Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
14.09.2021 - 14.09.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 14.09.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Niedziela - 05.09.2021 Dobrze że canoe zostawiłem na dachu auta - postanawiam płynąć dalej. Przygotowuję rower bo nie chcę nikogo fatygować z transportem. Trochę trwa zanim składak i ja znajdziemy się wewnątrz auta. Postanawiam zwodować się 300-400m dalej, tuż za zalewem, obok starego młyna i czwartego już mostu. Gotowi do płynięcia Zwiedzam okolice młyna Sprawdzam ile da się popłynąć pod prąd jednak wszystko zarośnięte i zawalone. W trakcie rekonesansu spadam z pnia powalonego drzewa do zimnej już wody. Most obok młyna Pod mostem, widok na młyn Mostowe obrazki Kolejny most, tym razem kolejowy Kolejne mostowe obrazki Za kolejowym betonowe przyczółki starego carskiego mostu Dalej już tylko gęste trzciny Jeszcze bardziej gęste trzciny, już nie widzę wody, postanawiam się wycofać Zaczynam jechać na wstecznym Wracam pod prąd do mostu drogowego obok młyna. Dzisiaj przepłynąłem nie więcej niż 1-1,5 km, rzeka znów się zamknęła i mnie nie przepuściła, widocznie tak miało być. Oczywiście że lepiej byłoby o innej porze roku i oczywiście że lepiej byłoby w kilka kajaków. Ale czy wtedy ilość wrażeń i wspomnień byłaby taka sama ?. Gdy dzień wcześniej płynąłem blisko widocznych na zdjęciu bloków : ktoś na balkonie wieszał pranie, zauważył mnie, przerwał i wnikliwie się przyglądał ... potem w górze latał śmigłowiec ... potem krążył mały płatowiec ( nie byłem już widoczny w gęstwinie ) pomyślałem wtedy : " przesada !, .. żyję i napieram, .. w końcu się przebiję " po jakimś czasie inna myśl : " może lepiej gdyby jednak mnie wyłowili ? " W niedzielę zakładałem możliwość odwrotu i już tak nie szarżowałem.6 punktów
-
Mieszkam w Siedlcach, płynie tu Muchawka, nieopodal wpada ona do Liwca, ten do Bugu. W granicach miasta rzeczka zasila miejski zalew, jej główny nurt jest oddzielony od zalewu groblą. Wysoki stan wody dawał szansę spłynięcia rzeczki na dłuższym dystansie. Optymistyczny plan zakładał przepłynięcie Muchawką do Liwca i Liwcem do wsi Niwiski (całość ok. 20 km). Sobota 04.09.2021 - miejsce startu, wytypowana rowerowym rekonesansem Wólka Wołyniecka ( 4 km od domu). Pogoda dopisuje, nurt spokojny, woda czysta,, stan wysoki, dolina zalana wodą, roślinność zakrywa rozlewisko. Słyszę bliski strzał karabinowy, .. z ambony ?, .. potem kolejne, .. aha ! .. obok teren ćwiczeń wojskowych. Płynę cicho, nie wyjmuję wiosła z wody (taka technika), wtem tuż obok popłoch, zbudziłem sarnę śpiącą w trzcinach. Spłoszona ucieka rozlewiskiem wielkimi wodnymi susami, już bezpieczna z oddali szczeka na mnie niezadowolona. Co jakiś czas silnie blokuje mnie zator grubej warstwy rzęsy wodnej. Zbliżam się do Rakowca, tu pierwszy most, w nim jaz, dzięki wysokiej wodzie spływam jego niski dziś próg. Wokół głównie trzciny, większe lub mniejsze, miejscami bardzo gęsta gruba rzęsa i dużo ciasnych zakrętów. Pierwsze zwalone w wodę drzewo, wpływam najpierw do środka zwałki a dopiero potem na zewnątrz. Na wprost drugi most - obwodnica miasta. Pod nim ścienne malowidła i "miejsce odpoczynku". Odpocząć można także tuż za mostem. Jestem niecały kilometr od domu, widzę budynki oddalone 300-400m od niego. Roślinność gęstnieje, zaczynam żałować że nie skorzystałem z mostowego "miejsca odpoczynku". Coraz trudniej się przebić Warzywniak: buraki, kapusta i chrzan Lustro wody to rzadki przypadek Coraz więcej gęstych trzcin Urozmaicenie - rzadki widok Druga zwałka - pień o średnicy 1 m Tuż za nią trzeci most Kilkadziesiąt metrów otwartej wody Zmyłka Po przepłynięciu w trzcinach obok widocznych w oddali bloków zaczynam opływać zalew Dalej gęste trzciny Od długiego czasu słyszę głosy ludzi przebywających nad zalewem a wokół mnie wciąż gęste trzciny Nieprzebrane trzciny Wytęż wzrok, czy widzisz kadłub kanadyjki ? Ściana niemożliwych do przebycia trzcin Nie jestem w stanie płynąć dalej. Na grobli nad trzcinami widzę"półsylwetki" spacerowiczów. Do podstawy grobli mam 15-20m, nie jestem w stanie do niej dotrzeć, pagajem ledwo sięgam dna. Dzwonię do kolegi, przyjeżdża z liną i woderami, dzięki niemu wydostaję się z trzcin i docieram do domu, na razie nie zdejmuję kanady z dachu auta. Przepłynąłem w linii prostej zaledwie ok. 4 km. Ile rzeka zakrętami nawinęła kilometrów ?, nie wiem, .. sądzę że minimum 2 razy tyle. Wyszło jak wyszło - rzeka mnie nie przepuściła. Jutro zobaczę co dalej. CDN5 punktów
-
W niedzielę byliśmy na Sky Walku w Swieradowie ....ale ''znawcy tematu'' powiedzieli, że to komercja(rzeczywiście tłumy) a prawdziwa wieża widokowa powstaje na Wysokim Kamieniu , no to postanowiłem sprawdzić . https://www.strava.com/activities/5959811213 Nie pamiętam ale chyba 1 wszy raz w tym roku na góralu . (więcej dzisiejszego pstrykania tutaj https://ibb.co/album/hFcgYY)4 punkty
-
Byłem tylko szeregowym traderem i minęło już parę lat, więc niewiele Ci mogę powiedzieć, ale ta praca rzeczywiście była pop....a. Graliśmy na spredach kalendarzowych, czyli różnicy między dwoma kontraktami o rożnej dacie wygasania. Były też "fly" czyli kolejna pochodna. Kto to w ogóle wymyślił? Ciekawa była gra na "rolkach" tzn. w czasie gdy banki przenoszą swoje aktywa z wcześniejszego kontraktu na późniejszy. Zwykle łatwo można było zarobić, a na rynkach kolejkowych doczekałeś się korzystnej oferty. Czasem jednak trafiał się "flipper" i przewalał wszystko jednym zleceniem na kilkadziesiąt tys kontraktów. (czyli nominalnie kilkanaście mld Eur). Mnie najlepiej szło na konferencjach. Mario Draghi ówczesny szef EBC, pierdzielił jakieś głupoty, a wszyscy z uwagą się wsłuchiwali. Nie miało to żadnego sensu, bo i tak ktoś był szybszy, dlatego w ogóle go nie słuchałem. Jak Mario powiedział A to rynek hoop w górę o kilka poziomów, a jak B to rynek z powrotem. Zawsze schemat był podobny. Jak Mario powiedział A to zaraz tłumaczył, że nie od razu i stopniowo i rynek wracał. Zaraz po takim strzale klikałem translokację w drugą stronę i zwykle udawało się wyjść do przodu. Nie wiem czy to był fart, ale konferencje to był mój konik, a inni ich unikali. Ciekawa była też atmosfera w biurze. Mimo, że nie mieliśmy kontaktu z żadnymi klientami to obowiązywał biznesowy strój. Eleganckie koszule, spodnie na kant i lakierki. Menadżerowie to już w ogóle odstawieni jak na jakiś bankiet. Do tego firma zawsze podkreślała profesjonalizm, mieliśmy porządne biuro topowe komputery i po 6 monitorów każdy. I tak siedzi sobie tych kilkudziesięciu profesjonalnych traderów a tu nagle menadżer drze się na całe biuro "Cukier się spier...ł !!!"3 punkty
-
GoPro zapowiedziało premierę 10 na 16 września 2021. https://gopro.com/en/pl/info/hero10-black-teaser2 punkty
-
17 września otwiera się lodowiec Maso Corto. Osoby powyżej 12 lat muszą posiadać "zielony paszport" https://www.skimania.it/apertura-impianti-val-senales/?fbclid=IwAR07XevqDYSaRYTuWnI_8au53I1-PZVfShvW5T5gCV1OntFM4M9S7VlR0fc2 punkty
-
2 punkty
-
Świetnie, że znasz literaturę giełdową, ale teoria często jest daleka od praktyki. Przykładowo na wielu instrumentach nie da się postawić stop lossa, lub jest nikła szansa, że zadziała. Do tego można stracić znacznie więcej niż depozyt zabezpieczający. Giełda dla maluczkich jest jak hazard, a Ci najwięksi są jak właściciele kasyna. Dokładnie tak to działa, choćbyś przytoczył 500 książek, które temu zaprzeczą. Jak ktoś wrzuca zlecenie na 50 tys kontraktów na Bundzie żeby przewalić poziom, a za minutę w drugą stronę to co to jest, inwestycja? Pracowałem w firmie, gdzie podpisywało się druczek, czego nie wolno robić na giełdzie, żeby potem dokładnie to robić. A ja byłem na samym dole drabinki. Co dzieję się wyżej? O aferach na załamaniu Franka słyszałeś? Jak brokerzy forexowi zmieniali klientom ceny już wcześniej zrealizowanych transakcji? To wszystko jest takie bagno, że było mi wstyd pracować w finansach.2 punkty
-
2 punkty
-
Post 1 Kilka słów wstępu Nazwa tematu „Hindukusz”, ponieważ będzie głównie o eksploracji tych gór, przez polskich alpinistów. Pojawią się poszczególne, kolejne posty, tworzące całość tematu. Byłem członkiem wyprawy w Hindukusz w 1973 roku, zorganizowanej przez Klub Tatrzański z Krakowa. Mam dużo kolorowych zdjęć, wykonanych na błonie ORWO Color. Zdjęć nie tylko gór, ale i ludzi, pejzaży. Zdjęcia, które zrobiłem, opisują ten kraj, jaki był prawie pół wieku temu. Będzie ich ponad dwie setki. Zostały zeskanowane z przeźroczy i starannie „wyczyszczone” z naleciałości po wywołaniu. Starałem się opisać ten kraj taki, jaki widziałem i zapamiętałem. Bardzo pomogły mi w tym zdjęcia. Powiększone na ekranie komputera ujawniły dawno zapomniane szczegóły z mojego pobytu. Nie będzie to relacja o wybitnych osiągnięciach górskich. Raczej będzie to opis, jak wyglądała realizacja typowej, środowiskowej wyprawy wysokogórskiej w Hindukusz w Afganistanie, gdy zaczął być eksplorowany przez Polaków. Widziana bardziej oczami alpinisty „tragarza”, a nie lidera zespołu. Czytając moje poszczególne posty, należy na chwilę zapomnieć o niesamowitym postępie w eksploracji gór. O dzisiejszych wyczynach najlepszych wspinaczy, czy też alpinistów. Powinno się wyraźnie odróżnić alpinizm od sportowej wspinaczki skalanej. Należy się przenieść myślami wstecz, ponad pół wieku temu. Wyobrazić sobie wysokie góry nietknięte stopą ludzką. Z wyjątkiem miejscowej ludności, której penetracja, z powodów oczywistych, ograniczała się tylko do dolin. Taki sam proces poznawania gór miał miejsce w Alpach i w naszych Tatrach, tylko znacznie wcześniej. Afganistan, kraj w środku Eurazji. Kraj dwa razy większy od Polski. Pokryty jest w większości górami o nazwie Hindukusz(„Góry Indyjskie”). To pierwsza część ich nazwy. Kusz zniekształcone „kuh”-góra, z perskiego(farsi). Góry, których kształt przypomina dłoń z rozpostartymi palcami ciągną się na przestrzeni 1300 km. Najwyższa ich część(Hindukusz Wysoki) ciągnie się wzdłuż górnego biegu Amudarii. Na jej orograficznie lewej stronie, na pograniczu Pakistanu(prowincja Chitral). Dolina Amudarii, nosząca w górnym biegu nazwę Ab-e Pańdź(Oxus), tworzy wąski korytarz Wachanu(Wa-Khan), między Hindukuszem i Pamirem. Koniec tego korytarza kończy się w pobliżu chińskiej prowincji Sinkiang. Jest to miejsce spotkania trzech potężnych masywów górskich - Hindukuszu, Pamiru i Karakorum. Klimat Afganistanu jest wybitnie kontynentalny. O suchych gorących latach. I tak samo suchych i mroźnych zimach. Z wyjątkiem niewielkich obszarów, położonych niżej w dolinach górskich, czy na pograniczu z Pakistanem, poza obszarem wyższych gór. Ludność Afganistanu to skomplikowana mozaika plemienna. Będąc tam w 1973 roku. Naliczyłem na jakiejś ich uproszczonej mapie szesnaście wydzielonych grup plemiennych. Każda z nich zasiedlająca określony rejon kraju. Część z nich była spokrewniona z sąsiadami z północy(z za Amudarii), Uzbekami, czy Tadżykami. Dominującą jednak grupą byli Pusztuni(Pasztuni), liczący prawie 50 % ludności kraju(na 16 milionów-w 1973 r). Część tego plemienia żyła też w Pakistanie na pograniczu z Afganistanem. Kraj był rządzony głównie przez nich. On jedni mieli prawo do noszenia na głowie furażerek z karakułów. Polska wyprawa w Hindukusz 1960 Polscy alpiniści, działający w Klubie Wysokogórskim, w jego różnych kołach, szukali po drugiej wojnie światowej możliwości zorganizowania wyprawy w góry wysokie. Chciano jednocześnie wejść na dziewiczy szczyt i pobić polski rekord wysokości, osiągniętej przed wojną w Himalajach na Nanda Devi Est(7434 m). Mało jest chyba u nas znane, że jeszcze przed wojną Komitet Himalajski Klubu Wysokogórskiego - któremu przewodniczył Adam Karpiński, postawił przed polskim alpinizmem cel - zdobycie K2. Planowano przeprowadzić jedną, czy dwie wyprawy treningowo-przygotowawcze w otoczeniu lodowca Baltoro. Niestety nie uzyskano na to zgody od rządu pakistańskiego. Wybrano inny godny cel. Jeszcze nie zdobyty szczyt Nanda Devi Wschodnia. Wyprawa składała się z czterech osób. Kierował nią Adam Karpiński. Płynęli statkiem z Genui do Bombaju. Stąd pociągiem, po czterdziestu godzinach i na końcu po całodziennej jeździe autobusem dotarli w góry na wysokość 1800 m npm. Tu czekał ich dziesięciodniowy marsz - z kulisami niosącymi wyposażenie wyprawy, aby dotrzeć do podnóża Nanda Devi Est. Od założenia obozu bazowego do wyjścia na szczyt upłynęło im pięć tygodni. Niestety ten pierwszy polski wyjazd w Himalaje zakończył się tragicznie. Pod lawiną pod szczytem Tirsuli ponieśli śmierć Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz. Zdobycie Nanda Devi Est było, w ówczesnym czasie, sukcesem Polaków. Był to wtedy szósty szczyt na świecie, co do wysokości, zdobyty przez człowieka. Trzy, były wyraźnie wyższe – Nanda Devi(7816 m), Kamet(7756 m) i Minyangkar(7585 m). Pozostałe dwa bardzo zbliżone wysokością do NDE. Te sukcesy, nizinnego kraju nad Wisłą, później się ciągnęły dalej. Przed wojną jeszcze trzy wyprawy w Andy. Od roku 1960 eksploracja dziewiczej części Hindukuszu w Afganistanie. Dała ona niezbędne doświadczenie w górach wysokich i późniejszej bardzo owocnej działalności w Himalajach. Biorąc pod uwagę główne założenia celu powojennej wyprawy, taką szansę dawał niezdobyty szczyt Noszak(Noshak – 7492 m). Był dziewiczy i wyższy od NDE. W 1950 roku Norwegowie zdobyli najwyższy szczyt Hindukuszu - Tir Mir(7700 m). Leżący poza główną granią Hindukuszu Wysokiego, w Pakistanie, w prowincji Chitral. Wyprawa norweska widziała na północ jakiś ogromny szczyt. Wielkości Tiricz Mira. Był znacznie wyższy, niż otaczające go góry. Kartografowanie Hindukuszu zaczęli Anglicy, poczynając od Pakistanu. Jednak duża część tych gór, leżąca na terenie Afganistanu, nie została skartografowana. Szczególnie po stronie doliny Wachanu. Polski alpinista Bolesław Chwaściński pracował na kontrakcie przed wojną w Afganistanie. Znał więc ten kraj. Stąd, biorąc pod uwagę - wysoki i dziewiczy Noszak oraz koszty zorganizowania wyprawy, to Hindukusz wydawał się wówczas dla polskiego alpinizmu jedynym możliwym celem. Hindukusz w Afganistanie był terenem gór dziewiczych, gór których szczytów nie dotknęła jeszcze stopa ludzka. I których wiele przekraczało siedem tysięcy metrów. Zaczęto organizować wyprawę na Noszak. Kierownikiem został B. Chwaściński. Postawiono sobie cel - odszukanie ”olbrzyma”, widzianego przez Norwegów. I zdobycie go po raz pierwszy. Wyprawa liczyła dziesięciu alpinistów. W jej składzie byli min. Stanisław Biel z Krakowa i Kazimierz Berbeka z Zakopanego. Z wyprawą jechało dwóch operatorów filmowych. Trasa wyprawy z bagażem wiodła pociągiem przez Moskwę, Kazachstan, jego stolicę Taszkient do Termezu, małego miasta nad Amudarią w Uzbekistanie. Za tą rzeką był już Afganistan. Dalej, w odległości około siedemdziesięciu kilometrów, od posterunku granicznego nad Amudarią, było pierwsze miasto Mazar-i-Szarif. Największe na północy Afganistanu. Droga do niego prowadziła przez ruchome piaski pustyni. Tu dowiedzieli się, że Noszak jest także celem alpinistów japońskich. Było to dla nich zaskoczeniem. Jako, że według posiadanych wcześniej informacji, Polacy mieli być jedyną wyprawą na Noszak. W Mazar-i Szarif można było wynająć samochód, na przewiezienie bagażu i uczestników wyprawy do prowincji Badachszan, w której leży Hindukusz Wysoki. Jednocześnie należało też udać się do Kabulu, by uzyskać pismo, dla gubernatora Badachszanu, pozwalające na działalność w górach. Przez Pul-e Chumri, Chanabad wiodła droga wyprawy do stolicy Badachszanu Fajzabadu, w sporej części, wzdłuż rzeki Kokczy. Górskiej rzeki wypływającej z Hindukuszu i wpadającej do Amudarii. Kokcza przedziera się poprzez góry, które miejscami dochodzą, aż do samej wody. Droga w tych miejscach biegła na galeryjkach. Wąskich pasemkach drogi, wykutej w skale. Jedynie na szerokość samochodu. Jakieś małe boczne dopływy przekraczane były na uginających się pod samochodem prymitywnych, lichych mostach. Zbudowanych w przemyślny sposób z topoli afgańskiej oraz z kamieni. Za Fajzabadem jechali wzdłuż rzeki Wardudż i w końcu przez szeroką przełęcz, położoną na wysokości około 3 km, dotarli do Iskaszimu. Tu otwarła się przed nimi bardzo długa dolina Wachanu, którego dołem płynie Ab-e-Pańdź. Tu też pojawił się po raz pierwszy, widoczny na horyzoncie Hindukusz Wysoki. Błyszczące lodowcami szczyty wznosiły się po prawej stronie widoku. Po lewej stronie(orograficznie prawej) rzeki był Związek Radziecki(Tadżykistan). Z Iskaszimu dojechali po kilkunastu kilometrach do wsi Qadzi Deh, położonej na wysokości 2600 m npm. Za wsią rozpoczynała się dolina, biegnąca na południe, która prowadziła pod Noszak(7492 m). Drugi co do wysokości szczyt Hindukuszu. Zostałby pobity polski rekord wysokości ustanowiony na Nanda Devi Est(7434 m). Niestety Japończycy już tu byli. Wyprawa dysponowała dwoma mapami, o podziałce jeden do miliona(!). Wydanymi na podstawie map „Survey of India”. Na jednej z nich Noszak wznosił się nad doliną odchodzącą od wsi Qazi Deh, a na drugiej nad doliną odchodzącą od wsi Warg. Warg jest położona dalej w górę Ab-e-Pańdź. Obie wyprawy idą jednak w górę doliną Qadzi Deh, noszącą taką samą nazwę, jak wieś. Japończycy zakładają bazę główną, na wysokości około 3000 m nmp. Nazwaną „Bazą pod Wierzbami”, ponieważ rosły tu małe krzaki. Polacy zakładają swoją bazę wyżej, na wysokości około 4100 m npm. Wyprawie towarzyszyli w marszu doliną żołnierze, ze względu na strefę nadgraniczną. Na wysokości 4000 metrów dostali torsji i nie odważyli się wejść wyżej na lodowiec. Zrezygnowali więc z towarzyszenia wyprawie, wracając na dół doliny. Siedemnastego sierpnia Japończycy wychodzą, jako pierwsi ludzie, na szczyt Noszaka. Schodząc, zostawiają w trzecim obozie polskim na wysokości 6150 metrów karteczkę - „Thank you very much to the camarades from the land of Chopin two boys from cherry flower land Mr. Fuji, Goro Iwatsubo” (Bardzo dziękujemy kolegom z kraju Szopena – dwóch chłopaków z kraju kwitnącej wiśni, Mr. Fuji, Goro Iwatsubo). Dziesięć dni później Polacy wchodzą tą samą drogą na Noszak(7492 m). Rekord wysokości, z przed wojny na Nanda Devi Est(7434 m), został pobity. Ale to nie było pierwsze wejście. Oglądałem z wielkim zaciekawieniem film z tej pierwszej, powojennej wyprawy w góry wysokie w Krakowie. Czy był w kolorze? Nie wiem. Raczej nie. Na taśmie szesnastce. Operator był znany, z polskiej kroniki filmowej - Sprudin. Pozostały mi mgliste obrazki wynajętego samochodu, wypełnionego bagażem wyprawy i jego uczestnikami. Nieostry obraz przejazdu przez jakąś rzeczkę. Nic więcej. Więcej wiadomości o wyprawie mam w monografii Kazimierza Seysse-Tobiczyka „Od Andów po Hindukusz”. Gdzie oglądam też czarno-białe zdjęcia. Niektóre zrobione w tym samym miejscu, co później moje. Skorzystam teraz z pana „Google`a”. By bliżej wyjaśnić o jakim terenie jest mowa. Umożliwi to lepiej zrozumieć ten powojenny okres działalności polskiego alpinizmu w górach wysokich. Załączam dwie mapy. 1. Dojazd do Afganistanu pociągiem z Moskwy do Termezu(na mapie Termiz) nad Amudarią. Stąd po przeprawie przez rzekę, wyprawy dojeżdżały do Mazar-e Sharif. Z tego miasta należało dojechać do Fajzabadu, stolicy prowincji Badachszan(Badakhshan). Jechano przez miasta, oznaczone przeze mnie na mapie czerwonymi kropkami. Za Talokanem(Taloqan) rozpoczynała się dolina Kokczy, ze słynnymi galeryjkami. Fajzabad(Fayz Abad) był stolicą Badachszanu i tu urzędował jej gubernator. Który zezwalał na dalszą jazdę. Z Fajzabadu docierano do Iskaszimu(Eshkashem). Tu dopiero otwierał się widok na nieodległe szczyty Hindukuszu Wysokiego i tu jest początek korytarza wachańskiego ciągnącego się na wschód, przez około 300 km do Chin(prowincja Sinciang). 2. Afganistan, to jak wspomniałem wyżej, to prawie same góry. Ale jakie góry? To wyjaśnia drugi obrazek. Prawie cały kraj jest pokryty górami powyżej tysiąca metrów. A góry powyżej trzech kilometrów, ze surowym już klimatem, zajmują jego ogromną wschodnią część. Podany na tym załączniku szczyt w Hindukszu „Nowshak” to Noszak. Niedaleko od niego(około 20 km), na południe w Pakistanie, w prowincji Chitral leży Tiricz Mir. Na prawo od Noszaka, w stronę wschodnią, rozciąga się Hindukusz Wysoki. Zdjęcia: 1. Mapa Afganistanu 2. Hindukusz1 punkt
-
1 punkt
-
Cześć Dzięki serdeczne za ten materiał. Płynąłem już Liwcem, górnym Liwcem i Kostrzyniem bo to moje rejony (mam działkę pod Węgrowem). Zawsze interesowała mnie Muchówka pod kątem rozpoczęcia spływu jak najwyżej i zrobiłeś nijako za mnie/dla mnie pełne rozeznanie. Planowałem raczej wiosnę ze względu na mniej roślinności i jak widzę warto zerknąć jak to wygląda powiedzmy w maju. W każdym razie taki rodzaj walki to to co zawsze mi się podobało i widać, że warto. Jeszcze raz serdeczne gratulacje za samotne zmagania się na takiej dużej jednostce z tymi chaszczami. W terenie bagiennym to musiałeś się tam chłopie napocić... Pozdrowienia1 punkt
-
Też jestem bardzo do tyłu jeżeli chodzi o te rzeczy Dlatego przez ostatnie dwa tygodnie obejrzałem wszystko co się da na YT. 😀 Podsumowując cały materiał który obejrzałem i wszystkie modele navi nasuwa się jeden wniosek. Nie wystarczy dobra navi. Potrzeba dobrego navi, dobrych map wgranych w navi i dobrego programu z dobrymi mapami do tworzenia swoich ścieżek czy też wycieczek. Temat ciężki i nie mogłem się zdecydować. Jedna fajna rzeczą w Sigma jest możliwość narysowania palcem po mapie trasy czy kółka w oddalonym regionie, wybranie typu rowera, i Sigma sama narysuje dla nas trasę . W Brytonie wada jest brak możliwości planowania trasy na PC. 😳 Może już to zmienili, bo filmy mają już parę miesięcy. Testy już wkrótce dam znać jak idzie.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Nie wiem kto jest w tej chwili właścicielem Patagonii ale w tej firmie jest ciągle obecny duch Kris i Doug Tompkins. Dla mnie to jedna z najbardziej wzruszających i pozytywnych historii. Szczególnie zaś w kontekście systemowego niszczenia świata. A wracając do tego kogo warto popierać to taka Patagonia na pewno jest warta wsparcia w przeciwieństwie do np krajowych śmieciarzy spod znaku 4F.1 punkt
-
Mówiąc o dodatkowych funkcjach można mieć na myśli np konfigurowanie moich miejsc i moich punktów. Do Locusa można wgrać punkty pobrane ze zbiorów innych - z "ciekawymi" miejscami, które stworzyli inni użytkownicy. Albo można też to robić samemu. Bardzo ładnie się tym zarządza (jedno kliknięcie i jest/nie jest). W aplikacje wbudowane są miarki, lupki, wyszukiwarki. Ciekawą opcją jest zaznaczanie spadów (w Locusie żółty kolor 35-40 stopni, pomarańczowy 40 - 45 stopni, czerwony więcej). Dalej można nakładać mapy na siebie, są kalibratory map papierowych. Dalej z samą nawigacją zgrane są takie funkcje jak alarmy punktów, alarmy odejścia od trasy. Jest wskazanie kierunku ruchu z akcelerometru. Dokładność pozycji i multum opcji z interpretacją danych (np pobieranie wysokości z mapy albo altimetru) pobieranie pozycji z usług google, uśrednianie, filtry błędów itd Z prezentacją danych na mapie też jest sporo opcji dotyczących rodzaju i wielkości ikon, powiększania palcami, środkowania itd Jest tego tak dużo, że mimo wielu lat bycia użytkownikiem (fakt, że tępym) nie poznałem połowy. Ale parę rzeczy odkryłem sam, lub koledzy podpowiedzieli, i okazały się mega wygodne. Jak choćby te kolory spadków - zamiast dochodzić po warstwicach od razu widzisz stoki zagrożone lawinowo - super sprawa. Dla mnie największym plusem tych nowych narzędzi jest jednak zarządzanie śladami. Masz np "gołą" mapę jeden ruch palca i włączasz na niej swoje przejechane ślady. Możesz korzystając z nich stworzyć trasę wykorzystując lub omijając przejechane już trasy. Możesz wgrać ślady innych pobrane z netu. Na nartach w terenie uszczelinionym od razu masz pęczki śladów idących w określony sposób. I bardzo często jakieś alternatywne warianty. Jak staniesz z tym na lodowcu to od razu widzisz, że 80% ludzi poszło tak i tak, ale 20% wymodziło coś innego. W oparciu o to plus własny ogląd sytuacji możesz wybrać któryś z tych wariantów (lub swój własny, z jasną świadomością, że nikt lub prawie nikt tak nie chodzi). Papierowa mapa nie daje całego tego wsparcia. Jej główną zaletą jest szybkie ogarnianie całości (z tego powodu kupuję coraz większe monitory) ale po za tym dla mnie to epoka kamienia łupanego. Nie to żebym jakiś nowoczesny był. Do moich kolegów Kamila czy Mariusza raczej dobiegu nie mam, i mam wrażenie bycia zamierzchłym jaskiniowcem. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Cześć Ekonomia jest dość blisko mnie bo od 1991 roku prowadzę działalność gospodarczą. Nauczyło mnie to jednego: w ekonomii albo coś jest opłacalne albo nie i koniec. Dlatego też, jeżeli wiążesz w jakikolwiek sposób decyzje ekonomiczne ze wspieraniem jakiegoś konkretnego podmiotu czy też grupy podmiotów to to już nie jest ekonomia tylko ideologia. Oczywiście jeżeli traktujemy takie wsparcie możemy traktować jako inwestycję terminową z jakąś konkretną stopą zwrotu w konkretnym czasie. Takie działanie powinno być oparte na szczegółowych umowach bo inaczej to hazard albo wyrzucanie pieniędzy. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
1 punkt
-
Istnieją. Albo imprezowanie albo narty. Połączenie tego jest słabe. Ja za nartami.1 punkt
-
27.08 (piątek) – Cadore - Feltre (69 km, przeważnie z góry) Rano właścicielka hostelu powiedziała koleżance Marii i mnie, że po sąsiedzku jest kościół pw. Marii i Magdaleny. No racja - zatem Maria i Magdalena pod kościołem Marii i Magdaleny. Próbowałam dowiedzieć się od właścicielki, dlaczego w okolicznych miasteczkach jest tak pusto - np. w pobliskim Longarone. Poniższe zdjęcie przedstawia starszą część miasta. Dalej są tylko budynki z lat 60-tych i 70-tych i pomimo pięknych gór wokół - niewiele się tu dzieje. Jak doczytałam później - w 1963 r. miała tu miejsce największa katastrofa zapory wodnej, kiedy to duży obryw zbocza do zbiornika spowodował ogromną falę powodziową, która zniszczyła kilka miejscowości w dolinie. Zginęło wówczas prawie 2000 osób, z których połowy nigdy nie odnaleziono. Może dlatego ludzie nie bardzo chcą tu mieszkać? W Longarone, w sklepie sportowym, dostajemy namiary na dwa najbliższe serwisy rowerowe w oddalonym o kolejne kilkanaście kilometrów Ponte nelle Alpi. Koniecznie musimy podjechać - naprawić moją tylną przerzutkę i wymienić szprychę u kolegi. Linka przerzutki zerwała się na najcięższym przełożeniu, więc każdy podjazd - a tych nie brakuje - to dla mnie pchanie roweru z sakwami pod górę. Jadąc doliną Piave: W pierwszym serwisie facet nas po prostu olał i stwierdził, że nie ma czasu. W drugim - maestro szybko uporał się z obydwiema awariami i mogliśmy kontynuować podróż. Czekając na naprawę: Jedziemy w stronę Belluno - to już dość bliskie okolice Wenecji. Architektura staje się taka typowo włoska - zarówno w samym Belluno, jak i po drodze. Zastanawiamy się, czy złapie nas kolejny deszcz, ale przechodzi gdzieś bokiem. Postanawiamy dojechać jeszcze ok. 30 km do Feltre i tam zanocować. Po prawej stronie mamy pasmo Dolomitów Belluńskich ... ... po lewej już przedgórze, przypominające nasze Beskidy: Na ostatnich kilometrach przed Feltre oznaczenia szlaku się skończyły. Mamy do wyboru jazdę bardzo ruchliwą krajówką SS50 albo objazdy bocznymi drogami. Objazd okazuje się bardzo stromym podjazdem, wreszcie lądujemy u jakiegoś rolnika na podwórku, który kieruje nas we właściwym kierunku. W Feltre znajdujemy nocleg w bardzo przyjemnym hotelu, w sercu starego miasta. Akurat odbywa się tam nocny bieg po murach miasta - sylwetki biegaczy z czołówkami wyglądają bardzo zjawiskowo, a publiczność żywiołowo dopinguje zawodników. Po zawodach - huczna impreza w jednej z knajpek, bez reżimu sanitarnego. To mnie trochę zaskoczyło, bo poza tym bardzo restrykcyjnie przestrzegane są przepisy pandemiczne - w sklepach, lokalach, pociągach, kolejkach linowych i pensjonatach wszyscy noszą maseczki i to nie nonszalancko na brodzie, tylko prawidłowo. Jeśli ktoś zapomniał, to personel od razu zwracał uwagę, ale generalnie ludzie sami bardzo się pilnowali. W restauracjach i w jednym z pensjonatów, gdzie była strefa spa, pytano nas, czy mamy green pass (ale nikt nie sprawdzał). Ludzie też raczej przestrzegali dystansu społecznego - z tym jednym wyjątkiem. Jemy przepyszną pizzę, pijemy dwie karafki lokalnego wina i spacerujemy po urokliwej, wieczornej starówce Feltre. [cdn.]1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Pływając z innymi najczęściej bywam rodzynkiem w canoe, z rzadka spotykam na wodzie innych kanuistów, przez lata trochę się takich znajomości nazbierało. Mimo że nie hołubię przynależności do jakiejś grupy to w tym roku znalazłem czas aby pierwszy raz pojechać na coroczny (21) zlot użytkowników Kanu. Nie spodziewałem się że poznane w wodnym realu osoby (ich część) będą stanowiły tak znaczny procent zlotowiczów. Spotkanie odbyło się na Podlasiu w Wiźnie nad Narwią. Nigdy w jednym miejscu nie widziałem tylu kanadyjek (ok. 40), połowa przybyłego sprzętu to piękne drewniane rękodzieło zwolenników klasyki kształtu. Pierwszego dnia spłynęliśmy ok. 80 osobową rozproszoną grupą Biebrzą do Wizny nad Narwią, drugiego dnia od Wizny Narwią w dół. Pogadalim, powspominalim, popływalim, pojedlim, popilim - żal było się rozstawać. Parę zapożyczonych zdjęć:1 punkt
-
Wczorajsza WKRA. Spływ ze znajomymi, w niespiesznym tempie, z dziećmi na pokładzie. Rzekę pamiętam z końca lat 90-tych, i tak obserwuję jak powoli zmienia się w lunapark. W wypożyczalni, dowiedziałem się, że w zeszłym roku dokupili kolejne 100 kajaków, bo taki duży był popyt na ich usługi, a tych wypożyczalni jest tam kilkanaście. Miejsce jest urokliwe, doskonałe do rozpoczęcia swojej przygody z kajakami na rzekach, przy obecnym stanie wody (dość wysokim), brak trudnych miejsc (np. bystrze w Kosewku, płynie się zadziwiająco łatwo). Jeżeli chcemy mieć choć trochę intymności w obcowaniu z rzeką, polecam wybrać się w tygodniu, lub przy odrobinę gorszej pogodzie. Wkra. Wkra cd. Rzeka oznaczona bardzo dobrze. Rodziny z dziećmi i z pupilami. Płynie się spokojnie. Miejscami wkracza "betonoza". Są też i takie miejsca. Pyszne jedzenie. Wpływamy w rezerwat. Bystrze w Kosewku, dość spokojne. Miejscami dmuchańce i lunapark. I to byłoby na tyle, to wciąż piękna rzeka.1 punkt
-
No nie przebiję Twojego doświadczenia. Przestań pisać głupoty.0 punktów







