Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
12.01.2023 - 12.01.2023
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 12.01.2023 uwzględniając wszystkie działy
-
Jak widzę w ostatnich dniach w tym wątku występuje jedynie „narciarska depresja”. Wiele ośrodków wstrzymuje działalność, tymczasem na Kasprowym sezon rozpocznie się prawdopodobnie w ten weekend. PKL informuje, że rzucili wszystkie siły na przygotowanie tras i możliwe jest otwarcie już w sobotę. Ja dziś postanowiłem się przekonać, czy wtorkowy opad coś zmienił… Ratrak wyjechał na Goryczkową co pozwoliło nacieszyć się krótkim przejazdem po sztruksie, ale to już nie ten wątek… FullSizeRender.MOV16 punktów
-
SON Szczyrkowski, otwarta 3b z Zbójnicka, zjazd zamkniętymi do Gondola i Solisko bez problemów,ratrak zjechał i wrócił - jest szeroki pas ubity i przymrożony. Powyżej 800m śniegu dosypało ok 20 -30cm MS i Zbójnicka Małe Skrzyczne - orczyk nieczynny Trasa 4 do Soliska Solisko, a na 10 z Pośredniego pod lancami spore kopki śniegu 11:00 chętnych nie brakuje ,parking pełny ,ale do 10:50 na Hali Skrzyczeńskiej kolejek nie widziałem.9 punktów
-
7 punktów
-
Kilka zdjęć z dziś. Tam śniegu całkiem, całkiem. Ach to słonko. Jest tam widokowo. Warunki. Warunki cd. I jeszcze jedno. Zdjęcia dzięki uprzejmości szwagra.5 punktów
-
4 punkty
-
Cześć Krótka relacja i opinia na temat Kastle RX 12 SL 165 cm. Dzięki matce naturze, tej zimy miałem okazję troszkę pojeździć w betonowych warunkach, poprzez iście alpejski śnieg aż po wiosenne masełko. Wszystko w tak krótkim czasie i to w PL! Wyjazdów było sporo jak na aurę. Ale do rzeczy. Narty takie se. Eeee żartowałem. Jak dla mnie bomba, szybko się z nimi zaprzyjaźniłem. Mimo iż jedne z węższych pod butem dostępnych sklepówek (66mm) nie zauważyłem jakichkolwiek problemów z jazdą w resztkach skotłowanego śniegu. Są mega stabilne, odczuwalnie czuję że w nich szybciej jeżdżę (zegarek mi pokazał Vmax 158 km, tak się ucieszyłem jak dziecko, ale się okazało finalnie, że to prędkość auta, bo nie wyłączyłem zegarka ), nad wyraz skrętne oraz dynamiczne. Dla mnie skrojone na miarę. Niby nie ma jakiejś race-owej płyty, jakaaś taka dla ceprów, przez to są chyba bardziej elastyczne, ale ten charakter narty bardzo mi pasuje. Na betonie trzymają wzorowo (a było po nocnej mżawce i porannym przymrozku), w miękkim jakoś jadą tam gdzie chcę, a nie tam gdzie się udało. Więc @MarioJ kupuj te FX86 w ciemno . Będziesz miał fajne narty no i awansujesz do klasy "premium". Oglądając ostatnio TV i słuchając nam miłościwie panujących, doszedłem do wniosku "jeb..ć" biedę i poszedłem za ciosem. Do stajenki trafiły Kastle PX 66 w jedynej słusznej długości 177cm. Wziąłem full wypas, bez płyty ale za to zielone. Sprzedawca mi uświadomił (mądry człowiek), że kolor wskazuje możliwości, do jazdy po trawie to nie ten model, ale na igielit jak najbardziej. Oczarowany taką bogatą ofertą i profesjonalizmem sprzedawcy, dałem się skusić. Dłuższych nie było i nie ma, żeby mi tu nie ździwiać, że krótkie. Ale za to wąziutkie w pasie (sztandarowe 66), więc nawet rzekłbym z możliwościami poza trasowymi - no bo offpiste póki co na zielono jest, a kolor zobowiązuje, pasuje mi do kombozonu - bo zielony mam, szkoda tylko, że on jest od -20 stopni, więc tu może być problem. No i promień - miód malina 15,5m, bo to chyba hybryda (a o to nie dopytałem), dla mnie w sam raz, bo skręcać nie umiem, ale lubię. Prawdopodobnie Hedy pójdą w świat, ale nie wiem jeszcze, bo ja stały raczej jestem, choć Atomy pogoniłem, ale jeszcze jestem w żałobie po tej stracie. Może @gabrik albo @grimson będą reflektować, może dla Was za krótkie ale do gaci na pewno będą pasować . Ale to po "testach" - moje ulubione słowo. Sobota - do boju, bo białe przyszło na Podhale, co pojeżdżę to moje, resztę "dowyglądam" w kolejkach. pozdrawiam4 punkty
-
3 punkty
-
mam sezonówkę, więc nie patrzę na ceny ... taki fun ... fakt pogoda na jutro dość kiepska ale w przyszłości jakbyś chciał jechać ...2 punkty
-
2 punkty
-
Od pewnego czasu już chciałem odwiedzić Innsbruck, więc postanowiłem połączyć przyjemne z przyjemnym - i pozwiedzać, i pojeździć. Niestety, wyjazd zaplanowałem jeszcze jesienią i nie przewidziałem, że natrafię akurat na okres po jednej z większych zimowych odwilży ale cóż było robić - wyruszyłem. Plan był taki, aby na pierwszy nocleg zatrzymać się trochę przed Innsbruckiem i przetestować SkiWelt lub SkiJuwel. Ale jak zobaczyłem na kamerkach, jak to wygląda, szybko zmieniłem zdanie i skierowałem się w stronę Stubai. Po drodze pogoda iście nastrajająca do sportów na świeżym powietrzu. Po dotarciu na miejsce ludzi mało, kolejek brak, ale bardzo pochmurno i zimno. Stoki niewyratrakowane, takie jak je panbuch stworzył - a ja na swoich wąskich nartach, po prawie roku przerwy od jakichkolwiek sportów - no wolałem potraktować ten dzień rozgrzewkowo. Zjechałem parę razy, zjadłem gulasz i strudla i pojechałem na kwaterę. Dzień pierwszy zakończony z niedosytem. Dzień 2 - Axamer Lizum Mało satysfakcjonujący dzień poprzedni, głód narciarstwa, niedospanie - to wszystko spowodowało że zupełnie nie pomyślałem żeby sprawdzić prognozy, kamery itp - po prostu zapakowałem rzeczy do bagażnika i ruszyłem do najbliższego ośrodka. Na górze zastałem to. Oczywiście z jazdy nici, widoczność 10m, raz zjechałem i podziękowałem. Zadowolenie 1/10 Dzień 3 - Axamer Lizum dogrywka Dziś na szczęście pogoda już sprzyjała i ośrodek pokazał.. no, może nie wszystko co ma najlepszego, ale zdecydowanie lepiej niż wczoraj. Otwarte trasy bardzo ładnie przygotowane, choć nie wszystkie niestety - lewa część ośrodka na Birgitzkopf zamknięta, nie działał także wyciąg do trasy nr 7 na Pleisen, czego bardzo żałowałem bo slyszałem że ładny stamtąd widok na Innsbruck. Gondola ze stacji dolnej szybka, ludzi niewiele, trasy szerokie i długo trzymały fason. Ogólnie ośrodek zrobił na mnie dobre wrażenie, choć jakby połowę wysiłku który wkładają w social media włożyli w oznakowanie tras, to na pewno byłoby lepiej - dziś zabłądziłem i straciłem 20 minut na próbę powrotu na trasę. Jutro mam przerwę, ale zastanawiam się co w piątek - rozważam Schlick bądź Seefeld. Wszelkie sugestie mile widziane.2 punkty
-
Jurgów zaczął wreszcie wyglądać. Widok z nowej kamery, też całkiem fajny.2 punkty
-
Chopok Wczoraj. Okolo 8:30 spory korek przed Luckami. Polnoc generalnie przejrzyscie na południu czasem chmury czasem super. Na polnocy twardo a na koniec dnia istne lodowisko od samej gory do samego dolu i problemy z powrotem mniej doswiadczonych narciarzy. Na poludniu dzieki słoncu warunki miekkie (jak dla mnie lepsze niz zywy lod na polnocy) ale i degradcja tras w ciagu dnia postepowala dosc szybko i na stromiznach tworzyly sie spore muldy. Ludzi na trasach sporo. Skiturowcow takze ogromna ilosc. Najdluzej do Funitela stalem okolo godziny 10 -11 (6 - 7 minut)2 punkty
-
I jest i film @lika Wtedy w maju 2021 było więcej śniegu na A, niż teraz 🤪1 punkt
-
Bardzo miło wspominam szrenickie firny i płynięcie na tych nartach... miodzio. Węższe te Ski niż Sage ale wrażenia podobne https://www.ntn.pl/moje-ulubione-2016-2017/ wszystko można gdy mieciej byle nie poranny beton...1 punkt
-
Oczywiście, i to myślę że najlepsza, ale pod warunkiem że się "umi". A jak się nie umi, to trzeba jakoś rzeźbić dopóki się pewnego poziomu nie osiągnie i wtedy pomagają narzędzia lepiej dopasowane do warunków.1 punkt
-
1 punkt
-
Cze Ale ten to chyba wszędzie da radę bez XDR-ów. Nawet po krzakach. pozdrawiam1 punkt
-
Po Świętach masa zwiększona o 5kg, więc lepiej będę dociskać nartę. Na razie zamiast nartowania w tygodniu martwe ciągi, przysiady oraz wyciskania leżąc. Po dłuuugiej przerwie, restart siłowni od 2009 roku.1 punkt
-
Cześć Nigdy nie miałem okazji na takich nartach jeździć po stoku, powiedzmy w fatalnym stanie. 2 x w życiu jechałem na nartach ultra szerokich (jak dwie normalne nieomal), ale po bardzo dużych opadach śniegu, tras niestety (albo stety) nie było. Od początku sezonu jeżdżę tylko na SL, ale ostatnio zauważyłem na mocno już zmęczonym stoku (nie zmuldzonym dla jasności), że jazda krótkim, wręcz ciętym (o ile to można tak nazwać w moim wykonaniu), wychodziła mi dużo lepiej, niż tym co usiłowali po tym śniegu jechać i go spychać, wprowadzając narty w ześlizg. Te krótkie i w miarę dynamiczne skręty powodowały chyba bardzo krótki kontakt ze śniegiem, zawsze jakoś dobrze trafiałem . Czyli dzida na dół bez mędrkowania. Może to tez metoda? pozdrawiam1 punkt
-
To nie jest kwestia samej tylko szerokości, ale raczej ogólnie budowy, bo są na rynku szerokie (jak na on-piste) narty które nadal należą do tej sztywniejszej, cięższej, kategorii "typu sportowego" chociaż to nie są prawdziwe sportowe narty. Mówię o takich jak e-Titan, S/Force Bold czy CURV GT. W odróżnieniu od nich narty takie jak XDRy wydają się zabawkami, ważą tyle co nic, mają większy rocker itp. ale na mokrym śniegu pokazują że w takich warunkach nadal można się fajnie bawić. Jeśli się nam uda spotkać w weekend to będziesz miał okazję popróbować jazdy na nich jak będziesz chciał.1 punkt
-
1 punkt
-
Moim zdaniem w przypadku kartofliska (mokrego), cukru, zwałów mokrego śniegu, kaszy itp. lekkość i wyporność pomaga, a nie przeszkadza. Narty ciężkie i sztywne w takich okolicznościach zakopują się głęboko i mają większą bezwładność, bardzo trudno nimi operować jak trzeba szybko zareagować, są w takich warunkach bardzo męczące. Dopóki na trasie są odsypy, nawet większe, ale śnieg jest stosunkowo lekki to ciężkie, sportowe narty fajnie ciągną niewzruszone i z łatwością takie odsypy przebijają, ale gdy śnieg jest rozmoknięty i ciężki to zdecydowanie fajniejsza jazda jest na nartach lekkich i szerszych. Mam bezpośrednie porównanie iRally i XDR-rów - w warunkach mokrego śniegu zdecydowanie wolę XDR-y bo są dużo lżejsze, wyporne i bardziej manewrowe, zdecydowanie idą wierzchem nawet w mokrym. Rally są sztywniejsze, mają zupełnie inny feel (bardziej "sportowy" i "carvingowy). Najbardziej ta różnica jest odczuwalna na stromych, wąskich, zmuldzonych ściankach, takich "lejkach" gdzie jest zawsze dużo osób próbujących mniej lub bardziej bezpiecznie się zsunąć. Narty o sztywniejszej, sportowej konstrukcji dają stabilność, ale mają też swoją bezwładność i wymagają pewnej prędkości żeby sterowanie nimi było efektywne, a ja w takich zatłoczonych zwężeniach nie umiem znaleźć na tyle bezpiecznej linii, żeby im na tę prędkość pozwolić. Umiem już sobie wyznaczyć i nawigować sensowną linię przejazdu po garbach i muldach tak żeby zjechać bezpiecznie i bez większego stresu, ale jak do tego równania dochodzą liczne, ruchome obiekty których trajektorię (mocno chaotyczną, nierytmiczną) też trzeba uwzględniać, to mój procesor się przegrzewa i jadę o wiele wolniej, a przy tym jestem cały czas gotowy na gwałtowny manewr jak ktoś mi wjedzie na tę moją wytyczaną dynamicznie linię. I właśnie w takich gwałtownych manewrach, unikach, szybkich zmianach linii narty lekkie i szerokie mają tę przewagę, że po prostu zabierają mniej energii, a więc i nie męczą tak bardzo. Narty sztywniejsze i węższe wymagają większego wkładu energii żeby taki gwałtowny manewr wykonać w mokrym śniegu. A ponieważ i tak jadę wolno ze względu na ludzi to ich zaleta jaką jest bezkompromisowe trzymanie i stabilność staje się trochę wadą, a lekkie, szerokie narty które przy większych prędkościach są mało stabilne tutaj zaczynają błyszczeć, bo pozwalają na bardzo szybkie i gwałtowne reakcje kosztem małego wysiłku. Za to uwielbiam XDR-y bo dają fun i bezpieczeństwo nawet w gównianych warunkach, w jakich jazda na wielu innych nartach byłaby mordęgą.1 punkt
-
I się nie ma co dziwić, na YT są filmy jak to w maju na CG ekipa jeździ na nartach. Równowaga w przyrodzie musi być.1 punkt
-
Warunki w Jasnej teraz bardzo dobre. Wszędzie jazda po naturalnym śniegu. Oczywiście na stromszych odcinkach szybko tworzą się odsypy i wychodzi beton pod spodem. 33, 35 już od rana całe w odsypach. Po północnej beton szybko nie puści pod nowym śniegiem - słońce o tej porze jeszcze tam nie operuje. Na koniec dnia polecam "płaskie" niebieskie na dole; 10, 13, 14. Do samego końca warunki idealne.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
BESKIDZKA24 rozmawia z bielszczaninem Szymonem Malinowskim, który prawie 40 lat był czynnym ratownikiem górskim, przez wiele lat pełnił też funkcję prezesa zarządu Grupy Beskidzkiej GOPR. Kiedy zostałeś ratownikiem górskim? – Ślubowanie złożyłem w 1986 roku w schronisku na Błatniej. Przyjmował je ówczesny naczelnik Grupy Beskidzkiej, nieżyjący już Adam Kubala, człowiek-legenda. Razem ze mną złożyło je jeszcze kilku moich kolegów, m. in. Janusz Szeja, wieloletni kierownik schroniska na Szyndzielni. Foto Wiesław Miech zima 1988 r. pod przełączą Brona stoją od lewej: Edward Hudziak – kierownik schroniska na Markowych Szczawinach, Szymon Malinowski, Adam Kubala – Naczelnik. Wcześniej miałeś jakiś kontakt z górami? – Oczywiście. Beskidy poznawałem z rodzicami już jako dziecko. Później, w szkole średniej, zapisałem się do Klubu Wysokogórskiego. Nie miałem jeszcze 18 lat i musieli na to wyrazić zgodę moi rodzice. Na studiach zdobyłem uprawnienia przewodnika beskidzkiego i tatrzańskiego. Można powiedzieć, że góry były obecne w moim życiu od zawsze. Trudno było w tamtym czasie zostać goprowcem? – Trzeba było – tak jak obecnie – zdać egzamin kandydacki z umiejętności jazdy na nartach na poziomie pomocnika instruktora narciarstwa oraz ze znajomości topografii Beskidów. Każdy ratownik musiał znać góry jak własną kieszeń. Nie było GPS-ów, telefonów komórkowych ani nawet dokładnych map – korzystaliśmy z tych samych co turyści. Tylko doskonała znajomość gór pozwalała zachować orientację w terenie. Gdy panowały trudne warunki jedyną pomocą był kompas. Pamiętam jak podczas jednej z zimowych akcji na Pilsku, gdzieś na początku lat 90., musieliśmy dosłownie co kilka kroków sprawdzać na kompasie kierunek marszu, aby nie zabłądzić i dotrzeć na miejsce zbiórki. Jacy ludzi szli wtedy do GOPR? – Bardzo zróżnicowane grono. Ludzie różnych profesji i zawodów. Łączyła nas pasja do gór. Większość wywodziła się ze środowisk narciarskich, wspinaczkowych, przewodników górskich itp. Wielu miało za sobą wieloletni staż turystyczny. Jak wyglądała służba? Najczęściej pełniło się ją zimą na trasach narciarskich. Stąd też wiele osób kojarzyło i kojarzy nadal goprowców właśnie z tym zajęciem. Jednak ratownicy dyżurowali też w schroniskach turystycznych oraz w centrali. Brakowało trochę osób – powiedzmy – dyspozycyjnych, którzy mogli być szybko wezwani do akcji poszukiwawczej. Dlatego, że mieszkałem na miejscu (wielu ratowników mieszkało na Śląsku) już po rocznym szkoleniu zostałem pełnoprawnym ratownikiem. Jeśli dobrze pamiętam, było to na Hali Lipowskiej, gdzie instruktorami byli między innymi Adam Hula, jeden z najbardziej zasłużonych beskidzkich ratowników, wspomniany już Adam Kubala oraz lekarz Ryszard Gerber, Jasiu Łaciak, Kazek Sromek, Jurek Morawski i Ildek Czauderna. Pamiętasz swoją pierwszą akcje w górach? – Zanim o niej opowiem, muszą wyjaśnić jak wtedy wyglądała goprowska codzienność. Centrala mieściła się na piętrze kamienicy przy ulicy Piastowskiej, vis a vis dworca kolejowego w Bielsku-Białej. Tam cały czas dyżurował ratownik przy telefonie. Gdy przychodziło wezwanie musiał zebrać grupę poszukiwawczą. W tym czasie mało kto miał w domu telefon. Oczywiście stacjonarny, bo innych nie było. Mieliśmy więc cały system powiadamiania. Dyżurny telefonował do tych, którzy telefony posiadali, ci biegali od domu do domu, aby powiadomić kolegów. Ja nie miałem w domu telefonu, więc przychodził do mnie mieszkający w pobliżu, nieżyjący już Jurek Zontek. Potem wszyscy udawaliśmy się na ulicę Piastowską i ładowaliśmy się do samochodów – dwóch radzieckich terenowych „ułazów”, którymi wtedy dysponował GOPR i ruszaliśmy w góry. A sprzęt? – Z GOPR-u dostawaliśmy tylko charakterystyczny bordowy sweter, ochraniacze na buty oraz czapkę. Resztę trzeba było mieć własną. A wcale nie było łatwo cokolwiek kupić w tamtych czasach. Odpowiedniej odzieży, butów, plecaków czy sprzętu narciarskiego po prostu w handlu nie było. Trzeba było kombinować. O latarce czołówce można było tylko pomarzyć. Każdy miał własne metody, jak odpowiednio zaimpregnować buty czy kurtkę kangurkę, aby nadawała się w góry. Czasami za jakieś zasługi, na przykład odpracowane wielogodzinne dyżury, można było dostać z GOPR parę nart czy buty narciarskie. Każdy ratownik dostawał też tak zwaną „szajbę”, czyli owalny emblemat GOPR na gumce, który zakładało się na ramię, aby w tych „cywilnych” ciuchach można było nas rozpoznać na stoku czy w górach. Najgorzej było ze sprzętem łącznościowym, którego w praktyce nie mieliśmy oraz środkami transportu. Poza dwoma samochodami, które i tak w wiele miejsc nie mogły dojechać, wszędzie, nawet zimą przy kopnym śniegu, chodziło się na piechotę. Łączność w terenie miały nam zapewnić krótkofalówki „Klimek”. Problem w tym, że były zawodne, a co najgorsze nie wszędzie był zasięg. W wielu miejscach w górach po prostu nie działały. Po jednej z całonocnych akcji zeszliśmy zmęczeni z gór i chcieliśmy, aby przyjechał po nas samochód. Nie było jednak łączności z bazą, więc jeden z kolegów zabrał „Klimka” i poszedł ponownie w góry, aby złapać gdzieś sygnał i ściągnąć samochód. A ta pierwsza akcja? – Ta, która zapadła mi w pamięć, miała miejsce w masywie Magurki Wilkowickiej. Zaginął tam wieczorem starszy mężczyzna mający problemy z pamięcią. Mieszkał w górach. Wyszedł po zmroku do znajdującej się na zewnątrz „wygódki” i nie wrócił do domu. Rodzina nie mogła go odnaleźć. To było późną jesienią, wyżej w górach leżał już śnieg. Sytuacja byłą trudna, obawiano się, że mężczyzna nie przetrwa nocy w takich warunkach, był cienko ubrany. Było nas ponad 20. Dosłownie do popołudniowych godzin następnego dnia po zaginięciu przeczesywaliśmy cały teren. Tyralierą, w odstępach kilkunastu metrów, schodziliśmy w dół zbocza aż do podnóża góry, po czym samochód wywoził nas znowu na górę i przeczesywaliśmy kolejny sektor. Ostatecznie mężczyznę całego i zdrowego, choć mocno zziębniętego, udało się odnaleźć w rejonie Straconki. I to wszystko za „Bóg zapłać”? – Oczywiście. To służba ochotnicza. Przy czym w tamtych czasach nie było problemów z usprawiedliwieniem się z nieobecności w pracy na czas akcji. Wtedy ratownicy cieszyli się takim szacunkiem, że wystarczyło, że żona zadzwoniła rano do firmy i powiedziała, że mąż nie pojawi się w robocie, bo w nocy został wezwany na akcję i wszyscy przyjmowali to ze zrozumieniem. Słyszy się coraz częściej o turystach kompletnie nieprzygotowanych do wędrówki czy zachowujących się w górach bardzo nonszalancko. Dawniej też takich się spotykało? – Było z tym różnie. Dawniej, zwłaszcza zimą, ludzi w górach pojawiało się znacznie mniej niż obecnie, a ci, którzy po nich chodzili byli raczej doświadczeni i przygotowani na czekające ich trudy. Gdy pierwszy raz wybrałem się zimą na Babią Górę, było to gdzieś końcem lat 70., nie byłem jeszcze wtedy w GOPR, to nie znałem w tym czasie w swoim otoczeniu nikogo, kto byłby zimą na Babiej. Teraz pojawiają się tam każdej zimy setki czy tysiące turystów, nawet gdy warunki są skrajnie trudne. Zawsze znajdzie się wśród nich ktoś, kto przeceni swoje siły i umiejętności. Pamiętam, jak w latach 90. kobieta zgłosiła, że na Pilsko wybrał się na narty czy snowboard jej mąż wraz z synem i nie dotarli wieczorem na kwaterę. Ruszyła akcja poszukiwawcza, bo wszystko wskazywało na to, że zaginieni zjechali poza trasę i zaginęli gdzieś po słowackiej stronie góry. W tym czasie trzeba było zgłosić straży granicznej, że prowadząc poszukiwania musimy przekroczyć granicę. Uruchamiało to całą sekwencje zdarzeń, bo sprawa była później wyjaśniana przez odpowiednie służby. W górach warunki były paskudne. Głęboki śnieg, przez który trzeba było się przebijać, zapadający zmrok i na dodatek mgła. W akcji brało udział około 20 ratowników i gdy nad ranem dotarliśmy kompletnie wyczerpani do słowackiej wioski u podnóża Pilska okazało się, że oboje poszukiwani, cali i zdrowi, bezpiecznie zjechali już wieczorem na dół i nikomu nic nie mówiąc przenocowali w Sopotni. Tymczasem zrozpaczona kobieta nie wiedziała, co się dzieje z mężem i synem, a w górach ponad 20 ratowników przez noc prowadziło akcję poszukiwawczą. Byli wtedy ze mną między innymi Adam Hula z synem, Tomek Jano – obecny zastępca naczelnika i Witek Cisowski, którego pies pomagał nam w poszukiwaniach. Jakieś nietypowe akcje? – Poszukiwaliśmy pacjenta, który będąc w szoku pooperacyjnym wyszedł ze szpitala w Bystrej i zgubił się gdzieś w pobliskich górach, innym razem przeczesywaliśmy teren w poszukiwaniu pacjenta szpitala psychiatrycznego w Olszówce. Akcji było sporo. Na szczęście przez wszystkie te lata nigdy nie przypadł mi w udziale smutny obowiązek transportowania z gór zwłok. Teraz praca goprowców wygląda inaczej? – I tak, i nie. Jeśli chodzi o sprzęt i wyposażenie, to różnica jest ogromna. Pojawiły się skutery śnieżne, quady, nowoczesne samochody terenowe, łatwiej skorzystać z transportu śmigłowcowego, są drony i doskonała łączność. Zimą ratownicy korzystają z nart skiturowych, mają odpowiednią odzież i cały potrzebny ekwipunek. To ogromnie pomaga, bo łatwiej i szybciej można dotrzeć na miejsce poszukiwań. Poza tym dzięki nowoczesnym środkom łączności, telefonom komórkowym, specjalnym aplikacjom oraz odbiornikom GPS łatwiej zlokalizować osoby zaginione czy wytypować dokładniej obszar poszukiwań. Z drugiej strony przed ratownikami stoi obecnie znacznie więcej wyzwań. W górach jest coraz więcej turystów i narciarzy, więc wypadków jest więcej. Poza tym pojawiło się wiele nowych form aktywności: rowery górskie, paraglajty, zimą skitury, wiele osób biega po górach itp. Dlatego ratownicy muszą cały czas się szkolić i podnosić swoje kwalifikacje, aby sprostać wyzwaniom. Nie tak łatwo jest chociażby zdjąć z drzewa, przy użyciu technik alpinistycznych, pechowego paralotniarza. A takie wypadki zdarzają się coraz częściej. Dawniej ich nie było. Wyzwaniem jest też na przykład ewakuacja osób uwięzionych w kolejkach górskich. Wcześniej nie było takich akcji? – Raczej nie. Jeszcze dwadzieścia lat temu w całych Beskidach funkcjonowały tylko trzy kolejki linowe. Teraz jest ich kilkadziesiąt. Pierwszy raz brałem udział w takiej akcji w latach 90., gdy zepsuła się kolejka na Szyndzielnię. To była trudna akcja, bo po raz pierwszy – nie licząc szkoleń – spotkaliśmy się z taką sytuacją w praktyce. Największym wyzwaniem, jak się okazało, było zlokalizowanie wagonika, w którym – jak poinformowała nas obsługa – jechała na górę matka z małym dzieckiem. Tego dnia było bardzo zimno, więc chcieliśmy ją ewakuować w pierwszej kolejności. Akcją kierował nasz ówczesny szef wyszkolenia Robert Piórkowski. Wszystko skończyło się wtedy dobrze. Co jeszcze się zmieniło? – Dawniej nie było na przykład akcji ratunkowych w jaskiniach. Po prostu nikt, oprócz wytrawnych speleologów ich nie eksplorował, a mało kto nawet wiedział, gdzie w terenie znaleźć do nich wejście. Kiedy pod koniec lat 50. do jaskini w Trzech Kopcach wybrał się mój ojciec wraz z moim wujkiem, to relacja z tej wyprawy, okraszona zdjęciami, znalazła się nawet w waszej gazecie, bodaj w 2. numerze „Kroniki Beskidzkiej”. Teraz położenie beskidzkich jaskiń jest powszechnie znane. Odwiedza je wiele osób, zdarzają się więc też i wypadki. Transport poszkodowanego w takich warunkach to ogromne wyzwanie dla ratowników, muszą się więc teraz szkolić także na taką ewentualność. Czyli teraz jest trudniej? Tak bym nie powiedział. Jest na pewno nieco inaczej. Obecnie służba jest bardziej profesjonalna. Każdy ratownik musi przyswoić wiele specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Dawniej więcej się improwizowało. Chociażby konstruując na poczekaniu przygodne środki transportu, dzięki którym można było ewakuować kontuzjowane osoby w trudno dostępnym terenie. Teraz w prawie każde miejsce można dojechać quadem czy skuterem śnieżnym. Ratownicy muszą teraz posiadać znacznie większą wiedzę medyczną i nieustannie szkolić się w tym zakresie. Dawniej dostawało się niewielką apteczkę (tak zwaną nerkę), w której były jakieś bandaże, szyna do unieruchamiania złamań, tabletki przeciwbólowe, jodyna, krople do oczu czy na żołądek i to wszystko. Obecnie każdy goprowiec przechodzi kurs ratownictwa medycznego, zdaje państwowy egzamin i co trzy lata musi ponownie przechodzić tę procedurę. Ogromną wagę przykłada się też do odpowiedniego przygotowania kondycyjnego, ratownicy przechodzą regularnie testy sprawnościowe. Dawniej kondycję ratowników weryfikowało życie, czyli udział w akcjach. Wciąż są chętni, aby wstępować w szeregi GOPR? – Raczej tak. Wielu młodych ludzi chce złożyć ślubowanie i nieść bezinteresownie pomoc osobom potrzebującym jej w górach. I oby to się nie zmieniło.1 punkt
-
Jak pisałem od rana mróz, nawet poniżej parkingu. Dziś najlepsze warunki z ostatnich 3 dni, na B jakby się wszystko odwróciło, u góry odrobinę miękko i sypko, przy pierwszym wypłaszczeniu za to robił się przypruszony beton aż do orczyka na dole. Miła to odmiana po wczorajszym katoflisku na ściance, choć beton też zbierał swoje żniwo. Okolo 15 jak schodzilem mżawka i chmury na górze, dodatkowo już wszystko zaczęło puszczać. Mróz chyba dopiero w weekend więc pewnie będzie gorzej. Poniżej fotki z trasy A, na którą zapuszczały sie 2-3 osoby.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Gondola - Skrzyczne - Jaworzyna - Zbójnicka - Solisko - HS - Gondola Zjazdy wszystko na nartach-poza małymi wyjątkami(200m), z buta Zbójnicka - Skrzyczne i Jaworzyna - Zbójnicka. Twardo, a na FIS beton i test plomb w zębach Od szałasu zjazd 3 do gondoli bez odpinania nart,4 do Soliska jedna przepinka 20m. FIS Jaworzyna Ondraszek COS 3a SON do Ondraszek 15km vertical 1300m1 punkt
-
W Liptovskim Mikulaszu koniecznie zajrzyjcie do Restauracji wietnamskiej Bonsai. To nie jest "jakiś tam chińczyk" tylko absolutny top. Jak żyje, nie spotakłem lepszej knajpy azjatyckiej a sporo już ich odwiedziłem. https://bonsai-restaurant.sk/1 punkt
-
1 punkt
-
Deštne v Orlickych Horach. Pod wyciągiem jesteśmy o 9.00 i kupujemy skipass na 4 godziny, bo od godzin południowych zapowiadane były opady deszczu. 530 koron za osobę dorosłą, a 40 koron mniej dla studentki (za okazaniem legitymacji). W ośrodku czynne są dwie trasy - niebieska, obsługiwana przez szybką kanapę czteroosobową Marta II, częściowo z bublinami, oraz czerwona wzdłuż archaicznego krzesełka dwuosobowego Marta I oraz łączniki między nimi. Warunki na trasach dobre, bez znaczących przetarć i zwężeń, poza częścią szczytową, gdzie bardzo brakuje śniegu. W najgorszym stanie jest górny łącznik, po którym prawie już nie da się przejechać, ale obsługa ewidentnie zwoziła wywrotką śnieg, aby go podratować. Trasa niebieska szeroka i sympatyczna ale mnie urzekła świetna trasa czerwona, na której mogłabym jeździć na okrągło, gdyby nie mgła i deszcz, które od 11.30 spowiły stok i uprzykrzyły jazdę, również na krzesełku. Ostatnie kilka zjazdów zrobiliśmy więc znowu na niebieskiej. O 12.30 zeszliśmy, trochę przemoczeni, do samochodu. Pomimo święta Trzech Króli kolejek do wyciągu nie było. Marta II Marta I Górny łącznik1 punkt
-
Spędziłam dzisiaj nadspodziewanie udany narciarsko dzień w Rickach w Górach Orlickich. Na parkingu byliśmy z małżonkiem ok. 9.00 i jeździliśmy do zamknięcia, do 16.00, z krótką przerwą obiadową. Temperatura +4 stopnie rano, po południu +2, otwarte dwie trasy - czerwona i czarna oraz polanka szkoleniowa z wyciągiem taśmowym. Niebieska trasa od dzisiaj zamknięta ze względu na ubytki śniegu. Śnieg wiosenny, ale pokrywa trzyma się dobrze - tylko na samej górze i przy dojeździe do dolnej stacji kanapy kilka przetarć. Wytopów brak, rano było miękko, ale równo. Ludzi umiarkowanie - sporo szkółek na czerwonej, na czarnej cały dzień było pusto i ta trasa trzymała się do samego końca, podczas gdy czerwona po piętnastej była dość "zmęczona". Trasy szerokie i długie (powyżej kilometra) - bardzo fajne obydwie. Do wyciągu podjeżdżało się na bieżąco, bez żadnych kolejek. Czarna: Czerwona: I trasy na koniec dnia:1 punkt







