed którym parkujemy a ten po prawej schronisko. Bilans dnia to 1700 m w pionie, w sumie 20 km podejścia i zjazdy. W schronisku przeparkowują nas do 6-ki (dodając nam Austriaka do kompletu). Warto wspomnieć, że kuchnia tutaj jest naprawdę dobra i w wielkiej obfitości. Dzień 2 Następnego dnia czeka nas zmiana miejscówki ale zanim to nastąpi to jest kawałek drogi. Plan jest następujący. Wpierw na Monte Cevedale (3769 m) później krótki zjazd w dolinę Vedretta di Cadec a nastepnie przez przełęcz pod Pasquale (3431 m) i na końcu zjazd do schroniska Branca. Dyskutujemy drogę podejścia i ustalamy dość długą linię łagodnie okrążająca ZufallSpitze (szczyt leżący tuż obok naszego celu) i wchodząca na Monte Cevedale od północy. Wydaje się, że to zdecydowanie dłuższa droga niż wejście od wschodu ale zagęszczenie poziomic pokazuje, ze byłoby tam dużo trawersowania a tak wygląda, że będzie można rozpędzić jak pociąg i może to być szybsza a co ważniejsze przyjemniejsza droga. Ta kalkulacja okazuje się trafna. Za to cały czas wzmaga się wiatr i po bardzo wrednym końcowym podejściu lądując na szczycie dosłownie telepiemy się z zimna. Za granią na szczęście nie wieje i udaje się powoli dojść do siebie. Zjazd wzdłuż seraków jest bardzo urokliwy a później po przezbrojeniu nart wchodzimy na przełęcz pod Pasqualle. Ściagamy foki, na początku jest stromo i w dodatku jedziemy po starym lawinisku ale z czasem się wypłaszcza i robi się pięknie. Wypatrujemy jakiegoś przytulniejszego miejsca aby zrobić sobie przerwę bo czasu do obiadokolacji jeszcze sporo. No wygląda, że wiatr wieje wszędzie i z różnych kierunków W Brance (2487) dostajemy sympatyczną 6-kę więc mamy dodatkowe łóżko na bety. Karmią tutaj też świetnie. Bilans dnia to 1700 m w pionie Dzień 3 Położenie Brancy jest genialne, w okolicy roi się od szczytów 3500-3700. Za pierwszy cel obieramy Matteo (3678), dzień wita nas sporym zachmurzeniem, zjeżdżamy kawałek i ubieramy foki. Miła niespodzianka - szybko przejaśnia się - "nasz szczyt" tkwi gdzieś w chmurach na końcu doliny. Początkowo idziemy za niewielką grupką ale później decydujemy się na "własną" drogę podejścia - wykorzystując długi, wysoki i wygodny grzbiet moreny bocznej, która komfortowo przeprowadza nas przez pofałdowany teren lodowca. Za nami podążają inne grupy. Szybko zdobywamy wysokość i robi się coraz piękniej. Podziwiamy olbrzymie seraki. Na grani jest już bardzo twardo a miejscami dla odmiany drobniutki sypki i nietrzymający śnieg. Trzeba uważać. Na szczycie jest nas kilkunastu, wiatr przywiał chmury i zjazd nie jest już taki oczywisty. Na szczęście obok szykuje sie grupa z przewodnikem wiec postanawiamy zasępić się. Miejscowy dobrze zna teren prowadząc przez interesujace, często przyjazne narciarzom ścianki. I już wiem bedzie to jeden z najsympatyczniejszych zjazdów w życiu. Słońce też sympatycznie wylazło zza chmur. Delektujemy sie widokami, zjazdami - teren cudownie pokręcony. Znów jesteśmy na morenie bocznej i zaglądamy w oczy lodowca. Obok szczelin prowadzi zjazd z Tresero - widać, że 20 m odchyłki od szlaku może skończyć się w lodowym grobie. A to chyba maksymalna dokładność z jaką da się w praktyce nawigować w terenie przy pomocy GPS-ów... Podziwiamy jak w amfiteatrze szczyty dookoła dyskutując gdzie by tu jeszcze jutro wleźć a przede wszystkim zjechać. W schronisku, do którego trzeba trochę podejść, jesteśmy dużo przed czasem obiadu więc myjemy się i piwkujemy. Obiad jest nagrodą za nasz znój i trzeba powiedzieć, że kuchnia włoska w schroniskach bije na głowę austriacką (jakkolwiek i tam kalorii nie brakowało). dzień 4 - cdn9 punktów
-
Dzisiaj miała być praca od rana do wieczora , ale po intensywnej porannej sesji telefoniczno-mailowej , ok godz.11-tej byłem już "po robocie" . Śnieżek przyjemnie sypał za oknem , w Beskidzie Małym ponownie zrobiło się bajkowo zimowo , więc decyzja nie mogła być inna - kierunek Czarny Groń . Szybki gramoling w domu , jeszcze kilka "pilnych" telefonów w garażu i jadę . Na parkingu jestem ok. 12-tej , wpinka w narty i do góry lasem . Na szlaku ok. 30 cm świeżego śniegu , czasem więcej , czasem mniej .Generalnie im wyżej , tym lepiej z pokrywą śnieżną . pokryw Dochodzę do dolnych polanek , odbijam w prawo i zasuwam dalej do góry . Dochodzę do górnej stacji kanapy 6-osbowej , jakieś 100m dalej strzelam dwie foty i po kolejnych 200-300 metrach docieram do mojego secret spotu . Chwila odpoczynku a przede mną jeszcze wisienka z dzisiejszego tortu , czyli zjazd po dziewiczym puchu ( u góry co najmniej 50cm świeżego ) Potem jeszcze dodreptałem do dolnej stacji CzG , wyjechałem kolejką na samą górę i przez las ( mniej więcej tak jak podchodziłem ) wróciłem do parkingu , ale tu już zjazd czujny,mniej komfortowy , bo podkładu brak , a śniegu też mniej niż w wyższych partiach Beskidu Małego . Generalnie 3 godziny zleciały , że ho ,ho... . A jutro prawdopodobnie Hala Lipowska w większym gronie .Zobaczymy jak będzie mroziło .9 punktów
-
Dziś wybór padł na Szczyrk. Najpierw miał być COS, ale jak przeczytałem że górna kolej nie pracuję to pojechałem kawałek dalej do SONu. Generalnie na początku warunki trudne, ale głównie ze względu na bardzo silny opad śniegu, wiatr i mgłę na szczycie. Po 12 przestało padać i za chmur nieśmiało zaczęło wyglądać słonko:). Na trasach mnóstwo świeżego śniegu, jedyne przetarcia i kamienie jakie spotkałem to na trasie 4 do Soliska. Jeździłem po stronie soliska i było bardzo fajnie mimo luźnego śniegu. Przez chwilę miałem nadzieję że ratrakują, bo minąłem 2 ratraki jak jechały na Małe Skrzyczne, ale musiał być to tylko jakiś przejazd techniczny, bo trasy całej nie wyratrakowali, ale po ich śladzie zjeżdżało się super:) Śniegu jest na prawdę dużo, można było zjechać na nartach do parkingu w czyrnej :). Jak to wszystko dziś wyratrakują, bo jutro zapowiadają się bardzo dobre warunki. Jeśli chodzi o Bieńkule to jeden z orczykowych współtowarzyszy mówił że jechał tamtędy i powiedział że było super, śniegu po kolana, a ubaw po pachy Że nie trzeba zjeżdżać do lasu żeby w puchu pojeździć. Wyjazd bardzo udany. A jutro pewnie będzie jeszcze lepiej. Pozdrawiam Luce9 punktów
-
Filmik z przed kilku dni z egzotycznego, narciarskiego, europejskiego kierunku - Grecji Wyciągi? Są i wyciągi... Narciarstwo free - jak najbardziej. Zapraszam do obejrzenia krótkiego reportażu z Outside Television:8 punktów
-
7 punktów
-
7 punktów
-
6 punktów
-
Dotarłem spowrotem do Korbielowa i mogę napisać: Wreszcie przyszła zima! jak widać na zdjęciu, pod domem +30 cm, a pewnie im wyżej tym więcej Teraz znowu zaczyna pruszyć ale nie spodziewam się niczego wielkiego - idą mrozy, a opady pewnie jak temperatura się zmieni. Ważne, że to co jest nie stopnieje i tworzy świetny klimat, jakiego dawno nie było4 punkty
-
Na pewno będą ratrakować. Jak zjeżdżałem prawie o 16 do parkingu w Czyrnej to już pierwszę ślady ratraka były. Jazda w półmroku jest podobna do jazdy w mgle. Nie widać nierowności i załamań terenu. Czyli jedzie się byle jak, aby tylko zjechać Ogólnie to dzisiaj warunki od 14 do 16 były z Małego Skrzycznego do Suchego bardzo dobre (genialny naturalny śnieg, niezbyt szybki), do Czyrnej warunki średnie ponieważ świeży śnieg został przez narciarzy nieco rozjeźdżony i zbyt równo już nie było. Minerałów nigdzie nie było, nawet do Czyrnej. Lodu tez nie było. Śniegu jest na prawdę dużo, a jeszcze miejscami nadal dośnieżają armatkami. Zdjęć nie robiłem bo było mi zimno, a potem bateria telefonu padła. Dzisiaj na dole w Szczyrku było -6, a na górze zimniej czyli pewnie z -8 albo -10 oraz wiatr który potęgował odczucie zimna. Jutro ma być większy mróz więc może być ciężko. Z Czyrnej działał tylko orczyk wzdłuż Bieńkuli i tylko jedna nitka.3 punkty
-
brawo! relacje znam, ale one są z takich, które warto sobie przypomnieć i przeczytać jeszcze raz! :))))3 punkty
-
Fajny prosty i przyjemny do obejrzenia filmik No i Wasz jazda też miła dla oka2 punkty
-
Dokładnie. W świętokrzyskim można by spokojnie ze dwa ośrodki z prawdziwego zdarzenia zrobić gdyby nie "zielone" ograniczenia.2 punkty
-
Szczyrkowski Ośrodek Narciarski 31.12.2016 Od dosyć dawna planowałem, wraz z Pauliną wyjazd do Szczyrku – w miniony weekend, udało się. Udało dzięki temu, że nie mieliśmy żadnych planów sylwestrowych w tym roku, udało się dzięki forum i Johnnemu Narciarzowi, który zamieścił gdzieś wpis, że planuje spędzić „północną” imprezę gdzieś na stoku. Udało się po dwukroć, bo w trakcie telefonu do Maćka uzyskaliśmy zaproszenie do odwiedzin Bestwiny i spędzenia wspólnie z nim tego czasu - Iza dla Ciebie, naszej Gospodyni, szczególne podziękowania już tutaj, na wstępie tej relacji za tą wspaniałą gościnę. Wyjechaliśmy w piątek po pracy i na miejscu, pod Bielskiem jesteśmy wieczorem. Miłe przywitanie, symboliczna lampka winka i plany. Rano zdecydowaliśmy się na odwiedziny SON, krótka informacja dla Piotra_67 i Górala spod Skrzycznego gdzie i o której będziemy (od początku i po kilku moich wpisach na forum wyrażali chęć wspólnego spotkania a my mieliśmy nadzieję, że się spotkamy). O swoich planach poinformowaliśmy również JC, który to zawsze podkreśla, że koniecznie trzeba dawać mu znać o tego typu forumowych przedsięwzięciach. Pobudka z samego rana i niestety, mimo, że się śpieszymy, to na stoku, pod Golgotą jesteśmy z małym poślizgiem czasowym. Kupujemy karnet 4 godzinny (60 zł + 10 zł + 1 zł za toaletę na dole) i zdzwaniamy się z Piotrem. On, wraz z towarzystwem zięcia, są już i jeżdżą. Łapiemy ich i spotykamy się w miejscu dla nas, nizinnych narciarzy egzotycznym – na Julianach. Pogodę mamy wyśmienitą, jest niewielki mróz, na niebie praktycznie zero chmur, a słoneczko wstaje szybko i zaczyna intensywnie świecić. Zaczynamy jeździć. Na trasach, rano warunki są w miarę ok. Im dłużej szusujemy, to z spod cienkiej warstwy sypkiego śniegu zaczynają wystawać coraz większe pola litego lodu. Cóż? Niedawna odwilż sprawiła, że warunki są takie, a nie inne. To nie jest ważne. Ważne jest towarzystwo - bardzo się cieszymy, że ponownie wspólnie się spotykamy. Po kilkunastu minutach niespodzianka na trasie – poznaje nas jeden z forumowiczów, który będzie z nami jeździł już do końca – Gregor. Grzegorz, jak to podsumowała Paulina, to kolejny bardzo miły, uśmiechnięty i bardzo fajny człowiek zakręcony na punkcie nart, którego dzięki internetowi poznajemy osobiście Podzielam tą opinię – kolejny „Tubylec” kochający narciarstwo. Bardzo ciekawy, uprzejmy, otwarty i sympatyczny Kolega! Podobnie jak ja ze śnieżnymi włosami na głowie Pozdrawiamy Grzesiu serdecznie Dla nas jesteś kolejną osobą, poznaną dzięki Skionline, którą strasznie polubiliśmy. Super, że się do nas odezwałeś, postanowiłeś zmienić swoje plany i towarzyszyć nam na nartach dwa dni. Szacun! Jeździmy... Piotr przed zjazdem: Trasa: Po kliku zjazdach dostaję telefon… …mówi Darek, Góral spod Skrzycznego. Krótka informacja: jestem u Was za chwilę z nartami. Umawiamy się w tutejszej knajpce „Iglo”. Jesteśmy w szoku, bo jak wiecie Darek przebywał nie tak dawno, przebywa w dalszym ciągu dosyć poważną chorobę serca. Chęć spotkania z nami wyciągnęła go z domu Jeszcze nie zdążyliśmy zjeść pysznych zapiekanek, poleconych w tym miejscu przez Grzegorza i zjawia się na stoku nasz „Twardziel”. Jesteśmy w szoku, jednocześnie bardzo się cieszymy z towarzystwa Przyjaciela, z drugiej strony martwimy – bo Darek nie wygląda dobrze. Widać, że jest chory, słaby i niestety bardzo bladziutki na twarzy. Serce się kraje, jak człowiek patrzy na Przyjaciela, który kocha Góry zimą, jest niezwykle towarzyski, uśmiechnięty, sympatyczny i niestety tak bardzo się męczy i nie może normalnie pośmigać na nartach w naszym tempie. Po wspólnym małym piwie i po jedzonku, wciągamy się na samą górę, zjeżdżamy Golgotą na dół i przedzieramy w stronę Małego Skrzycznego. Darek postanawia zostać przy leżaczkach i poczekać jak nam się skończą karnety czasowe. My śmigamy nadal w grupie poznając trasa, po trasie cały ośrodek. Niestety część tras jest zamknięta. Z ust Pauliny padają niezwykłe komplementy… ktoś, kto ją zna wie, że to, w jej wydaniu bardzo ciepłe i bardzo pozytywne, aczkolwiek niecodzienne pozytywne sformułowania. A wyraziła się następująco: „nawet fajne te pagórki…”, „tu jest prawie jak w Alpach…”, „…stado orczyków mi nie przeszkadza”. Po tym jak dotarliśmy na górną stację orczyka wykonaliśmy krótkie podejście. Wychodzimy kilkanaście metrów z drugiej strony góry, po to, by zaobserwować piękny widok na Tatry. Chwilę pokontemplowaliśmy piękno gór, po czym ponowny zachwyt nad widokiem po drugiej stronie. Tego dnia była inwersja i przestrzeń, przejrzystość powietrza była niezwykła. Gdzieś na wprost, z odchyleniem w lewo, na linii horyzontu, naszym oczom pokazał się widok zaśnieżonej oddalonej o bardzo, bardzo dużo kilometrów góry. Co to za szczyt, co to za masyw? Zbliżenie zrobił Johnny swoim aparatem i długo potem rozmawialiśmy, co to może być? Podejrzenie padło na masyw Śnieżnika, bądź Góry Opawskie. Analizując mapy już po powrocie, biorąc pod uwagę, że widoczny na linii horyzontu szczyt był bezdrzewny i całkowicie ośnieżony podtrzymuję nasze przypuszczenie, że był to Śnieżnik. Pięknie! Ile to kilometrów? Kilka ostatnich fotografii, ciepłe pożegnanie najpierw z Piotrem, a potem z Grzegorzem i przystajemy na propozycję Darka i obiad u niego w domu. Paula: Marboru To niezwykłe zaproszenie i olbrzymim nietaktem byłoby odmówić. Jest cudownie, nasz Gospodarz nie tylko niezwykle gotuje – jego pizza z boczkiem jest wyśmienita, to jeszcze serwuje swoim gościom (poza kierowcą) wyśmienite trunki. Rozmowa jest ciepła i rodzinna. Czujemy się mega wyróżnieni, i jest nam niezwykle miło. To cudowne, w jaki sposób łączy wspólna pasja i Skionline. Dziękujemy Ci Darku za wspaniałe przyjęcie i Gościnę – oczywiście ponawiamy swoje własne zaproszenie, do nas – na nizinne stoki, w nizinne klimaty naszych stron, pod nasz dach. Zbliża się 16sta i wyruszamy w dalszą trasę, do Maćka. Po drodze zabieramy Izę, jego żonę z pracy i zaczynamy z kolei gościć się u Państwa J i I narciarzy. Atmosfera ponownie – świetna, ciepła i rodzinna. Już w drodze do domu stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać na narty na imprezę sylwestrową, że spędzimy ten czas razem. Byliśmy na tyle zmęczeni, że takiego maratonu z pewnością byśmy nie przetrwali. Tym bardziej, że… wstyd się przyznać, że ja razem z Paulą nie wytrwaliśmy do północy – usnęliśmy, zmęczeni, jak dzieci na kanapie do rana. Wstyd! Koniec dnia pierwszego - CDN2 punkty
-
Prawie wszystkie kraje wokół wybrzeża Morza Śródziemnego,które nam się kojarzą z tropikiem,mają swoje ośrodki narciarskie,ja miałem przyjemność zwiedzać je w 2 krajach-Turcji i Izraelu...2 punkty
-
Jeeb chciałbym tak... ale to nie ja Filmik dzisiaj wyszukałem na jednym z amerykańskich portali.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
@ptk89 Niedługo może zostać otwarta trasa 1 do Czyrnej. Jako, że naśnieżanie tam jest słabe, warunki nie będą dobre. Bieńkula potrzebuje dużo więcej śniegu (spore nachylenie i kamienie).2 punkty
-
2 punkty
-
Wydaje mi się, że nie jesteś głupi. Uszczypliwy owszem, ale nie głupi. Mi doradziłeś Mastera w ciemno i wiesz jak je sobie chwalę. A na treningach wychodzą kwestie o których cały czas piszesz, a których nie rozumiałem. PS. Co jeśli ktoś (mając wystarczająco dużo czasu i samozaparcia) ujeżdżał będzie dane model kilka dni, później kolejny również kilka dni itd. Czy wtedy również nie jest w stanie ocenić danej narty ? Nieprofesjonalnie, ale pod siebie Pss. Nigdy nie testowałem nart przed zakupem, żadnych.2 punkty
-
I dalej trzeba się starać i ćwiczyć techniczny wjazd na orczyku Ale dzięki temu dzieciaki wjada na wszystkim po jeździe na łorcykach2 punkty
-
2 punkty
-
Spędziłem tam kilka dni w 2013r. o czym wspomniał Cosworth i wszystko zależy od tego z kim jedziesz i czego oczekujesz Ty i Twoim współtowarzysze od tras i do czego byliście do tej pory przyzwyczajeni. Ja tam byłem z żoną, dla której płaskie, łatwe, niebieskie trasy to jest strzał w 10, bo jak już jest jakaś mocniejsza niebieska czy lekko czerwona, to śmierć w oczach widzi, no i generalnie nie jeździła przez kilka lat Był z nami też syn, który miał wtedy 5 lat, a który tydzień przed wyjazdem nauczył się skręcać, hamować pługiem i kontrolować mniej więcej tor swojej jazdy. Dla nich Waidring-Steinplatte było miejscem idealnym do jazdy ze względu na trasy, na to, że praktycznie wszędzie są nowe 6-8os. podgrzewane krzesła, a jak nie to 3os. starsze krzesła. Na teren do jazdy wjeżdża się gondolą. Mieszkaliśmy w Waidring, do dolnej stacji mieliśmy może ze 300 metrów, tak że robiliśmy tak, że sprzęt zostawiało się w schowku w budynku stacji. Ja wstawałem normalnie, jadłem śniadanie i z buta po sprzęt, tak żeby jedną z pierwszych gondolek wjechać na górę. Tam przez ok. 2 godziny sam pojeździłem sobie po czerwonych trasach ze szczytu, po fajniejszych niebieskich. Te trasy są naprawdę przyjemne, szerokie i można się solidnie wyjeździć na nich. a potem dojeżdżała do mnie na górę żona z dzieckiem. Do tego stopnia było to fajne, że nie potrzebowali mnie ani samochodu do dostania się na stację, zabrania sprzętu i wjechania na górę. Razem jak jeździliśmy już po niebieskich, to można było różnie konfigurować trasy przejazdu, tak żeby nie jeździć ciągle po tych samych trasach, z których każda ma ok. 2 km albo i więcej. I takie podsumowanie. Jeśli w waszych szeregach są sami początkujący, to ośrodek jest jak najbardziej ok, zwłaszcza że karnet Schneewinkel obejmuje jeszcze kilka pobliskich ośrodków w tym St.Johann przed Kitzbuhel, gdzie jest trochę ambitniejszych tras. Jeśli jeździcie na nartach lepiej niż początkujący, jeździcie dużo, lubicie zaliczać rózne trasy, itp. to szukajcie gdzie indziej, bo tu możecie się zanudzić tymi trasami, a do tego tak jak spojrzałem na warunki śniegowe, to sporo jest zamkniętych ze względu na małą ilość śniegu Mnie osobiście kuszą w Austrii dwa w sumie kameralne jak na Austrię ośrodki, które są dość blisko od Polski, a których trasy podobają mi się bardzo tak do pojeżdżenia, bo mi osobiście nie przeszkadza jazda po danej trasie kilka razy. Te ośrodki to Hochficht w Górnej Austrii http://www.bergfex.pl/hochficht/ i Kreischberg w Styrii http://www.bergfex.pl/kreischberg/2 punkty
-
Z lekkim poślizgiem dodaję filmik z noworocznego wypadu na Skolnity. https://youtu.be/OP5-MdGCrK42 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
No, ja bym to nazwał znaczną rozbudową. A przynajmniej wystarczającą. Niedługo nie będzie tam gdzie wytyczać nowych tras, bo cały teren jest już zagospodarowany. Poszerzenie 5-ki powinno ruszyć jako pierwsze, bo już przed tym sezonem zdaje się wystąpiono o pozwolenie i nawet miało to zostać zrobione przed zimą (na razie poszerzono 12-tkę o ten "lej" po lewej stronie i 1a o zlikwidowany orczyk). Niebieska trasa z Lukovej w kierunku Brhliska też by się bardzo przydała, bo wciąż mało jest łatwych tras na Chopoku. Na południu też się kroi trasa oplatającą 33-kę, jak widać.2 punkty
-
Beskid Sport Arena – Nowy Rok 2017 Wstaliśmy wyspani (przynajmniej ja z Paulą) i po śniadaniu kontynuujemy naszą szczyrkowską przygodę. Niestety nie będzie z nami w tym dniu Izy, która niestety źle się czuje i rezygnuje z nart Jedziemy na BSA. Po drodze dzwonimy do JC i wiemy, że za chwilę się spotkamy. Podjeżdżamy na parking przy ośrodku – jeden, drugi jest już pełny samochodów, jesteśmy skierowani na parking numer 3. Za przyjemność parkowania nie płacimy nic, przy każdym z wydzielonych miejsc są pracownicy, którzy sprawnie kierują auta do wolnych miejsc. Przebieramy się i podjeżdża Jacek. Witamy się serdecznie i podążamy w stronę kas. Kupujemy karnet 4 godzinny za 68 zł. Nie płacimy kaucji, sam bilet jest w formie kartonowej. Idziemy do bramek – ludzi umiarkowana ilość. Już na wstępie spotykamy ponownie Grzegorza, poznajemy również Andrzeja, który nas rozpoznaje i mamy przyjemność poznać kolejnego z Forumowiczy. Świetnie – „grupa wzajemnej adoracji się powiększa” Nowy Kolega okazuje się nie tylko świetnym narciarzem, ale również bardzo miłym, sympatycznym i komunikatywnym, równym facetem. No i jest oczywiście kolejnym tubylcem – tym razem z Bielska. Grono naszych Przyjaciół się powiększa a my z tego bardzo, bardzo się cieszymy! Super Andrzeju, że podszedłeś do nas, że się poznaliśmy i mam nadzieję, że jeszcze nie raz razem będzie dane nam pojeździć i na nartach, i na kanapie – pogadać, pośmiać się , wymienić doświadczenia. Teraz może o ośrodku trochę. Po bardzo dobrej recenzji Johnnego – bardzo podobne spojrzenie narciarza nizinnego. BSA – topowy Ośrodek Narciarski pod względem infrastruktury, jakości obsługi, zaplecza i podejścia do klienta. Posiada w tej chwili dwie trasy – łatwiejszą niebieską i nieco trudniejszą, czerwoną. Obie bardzo przypadły nam do gustu. W trakcie budowania, pod krzesłem, jest trasa czarna, której poniekąd parametry techniczne będą podobne jak górny fragment trasy czerwonej, ścianki przy orczyku. Jak ta trasa powstanie – ośrodek będzie kompletny i nie będzie z całą pewnością problemu „korkowania” na wąskim gardle części wspólnej trasy czerwonej i niebieskiej – ruch narciarzy się rozłoży. W tym momencie, w dniu wolnym od pracy i przy dużym natężeniu odwiedzających niestety jest fragment trasy gdzie należy jechać ostrożnie a oczy mieć dookoła głowy z powodu sporej ilości ludzi – problem pewnie nie jest istotny przy mniejszej liczbie gości w ośrodku. Swoją drogą – oprócz krzesła jest tutaj dwa orczyki w górnej części – na polanie szczytowej: łagodny stok dla uczących się, ścianka: orczyk, który idealnie wpasowałby się na potrzeby np. imprezy sportowej i ustawionego na trasie krótkiego slalomu. Wystarczy wydzielić i zamknąć połowę tej części ośrodka i można zorganizować świetne ściganie na nartach. Mam nadzieję, że może w przyszłości coś podobnego się tutaj urodzi… kto wie? W dolnej części ośrodka jest krótka łączka do nauki jazdy dla dzieci, z taśmą i tunelem chroniącym przed opadami śniegu. Bardzo fajne, kolorowe miejsce. Trasy w BSA może nie są imponujące pod względem długości, ale bardzo przyjemne pod względem przewyższenia – można tutaj zmęczyć nogi porządnie. Problemy z wyciągiem opisywane przez innych narciarzy, którzy jeździli po BSA są wg mojej opinii wyimaginowane – ludzie naprawdę nie mają się czego czepić, to czepiają się bez sensu. Myślę, że Ci krytykanci zwyczajnie nie mają doświadczenia i objeżdżenia na nartach skoro wymyślają jakieś niestworzone historie. Sorry może zabrzmiało to nieco ostro – ale taka jest brutalna rzeczywistość. Co do samego przygotowania tras – byliśmy prawie godzinę po otwarciu i kilka pierwszych zjazdów zaliczyliśmy w bardzo dobrych warunkach. Później – niestety zaczął przebijać się lód, zaczęły się robić odsypy. To nie wina włodarzy ośrodka, ale niestety pogody jaka była tuż przed naszym przyjazdem – odwilż, a potem mróz. Powstały beton i lód na trasach… ale przecież nie tylko w Szczyrku, ale również w ośrodkach świętokrzyskich, czy lubelskich - to niestety efekt pogodowy dotyczący całej Polski. W takich warunkach niestety na części trasy pojawiły się małe kamyczki – i tutaj olbrzymi plus dla właścicieli ośrodka, pojawili się ludzie, którzy zbierali te kamyczki i wynosili ze stoku. W naszym pięknym kraju tylko tutaj widziałem tą dobrą praktykę. Co do knajpki i atmosfery w BSA, to mega alpejsko. Świetnie! Mija ponad godzina i na stoku pojawia się ponownie Góral. Tym razem bez nart, ale za to ze śliczną i piękną narciarką, żoną Iwonką. Iwonkę mieliśmy przyjemność poznać na szlaku na Babią Górę, w trakcie zdobywania przez nas Korony Gór Polski. Strasznie się ucieszyliśmy z ponownego spotkania, bardzo miło było porozmawiać i popodziwiać nowy sprzęt: narty i świetny strój narciarski Góralki spod Skrzycznego. Od tego momentu jeździmy całą ekipą aż do przerwy kawowej, gdzie wszyscy zasiadamy do stołu i w bardzo miłej i przyjemnej atmosferze rozmawiamy. Słuchajcie – to cudowne, że nasza narciarska ekipa Skionlinowa stale się powiększa, a większość z nas poznaje się osobiście. Okazuje się bowiem, że wspólna pasja bardzo łączy i otwiera przed nami nowe możliwości towarzyskie. Bo przecież oprócz nart, w narciarstwie również ważne jest wspólne towarzystwo i miłe spędzanie czasu. Telefon JC robi zdjęcie grupowe, a po kilku chwilach Grzesio i Andrzej opuszczają nas. Chłopaki – jeszcze raz: bardzo z Paulą się cieszymy, że Was poznaliśmy. Pamiętajcie jednak, że od teraz będziecie postrzegani jako „wzajemne kółko adoracji” Dojeżdżamy karnet do końca. Darek z Żoną czekają na nas w restauracji, po to, by wspólnie posiedzieć i potowarzyszyć nam do końca naszej szczyrkowskiej „wyrypy” – jesteście cudowni i już nie możemy się doczekać kolejnego spotkania. Żegnamy się ciepło i jedziemy do Izy, do Maćka. Tutaj wypijamy wspólną kawę, pakujemy się i umawiamy na kolejne spotkanie – tym razem w naszych okolicach. Dziękujemy Wam - Maćku i Izo, dziękujemy za wspaniałe, ciepłe i rodzinne przyjęcie. Jesteście dla nas jak rodzina i gościć u Was, to zawsze dla nas olbrzymi zaszczyt. Jesteście mega, mega super! Na koniec również podziękowania dla JC – Jacka. Skionline nas łączy, Ty i dzięki Tobie, to wszystko się dzieje – to jest świetne, że Ty w tym życiu forum uczestniczysz za każdym razem, kiedy tylko możesz. Tak pozytywnego i uśmiechniętego, otwartego na ludzi „Wodza” dał nam Internet I chwała mu za to! Do zobaczenia na szlaku. Pozdrawiamy: marboru i Paula.2 punkty
-
Cześć Jak będzie ujeżdżał nartę kilka dni to w końcu nawet podświadomie zaadaptuje technikę i będzie mu się jeździło coraz lepiej co oczywiście nie znaczy, że na rynku nie ma przynajmniej 20 modeli nart na których będzie o niebo lepiej i 20 kolejnych na których będzie po prostu lepiej. Ocenić można właśnie nartę od pierwszego strzału tylko... trzeba wiedzieć jak powinna się zachowywać i jak zachowanie w warunkach w których jeździmy przełoży się na wszystkie inne możliwości. Kto tak umie... ja nie. Pozdro serdeczne1 punkt
-
Czy narciarz na poziomie 5 w skali SF może już sobie kupić Mastera w ciemno czy lepiej wypożyczyć i potestować ?1 punkt
-
Wydaje mi się, że cały czas masz problem ze zrozumieniem podejścia innych bo patrzysz na to z poziomu swego doświadczenia/wiedzy. To oczywiste dla Ciebie! Pytanie, jak wielu narciarzom określenie grupy nart nic nie mówi? Jak często opis różnic pomiędzy nartami (spodziewanych różnic w zachowaniu) nie przenosi się na realne wyobrażenie sobie co to znaczy - brak doświadczenia/odniesienia. Zwróć uwagę jak często w odpowiedziach pytających występuje ignorowanie otrzymanych sugestii. Przeczytali słowa które z braku odniesienia były dla nich puste. Dla mentalnego porozumienia trzeba wzbogacić ich doświadczenia! Pewnie, ze kiedy przejadą się parę razy na wybranych 3 parach nart to nie wyniosą z tego głębszej wiedzy. Ich ocena zostanie zakłócona przez te wszystkie wymieniane przez Ciebie elementy. Ale jak pokazuje przykład podany przez Jasiek, coś z tego wyniosą.1 punkt
-
Nie wiem o co chodzi, ale momentami praktycznie na nich wiszę [emoji23] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk1 punkt
-
Tak, tylko chodzi też o to żeby nie była za twarda, bo ten salomon w opisie na skine online jest opisany jako od średnio-zaawansowanych do nawet poziomu eksperta. I na tych nartach jeżdziła i niby ok ( mimo że w skali forum to 5/6), tylko może ma ktoś coś innego ciekawego do zaproponowania :> ?1 punkt
-
Nie sądzę aby coś zmieniali. Obserwowałem kamery w czasie robót. Stok zawsze był zielony, porośnięty trawą. Znaczy się nie przemieszczania mas ziemnych. Co się zaś tyczy jak było kiedyś a jak jest teraz, to powiem. Kiedyś sam start na gorze był stromszy, tak samo jak i w środkowej części stoku. Jakieś 15 lat temu trochę te stromszy części wylagodzili. Tak samo z końcówką trasy, wydaje mi się, że przy tej nowej kanapie nieco ja zniwelowali i wylagodzili. Niedługo sprawdzę. Jakby kto nie wiedział pisze o Słotwiny Arena, dawne Azoty.1 punkt
-
Pojechałeś w twojej skali to zdecydowanie tak .... na Pitztalu na górze wszyscy są pod wrażeniem i po wyjsciu z gondoli ostroznie udają się się w lewo .... ty mijasz siatki i jedziesz w prawo pod gondolę ...... więc fakt w tym ośrodku patrząc twoją miarką są nudy.... Jak ktoś chce pojeżdzić w fajnym kameralnym ośrodku bez kolejek i nie jest typowym stachanowcem (100km dziennie / 30km przewyższenia) to jest to doskonały wybór na fajny wyjazd , tam nie ma tylko oślich łączek ,wogóle się dziwie jest sporo dynamicznych tras ....dodając do tego ceny karnetów ..... ja bym polecił ten ośrodek dla ludzi którym się znudziła białka i jest za płasko oraz denerwuje ich lód na chopoku czy orczyki w szczyrku ....1 punkt
-
No i to genialne zdjęcie zimy za oknem schroniska z linami na parapecie- jak dla mnie YOUR PERSONAL BEST.1 punkt
-
Wujocie - relacja? Dla mnie kosmos i galaktyczny wymiar narciarstwa! Relacja? Zmasakrowała mnie - rewelacja! Dziękuję i proszę o więcej. Wątek "Wujotowe skitury" będę śledził z niecierpliwością kolejnych wypraw i przygód wysoko w górach.1 punkt
-
Rozumiem Twoje wątpliwości, ale robisz jedno założenie które niekoniecznie jest słuszne. Mianowicie zakładasz, że narciarz faktycznie chce podnosić swoje umiejętności, że postępy są jego głównym celem. Z rozmów z wieloma znajomymi odnoszę wrażenie, że każdy chciałby jeździć lepiej, ale niekoniecznie jest zainteresowany w realnych działaniach w tym kierunku. Podstawowy cel to jest miłe spędzanie czasu na stoku! Niby to cel nasz wszystkich, ale nie wszyscy tak samo go pojmują. W tym kontekście testowanie nart, to sposób na szukanie takich które pozwolą na maksimum przyjemności. Żeby dawały odczucie, że same jadą – pomagały, zamiast czegoś wymagać. To droga do stanu zadowolenia z posiadanego sprzętu. Wiem, powiesz że jeśli narta nie pasuje, to nie wina narty ale braku umiejętności – i w większości będziesz miał rację (no chyba że ktoś uwielbia kręcenie ciasnych skrętów a ma gigantkę – niezgodność preferencji). Czy nie lepiej żeby taki przeciętny narciarz miał deski pozwalające mu spokojne zjechać, miło spędzić czas i przy okazji nie stwarzać zagrożenia dla innych kiedy walczy ze sprzętem? .1 punkt
-
Dziś ponownie wybrałem się na skitury! Sprzętu jeszcze nie zdążyłem oddać po ostatniej wyprawie, jakoś nie mogliśmy się z Andy-w zgadać, więc korciło mnie bardzo by przejść się jeszcze raz Miałem trochę czasu do południa plus świeży opad bardzo kusiły, ale gdzie by tu pojechać? Byłem jednak ograniczony czasowo i postanowiłem odwiedzić miejsce, gdzie jeszcze mnie nie było, a stosunkowo dość blisko z B-B. Wybór padł na Czantorię w Ustroniu. Na parkingu zjawiłem się o 7:30, zakładam foki, pakuję plecak i w drogę. Od razu na stoku spostrzegam narciarzy jadących w dół, ale zaraz, zaraz, kolejka ma ruszyć chyba koło 8:30! Kto to mógł być? Oczywiście skiturowcy, nasi sąsiedzi, Czesi! Liczyłem, że na stoku będzie puch a pod nim twardy sztruks, ale myliłem się, wszystko było już pięknie przygotowane przez maszyny. Koledzy Czesi zaczęli ponownie piąć się w górę główną trasą, więc ja za nimi. Oczywiście moje tempo było raczej spokojne i dość szybko mi uciekli. Pogoda super, lekki mrozik, nawet słonko gdzieś nieśmiało pokazało się zza chmur. Czuję się super. Gdy jestem już w połowie czerwonej trasy z góry zaczynają zjeżdżać kolejni narciarze, więc kolejkę chyba musieli puścić nieco wcześniej niż o 8:30... Warunki na stoku tak jak już wcześniej pisałem, dobre i bardzo dobre, minerałów jakichkolwiek brak! Przed ostatnią polanką skręciłem w lewo pod kolejką i po puszku dotarłem do wyciągu Faturka i dalej na szczyt górnej stacji kanapy. Pogoda diametralnie się jednak zmieniła, zaczął padać śnieg, nawet intensywnie i co gorsza wzmógł się wiatr. Pokręciłem się więc trochę wokół górnej stacji i postanowiłem podejść jeszcze kawałek w kierunku Wielkiej Czantorii, gdzie znajduje się wieża widokowa, jedna z tutejszych atrakcji. Szlak pnie się bardzo łagodnie w lesie i to mi bardzo odpowiadało. Zanim jednak się zdecydowałem podchodzić musiałem sprawdzić, czy warunki są na tyle dobre by bezpiecznie wejść i zjechać. Puchu było około 10 cm a pod nim czysty lód. Zdecydowałem się podchodzić! Podejście trwało może około 20 minut w pięknej, zimowej scenerii, cisza, spokój i nawet wiaterek się uspokoił. Znalazłem się wreszcie na szczycie:) Poniżej kilka fotek z tego przejścia i ze szczytu (995 m). Przyszłą pora na zjazd, czyli to na co każdy chyba czeka najbardziej! Zacząłem spokojnie jadąc po śladzie założonym podczas podejścia, dokładnie bez skręcania, po prostu na kreskę. Nie chciałem w jakikolwiek sposób uszkodzić sprzętu. Pięknie się płynęło na tych szerokich sztachetach! Szybko dotarłem do głównej trasy i teraz została już tylko jazda po przygotowanym stoku. Tak mi się spodobało że na dole kupiłem sobie jeden wjazd na górę! Niestety czas się szybko skończył, pora było wracać już, niestety do roboty. Ogólnie tury bardzo mi się spodobały, już w głowie tlą się kolejne wejścia, nowe cele, miejsca. Muszę sobie jakiś swój sprzęt załatwić! Oczywiście nie jest łatwo, bo kręgosłup boli, kolano boli, ale ruszać się muszę, bez tego się nie da! Jeszcze raz, dzięki Andy-w za sprzęt, jesteś super facet! Serdecznie pozdrawiam Maciek1 punkt
-
1 punkt
-
Mała Babia Góra, sylwestrowo Po kilku dniach opadów i mocnego wiatru nadchodzi wyż i zapowiadana kapitalna pogoda, co pewnie większość wykorzystało na stokach narciarskich Plany sylwestrowe trochę się nam pokrzyżowały , ale mieliśmy być 2dni na skiturach, aby wykorzystać słońce i piękne widoki... w takim razie pada propozycja sobota sylwestrowo wyjście na Babią Górę, a niedziela jak coś Rysianka albo Pilsko (w zależności czy wstaniemy rano :P). Przy okazji będzie to pierwsze skiturowe wyjście Justyny poza trasę :P, do tej pory była kilka razy na skiturach, ale o ile podejście było poza, to zjazdy były już po trasie :). Umawiam się z koleżankami z KW z którymi miałem spędzić sylwestra, ale one mają dojechać trochę później do Slanej Vody, szybki sms do kolegi Szymona i okazuje się, że oni też idą na Babią Górę przez Jedle i startują o 8:30 o! . Niestety plany planami, pomimo chęci pojawiamy się w Slanej Vodzie o 10 :P, dziewczyny już przepakowane i pada decyzja idziemy na Mała Babią Górę, nigdy nie byłem więc mogę się wybrać Startujemy w składzie Basia, Ania, Lidka, Justyna i Ja Podchodzimy na początku cały czas płaskim fragmentem, idziemy i idziemy, a wysokość na zegarku rośnie bardzo powoli... na samą myśl o powrocie odechciewa mi się zjazdu tą samą trasą będzie trzeba ostro dawać z kija albo łyżwy aż w końcu schodzimy z "drogi" na szlak Justyna jest pełna obaw co do zjazdu, miał być rzadki las, ale mówi, że nie wie co do jest dla nas rzadki las i czy te "haszcze" to już jest rzadki? bo ona jest przerażona jak będzie maiła tutaj zjeżdżać Niżej ok 15-20cm fajnego puszku, ładnie błyszczy, ale czym wyżej tym o dziwo śnieg robi się zsiadły, a w słońcu powoli mokry! szkoda, liczyłem, że czym wyżej tym więcej będzie puchu, przecież cały czas był mróz. W tym mokrym śniegu mam problem z fokami, Ania to samo, niestety Gecko już dogorywają, pod butem futerka już nie mają, i zbierają się takie buły, że praktycznie uniemożliwiają torowanie, co niestety w dużej mierze spoczywa na Basi :), kilka razy przejmuje prowdzenie, ale po kilkudzisięciu metrach znowu ogromne buły pod nartą, masakra, ale przynajmniej ćwicze siłę haha! Docieramy do polanki na ok 1350m i zastanawiamy się czy nie trawersować w stronę przełęczy, ale idziemy jeszcz chwilę i decydujemy się, że nie ma sensu i możemy powoli zjeżdżać Rozpoczynamy zjazd, niestety Basia mocno od nas odstaje odstaje technicznie, ale w tą drugą stronę , zjeżdża tak, że wszystkim opada szczena nie ważne jaki śnieg, jakie nachylenie, jak gęsty las, ani się oglądniesz, a ona jest już na dole... widać, że Instruktor Ogólnie to było ok 200-250mH zjazdu w rzadkim lesie, a później to już kombinowanie, trochę gęstym lasem, trochę przez krzaki, ale trafiliśmy też na fajną stokówkę ze świetnym śniegiem gdzie mogliśmy pokręcić krótkimi skrętami była też przeprawa przez strumyk :P. O dziwo Justyna zachwycona! mówi, że nie sądziła, że będzie tak przyjemnie i ten las nie taki straszny. Styl? jaki styl ważne, że dała radę trochę ześlizg, trochę na krechę, trochę na tyłach, trochę skrętów z pół pługu Na koniec pozostaje długi płaski fragment, gdzie tak jak przypuszczałem sporo trzeba dać z kijka, a najlepiej z łyżwy :). Dodatkowo z Anią trafia nam się kulig :D, zatrzymuje się kierowca Jeepa i pyta czy nas podwieźć, pytam czy ma pasy , wyciąga i przeplata przez tylną oponę i tak w krótkim czasie trafiamy do schroniska Cóż, gdyby nie ten końcowy fragment mógłbym tą wycieczkę powtórzyć , a tak to byłem, zobaczyłem i dziękuję Przy okazji polecam zdjęcia Szymona, który wybrał się na Babią Górę przez Jedlę... warunki śniegowe i terenowe mieli po prostu genialne! wow! https://www.facebook.com/szymon.rochowiak/media_set?set=a.1711401642219036.1073741882.100000476511804&type=3 Pozdrawiam Tomek1 punkt
-
Bardzo fajny materiał od CNN na temat tegorocznego downhillu we włoskiej Val Gardenie. W tym roku tam będziemy Nie mogę się doczekać Dolomitów1 punkt
-
Trzech narciarzy zostaje uwięzionych na wyciągu krzesełkowym. Zmuszeni są do podejmowania decyzji na śmierć i życie, co jest bardziej niebezpieczne niż pozostanie w miejscu i zamarznięcie. Zwiastun: [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=Dh06NgPWur4[/YOUTUBE] Całość (polskie napisy) do obejrzenia pod linkiem: http://www.ekino.tv/film,Frozen-2010-Napisy-PL,17210.html Mi się podobał - polecam1 punkt
-
Film pokazuje wypadek narciarza z Sosnowca oraz akcję ratunkową z udziałem Helikoptera. Miejsce zdarzenia Hintertux, data 14.11.2010 Filmik dobrej jakości, kręcony przez zjeżdżającego Snowboardzistę. Akcja zaczyna się o 4 minutach 30 sekundach trwania Filmiku. Ciekawe jak długo akcja ratunkowa trwała by w Polsce? [YOUTUBE] [/YOUTUBE]1 punkt







