Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 14 Październik 2026
-
Rok
14 Październik 2025 - 14 Październik 2026
-
Miesiąc
14 Wrzesień 2026 - 14 Październik 2026
-
Tydzień
7 Październik 2026 - 14 Październik 2026
-
Dzisiaj
14 Październik 2026
-
Wprowadź datę
20.04.2017 - 20.04.2017
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 20.04.2017 uwzględniając wszystkie działy
-
11 punktów
-
Jak widać na didaskaliach nie da się długo ciągnąć. Korzystając z tego, że wszedłem w posiadanie zdjęć Mariusza napiszę relację z drugiego dnia. Na początek nasza droga w terenie. Łatwo można tu ocenić przebieg wysokościowy. Zaczęliśmy identycznie jak dzień wcześniej idąc wciętym korytem rzecznym. Dalej droga prowadziła w lewo na rozległą przełączkę. Dzień był smutny, słaba widoczność, chłodno (co widać po ciuchach i nieprzyjemny wiatr) Pierwszy zjazd (który zlokalizujecie na mapie) dostarczył nam trochę niespodziewanych emocji. Patrząc z góry w tych nieciekawych okolicznościach podejmujemy decyzję, że zjedziemy to na fokach (bo dalej jest konkretne podejście). Zjazd okazuje się jednak nad podziw długi a w dodatku całkiem stromy więc jazda z wolną pietą no cóż... serce boli. Piotr, który jako jedyny zdjął foki zalicza pierwszy niespodziewany nawis i też... boli. Na dole jest druga przygoda - stoimy sobie w trójkę i dyskutujemy jaką drogę wybrać. Kusi skrót w prawo. Klisiu robi krok i leci dobre 3 m w dół. Nagle z całą jasnością widzimy brzeg nawisu nad którym stoimy i który w czasie lotu Tomka nagle z ostrością żyletki się zmaterializował. Naprawdę było to zaskakujące. Ale ponieważ delikwent na dole nie tylko jest cały ale jeszcze uchachany to orzekamy wspólnie, że mamy już dwóch fachowców od nawisów i do końca wyjazdu gdziekolwiek sytuacja jest niejasna wzywamy ich na rozpoznanie. Im bliżej naszego celu, który oglądaliście na zdjęciach z łódki tym bardziej duje. Co łatwo zobaczycie na fotach Wiatr jeszcze nie przewraca (więc nie ma 100 km/h) ale jest całkiem zabawnie - z Robertem latamy jak wariaci skacząc i starając się zawisnąć w powietrzu. Reszta patrzy na to z politowaniem ale co mi tam! Zjazd byłby bardzo fajny gdyby lepiej było widać. Pierwotnie dalej nasza droga miała prowadzić wzdłuż wybrzeża fiordu ale nie mam ochoty dymać ładnych paru kilometrów po asfalcie podobne zdanie ma większość grupy i postanawiamy wrócić górami. Zakładamy foki i w drogę. Kamil, Paweł i Robert zjeżdżają do drogi trzymając się pierwotnego planu. Za nasz trud zostajemy nagrodzeni bo na przełączce o której wspominałem jest już tak. Ale przede wszystkim tak Delektujemy się mrocznym pięknem tego krajobrazu - muszę z przykrością stwierdzić, że fota nawet w ułamku nie oddaje tego co tam było. Teraz pora pomyśleć o powrocie. Ponieważ rano, z powodu silnego wiatru, kapitan zaraz po naszym wyjściu (a właściwie należy powiedzieć - po brutalnym wypędzeniu nas na nabrzeże) przeparkował łódkę do portu po drugiej stronie fiordu więc musimy obejść zatokę. Dymanie asfaltem dalej nas nie interesuje więc wspinamy się na zbocze naszej pierwszej norweskiej górki aby dotrzeć na deskach do mostu. Ten zjazd już sobie przepatrzeliśmy dzień wcześniej i wyglądał na bezproblemowy. Byłby pewnie nawet maksymalnie przyjemniacki ale na puch musiał spaść deszczyk (albo po prostu tak się ociepliło) i hamowało okrutnie. Na dole po dniu turów najbardziej czułem palce u stóp. Na moście narty wrzuciliśmy na garba, było pewnie 3 km z buta jeszcze ostatnia fota z tego dnia Ponieważ nie lubię zbyt dobrej pogody (a właściwie to lubię też tę niezbyt oczywistą), tura była całkiem konkretna, widoki nietuzinkowe to uznałem, że jest to drugi najlepszy dzień w Norwegi. Liczę, że Mariusz albo Kamil uzupełnią jeszcze statystyki, może wrzucą nazwę i wysokość "naszej" górki. Pozdro Wiesiek10 punktów
-
Normalnie klęska urodzaju i to w dosłownym słowa znaczeniu. Do poniedziałku na KW ma jeszcze dosypać 70 cm śniegu. Pewnie ogłoszą "6" stopień zagrożenia lawinowego. Czyli lawiny zap..rdalają do góry:)4 punkty
-
Nie ma sprawy. Górka albo grzbiet to było Russselvfjellet (nisko 750m). Vertical 1400m, długość 17km. Ja dodam że ten długi zjazd na fokach to było znakomite ćwiczenie jazdy na tychże, w dodatku w ograniczonym kontraście. Mnie się udało bez żadnej przewrotki klasyczne NW, a nachylenie było ze 30 stopni.3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
zdecydowanie mogło. Wczoraj rano dzwoniłem i Pani powiedziała, że po nocy jest +50/60 na KW, a przecież padało już dzień wcześniej dość obficie i całą dzisiejszą noc Artix bierz urlop na rządanie i melduj się jutro 7:45 w Kuźnicach Będzie głębooooooooooooko Polecam zabrać to:3 punkty
-
2 punkty
-
Zgadzam się - wiele inwestycji w ostatnich latach było chybionych. Funitel miałby sens, gdyby na Priehybie była tylko stacja przesiadkowa z Luczek, bo taki był pierwotny zamiar (+ zamknięcie całego ruchu samochodowego wyżej - z wyjątkiem dojazdu do hoteli). Wtedy też żadna "biedronka" nie byłaby w ogóle potrzebna. A kanapa z Luczek powinna kończyć się przy rozwidleniu tras 5 i 14, zamiast generować dodatkowy tłok na odcinku powyżej. Pozostaje wierzyć, że przed nowym sezonem zrealizują w końcu plany co do nowych tras, by choć trochę odciążyć istniejące.2 punkty
-
Zima powróciła, więc dziś na chwilę wyskoczyłem na mtb, białe mtb [emoji3] Zaliczyłem puch z bielskiego Dębowca i nie tylko, generalnie niezła zabawa... Pozdrawiam Maciek Wysłane z mojego ALE-L21 przy użyciu Tapatalka2 punkty
-
2 punkty
-
Według stacji meteo i ogimetu: 13 kwiecień stan pokrywy 112cm 20 kwiecień stan pokrywy 195cm http://ogimet.com/cgi-bin/gsynres?ind=12650&lang=en&decoded=yes&ndays=10&ano=2017&mes=04&day=20&hora=12 jak na kwiecień to wcale nie jest jakiś dziwny wynik, pamiętam jak byłem w 2013 lub 2014r w D5S i było ok 2-2,5m śniegu, za to obecny przyrost pokrywy i to co się dzieje jest kataklizmem śniegowym2 punkty
-
2 punkty
-
Info o trasach. Zahradky zamknięte. Na górze podobno spadło... 30 cm śniegu. Dobrý deň, počas víkendu budú upravené zjazdovky... 1a, 1b, 1c, 2, 13 + 33a, 34b2 punkty
-
nie pozostaje mi nic innego , tylko dopowiedzieć : niech słońce i bezwietrzna pogoda będą z nami2 punkty
-
W sumie jak jest tyle pozytywnych reklamacji to nic dziwnego, że ten sprzęt tyle kosztuje. Takie harszle to wychodzą tak ca 2000 zł/kg !!! Za kawałek blachy , a taka uprząż (troszkę tasiemek) to nawet lekko licząc 3000 zł/kg, spodnie co je mam tyle samo. Najdroższe są chyba jednak wiązania Mariusza (a są inne droższe) tak drobne 6000 zł/kg wiązań. Prawie równie dobrze wychodzą Microtraction na wagę. Przebitki na materiale są wręcz niebotyczne. Pozdro Wiesiek2 punkty
-
18 kwietnia 2017: Chopok - biała plama. Z domu wyjechałem wcześnie, ale nie przewidziałem że o godz. 6 rano przełęcz za Korbielowem będzie nie odśnieżona, 200m przed szczytem samochód stanął i musiałem zakładać łańcuchy. Na Chopoku powyżej Lukowej do 14tej zerowa widoczność, potem nie wiem, bo odpuściłem. Jeżeli chodzi o Południe to dzisiaj stać mnie było tylko na dwa zjazdy do Kosodrewiny. Jedna wielka bała plama i kilka razy traciłem orientację góra dół. Na północy czasami mozna było złapać wzrokiem jakieś punkty odniesienia: płotki, tyczki, ale nierówności i nachylenie terenu mozna było wyczuwać tylko nogami. Z biegiem czasu ludzi coraz mniej. Podczas kilku zjazdów nie spotkałem nikogo, ani zjeżdżającego, ani podchodzącego. Najlepsze zjazdy zaliczyłem na nie ratrakowanym Fisie i pod koniec jeździłem tylko tam. A tak wyglądały trasy po południu Oznaki końca sezonu2 punkty
-
Czas świąteczny pozwolił mi wygospodarować trochę wolnego czasu , zabrałem się więc w końcu do opisania naszej wyprawy na Großvenediger ( 3 666 m n.p.m. ) – czwarty co do wysokości szczyt Austrii, położony w masywie Wysokich Taurów należących do Alp Centralnych . Termin wyjazdu to 25-28 marzec 2017 . Skład ekipy : Rafał I , Rafał II ( Nurek ) , Filip , Łukasz i moja skromna osoba . Pomysł wyjazdu na Großvenediger wykluł się w naszych głowach już w zeszłym sezonie . Postanowiliśmy , że będzie to jeden z głównych celów obecnej zimy . Wiedzieliśmy , że optymalny dla nas czas na zdobycie tej góry to mniej więcej przełom marca/kwietnia . Plan był taki , że samą skiturę robimy w ciągu dwóch dni , tzn. pierwszy dzień przeznaczamy na dojście do schroniska i ew. jakiś mały rekonesans w pobliżu , natomiast drugi dzień to wejście na szczyt ,następnie zjazd do parkingu i powrót do Polski . Jedynym problemem było trafienie w odpowiednią pogodę , co ,wiadomo , nie jest łatwe . Rezerwowanie schroniska z dużym wyprzedzeniem wiąże się właśnie z ryzykiem , że z tą pogodą może być różnie , ale z drugiej strony , znalezienie „ za pięć dwunasta” pięciu wolnych miejsc w schronisku w czasie weekendu jest praktycznie niemożliwe . Wymyśliliśmy więc na to sposób , planując nocleg z niedzieli na poniedziałek i , mając prawie pewną , dobrą prognozę pogody ( która praktycznie sprawdziła się w 100 % ), zarezerwowaliśmy miejsca na kilka dni przed wyjazdem . Z Andrychowa wyjechaliśmy w sobotę (25.03.) wieczorem .Po drodze w Bielsku Białej zabieramy Filipa i dalej , przez Słowację , do Austrii , a konkretnie do miejscowości Hinterbichl -dojazd przez Matrei im Ost Tirol. Ok. 6 rano dojeżdżamy do parkingu u wylotu doliny Dorfertal ( ok. 1 450 m n.p.m.) . Stąd ,po ok. godzinie gramolingu , startujemy w kierunku schroniska Johannis Hutte , które znajduje się na wysokości 2 121 m. n.p.m. . Niestety , początek naszej skitury , która prowadzi utwardzoną drogą w górę doliny , robimy „ z buta”, bo śniegu w dolinie brak . Dochodzimy do miejsca , gdzie droga rozgałęzia się . Jedna odnoga prowadzi w prawo , druga w lewo . Po chwili zastanowienia wybieramy , wydaje nam się , krótszy wariant i skręcamy w prawo . Później okaże się , że jednak lepiej było iść w lewo . Po jakimś czasie dreptania pojawia się pierwszy śnieg w postaci dosyć konkretnych lawinisk . Nie poprawia to niestety sytuacji śniegowej na szlaku , więc dalej , z dechami na plecach , pniemy się w górę , mijając m.in. , nieczynny o tej porze roku , kamieniołom . I tak , mniej więcej , do 2 000 n.p m. , gdzie dopiero możemy założyć narty na nogi . Teraz jest już i łatwiej , i przyjemniej . Po drodze chwila odpoczynku na sympatycznej przyszlakowej ławeczce z pięknym widokiem na dolinę Dorfetal i ośnieżone alpejskie szczyty . Jeszcze chwila na małe "conieco" i zasuwamy dalej w dobrych humorach , tym bardziej , że słoneczko zaczyna przyjemnie przygrzewać . Po ok. 3 godzinach dochodzimy do schroniska Johannishutte. Piwo wypite na tarasie smakuje wyjątkowo w tak pięknych okolicznościach przyrody . W schronisku popasik , zakwaterowanie w pokoju i ok. 13-tej wyruszamy na rekonesans przed jutrzejszym atakiem szczytowym . Idziemy dokładnie tym samym szlakiem , którym jutro pójdziemy na Großvenediger , sprawdzając optymalną drogę podejścia , bo śniegu , mimo wszystko nie za wiele i trzeba trochę kluczyć pomiędzy przetopami , zwłaszcza tuż powyżej schroniska . Po drodze pogoda trochę zaczyna straszyć . Pojawiają się chmury , niektóre o całkiem ciekawych kształtach Pomimo tego ,że jest stosunkowo ciepło , to jak tylko chmury przysłaniają słońce , rozmiękły śnieg zaczyna szybko twardnąć . Mija nas grupa skiturowców , która zjeżdża do naszego schroniska po takim właśnie twardniejącym śniegu . My mamy jednak nadzieję , że jak dojdziemy do miejsca , gdzie będziemy się przepinać , zrobi się znowu słonecznie i zjedziemy po dużo fajniejszym śniegu , niż wspomniana grupa . Im wyżej , tym śniegowo lepiej ,chociaż szału ze śniegiem w tym sezonie w Alpach nie ma . Dochodzimy mniej więcej do 2700 m.n.p.m. ,robimy przepinkę w pięknie przygrzewającym słońcu i robimy super zjazd do schroniska po fajnie odpuszczonym śniegu. Wieczorem kolacja , i lulu , bo jutro od wczesnego rana czeka nas robota . c.d.n.1 punkt
-
1 punkt
-
Z tego co ja wiem funitel po północnej stronie Chopoka wybudowali ponieważ tam są największe wiatry. Jeśli chodzi o Tatrzańską Łomnicę pierwotnie był plan funitela na Skalnate Pleso ale właśnie Rattaj kiedyś w jakimś wywiadzie już po wybudoawniu funitela na Chopok powiedział że rezygnują z funitela bo nie ma tam aż takich wiatrów jak na chopoku no i koszt funitela jest dużo wyższy od gondoli która też jest dosyć odporna na wiatry1 punkt
-
Ten zjazd na fokach był mocno zaskakujący. Nie wypatrzyłem go wcześniej na mapie. Z tego co pamiętam Major też zdjął foki. Ja tego dnia wziąłem splita. To mój pierwszy sezon więc nie jestem jeszcze biegły. Widząc że inni nie zdejmują fok wpadłem na szalony pomysł żeby zrobić tak samo. Zjazd na desce z fokami jednak nie zaskoczył i foki wylądowały pod kurtką. Wiesia i reszty wariant powrotny dużo lepszy. Ten zjazd do drogi to nie był żaden zjazd tylko dymanie po stoku lekko nachylonym w dół. Musiałem deskę jeszcze raz przestawiać na chodzenie :(. Zjazd ze szczytu też mnie jakoś nie zachwycił. Dla mnie kolejne dni były dużo lepsze1 punkt
-
To już wiemy, masz karnet całosezonowy i nawet nie wiesz do kiedy on obowiązuje, a wystarczy przeczytać regulamin.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Wiesz jak wygląda sytuacja na drogach? Musiałbym jeszcze szybko zmieniać opony na zimówki.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Trochę odbiegamy od tematu,ale... Jest taka impreza w styczniu w Austrii na jeziorze Weissensee w Karyntii - koło Nassfeld. Planuję tam wystartować. Dystanse... 50, 100 i 200 km na łyżwach. Planuję w przyszłym sezonie zimowym. Co Ty na to?1 punkt
-
1 punkt
-
Tak, to są dwie imprezy szosowe, ale każdy jedzie czym ma, lub na czym chce Ja mam plan, żeby obskoczyć obie imprezy, tym bardziej, że w tym roku Sellaronda Bike Day jedzie w odwrotną stronę W miedzy czasie chciałbym jeszcze zrobić Sellarondę normalnymi ścieżkami, a nie asfaltami.1 punkt
-
O ile dobrze pamiętam to chyba w 2009 albo jakoś wcześniej było tak że śniegu było dużo i w weekend majowy śmigały wyciągi, później był przegląd a po przeglądzie pod koniec maja chodziła jeszcze Gąsienicowa Kto za powtórką?1 punkt
-
"TOPR apeluje o niewywożenie narciarzy i turystów wybierających się dalej w góry, na Kasprowy Wierch ze względu na ekstremalnie trudne warunki. Jeśli wybieracie się do Zakopanego na freeride etc., to przemyślcie pięć razy, czy wiecie na co się piszecie. Jest tyle śniegu, że nawet na fokach toruje się w śniegu po pas..."1 punkt
-
Chyba w 2012 5 czerwca widziałem komunikat, że jest jeszcze 86 cm śniegu! Warun był, ale oni mają sztywno określony termin działania (głownie przez Park) i nic tego nie zmieni. W tym roku śmigać będzie można do 3 maja. Później jedynie skitourowo o ile Park nie zabroni...1 punkt
-
Choćby nawet było i 3m śniegu to i tak Kasprowy będzie chodził do 07.05 Później rozpoczyna się coroczny przegląd kolejki na KW Pozdrawiam Paweł1 punkt
-
Jak myślicie - jak teraz jest 2 m śniegu na górze, to Gąsienicowa wytrzyma do drugiej połowy maja?1 punkt
-
1 punkt
-
Też mnie kusi bo moje "sztachety" dawno nie widziały takich warunków. Ja spokojnie czekam i wybieram się w poniedziałek. Może coś się wyklaruję przez weekend?. Na razie na KW wieje i wszystko zamknięte. Do tego lawinowa 4 to też nie w kasze dmuchał. Ale solidny podkład wróży nadzieje na dobre "turowanie" w maju. No i czekam na relację z weekendu jeśli się ktoś wybiera. Ech że też zima się musiała miesiąc spóźnić:).1 punkt
-
1 punkt
-
Z przyjemnością. Napisałam Ci wiadomość priv. Przyjeżdżaj, warunki z dnia na dzień coraz lepsze i bardziej zimowe. Temperatury dziś jeszcze niższe, chyba najzimniejszy dzień - maksymalnie -4 w dolinie.Na trasach trochę świeżego śniegu, jeździ się wyśmienicie, można sobie poszaleć do samej 17.00. Jutro i w piątek zapowiadane 11 i 12 godzin słońca przy ujemnych temperaturach. Aż się nie chce wierzyć, że to druga połowa kwietnia!1 punkt
-
1 punkt
-
Ponieważ nie mogłam zapisać edycji poprzedniego posta, to jeszcze raz: Mottolino trzyma się dzielnie, jest więcej śniegu i warunki o niebo lepsze niż na Carosello - nawet na trasie do Teoli i do dolnej stacji gondoli. Zdjęcie nr jeden jest wczoraj, z widokiem ze Spondy. Wczoraj jedynie stoki przy wyciągu do Trepalle już ok. 10.00 były miękkie i zmuldzone, a do tego licznie uczęszczane przez szkółki. Dziś rano postanowiliśmy wrócić na Carosello i objechać jeszcze kilka nie zwiedzonych tras. Niestety ledwie wjechaliśmy na stację pośrednią gondoli, zamknięto górny odcinek z powodu porywistego wiatru. Gondole co chwila stawały, ruszały w ślimaczym tempie i znów stawały. Tak więc, Zbyszku, niestety nie dotarłam na Federię. Chcieliśmy krzesełkami przetransferować się na Tagliede i Costaccię - udało się wjechać tylko na Blessacię I w przeszywającym, lodowatym wietrze i zamknięto całą górę - wszystkie krzesełka oraz wkrótce Carosello 3000 na całej długości. Zjechaliśmy jeszcze na dół i skibusem pojechaliśmy na Tagliede-Costaccię, przejechać się trasami wzdłuż gondoli do doliny. Trasy oblodzone, ale jeszcze w miarę, na dole już jednak liczne przetarcia, dziury i kamole. Trochę nam się znudziło jeździć w kółko, więc przenieśliśmy się znów na Mottolino. Przy okazji odkryliśmy bardzo fajną knajpkę przy dolnej stacji gondolki - bardzo polecam. Nazywa się Golloseria Galli, jedzonko pyszne i jak domowe u włoskiej mammy, a ceny przystępne. Na pewno tam jeszcze zajrzymy . Ludzi mało w porównaniu z dniem wczorajszym. Bardzo wiele osób porezygnowało z powodu wiatru i wróciło do domu. Ich strata, bo warunki były rewelacyjne! Drugie zdjęcie to traska do Trepalle, która wczoraj była zatłoczona i zmuldzona, a dziś - sami popatrzcie jak wyglądała ok. 14.00! Cud-miód! W snowparku uwija się kopara i usypuje jakąś gigantyczną skocznię. Śnieg na stokach jak w styczniu, do 17.00 - twardo, a wierzchem świeży puszek, jedynie czarna trasa do Teoli bardzo oblodzona. Niestety z powodu wiatru po południu zamknięto krzesełka na Monte della Neve, ale i tak pozostałe puściutkie i fantastyczne trasy wynagradzały nam poranny falstart. No i krajobrazy na Mottolino bardziej urozmaicone - trochę stoków w lesie, trochę odsłoniętych na grani, trasy o zróżnicowanym nachyleniu, niektóre długie i pozakręcane, jakiś tunelik pod drogą. Fajnie. Do końca dnia nad Carosello kłębiły się czarne chmury i zadymki, a my sobie jeździliśmy w mroźnym słoneczku. Czegóż więcej potrzeba do szczęścia?! Pozdrawiam w zimowym outficie !1 punkt
-
Uzupełnię troszkę relację Mariusza. Na początek nasza trasa na mapie z Google Earth (traki mam od Mariusza). Wpierw był lewy niższy cel, później zrobiliśmy prawą część. Jak widać pierwszy fragment prowadzi stromo wciętym korytem rzecznym (jest to dość charakterystyczne dla tego terenu). Po pokonaniu piętra lasu, mamy przed sobą doskonały widok na prawy cel. Po kilometrze+ wychodzimy na obszerne plateau z którego zaczyna się bezpośrednie wejście na przełęcz miedzy oboma wierzchołkami. Tutaj już jest przełęcz z widokiem na niższy szczyt. Jak widać dyskutujemy czy zjechać za nawisem, czy może jednak nie. Teraz warto powiedzieć, że na tym celu było naprawę sporo narciarzy. Większość dokonywała tu przepinki i jazda na dół. Decyzję ułatwiła nam ta oto grupka - skoro jadą to my też. A tu jeszcze dowód, że w Norewgi skiturują i młodzi i starzy i nawet dziewczyn nie brakuje. A tu już jesteśmy na pierwszym celu - Tomek ma jakąś refleksję (a może zmęczony???). Strzałką zaznaczyłem nasz drugi szlak podejściowy. Teraz zjazd na wspomniane już plateau. I decyzja co dalej. Wcześniej przyjrzeliśmy się głównemu wierzchołkowi. Na grani, która wydaje się oczywistą drogą jest mocno wywiane, widać kamulce i nie zachęca to do zjazdu. Symptomatyczne jest też to, że jakoś nie widać tam wchodzących. Natomiast droga żlebami wydaje się do zrobienia. Proponuję abyśmy się temu przyjrzeli z bliska - zawsze można zawrócić. I tak robimy. Zdjęcie gdzieś po drodze. Z czasem robi się całkiem stromo. Musimy zdjąć deski, założyć raki dochodzimy pewnie ze 100+ metrów pod wierzchołek i ze względu na kończący się czas - zjazd. Bogatsi pewnie o doświadczenia późniejszych dni, pewnie za 2-3 dni już byśmy dociągnęli do końca, bo nawet o 21.00 było jasno. Sam zjazd zdecydowanie już stromszy bardzo nam się podobał. Biorąc pod uwagę, że dzień zaczął się o 3.00 a skończył pewnie o 20.00 (nawet nie skończył bo teraz trzeba było coś uwarzyć, ogarnąć sprzęt i zaplanować kolejne dni (prognozy pogody) to było całkiem syto. I był to pierwszy najlepszy mój dzień w Norwegi. Do tego będę jeszcze powracał Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Dzień 1. Rozpoczynamy skitury. Zaczynamy jednak od pływania. Wieczorem zapadła decyzja że rozpoczynamy płynięcie o 5 rano, tak aby na 9 być w następnym porcie. Czyli wg planów 6h żeglowania. Kapitan zaproponował trzy wachty 2-osobowe. Wygląda to tak że jedna osoba kieruje sterem i obserwuje horyzont, druga osoba czuwa i obserwuje horyzont z tyłu. Jakikolwiek obiekt pływający zgłaszamy natychmiast do kapitana, który w tym czasie drzemie sobie z mesie. Sternik miał do dyspozycji gpsa, mape z trackiem, więc większych problemów z kierowaniem łódki płynającej w tym dniu głównie na silniku nie było. Nawet Ci co nie mają żadnych stopni wodnych, dawali radę. Głównym problemem w tym dniu było zimno, stoi się prawie nieruchomo, chłodna bryza morska, wszystkie członki powoli drętwieją. Dopływamy do prymitywnej przystani znajdującej się w małym fiordzie na półwyspie Lyngen. Niespodzianka, pomost jest kilka metrów wyżej niż nasz pokład, ale jest drabinka. Foto Wujot: Foto Kamil: Ucieszeni wychodzimy na ląd, wypakowujemy narty i radośni foczymy już z samego pomostu, który jest ośnieżony. Wygląda to wszystko na opuszczony port rybacki, podobno coś tam czasami cumuje. Ale pod naszą obecność nikogo tu więcej nie spotykamy. Po przebrnięciu przez zaspy i budynki ruszamy w prawdziwe góry. Wchodzimy 200-300m npm i już pierwsze piękne widoki morza i gór. Przy dolnym brzegu widać nasz port. Pierwsza nasza przygoda to góra Storgalten o wysokości 1219m. Dokładnie rzecz biorąc, to nie wiedzieliśmy czy tam damy radę wejść. W planach mieliśmy rozgrzewkę tylko i zrobienie jakieś 800-1000m vertical. Za pierwszy cel obieramy sobie przełęcz pod tą górą, na zdjęciu z lewej strony. Jeden z popasów w trakcie podejścia Doszliśmy na przełęcz i ożywione dyskusje, kretywności nie ma końca. Skok przez nawis, zjazd na drugą stronę ze 35st, wejście na szczyt po grani, zjazd żlebem itp. W końcu podglądamy innych, i rozsądnie wchodzimy na łatwiejszy cel o nazwie Litle-galten 833m. Niektórzy bardzo się cieszą ze zdobycia pierwszego szczytu, a wiodczki dookoła powalają. W trakcie podejścia widzielliśmy jak radośnie zjeżdżają inne grupy, więc postanawiamy to samo. Stok jest szeroki, więc dziewiczego puchu nie brakuje. Śnieg okazuje się lekko zsiadły, ale niehamujący, więc jedzie się przednio. Dojeżdżamy gdzieś do wypłaszczenia i dyskusja co dalej. Ponieważ bardzo dobrze się czujemy, pogoda dopisuje, więc ustalamy drugi cel czyli zjazd jednym ze żlebików widocznych powyżej z prawej strony. Spodziewamy się trochę większego nachylenia, ale z posiadanych informacji i oglądu sytuacji postanawiamy podejść tym żlebem do góry. Stok robi się coraz bardziej stromy, i kolejno wchodzimy w harszle, a później w raki. Dochodzi 18 (aha, bo w wyniku grzebania się przy pierwszym wyjściu zaczeliśmy turować dopiero o 11 albo 12 ), nadal jest jasno ale stwierdzamy że na dzisiaj wystarczy. Zostawiamy sobie godzinę na zjazd i kończymy podejście. Warto jednak było tak długo łazić, po światło robi się cudowne. Dołącze jeszcze zdjęcie całej góry z ostatniego rejsu z innego dnia, też o zachodzie słońca. Jak na pierwszy rozgrzewkowy dzień osiągneliśmy prawie 1500m vertical i 14km w poziomie, przyjemne zjazdy w lekkim gipsie, jeden troszkę bardziej stromy. Pierwszy dzień zaliczamy do bardzo udanych. Foto Paweł:1 punkt
-
1 punkt
-
Uzupełnię Kamila relacje grafiką. Start o piątej rano na lotnisku w Gdańsku, gdzie dojechaliśmy w nocy autami, niektórzy pociągiem. Bacznie monitoruje czy nasze torby są ładowane do samolotu podczas przesiadek w Kopenhadze i Oslo. Na lotnisku w Oslo mieliśmy 2h odpoczynku, gdzie raczyliśmy się ciekawą architekturą oraz norweskim chórem. Na odcinku Tromso-Oslo pojawiły się już dreszcze. Najpierw chmury, ale przez pół h mieliśmy już okienko pogodowe z widokiem na pierwsze fjordy. Widoki zapierały dech. Ciarki przechodziły już po plecach. Lądujemy w Tromso, które wita nas śniegiem już na poziomie 0m. Jest zima ! :-) Ładujemy się całą ósemką z bagażami do taxi-busa i jedziemy do portu. Tutaj witamy się z naszą łodzią, która będzie przez następnych wiele dni naszym domem i transportem. Jeszcze wieczorem pobiegliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe do marketu, po drodze obejrzeliśmy norweskie klimaty. Większość jedzenia przywieźliśmy z Polski w wielkich torbach narciarskich, a to co nie zmieściło się w 23kg limitu na osobę, musieliśmy dokupić w Tromso. Wydaliśmy w spożywczaku 1000 koron lekką ręką :-) Ale to na wszystkich ! :-) Niektórzy poszli czy też pojechali busem nawet do centrum miasta i coś tam miłego zobaczyli.1 punkt
-
Relacja Dzień 0 - dojazd, Ruszamy dwoma samochodami w Piątek wieczorem z Wrocławia. Pod Łodzią dosiada się Major. W Gdańsku wszystko bez problemu. Bagaże mieszczą się w limitach. Kopenhagi nie pamięta - chyba wszystko OK. W Oslo Ja i WuJot zostajemy zatrzymani na bramkach. Ponoć coś nie tak z naszymi bagażami. Mój okazuje się być otworzony a w środku rozwalone dwa pojemniki. W jednym był miód w drugim drzem !!! Strach się czegoś dotknąć. O Wiesia bagażu nic nie wiadomo. Dostajemy papierowe ręczniki w toalecie staramy się ogarnąć moją torbę. Wiesiu choć cały w nerwach dzielnie mi pomaga. Pytamy o jego bagaż. Nie wiadomo gdzie jest. Może doleci do Tromso a może nie :). Napięcie u Wiesia rośnie. W Tromso sukces. Wszystko dojechało. Zamawiamy busa i Pan M zawozi nas do portu. Jak się potem okazało nieźle nas oskubał. W porcie do dyspozycji marynarzy i żeglarzy jest kontener sanitarny. Jestem w stanie wyczyścić wszystko z miodu i nawet przeprać część odzieży i śpiwór bieliźniany. W środku jest bardzo gorąco i po kilku godzinach wszystko jest suchutkie. W tym czasie koledzy zaształowali cały sprzęt na jachcie. Na dziobie jest spora bakista w której mieszczą się wszystkie nasze narty. Reszta do środka. Mamy 4 dwuosobowe kajuty. Moja po dopasowaniu okazała się bardzo przytulna (pomijając skraplającą się na ścianach wilgoć). Piąta kabina należała do kapitana. Prognoza zapowiadała ładną pogodę na jutro a potem gorzej. Żeby nie tracić czasu trzeba było ruszać w nocy. Opisy z wacht już były więc się nie będę powtarzał. c.d.n1 punkt
-
Masz rację - nie da się ukryć, że szczególnie drugi dzień to było wyraźnie dalej (pewnie z 10 km) na północ - to tam gdzie z Robertem staraliśmy się "zawisnąć" na wietrze (kto ma foty?) Podciągnę trochę relację z tych dwóch najbardziej północnych eksploracji - mam nadzieję, że Ci co się zadeklarowali nie opuszczą mnie w potrzebie (szczególnie, że z drugiego dnia nie mam zdjęć). Po zaokrętowaniu (co zajęło nam całkiem sporo czasu) prysznic w kontenerze na nabrzeżu, po drodze taka fotka i szybko na kojo bo... pierwsza wachta wstaje o 3.00 (dzięki Klisiu!). Ja się zgłosiłem (z MajorSki) na 5.00 - nie było to przypadkowe bo liczyłem na takie klimaty Stopniowe zbliżanie się do celu i widok gór ("naszych" gór!) - bezcenne. To był nasz najbardziej północny cel: A to było na dzisiaj (za Kamilem): Bracia S. pod wodzą Michała zaparkowali przy nabrzeżu. Przygoda miała się zacząć! Pozdro Wiesiek1 punkt







