Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
25.07.2021 - 25.07.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 25.07.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Monika jest w "bardzo dobrej" kondycji, ale bez pomocy lokalnych tragarzy nie da rady wyjść w górę. I jeszcze pogardliwe nazywanie tych ludzi "HAPami". Dla mnie żenada.3 punkty
-
3 punkty
-
Wystartowały dzisiaj zawody żeglarskie. W najważniejszej dla nas klasie RS:X po trzech wyścigach Zofia Klepacka zajmuje 2 miejsce. Piotr Myszka jest 7. Sporo może się jednak zmienić, do końca rywalizacji jeszcze daleka droga przed nimi.2 punkty
-
To sobie wytłumaczyłeś po czasie a wystarczyło aby w tym wyścigu holenderka ruszyła po prostu 3 min wcześniej. Po fakcie to każdy sobie ułoży narrację. A jeszcze Ci powiem, że gdyby eksperci cokolwiek wiedzieli to byliby bardzo bogatymi ludźmi. A skoro nie są to znaczy, że g... wiedzą. Za to potrafią po fakcie skonstruować fajną narrację.2 punkty
-
Jak peleton się rozjeżdża i nie ma kto pociągnąć, a tak się działo dzisiaj to nigdy nie dogonią uciekiniera. Wielokrotnie na przestrzeni kilkudziesięciu lat przeanalizowane i podobnie było dzisiaj. Nie można się oglądać na innych tylko gonić jak najszybciej. Wiesiu jakbyś ogladał wyścigi - zwłaszcze klasyki, mistrzostwa kraju, świata, igrzysk i pomniejsze jednoetapówki to byś to zauważył. Tydzień temu spedziłem 2 dni z wybitnym polskim kolarzem z Dolmelu Wrocław, to kolega Szurkowskiego, Szozdy, Langa, Mytnika, Hanusika i wielu innych(wielka szkoda, że kilku z Nich nie żyje). Wygrał między innymi Tour De Pologne. Konwersowaliśmy między innymi o końcówkach wyścigu i takich sytuacjach, gdy ścigający odpuszczają kolejnych uciekających. Reszta potrafi się ścigać o 12 miejsca, nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności za gonienie uciekających, pilnuje się tylko tych co jadą razem. Staliśmy przy grillu i kolega porównał kolarstwo do niego właśnie. Rozpala się ogień pod blachą i wszyscy siadają na niej, po koleji ktoś zeskakuje, a mistrzowie zostają do końca i odbierają laury. Ponieważ jesteś z Wrocławia to znasz wrocławskie krasnale, może przypominasz sobie tego Na takim sprzęcie się ścigał... Pucharów Jemu nie brakuje i nie mówie o amatrorskich... Swoją wiedzę staram się pogłębiać od fachowców, najlepiej z najwyższej dostępnej półki, a nie od dyletantów jak niektórzy. Tobie proponuje iść tą samą drogą, jest dłuższa ale z całą pewnością skuteczniejsza w pogłębianiu wiedzy wszelakiej. Pozdrawiam. PS. i nie ma znaczenia czy na mecie jest 1.15 min czy kilka sekund...2 punkty
-
Po wspaniałej jeździe wielki sukces Anny Kiesenhofer. Zmęczenie za metą ogromne, tyle kilometrów w ucieczce i dała radę. Gratulacje.2 punkty
-
Teraz kazdy wie, nawet Marionen, mądra pani https://en.wikipedia.org/wiki/Anna_Kiesenhofer oddajmy kajzerowi co cesarskie.2 punkty
-
2 punkty
-
Ciekawie to mało powiedziane, jakieś bardziej dramatyczne slowo by się przydało😄2 punkty
-
Nie mam siły nic napisać, za dużo w nogach. Polecam na sezonce. https://youtube.com/shorts/jbTs0X4clXA?feature=share2 punkty
-
2 punkty
-
Prowansja – cz. IV – wjeżdżamy na Mt. Ventoux No dobrze – skończę relację z pierwszego wjazdu na Ventoux – tu mały spoiler – podczas tego wyjazdu wrócimy tu raz jeszcze. Tak jak opisywałem w poprzedniej części relacji. Niedługo po ósmej rano ruszyliśmy w kierunku szczytu Mt. Ventoux podjeżdżając od strony miejscowości Malaucene. Trasa liczy 21 km, ma ok. 1600 metrów przewyższenia o średniej około 7,2-7,4 proc (różne źródła różnie podają). Początek podjazdu w lesie, cieniu, temperatura raczej rześka, ale wiadomo że jak zaczniemy się wspinać, to zrobi się ciepło. Każdy zatankował dwa duże bidony – u mnie jeden zawiera izotonik, drugi czystą wodę; jest też banan i ze dwa żele. Do tego kurtka wiatrówka w – w sumie to jedna z dobrych rad, którą dostałem przed wyjazdem. Nawet jeżeli dzień jest bardzo ciepły – weź na górę kurtkę – rada, której na szczęście posłuchałem. Początek w zasadzie daje już jakąś tam zapowiedź jak to będzie – w przeciwieństwie od strony Bedoin, gdzie pierwsze 5-6 km jest mniej strome i tym samym dobre na rozgrzewkę, tutaj stromiej zaczyna się już wcześniej. Obieramy spokojne tempo wychodząc z założenia, że trzeba jak najwięcej sił oszczędzać na tzw. potem. Nie przejmujemy się tym, czy ktoś nas wyprzedza, my nie napalamy się na wyprzedanie innych. Generalnie jakoś najtrudniej było mi sobie wyobrazić to wspinanie się przez 21 km, no ale postanowiłem do sprawy podejść metodycznie kilometr po kilometrze. Sprawę nieco ułatwiały charakterystyczne słupki przy drodze – na takim słupku pokazany jest dystans do szczytu; średnie nachylenie przez kolejny kilometr oraz wysokość na poziomem morza. Przy czym wiadomo – gdy na takim słupku było naście kilometrów do góry, to nie dodawały one animuszu, ale gdy dystans spadł poniżej liczby dwucyfrowej, to każdy taki słupek dodawał mi nieco otuchy. Dodatkowo w dość nieregularnych odstępach umieszczono kosze na śmieci, a każdy kosz miał tablicę ile dystansu było do kolejnego – czasem było to ponad 2,5 km, a czasem niespełna 4 km. W każdym razie chyba jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak na widok kolejnych koszy na śmieci, jak tego dnia. Tu zdjęcie słupków – koszom na śmieci zdjęć nie robiłem 😉: Droga na górę jest piękna – sama droga dość szeroka, bardzo dobry, asfalt, momentami zupełnie nowiutki, bo położony specjalnie na TDF. Na razie nie widać szczytu i charakterystycznego przekaźnika – ten „pokaże się nam” przy rozjeździe na Mont Serein – tam też pokażą się nam tereny narciarskie, bo na Mt. Ventoux jest kilka wyciągów (z tego co rozumiem talerzyki/orczyki). Jedziemy w słońcu, robi się dość ciepło. Ja w moim liczniku Garmina (Edge 130), nie mam aplikacji/opcji Climb Pro, którą mają moi kompani (w Edge 130 plus i Edge 530). Oni mają rozrysowaną trasę aż do szczytu, z informacjami ile jeszcze zostało, jakie będą procentowo nachylenia itd. Ja koncentruję się na słupkach. Po ok. 10 km robimy sobie trochę dłuższą pauzę. Jeden z moich kompanów stwierdza, że teraz aż do Mont Serein będzie najtrudniejsze 4 km naszej wspinaczki – jak to pokonamy, to na pewno wiedziemy do góry. Podziwiamy widoczki, pozdrawiamy kolarzy zmierzających do góry, trochę się posilamy – żele, batony idą w ruch – i jazda w górę. Pierwszy słupek – pokazuję 12% – myślę sobie – w życiu nie jechałem tak stromego kilometra, ale ok – powoli, miarowo, jakoś to będzie; dojeżdżam do kolejnego słupka – 11% - myślę sobie – cholera, znów stromo, ale jakoś otuchy dodaje mi myśl, że to zawsze 1% mniej niż na poprzednim km, po dwóch takich kilometrach, znów słupek 11 lub 12 procent, ale mając już dwa takie kilometry za sobą, to jakoś złapałem swój rytm i szło to sobie i kolejne dwa kilometry jakoś też zmęczyłem. Po tym męczącym dłuższym kawałku, trochę się wypłaszczyło i za chwilę pojawił parking przy rozjeździe na Mont Serein. Tam znów zjechaliśmy się ze sobą, bo się w tamtym momencie trochę rozjechaliśmy, jako grupa. Tam znów chwila odpoczynku – może nie przybijaliśmy sobie jeszcze piątek, tym bardziej że czekał nas jeszcze najstromszy jeden kilometr tego podjazdu, ale humory generalnie były dobre. Widoczek znów tutaj bardzo ładny: Zastanawiamy się, czy nie zatrzymać się na zimną colę w Chalet Liotard – knajpie, która właśnie jest na parkingu na którym zatrzymaliśmy się, ale ostatecznie uznajemy, że taka nagroda to dopiero na szczycie. Wspinamy się więc dalej. Zostało jeszcze ok. 6 stromych kilometrów – oczywiście dużo, ale mamy w pamięci, że 15 km już mamy za sobą i jakoś od razu człowiekowi lepiej się robi. Nastroje generalnie dobre, tym bardziej, że po raz pierwszy widzimy szczyt i charakterystyczny przekaźnik – jeszcze dość wysoko nad nami – to w końcu jeszcze jakieś prawie 500 metrów w pionie. Po drodze robimy sobie jeszcze trochę fotek, ale już teraz ciągnie nas do góry – cel wydaje się na wyciągnięcie ręki. Wyjeżdżamy nad linię lasu i czujemy, że naprawdę jesteśmy coraz bliżej z każdym obrotem korby. To co nas nieco zaskakuje – to niewiele przed szczytem pojawiają się ludzie z profesjonalnym sprzętem foto – jak się okazuje, robią zdjęcia każdemu podjeżdżającemu, a następnie wrzucają karteczkę człowiekowi do kieszonki w koszulce – tam podany jest adres strony www i godzina – można potem znaleźć po dacie o godzinie. Widząc co jest grane, postanawiam wyglądać jak skrzyżowanie Alberto Contadora z Vicenzo Nibalim, staję w korbach i z poważną miną rozpoczynam finisz ku górze – efekt uważam całkiem fajny, co zresztą spowodowało, że staje się lżejszy o 40 EUR zamawiając parę pamiątkowych fotek: Niedługo potem osiągamy cel – jesteśmy na szczycie – tam czujemy po raz pierwszy chłodek – wietrzyk na spoconym ciele daje w kość – dobrze, że mamy kurteczki. Dawno zimna cola nie smakowała tak dobrze, jak na szczycie Mt. Ventoux. Oczywiście zdjęć robimy co niemiara – widok przepiękny. Niebo prawie bezchmurne. Wielka satysfakcja, choć obiektywnie czas wybitny nie jest – czasu jazdy wyszło coś 2h 40 min, choć pewnie gdyby nie zdjęcia, to pewnie byłoby bardziej 2:20, ale tak żeby było przyzwoicie w miarę, to pewnie jeszcze ze 30 min trzeba byłoby z tego ściąć. Może jeszcze kiedyś się uda. Pozostał nam jeszcze zjazd na dół - zjeżdżamy do Bedoin, bo pora na zasłużony posiłek. Sałatka, lasagna i deserek konsumujmy szybciutko. Z Bedoin trzeba się jeszcze przebić przez Col Madeleine, które znamy z dnia poprzedniego do Malaucene, gdzie po prysznicu ładujemy się do basenu. Piękny dzień w Prowansji - jak nam się wydawało absolutny "highlight" tego wyjazdu. Dziś wiem, że to był jeden z "highlightów"... c.d.n.1 punkt
-
Jagnięcy Szczyt 2230 m npm, to ostatni cel naszej weekendowej wędrówki po Tatrach słowackich. A po drodze? Zielony Staw Kieżmarski przyrównywany do Morskiego Oka wraz z klimatycznym Schroniskiem. Widok na tatrzańskie giganty: Jastrzębią Turnię, Kieżmarski Szczyt, Baranie Rogi, czy najwyższy Durny Szczyt. Widocznych szczytów z samego otoczenia "jeziorka" ciężko z pamięci zliczyć 😮 Czy spotkaliśmy jakieś jagnięta na szlaku do Jagnięcego Szczytu? Tak! Dowód poniżej No, to co? Fotorelacja start! Startowaliśmy z Kieżmarskiej Doliny Białej Wody. Tuż po wyjściu na malutką polanę widok na Tatrzańską Łomnicę: Kieżmarska Biała Woda: Mała Świstówka: Woda biała, to fakt! Dolina Zielonego Jeziora, tuż przed Schroniskiem... Dziarskim krokiem do przerwy śniadaniowej A co do jedzenia? Coś co przypomina Jastrzębią Wierzę Na "paszę" był też inny chętny... ...nie dostał. Turyści z Polski, a na dodatek z Radomia, chytrzy! Szybkie, widokowe foto i... ...w drogę! Na szlak! Auta schroniskowe... też malownicze! Idziemy ...i widoki, są! A z tyłu kolejna wieża? Przerwa na kamieniu... No i trzeba pokazać gdzie idziemy... ...idziemy tam! Na Jagnięcy Szczyt! Z bliska, ten szczyt, to wygląda dokładnie tak... ...a jeszcze dokładniej, to tak...i nawet, ktoś się nie bał i wszedł przed nami 😮 Tym czasem jeszcze jedna perspektywa... perspektywa kontemplacji Krok za krokiem, krok za krokiem... ...a tu śnieg 😮 Też go dotknąłem Jeszcze trochę w górę i napotykamy kilka łańcuchów. Marboru: Paula: Wchodzimy na grań: Tu też fotosy Idziemy północno zachodnią częścią grani. Chmury... Tuż przed szczytem historia z okularami... Klasyczny Hilary... Myślałem, że zgubiłem, a one spadły mi z czapki i przyczepiły się do plecaka. Jeszcze kilka kroków i jesteśmy!!! Szczyt "Jagniątka" zdobyty Jemy i czekamy aż chociaż trochę przewieje te chmury... ...doczekaliśmy się! Grań, przy której szliśmy... płonęła!!! 😮 Widoki... ... I jeszcze... I tak długo... W tych okularach widziałem zdecydowanie wszystko większe Schodzimy! Żegnamy Jagnięcy Szczyt. Szlak: "Oczko"... Bliżej... Kozi Szczyt: No i Kozice!!! Słodziaki!!! I jagniątka też były malutkie! Zero lęku przed ludźmi 😮 Schodzimy dalej... Zielony, z góry! Ukwiecona "Nimfa" I z bliska pachnidło... Kto zgadnie, co to za "szpica"? Schronisko: I widoczek w całości ale bez zielonej wody Trochę tutejszych zachwycających krajobrazów... Kto by nie chciał mieć takiego tła? Aż do znudzenia... ...zbliżenia 😮 I zoom X30: Robimy ostatnie zdjęcie... ...i spadamy na dół. Do domu daleko, i chcemy wrócić przed 20stą. Ten cel również udało się zrealizować. Korki umiarkowane...a tuż po wejściu do auta - burza. Kolejny raz się udało Nie ma jak pogoda i radar Kolejna nasza wizyta w Tatrach niezwykle udana. W nogach grubo powyżej 80 km. Skreślamy kolejne trzy sztuki z Turystycznej Korony Tatr... na liście do zrobienia zostało już niewiele Co będziemy robić później? Trzeba wyznaczyć sobie kolejne wyzwania. Pozdrawiam serdecznie marboru i Paula1 punkt
-
Autostrada jest praktycznie gotowa, oznakowanie poziome jest, pionowe też, stawiają bariery (tych brakuje), pracują przy drogach serwisowych (tu jeszcze trochę pracy zostało). Wg. oficjalnych informacji, ma być oddana do użytkowania w lutym 2022, wcześniej udostępniona na zasadzie przejezdności. Kąpielisko jest w Nádudvar (można płacić kartą, obok jet też bankomat). p.s. Ja cytujesz na tym forum i chcesz bym dostał powiadomienie, musisz wstawić @ przed nazwą użytkownika. p.s.2 Wracałem przez Gorlice.1 punkt
-
Po powrocie do kraju, postanowiliśmy odwiedzić jakieś pobliskie jezioro. Jadąc nieco palcem po mapie, trafiliśmy na bardzo fajne miejsce, blisko naszego miejsca zamieszkania. Padło na zalew w Nowym Mieście na rzece Sonie. Nigdy wcześniej tam nie byłem a w okolicach a i owszem. Spłynąłem cały akwen na SUP-ie. Polecam. Plaża Ścieżka rowerowa, miejsce do spacerowania i sporo stoliczków z ławeczkami. A tu już sam zalew. I widok w drugą stronę. Jeszcze plaża widoczna z pomostu.1 punkt
-
@agnel2748Tu: https://www.strava.com/activities/2650403339 masz tradycyjną trasę Rajdu wokół Tatr. Impreza jest z/do NT, i w odwrotną stronę niż Twoja trasa (bo tak jest hmm... raczej szybciej i łatwiej). Tak jak Author wspomniał jedź na Oravice zamiast Trstenę. Oprócz tego nie kombinuj w okolicy Liptowskiego Hradoka, tylko trzymaj się głównej drogi (takie hopki na objeździe, przy tak długiej trasie, to jedynie mogą wkur...zyć). Raz jechałem w tym kierunku, co wyrysowałeś trasę (wtedy też z Zakopca) i chyba najbardziej nie podobało mi się to, że z Szczyrbskiego Plesa niby kilkadziesiąt km zjazdu, a jednak zbyt płasko by jechać bez kręcenia, więc odpoczynek niewielki.1 punkt
-
@agnel2748rowerem dookoła Tatr to się nawet nie przejmuj jakimś rejestrowaniem. To jest tak wszystko porąbane, że już i policja to olewa. No chyba, że będziesz miał jakiś straszny niefart. Cała droga jest przejezdna. Nie ma żadnego remontu mostu w Javorinie. Ten znak na rondzie w Bukowinie kieruje na sąsiednie przejście w Jurgowie autobusy, ciężarówki. Raz, że tam jest kosmos dla takich pojazdów by w ogóle do tego mostu dotarły (patrz korki na Morskie Oko) a dwa ten most jest nieco osłabiony i jest tylko dla ruchu osobówek. A co do trasy bez sensu z Zuberca odbijać na rejon Trsteny. Tragiczny to jest odcinek pod wieloma względami. Normalnie w Zubercu odbijasz w prawo na Oravice i przez Vitanovą wpadasz na przejście Sucha Hora. Jak byś jechał wariantem zgodnym z ruchem zegara to odbij sobie w Chochołowie na Dzianisz. Ominiesz potworny ruch na głównej drodze a na koniec będziesz miał z Gubałówki tylko w dół. Minus to, że jest cały czas pod górę i na finiszu może boleć.1 punkt
-
Wyscig byl super fajny. Ale to co jest po nim to jakaś komedia...1 punkt
-
W koszykówce się działo, prowadzenie się zmieniało, na końcu Francja pokonała USA. Dream team to nie jest (amerykański).1 punkt
-
Czyli holenderski sztab trenerski dał dupy. Marionen to przewidział. Nic tylko geniusz!1 punkt
-
Jest i wytłumaczenie skad słaba pogoń https://www.onet.pl/sport/onetsport/kolarstwo-annemiek-van-vleuten-nie-wiedziala-ze-rywalka-jedzie-przed-nia-tokio-2020/49tx0e5,d87b6cc41 punkt
-
Jeśli już to o psychologii i błędach narracyjnych. A o pieniążkach to była bukmacherka. Jeśli ktoś coś realnie by wiedział to na zakładach można dorobić się majątku. Ale nikt nic nie wie a jedynie ładnie bredzi po fakcie. Ja też tak potrafię. Ale przynajmniej nie udaję, że coś wiem. W tym konkretnym wyścigu na 6 km przed metą zwyciężczyni miała 3:35 min by skończyć to z 1:15 min. Czyli na 6 km straciła 2/3 przewagi. Jak napisałem jeszcze 10 km przed metą wynik był otwarty. I żaden geniusz nie znał zakończenia.1 punkt
-
Nasi ładnie w 3x3, choć większe wrażenie zrobiły Japonki pokonując Francuzki w zaciętym boju.1 punkt
-
Jak widzisz można zawsze skonstruować "sensowne" wyjaśnienie. Jak wygrałyby to miały przewagę i dobrą strategię jak przegrały to wewnętrzna rywalizacji. A może to po prostu zaskoczenie takim nietypowym scenariuszem albo chwilowy stupor albo błąd trenera. Tak czy tak dla mnie zdarzyło się coś co było zupełnie nieprawdopodobne (a jak widać 100% prawdopodobne). Ale pocieszę Cię gdyby marionen był taki przewidujący to na tym wyścigu zarobiłby do końca życia. Czyli w d... z takim eksperctwem.1 punkt
-
Nie wyważajmy otwartych drzwi, na samym początku wątku (dzięki bardzo @Lexi za jego założenie) ustaliliśmy, że większość lubi sport za jego niespodziewane wyniki, do końca często nieodgadnione...1 punkt
-
Nawet nie wiedziałem, ze młodość spędziłem uprawiając dyscyplinę olimpijska 3x3 tylko punkty inaczej liczyliśmy. Nasi z ta reprezentacja bez kraju grają zaraz, tymczasem Amerykanki az miło...1 punkt
-
Powiem Ci, że na końcu wylądowała z 1"15' przewagi więc gdyby peleton zaczął pościg dosłownie 5 km wcześniej to wynik byłby zupełnie inny. Holenderki przespały. Czyli star miał rację jakkolwiek nie miał1 punkt
-
Zwróćcie uwagę na dziewczyny na rowerach zostało 25km a jest ciekawie..1 punkt
-
No niestety beckhend Egipcjanki okazał się za silny dla Natalii Partyki. Emocji było jednak bardzo dużo. PS widzę, że masz problem nie tylko z czytaniem między wierszami... nigdzie nie pisałem o beckhendzie w tenisie ziemnym...1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Prowansja – cz. III – Mt. Ventoux – Na razie trochę teorii Po pierwszej zapoznawczej rundzie wokół Malaucene, kolejny dzień miał być dniem ataku na Mt. Ventoux. Tutaj chwila na wyjaśnienia o co chodzi z tą górą. Na szczyt Mt. Ventoux wiodą w sumie trzy drogi z trzech różnych stron. Od miejscowości Sault; od miejscowości Bedoin i trzeci od miejscowości Malaucene. Zdecydowanie najprostszym wariantem jest podjazd od strony miejscowości Sault – jest on co prawda najdłuższy – bo liczy sobie ok. 25 km – dwa inne to ok. 21 km każdy – ale z uwagi na to, że miejscowość Sault leży wyżej nad poziomem morza niż Malaucene i Bedoin, czyli punkty startowe dwóch pozostałych podjazdów, przewyższenie między punktem startowym a szczytem góry jest najmniejsze w porównaniu do tych dwóch innych podjazdów (ok. 1200 m vs. prawie 1600 m). Mniejsze przewyższenie rozkładające się dodatkowo na ponad 25 km vs. 21 km powoduje, że średnie nachylenie tego podjazdu to 4,5%, przy czym tak naprawdę większe trudności zaczynają się powyżej knajpy (takiej trochę tu kultowej) zwanej Chalet Reynard, czyli ok. 6 km przed szczytem. Zresztą właśnie przy Chalet Reynard podjazd od strony miejscowości Sault „spotyka” się z podjazdem od miejscowości Bedoin, czyli tym tzw. klasycznym i najtrudniejszym podjazdem. Innymi słowy – ostatnie 6 km tego podjazdu jest wspólne dla wariantu Sault i Bedoin. To właśnie nad Chalet Reynard zaczyna się ten księżycowy krajobraz, który znamy z relacji TDF i te najbardziej znane obrazki kojarzące się z tą górą. Tu profil podjazdu od Sault - widać wyraźnie, że znakomita część podjazdu to odcienie żółte, a wręcz w pewnym momencie jest płasko i dopiero końcówka jest pomarańczowo-czerwona: Jak już pisałem wcześniej - poza podjazdem od Sault, który ma ostatnie 6km wspólne z tym od Bedoin, są na górę jeszcze dwie drogi – jedna właśnie od rzeczonego Bedoin i druga od zupełnie drugiej strony, czyli od Malaucene. Bedoin to ten najbardziej klasyczny i hardcore’owy wariant znany z TDF. Jego podstawowa trudność polega na tym, że jak już złapie, to trzyma i nie odpuszcza do samej góry. Zresztą ładnie widać do na profilu. W zasadzie mniej więcej 16 km od szczytu zaczyna się tak średnio 9-10% i z małymi wyjątkami tak jest do samej góry. Podjazd ma ok. 21 km i przewyższenie ok. 1600 metrów, przy czym puryści nie liczą tych pierwszych 4-5 km, gdzie średnie nachylenie nie przekracza 5%. Tu profilik - widać czerwienie i mocne pomarańcze po pierwszych 4-5 km: Jest też trzeci wariant – najmniej uczęszczany i być może przez to mniej znany. To podjazd od miejscowości, w której my się zatrzymaliśmy – czyli od Malaucene. W liczbach bezwzględnych wygląda to bardzo podobnie jak wariant od Bedoin. Mniej więcej ten sam dystans – 21 km; to samo średnie nachylenie 7,5%; bardzo podobne przewyższenie – różnica bodaj 20 metrów. Ten wariant ma nawet dłuższy dystans odcinków 10% i więcej. Ma też bardziej strome kawałki niż ten od Bedoin; stromszy 1 km. Ale jednak ten wariant uchodzi za trochę łatwiejszy niż ten od Bedoin – są dwa powody – ten od Bedoin ma stosunkowo łatwe 4-5 km i potem do szczytu jest cały czas trudno; za to ten wariant od Bedoin jest mniej regularny strome dłuższe odcinki są jednak przeplatane takimi, które dają jednak trochę wytchnienia – po kilku km ze średnią 9-10%, to takie 6,7 czy nawet 8 nagle wydają się być miejscem, gdzie człowiek odpoczywa; drugi powód dlaczego ten wariant jest prostszy, to wiatr – w dni wietrzne, gdy Mistral daje w kość, najczęściej wieje „w mordę” jadąc od Bedoin (i także od Sault); z kolei od Malaucene jest się bardziej osłoniętym, do tego podjeżdża się dokładnie od przeciwnej strony niż od Sault i Bedoin, jest więc nadzieja, że wiatr będzie jednak wiatrem bocznym lub nawet wiatrem w plecy, a nie wiatrem w twarz – choć na samej górze często zmienia się kierunek wspinaczki. Profil podjazdu od Malaucene wygląda tak – w liczbach bardzo podobnie jak Bedoin, ale jednak te procenty „falują” – widać, że między kawałkami czerwonymi i pomarańczowymi, zdarza się trochę żółtych - tam można nieco odpocząć: Przed wyjazdem zastanawialiśmy się jak to będzie. Nikt z nas nie jeździł takich podjazdów. Wokół Krakowa, to może udało się gdzieś 2-3 km podjechać, ale 21, czy 25 km nigdy. Ja jechałem raz jeden w USA w Górach Skalistych podjazd 10 km, ale tam było średnio ok. 5%, czyli około 500 metrów w pionie. Co prawda na wysokościach powyżej 2.500 metrów, co dawało mi jakiś tam obraz tego co nas czeka, ale ciągle raczej mglisty. Jeden z moich kompanów, postanowił sprawdzić formę i „jak to jest” na podjeździe pod Żar – ale to 8km i ciągle nie te przewyższenia. Plan mieliśmy taki, że będziemy szlifować formę od początku roku; mieliśmy mieć co najmniej 2.000 km przejechane przed tym wyjazdem, miało być niewiadomo co. Ostatecznie oczywiście rodzina, obowiązki w pracy, spowodowały, że ja miałem przed tym wyjazdem nakręcone marne 1.000 km na rowerze. Wielkich przewyższeń też nie było. Raz jeden w ramach chęci wykonania co najmniej 1000 m przewyższenia na jakimś tam krótkim dystansie „zaliczyłem” podjazd pod kopiec Kościuszki w Krakowie bodaj 12 razy góra dół. Jakiś mi tam to obraz dało – trochę nauczyło panować nad tempem, biciem serca, no ale to były jednak takie podjazdy po 1,5 km ok. 100 metrów w pionie, przeplatane zjazdem. Do tego zrobiłem to tylko raz. Miałem sprawdzić się z kumplem na ten Żar, ale dzień wcześniej miałem drugą dawkę szczepienia na Covid i czułem, że organizm niekoniecznie jest gotowy na taki wysiłek. Pod względem formy rowerowej nie byłem na pewno tam, gdzie na początku roku sobie to założyłem; jednak trochę biegałem – starałem się dwa razy w tygodniu urywać na jakieś przebieżki po 8-9 km; zimą coś tam pochodziłem na ski-tourach. Jakąś tam bazę miałem. Był też plan zejścia z wagą do 80 kg, ale z po-covidowych 86-87 kg zszedłem na 82, więc trochę brakło. No ale pocieszałem się, że dramatu nie ma. Nie wiem ile razy oglądnąłem filmy Mike’a Cottyego na the Col Collective – zresztą bardzo polecam ten kanał na youtube każdemu – co prawda dzisiaj nie ma tam za wiele nowych filmów, ale te co są, pokazują bardzo wiele podjazdów i pięknych tras na całym świecie. Mike świetnie też o tym opowiada i mają bardzo ładne ujęcia. Na kanale Mike podjeżdżał na Ventoux od strony Bedoin i od strony Malaucene. Tu link to filmu z podjazdem od Bedoin: https://www.youtube.com/watch?v=zD-CjcwwU_w Tu link do filmu z podjazdem od Malaucene: https://www.youtube.com/watch?v=rsMSNeShliE Trochę uwag otrzymałem także od naszych forumowiczów @fafek i @agnel2748 – wielkie podziękowania przy okazji. Przed wyjazdem dokonałem też dwóch modyfikacji w moim rowerze – zmieniłem tarcze z takich bieda tarcz, które Cannondale wrzucał seryjnie do SuperSix’ów w roku 2020 na tarcze Ultegrowskie 160 mm z przodu i z tyłu – bo cały czas pisałem o jakimś tam respekcie przed trudami podjazdu, ale zjeżdżanie też było trochę rodzącą obawy perspektywą; drugą modyfikacja objęła korbę – seryjna korba FSA o przełożeniu 52/36 ustąpiła cannondelowskiemu spiderringowi typu kompakt o przełożeniu 50/34. Z tyłu miałem kasetę z największą zębatką 32. @agnel2748 polecał mi założenie kasety z zębatką 34, ale uznałem że zmiana korby i tak daje sporo, a na zmianę kasety już nawet nie było za bardzo czasu. Przełożenie 34 przód i 32 tył musiało wystarczyć - i tak było już dość emeryckie. No dobra – dużo się rozpisałem o teorii, o tym jakie mieliśmy obawy, przygotowania itd., ale siedzimy sobie po naszej pierwszej rundzie w Prowansji nad sałatką i coś trzeba postanowić – jak i skąd jedziemy. Przed wyjazdem wszystko było jasne – zaczynamy od Sault i zobaczymy jak to pójdzie. Jak się uda, to spróbujemy od Malaucene; a może jak i to wyjedzie i nie braknie czasu, to rzucimy się na podjazd od Bedoin. Taki był plan – tylko nad tą sałatką trochę zaczęliśmy dywagować – w sumie to jutro ma być idealna pogoda – nie za ciepło, bez wiatru, to Sault jednak trochę jest od nas daleko (autem ok. 50 min, rowerem dużo dłużej), a ten podjazd od Malaucene zaczyna się nam 100 metrów od naszej kwatery… ostatecznie podejmujemy spontaniczną decyzję i zmieniamy pierwotne plany – olewamy ten najprostszy wariant jedziemy od Malaucene – raz kozie śmierć. Rano wstajemy, ogarniamy śniadanie, bidony, liczniki, pasy tętna, ciuchy – klasyczny rowerowy gramoling i ruszamy. 100 metrów ciut w dół do skrzyżowania, w lewo i zaczynamy: O tym jak przebiegł sam podjazd, jak to wyglądało na zdjęciach. to już napiszę w kolejnej części relacji z Prowansji, bo zrobiło się późno, a ja się znów rozpisałem… c.d.n.1 punkt
-
Ostatnio trafił mi się mega udany wyjazd co nabrał niespodzianie przygodowy charakter. W planie były dwa dni - kolejny kawałek ER6 (Jelonka - Barcinek), dalej mała pętla Kamienicy, pętla wokół Kwisy, ST na Zajęczniku i Czerniawskiej Kopie, później pętla wokół Świeradowa. Czyli 3 trasy z Rowerowej Krainy (21,22, 32) i kilka singletracków. Na koniec powrót do Barcinka i stamtąd do Bolesławca. Po pierwszym dniu jednak zrezygnowałem z tego ostatniego kawałka na rzecz penetracji nieznanej mi strony Bobru. Czyli powrót do Jeleniej Góry. Wyszło więc tak. O pierwszym dniu nie będę się rozwodził. Było bardzo fajnie a najlepsze były czarne i czerwone ST na Czarniawskiej Kopie. Podjazdy, miejscami zmiecione wodą, dały mi w kość. W drugim dniu grzecznie machnąłem plana, końcówka pętli 32 była niezłym prognostykiem. Zamiast dynamicznego zjazdu był dynamiczny potok tak ze 2 km. A ponieważ moje buty mają nie tylko siatkową górę ale także kanały wentylacyjne w podeszwie to było to dodatkowym wyzwaniem. Teraz druga strona J. Wrzeszczyńskiego, są tam liczne dopływy i było do pokonania parę brodów. Pierwszy łatwy, inne niekoniecznie. Ścieżka wzdłuż brzegu świetna choć z łanami korzeni. Nogi dalej suche. Po rozgrzewce pora zabrać się za przygodę. Chcę wylądować nad mostkiem przy Perle Zachodu. Obejrzałem sobie to z dołu dzień wcześniej. Te skały mają pewnie ze 30 m wysokości. Na górze jest według OSM ścieżka. Zgodnie z planem. Na górze jest tak. Trzeba zejść do lustra wody więc może jest nawet wyżej jak myślałem. Zejście jest na poziomie Orlej Perci (czyli 0) ale... z rowerem już nie jest to takie łatwe bo są stopnie 1,5 - 2 m do pokonania. Używam więc kierownicy, pedałów w roli "frienda", klinuję rower w szczelinach obchodzę i ściągam z dołu. Jedyny problem jaki mam to czy na dole nie pojawią się jacyś gapie i nie wyciągną komórek. Ale zdążam przed nimi. Pora na ostatni punkt programu. Jazda brzegiem Jeziora Modrego na przeciwko oficjałki ER 6. I ta ścieżka jest genialna, wyczesana, piękna, trudna jak skurczybyk, niebezpieczna. Są miejsca gdzie jedzie się półką nad pionową ścianą o wysokości 5-10 m i z dokładnością maks do grubości opony. W innych tuż przy wodzie, na szerokość ręki. W wielu miejscach trzeba zsiadać i prowadzić rower. Wszędzie głazy, kamulce w drodze. To po prostu parokilometrowy rock garden. Zdjęcia są ustawione w kolejności, widać więc, że w górę rzeki jest coraz łatwiej. I jeszcze gpx z jezior. i wyjście na grupę skał. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Wracamy do kraju. Granica Rumunia - Węgry, około 25 minut stania, szukają covidu w bagażnikach samochodów (każdy otwiera bagażnik) . Zero pytań o cel podróży, szczepienie itp. Na Węgrzech, bardzo faje i tanie kąpielisko. 3 baseny, w tym dwa z wodą termalną. Basen sportowy, gdzie można skakać. I basen kolejny termalny. Węgry mają praktycznie gotowy odcinek autostrady M30 (skraca powrót do Polski o około 30 minut). Czekamy jeszcze na Słowaków. I jeszcze jedno zdjęcie. Tu już jedziemy po nowym odcinku. Po naszej stronie, żadnej kontroli, wywiadu epidemiologicznego. Stało jedynie 2 Słowaków którzy machnęli nam, byśmy jechali. Witamy w Polsce.1 punkt
-
Kopalnia soli - Salina Turda, wielokrotnie, opisywana jak przepiękna kopalnia soli itp. Na nas nie zrobiła wielkiego wrażenia. To tak naprawdę ogromna hala po wyrobisku soli, sztucznie zamieniona w lunapark. Brakowało mi interesujących ekspozycji, nawiązania do historii miejsca itp. Na koniec moja żona stwierdziła, że czego się czepiam, przecież jakby nie było tego lunaparku, nie byłoby odwiedzających. Przypomnienie gdzie jesteśmy. Podziemny diabelski młyn, jeden z droższych na jakich jeździłem. Oczywiście nie można zapłacić kartą, tylko gotówka. Podziemne "jeziorko" z łódeczkami. Nacieki solne. Klatka schodowa i winda obok.1 punkt
-
Kolejne fantastyczne miejsce odkryte. Podobnych miejsc jest kilka, w większości są niezagospodarowane. Tutaj możemy zażyć kąpieli solankowych i doświadczyć stanu nieważkości. Koszt dla 4 osobowej rodziny (2 dorosłych i 2 dzieci) to 45 zł za cały dzień. Zagospodarowanie miejsca - lata 60-te. Warto tam przyjechać dla tej wody. Kąpielisko czynne od czasów Rzymskich. Turda "Lacul Roman". Bardzo dużo niezagospodarowanego terenu obok kąpieliska. Obok pasą się koniki.1 punkt
-
Rumunia, to też fantastyczne i tanie jedzenie. I jeszcze jedno danie. Pyszna rybka prosto z Dunaju. Kebab (bardzo dobry). Tutaj deser.1 punkt
-
Rumunia powitała nas w miejscowości Ilovita. Mieliśmy bardzo przyjemną miejscówkę nad samym brzegiem Dunaju (boczna zatoka, powstała po zbudowaniu tamy). Widok z naszego łóżka. Jest to fantastyczne miejsce, w bocznej zatoce. Cisza spokój. Gospodarze udostępniają sprzęt wodny do pływania. Tu próby pływania z moim synem na kanu. A tu moja córka na kajaku. I jeszcze jedno.1 punkt
-
A to już granica Serbsko - Rumuńska. Tylko gdzie jechać, jesteśmy sami ? Miał być widok z Żelaznej Bramy Dunaju, a jest widok na barierkę. Serbia żegna. Teren bezpaństwowy. Ruch jak widać.1 punkt
-
Widzę że mgła niezrozumienia przeszła z kolegi gwiazdora i udzieliła się również Ciebie. Przepraszam ale nie mam czasu na dalszą, jednak jałową dyskusję, wolę pooglądać olimpiadę. Może innym razem. PS. Mieszasz dziedziny, ja o sporcie Ty bardziej o gospodarce itp.0 punktów







