Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. cyniczny

    cyniczny

    Użytkownik forum


    • Punkty

      18

    • Liczba zawartości

      551


  2. Wujot

    Wujot

    Użytkownik forum


    • Punkty

      9

    • Liczba zawartości

      2 888


  3. tanova

    tanova

    VIP


    • Punkty

      6

    • Liczba zawartości

      2 774


  4. MarioJ

    MarioJ

    Użytkownik forum


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      3 569


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 10.09.2025 uwzględniając wszystkie działy

  1. Dzień 3 Widok rano z okna z pokoju Marcina i Sylwka - obłędny. Dodatkowo po burzy nie zostaje nawet ślad i dzień zapowiada się ponownie piękny i słoneczny. Dzisiaj w planach przejazd przez dwie granice, bo nocleg planujemy już w Austrii. Poranek dość chłodny, ale nie ubieramy się zbyt mocno, bo czeka nas 6 km głównej części podjazdu na przełęcz Predel (1156 m n.p.m.) Najbardziej stroma część jest do krzyżówki gdzie odbija droga na Mangart. Po drodze mijamy urokliwą mieścinę Strmec na Predelu. droga na podjazd pod Mangart - najbardziej stromy podjazd w Słowenii. Niestety nie tym razem, choć nie powiem kusiła:-) Przed przełęczą znajdują się ruiny fortu Predel, który pełnił ważną role podczas wojen napoleońskich. I sama przełęcz Z przełęczy krótkim zjazdem zjeżdżamy nad jezioro Predil Po odpoczynku czeka nas jeszcze 8 km pod górę do Sella Nevea. Z miejscowości czeka nas około 10 km zjazdu doliną Reklanska do Chiusaforte. W Chiusaforte wbijamy się na słynny szlak rowerowy Alpe Adria. Szlak prowadzi po dawnej linii kolejowej Tarivsio - Carni i obfituje w liczne tunele i mosty. A widoki ponownie obłędne. No ale wszystko co dobre szybko się kończy i w Pontebba skręcamy na przełęcz Nassfeld - ostatni z konkretnych podjazdów na tej wycieczce. Podjazd jest porównywalny z podjazdem na Vrsic. Według profilu trochę łatwiejszy - 13km długości ze średnim nachyleniem około 7,5%. Z tym, że pierwsza połowa podjazdu przypada na jazdę w pełnym słońcu, bo niewiele jest miejsc zacienionych, a temperatura oscyluje w okolicy 30 stopni. Natomiast widokowo jest pięknie. Za widocznym tunelem w miarę zdobywania wysokości temperatura przestaje tak doskwierać. I jeeest, ostatnia większa przełęcz za mną. Na przełęczy, jeszcze po włoskiej stronie czuję konieczność uzupełnienia kalorii i szybko zamawiam zupkę Minestrone czyli włoską jarzynową - przepyszna. Jedyne czego mi brakuje na przełęczy to tabliczki z nazwą państwa. Przydałaby się fotka do kolekcji:-) Z przełęczy czeka nas ponad 20 kilometrowy zjazd praktycznie pod samą kwaterę:-) Sam zjazd jest już średnio ciekawy, sporo w lesie, mało widoków. I już w dolinie W Hermagor robimy jeszcze niezbędne zakupy i po 4 km meldujemy się na kwaterze. Właściciel pokazuje nam swoje elektroniczne cuda (elektronik amator:-)) typu drzwi balkonowe otwierane i zamykane pilotem, jakieś światełka itp. Na obiadokolacje jedziemy w cywilnych ciuchach na rowerkach. tam spożywamy znaczne ilości kalorii:-) statystyki dnia 3-go Dzień 4 Rano pobudka klasycznie około 7:00. Po 8:00 zbieramy się na ostatni nasz rowerowy dzień. Dzisiaj czeka nas jeden podjazd 6km, którym chcemy się przebić do doliny Drawy, ale pierwsze 20km jedziemy w dół doliną rzeki Gail. Dzisiaj według prognoz ma być pochmurno, nie licząc 2-3h rano i faktycznie prognozy sprawdzają się całkiem, całkiem. Za chwile szybki zjazd do widocznego w dolinie Villach. Tam wjeżdżamy na ścieżkę wzdłuż Drawy. Lubię w miastach ścieżki wzdłuż rzek, zazwyczaj przejazd nimi przebiega bez żadnych komplikacji. Brak krzyżówek, świateł, często rozdzielony ruch pieszych od rowerzystów. Ostatni odpoczynek przed metą I koniec, jeszcze mała toaleta w pobliskim potoku przed podróżą i kebabtaller:-) statystyki dnia 4 I cała trasa Kilka słów podsumowania. Przejechaliśmy niecałe 400 km i ponad 6,3 tys. m. w pionie. Wycieczka pod każdym względem wyjątkowa. Trudne podjazdy, szybkie zjazdy, przepiękne widoki i wspaniała natura. No i oczywiście sprawdzeni w bojach towarzysze podróży czyli Marcin i Sylwek - bez nich na pewno by się to nie udało. Wszystko to sprawiło, że wyjazd ten był najpiękniejszym na którym byłem. Jedynie mała łyżeczka dziegciu to hałas motocykli na głównych podjazdach, który momentami bywał męczący zwłaszcza na przełęcz Vrsic, ale w żaden sposób nie odebrał mi przyjemności z wycieczki. Co do odwiedzonych krajów, to na pewno na wyróżnienie zasługuje Słowenia. widokowo obłędna, cenowo całkiem umiarkowana i ten słowiański luzik:-). Włoski odcinek również przepiękny, zwłaszcza kawałek Alpe-Adria. Natomiast Austria z uwagi na tak poprowadzoną trasę, trochę nie miała możliwości pokazania swoich największych walorów, które znam m.in. z wyjazdów narciarskich. Ale co się odwlecze to nie uciecze i na pewno do Austrii jeszcze zajrzymy rowerowo:-)
    7 punktów
  2. Ponizej fotorelacja z 4 dniówki po trójstyku Austria, Słowenia i Włoch. Rower zapakowany (na razie na próbę) - czas na kolejną 4 dniówkę. Tym razem spełnienie kolarskich marzeń czyli czas na Alpy:-) Dzień 1 Ruszamy z domu po 20:00, cała noc w podróży i rano znajdujemy się w zupełnie innych okolicznościach przyrody. Samochód parkujemy w Ferlach na bezpłatnym parkingu - jeden pan z kampera miał jakieś uwagi, ale je zwyczajnie olaliśmy. rzeka Loiblbach nieopodal parkingu Pierwsze kilometry już są mega widokowe W pewnym momencie dość zaskakująco ścieżka rowerowa prowadzi przez teren elektrowni wodnej Freibach. Za Wildestein zjeżdżamy z głównej drogi w kierunku dzisiejszego głównego podjazdu na przełęcz Seebergsattel (1215m) będącej jednocześnie przejściem granicznym ze Słowenią. Sam podjazd nie jest zbyt trudny: długość około 14 km, przewyższenie 650m, średnie nachylenie 4,5%, max 9%. Pierwsze kilometry podjazdu robimy bardzo ładną ścieżka rowerową. Na pierwszym popasie użera mnie w kostkę osa czy też pszczoła - gniazdo było na schodach. Ból dość duży, ale nie widać żadnej opuchulizny i szybko mija. Na przełęczy Zjazd nie jest zbyt szybki, po pierwsze serpentyny, po drugie widoki, aż się nie chce zjeżdżać:-) Mala i Velka Boba - dwutysięczniki w paśmie Alp Kamnickich Zjazd wzdłuż rzeki Kokra - krótki lewy dopływ Sawy, raptem 34 km, ale rzeka mega urokliwa. Tu tez pierwszy raz stykamy się z niesamowitą przezroczystością tutejszych rzek W okolicy Hrib odbijamy na chwilę z trasy nad urokliwe jeziorko Crnava. Boczne drogi w okolicy Trzic. Ostatni krótki podjazd tego dnia w okolicy miejscowości Hudi Graben W między czasie klepiemy mailowo nocleg w Begunje na Gorenjskem. Po dojeździe i lekkim odświeżeniu idziemy z buta na zasłużona obiadokolację. Statystyki 1 dnia Dzień 2. Wstajemy standardowo po 7:00 i w ciągu godzinki ogarniamy się. Pierwsze kilometry to zjazd do doliny rzeki Sava Dolinka, która w okolicy Radovlijca wraz z Sava Bohinjka tworzą Sawę - największy prawy dopływ Dunaju o długości ponad 900 km. Dzisiaj pierwszy punkt programu to malownicze jezioro Bled z pięknie położonym kościółkiem na wyspie i górującym nad jeziorem najstarszym zamkiem na Słowenii. Samo jezioro nie jest zasilane żadną większa rzeką, a w północnej części znajdują się źródła termalne, co powoduje, że jest jednym z najcieplejszych w Alpach, ale jakoś na kąpiel o tak wczesnej porze nie mamy ochoty:-) Za Bledem wjeżdżamy boczną drogą do Triglawskiego Parku Narodowego i kierujemy się w kierunku Jesenic. Od Jesenic do Kranjskiej Góry gdzie zaczyna się główny podjazd na Vrsic mamy jeszcze kilkanaście kilometrów fantastyczną ścieżką rowerową. Za Kranjska Gora dojeżdżamy do jeziora Jasna za którym zaczyna się podjazd na przełęcz. Różne strony różnie podają zarówno długość podjazdu jak i wynikające z tego średnie nachylenie. Generalnie zasadnicza część podjazdu ma około 10 km i średnie nachylenie 7.5%. Najtrudniejsze są ostatnie 2,5 km, tam nachylenie rzadko spada poniżej 10%, a są odcinki i po 14%. Wiele zakrętów jest z brukowanej kostki, trochę mnie to martwi biorąc pod uwagę czekający nas zjazd z przełęczy. Słoneczko w trakcie podjazdu zaszło za chmury. Nie narzekamy, mając nadzieję że łaskawie wyjrzy zza chmur podczas zjazdu. I jeeest, podjazd wszedł o dziwo bardzo dobrze. Na przełęczy spędzamy około 40 minut, jest baaardzo widokowo. A w międzyczasie słoneczko wychodzi zza chmur - tak było umówione. ciastko Gibanica - lokalny przysmak, bardzo dobre...takie niesłodkie;-) Czas w końcu ruszać dalej, przed nami prawie 30 km zjazdu do Bovec. Sylwek szaleje na zjeździe, a jest gdzie poszaleć, bo w odróżnieniu od podjazdu, nawierzchnia na zjeździe jest idealna. Baz żadnych fragmentów brukowanych czy mocno spękanych. Po kilkunastu kilometrach zjazdu jesteśmy w dolinie rzeki Soca. Jako jedna z nielicznych ma ujście bezpośrednio do morza Adriatyckiego, a dokładnie do zatoki weneckiej. Jej wody są krystalicznie czyste. Po zjeździe jedziemy do centrum Bovec po zaopatrzenie na wieczór. Kwaterę udało się zaklepać w sensownej cenie 120 euro za dobę w Log pod Mangartem. W sensownej, ponieważ na booking ceny rozpoczynały się od 180 euro za 3 osoby. Z Bovec mamy 10 km pod górę wzdłuż rzeki Koritnica. Jak zawsze na dodatkowe wieczorne zapasy wożę mały plecaczek z Decathlona 10 litrowy - przydaje się bardzo. Na kwaterę jedziemy dość wartko, bo według prognoz może popadać i to konkretnie. Na szczęście całą burzę zatrzymuje masyw Jerebicy (2126 m n.p.m.) i w dolinie nie spada ani kropla deszczu. Tradycyjnie po ogarnięciu sie na kwaterze idziemy coś zjeść. Pobliska hotelowa restauracja jest zamknięta, bo "po sezonie". Kolejna wygląda na zbyt wyszukaną dla nas - przynajmniej po zdjęciach potraw. Ostatnia (restauracja Brunarica) znajduje się około 600 m od kwatery. Menu krótkie, ja z Marcinem zamawiamy Zlikrofi with Bakalca, czyli pierożki z gulaszem, Sylwek Burgera. Statystyki dnia 2
    6 punktów
  3. Bardzo ciekawa mapka. W Islandii nie byłam, ale co do Słowenii to się całkowicie zgadzam - dobitnie przekonałam się o jej górzystości tego lata, robiąc pętlę po tym kraju rowerach. W każdym innym kraju jadąc wzdłuż rzeki zwykle na początku są góry, a potem się wypłaszcza, ale nie w Słowenii. Zjechałam spory kawałek tego pięknego kraiku, a jedyny płaski kawałek znalazłam między Ptujem, a Mariborem. A tak to - Panie - góry i góry, we wszystkich odsłonach i po kokardę. na
    4 punkty
  4. Kalkalpen dz5 Rosnące temperatury zdecydowanie wskazywały aby szukać jazdy w lasach, może nawet gdzieś blisko rzek i potoków. Czyli w obszarze Alp Wapiennych (Kalkalpen). Był jednak z naszego "punktu siedzenia" dość poważny problem - ten Park Narodowy jest dostępny wygodnie od północy. Zielone kropki to początki tras - jak widać południe odcięte jest wysokim grzbietem. Dojazd w te "oficjalne" punkty dostępowe zająłby nam autem 1,5 godz. - niezbyt nam się uśmiechało. Przestudiowałem mapę i znalazłem hipotetyczny wjazd z Unterlassa drogą na północ. OSM i satelita wskazywały, że znajdziemy tam parkingi. Wyznaczyłem pętlę, Locus wskazał mi 1500 m vericalu. Profil trasy był dość dziwny. Teren z mapy wyglądał bardzo, ale to bardzo interesująco. Dojazd samochodem 40 min - do wytrzymania. Jeszcze uwaga ogólna - w Austrii można jeździć tam gdzie są wyznaczone drogi dla rowerów. Praktyka jest taka, że ludzie jadą jednak gdzie chcą. Tutaj byliśmy jednak na terenie PN, bardzo dużo dróg miało wielkie zakazy jazdy (rowerów). Austria to kraj dość restrykcyjny, dlatego plany jazdy opierać najbezpieczniej na tych oficjalnych (tutaj niebieskich) pętlach. Szczególnie, że ktoś to jednak przemyślał i przejechał, więc można się od tego odbijać. Nasz ślad zaznaczyłem na jasnoczerwono. Dojeżdżamy do Unterlassa, droga na północ miejscami wąska. Gdy kończy się asfalt (w Mosshohe) parkujemy. I teraz zdziwko - wielka tablica z zaznaczonymi trasami rowerowymi. Szkoda, ze tego nie ma w necie (albo gdzieś głęboko zakopane). Znajduję od razu połowę "naszej trasy". Żółta pinezka to nasz parking i start. Trasa była zgodna z tym co odczytaliśmy na mapie. Czyli stromo wcięta, wzdłuż sporego potoku. Pewnym (dla mnie niemiłym) zaskoczeniem to standard. Szeroka, gładka i wyszutrowana. Ten szuter na górze ostry, luźny a ponieważ stale góra, dół to na zjazdach ostrożnie. Po dwóch godzinach osiągamy punkt zwrotny i zaczyna się clou programu. Na początku niewinnie. Przejazdem kolejowym. Akcentów tunelowych jest coraz więcej. Najlepsze, że te tunele robią się coraz dłuższe i wyprowadzają na wprost bajkowe okoliczności. Wszystko się kończy, ostatni tunel. Było ich chyba z 10. W środku przyjemnie chłodno, w dodatku z kapiącymi mroźnymi prysznicami. Ta turystyczna trasa to pozostałość po linii kolejowej do przewozu pozyskiwanego drewna. Cudeńko. Całość była luzacka 44 km i 900 m verical. Mój locus nieźle nakłamał - chyba nie miał informacji o tunelach i policzył "po wierzchu" - prognoza to 1500 m. Gdybym to wyłapał to pewnie byśmy coś dołożyli (pewnie wjazd do schroniska Anlaufalm)
    4 punkty
  5. Jakby policzyć sam Dolny Śląsk, też pewnie byśmy mieli 30% jak w Czechach. Mieszkanie blisko południowo-zachodniej granicy, to jak mieszkanie w górach, no małych górach. 🙂 Słowacja ma potężne 60%. Szkoda że teraz taki słaby okres polityczno-ekonomiczny przeżywają. Słowenia też mnie bardzo urzekła, jest dużo porządku i świetna infrastruktura na wysokim europejskim poziomie. A jednocześnie ludzie to słowianie, co jednak różnicuje nas w codziennych relacjach od Niemców. Na ferratach miałem okazję poznać kilka osób ze Słowenii, rozmawiało się z nimi bardzo przyjemnie.
    3 punkty
  6. Tam się wchodzi, Mariuszu, wchodzi się z boku albo z tyłu 🙂
    2 punkty
  7. 27 sierpnia mieliśmy wjechać na Łomnicki Szczyt, po południu kolejką. Bilety były kupione. Pół godziny przed naszym wjazdem kolejka uległa awarii. Nie wyglądało to dobrze, wagonik z góry pędził bardzo szybko, udało się jednak obsłudze jakoś go wyhamować i nikomu nic poważnego się nie stało. Wyjeżdżaliśmy z Krynicy bo część ekipy nigdy tam nie była, kasę oddali za bilety. Nikt jakoś na razie nie ma ochoty tam wracać, no może jak kupią jakąś starą gondolę ze Szwajcarii to spróbujemy drugie podejście zrobić. a pogoda była jako taka Pozdrawiam.
    2 punkty
  8. Kolejna świetna relacja rowerowa @cyniczny - podziwiam piękne zdjęcia, soczyste opisy, ale i Waszą kondycję. Niektóre widoki bardzo znajome, bo pętla przez te trzy kraje to był również i mój pomysł na tegoroczny urlop - choć nieco inną trasą (Austria-Włochy przez Arnoldstein i Tarvisio, potem do Słowenii przez Kranjską Gorę, a powrót do Austrii doliną Drawy przez Mariborsko Pohorje). Zbieram się do opisania, mam nadzieję, że do końca miesiąca się uda.
    2 punkty
  9. Dzień czwarty Spieszeni rowerzyści czyli bike & hike Jazda na rowerze jest fajna ale... patrząc na wyniosłe szczyty Kleiner i Grosser Pyhrgas nad naszymi głowami trochę mi było szkoda, że nas tam nie ma. Udało mi się namówić Kamila na połączenie jazdy z wejściem per pedes na któryś a nich. Plan był taki aby dotrzeć na kole do schroniska Gowilalalmhutte. Końcówka to miał być już ostry wpych (z mapy). Życie trochę zweryfikowało plan, bo spory kawałek niżej był zakaz jazdy rowerem oraz... tablica, że jest to jeden z pomysłów Bike @ Hike. Trochę szkoda, że nie znaleźliśmy tego wcześniej na jakiejś stronce. W każdym razie faza 1 to było 7,7 km podjazdu (620 m vertical i do 15%). Na końcówce nawet stromiej. Po spieszeniu było tylko 2,7 km drogi na szczyt ale też 800 m (lub 1000 m) w pionie. Rowery przypinamy do jakiegoś znaku. Przebieramy buty, składamy kije (jechaliśmy od razu z plecakami, gdzie teraz wrzucamy bidony). Od początku jest bardzo efektownie. Przy schronisku trzeba się zdecydować na co idziemy. Z analizy czasu Grosser Pyhrgas dość słabo wychodzi. Poza tym przykleiła się do niego jakaś chmura (jak często do Krywania) i boimy się, że na górze możemy nic nie zobaczyć. Czyli Kleiner będzie naszym celem. Szlak szybko nabiera górskiego charakteru, jest zmienny, czasem z sporą powietrznością. Tygryski to lubią najbardziej. Na górze jest bardzo ciekawie - chmura na Grosser Pyhrgas dalej przyklejona (i tak było do zejścia). Czyli dobrze obstawiliśmy... Robimy popas, foty i po prostu lampimy się w tych okolicznościach. Pora na zejście. Po drodze ostatnie kadry. Powrót na rowerze to była po prostu wypłata. 15 km oglądania krajobrazów. To robi różnicę. Domykamy pętelkę jadąc przez miasto. Po drodze jeszcze zakupy. Razem wyszło 30 km i 1530 m vertical. Z buta dość ciężko byłoby to zrobić (przynajmniej w te 4:25 godz efektywnego ruchu).
    2 punkty
  10. Dwa tygodnie temu udało się ruszyć na kolejna weekendówkę. Tym razem padło na Beskid Śląsko-Morawski. Startujemy jak zwykle w piątek po robocie, kwaterę mamy zaklepaną na campingu w Horni Becavy, na którą dojeżdżamy przed 21:00. Sam meldunek przebiega dość wolno, bo następuje zmiana domku z nr 14 na nr 5. Czesi to wyluzowani ludzie i pan z obsługi pokazuje nam tylko kierunek mniej więcej gdzie ten domek się znajduje - identycznych domków jest ponad 20. Ciemności zapadają dość szybko i znalezienie naszego lokum zajmuje ładnych parę, a może i paręnaście minut. No ale w końcu jest - warunki mocno spartańskie, ale jest czysto i dla naszej dwójki miejsca aż nadto:-) Rano na ta trasę ruszamy około 9:30, dość późno, ale dzień cały czas długi, więc mamy czas. Po niespełna 4 km lekkim zjeździe doliną Roznovskiej Becvy, rozpoczynamy pierwszy podjazd tego dnia na przełęcz Pustevny (1018 m n.p.m.) Sam podjazd ma długość około 10km (536 m w pionie) ze średnim nachyleniem około 5,5%. Sztywniejsza jest druga połowa podjazdu gdzieś od 5 kilometra - nachylenia praktycznie cały czas oscylują na poziomach 7-9%. Na przełęczy znajduje się kilka schronisk i tam spędzamy krótką chwile na odpoczynek. Jest tu sporo ludzi, głównie dlatego, że na górze jest duży parking i większość wjeżdża tu samochodami. Zjazd jest dość wąską drogą o świeżo położonym asfalcie. Niestety rozpędzić się za bardzo nie ma jak, bo i nachylenia spore i dużo osób podchodzi/podjeżdża tą stroną. Ale widoki zwłaszcza na samym początku zjazdu są bardzo ładne. Zjazd z przełęczy jest dość długi, ponad 20 km w dół, aż do Frydlanta - jakieś małe hopki są po drodze, ale bardzo krótkie. Z daleka widać główny cel dzisiejszego dnia, szczyt Lysa Hora z charakterystycznym masztem na szczycie. W okolicach Frydlantu jedziemy bardzo fajną ścieżką rowerowa wzdłuż Ostravicy, prawego dopływu Odry. Przed miejscowością Prazmo zaczynamy jazdę w górę, najpierw 7 km doliną rzeki Mohelnica. Tu nachylenia są niewielkie, przy okazji obserwujemy akcje gaśniczą - "ktoś styrte podpalił":-) Po 7 km w Papezovie skręcamy na kulminacyjny podjazd na Lysa Horę. No cóż, podjazd jak dla mnie był mega trudny. Pierwsze 1,5 km to dwie ścianki po około 500 metrów z nachyleniami 13-14% (przedzielone 5% wypłaszczeniem). Ten odcinek na świeżości wchodzi mi całkiem gładko. Później kolejne 1,5km to dość płaski odcinek, a nawet kawałek jest w dół. Od 3km zaczyna się najtrudniejsza część. Przez kolejne 3km nachylenia cały czas po 8-9%. Od 6km już jest miazga, bo nachylenia równo trzymają 10-12%, dodatkowo wyjeżdża się z lasu na całkiem długą prostą i jak na złość słońce również wychodzi zza chmur. Na 1,5km przed końcem podjazdu muszę zrobić krótkiego stopa (myślę że około 1minuty), bo mnie przytkało solidnie. Po odpoczynku wjeżdżam na szczyt. Na szczycie jestem konkretnie umordowany, w sumie trochę nie wiem co ze sobą zrobić:-) Najpierw staje w kolejce w schronisku, żeby coś kupić do picia, ale ludzi mnóstwo i kolejka wcale się nie rusza. Postanawiam w końcu zrobić pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce, przy okazji zauważając budkę, głównie z napojami. Tam kupuje wodę, kofolę i zupkę ala kwaśnica, którą wchłaniam w ciągu minuty:-) Chwilę jeszcze kontempluję widoki, ale jestem wypruty na maksa i nawet zdjęć nie chce mi się robić. W międzyczasie dostaję wiadomość od Marcina, że czeka na mnie w połowie podjazdu, więc rad nie rad zabieram dupę troki i zjeżdżam do niego. Zjazd jest słaby, mocno nierówny asfalt, dodatkowo mocne nachylenia, które powodują, że chwilowe puszczenie klamek wystrzeliwuje rower jak z procy, trzeba mocno uważać:-) Po zjeździe zatrzymujemy się kilka kilometrów dalej w przydrożnej knajpce. Tam dzielimy się wrażeniami z podjazdu. Za długo nie marudzimy, bo na kwaterę mamy jeszcze ponad 40 km, w tym dwa podjazdy po około 4 km. Jedziemy w kierunku zbiornika zaporowego Sance na Ostravicy. Najpierw mamy prawie 1,5 ostrego zjazdu po grubym szutrze, na szczęście w końcu dobijamy do asflatu i tam jedziemy już w miarę sprawnie. Sam zbiornik z drogi widać tylko momentami pomiędzy drzewami. Przez Stare Hamry docieramy do drogi 56 (jechaliśmy nią samochodem na camping) i z niej ruszamy na przedostatni podjazd. Podjazd nie jest zbyt trudny, ale mamy już w nogach ponad 100km i ponad 2 tys w pionie. Na górze odpoczywamy chwilę i zjeżdżamy w dół, na jeden z ładniejszych dzisiaj zjazdów. W Podolankach ruszamy na ostatni podjazd tego dnia, początek nie zapowiada nic złego;-) Cisza, spokój, ładna droga, jest sielsko. Niestety ostatnie 600-700 metrów to gruby szuter i nachylenia 14-18%. Ledwo wtaszczam się na górę. Sam zjazd jest już po bardzo przyjemnym asfalcie. Obiadokolacje pochłaniamy w restauracji mieszczącej się w hotel Relax Valaska. Jedzenie jest bardzo dobre, ja zamawiam karkówkę z ziemniaczkami pieczonymi, a Marcin kotlet z piersi kurczaka z ziemniaczkami z wody. Statystyki 1 dnia - wpadł rekord przewyższeń, bo wyszło ponad 2600 m w pionie, Rysy zdobyte:-) Na drugi dzień na śniadanie jesteśmy na otwarciu, czyli równo o 8:00. Ludzi full, ale szybko się ogarniamy, przy okazji łapię jeszcze jednego banana z fajną naklejką:-) No cóż, nie ma przypadków...:-) Drugiego dnia w pierwszej kolejności uderzamy na pobliski zbiornik Horni Becva. A później lecimy na podjazd, który zaprowadza na przełęcz na granicy czesko-słowackiej. Sam podjazd ma około 8km, ale nachylenia są dość łagodne, tylko 1 km trzyma około 6-7%, reszta to 4-5%. Na przełęczy wjeżdżamy na Słowację, ale tylko na chwilę, bo po skręceniu w drogę 487 ponownie jesteśmy w Czechach. humory jakby lepsze niż wczoraj:-D Teraz czeka nas około 60 km drogi prowadzącej generalnie w dół doliną Vsetinskiej Becavy. W większości pokonujemy ją fajną ścieżką rowerową. W wielu miejscach czuć zbliżającą się jesień. Bardzo fajna miejscówka nad niewielkim zbiornikiem Balaton. W okolicy miejscowości Bystricka, skręcamy z doliny w kierunku zbiornika o tej samej nazwie. Jeszcze tylko kilka machnięć korbami i będziemy na koronie. zbiornik Bystricka Malownicza droga do Valasska Bystrica. Po krótkim podjeździe i szybkim zjeździe docieramy do Rožnov pod Radhoštěm. Tam wbijamy się na kolejną fantastyczną drogę rowerową wzdłuż Roznovskiej Becavy I koniec, jeszcze tylko posiłek w tej samej knajpce co wczoraj i po 16:00 ruszamy do domu, gdzie melduję się o 21:00. Statystyki drugiego dnia
    2 punkty
  11. Przecież ten szlak na Łomnoce to zamknęli z 50 lat albo i więcej temu.
    1 punkt
  12. Nie byłem sam, jak się jest po zawałach, udarze, cukrzycy i złamanej kiedyś stopie to ryzykowne jest nawet wjechanie kolejką. Wycieczkę ustawia się pod najsłabsze ogniwo.
    1 punkt
  13. Odważne porównanie, każdy ma prawo do własnej opini (dotyczy pierwszej części wypowiedzi). Druga część to już mnie zatkało, wolę tego nie komentować...
    1 punkt
  14. Byłem w ferie i wyciąg na Siodło w Łomnicy nie chodził, a w poprzednich latach działał.
    1 punkt
  15. 20 września rusza przedsprzedaż karnetów w Zieleńcu
    1 punkt
  16. Jakby dać jaki procent ternu jest powyżej 1000m lub 2000m to cześć tych zdecydowanie bardziej górzystych krajów od Polski miała by 0 mkw . Z mapki Belgia i Węgry i Polska mają podobny wynik , jednak u nas potencjał narciarski odrobinę większy .
    1 punkt
  17. W Austrii odbyłem mnóstwo takich wycieczek czyli część rowerem a potem pieszo , szczególnie jak podjazd był mocny to potem szlo się zaskakująco dobrze na jakiś trzytysięcznik . Austria to kraj bardzo nieprzychylny jeździe MTB po górach , poza za parkami też jest mnóstwo zakazów jazdy rowerem nawet jak szutrem prowadzi szlak turystyczny i jest to też dojazd autem do wyżej położonych pastwisk to Austriacy bardzo zwracają uwagę jak się ten zakaz łamie i dzwonią na Policję . Idea była taka aby jak najwyżej wygonie podjechać szutrostradą a zjazd ścieżką , i czasem się udało jak pogoda była kiepska i w promieniu kilkunastu kilometrów żadnego schroniska nie było. Od paru lat jeżdżę do Włoch tu dużo większy liberalizm MTB i nie ma tego Radfahren verboten
    1 punkt
  18. Dzień trzeci Wykorzystujemy pociąg (podjazd 4 przystanki). Pierwsze 20 -30 km nic specjalnego, wycacane wszystko na maksa, asfalt i niestety słabo z przydrożnymi drzewami. Od wjazdu do PN (Kalkalpen) jest lepiej. Choć dupy nie urywa. Ale nagle droga zmienia się w ścieżkę i jesteśmy w zupełnie innych okolicznościach! W jednej chwili wybaczamy nudny początek. A dalej jest jak zawsze na piętrze pośrednim, gdy stopniowo zanurzamy się w austriacki ordnung (musi być) Razem 54 km i 1200 m przewyższeń
    1 punkt
  19. Dzień 2 Mountainbike-Tour Langfirst - Windischgarsten - Nationalpark Kalkalpen MTB5. Jechaliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Trasa "zahacza" o PN Kalkalpen. Na początku sporo wspinaczki nawet z podjazdami do 24%. Zmienne nawierzchnie (wyżej to jednak raczej szutry), zmienne widoki. Czyli przyjemność jazdy. Zdjęcia nie kłamią. Poniżej Krzysztof pokazuje jak rasowo się podjeżdża 24% na szutrze Razem 40 km i niecały kilometr verticalu.
    1 punkt
  20. Parę dni w Alpach Region Totes Gebirge i Kalkalpen (Parki Narodowe). Czyli "dolna" Austria Górna. Punkt wypadowy - kamping w Pyhrn-Priel, tuż przy autostradzie A09. Po części wybór był podyktowany zimowymi wspomnieniami z Hinterstoder i Wurzeralm. Choć rower to zupełnie inne możliwości eksploracji terenu. Zebraliśmy dużo traków z okolicy, przejrzeliśmy oficjalne strony organizacji turystycznych (tutaj gpx nie uświadczysz). Po dokładnej analizie wyszło, że na tydzień powinno tego styknąć. Pewnym problemem było, że byliśmy zainteresowani MTB i jazdą po szutrach i drogach gruntowych (tych prawie nie ma). Bo szosowo można robić tam duże pętle. Ale w ruchu samochodowym. W podsumowaniu na mapie, to co wyszło (mi, bo koledzy mieli jedną trasę więcej) Dzień 1 Na początek obowiązkowy klasyk Hinterstoder Hoss Mountainbike Tour MTB3. Bardzo sensowna pętla, pod warunkiem, że się jedzie się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Zaczynamy na parkingu znanym mi z zimy. Na rozgrzewkę czeka nas ponad 800 m vertical podjazdu, luksusowym asfaltowym podjazdem 10-15%. Mijamy pierwsze piętro stacji razem z hotelami, restauracjami, kwiatkami, wystrzyżonymi pastwiskami. Słowem nieprzyzwoicie wycacane. Zbliżamy się do przekroczenia linii grzbietu. Wcześniej mówiłem kolegom, że to z mapy wygląda dość powietrznie. Ale usłyszałem: - eee tam, tam jest droga. Będzie spoko. Wjazd na odcinek już tego nie zapowiadał. Trzeba było przenieść rower i wielka tablica z informacją, że to jest dla rowerzystów mtb. Ogólnie to zjazd był szeroki ale położony na pionowej ścianie. I wyłożony fatalnymi wielkimi kamulcami łamańca. Strasznie niewdzięczne do jazdy, no chyba, że na pełnej pycie. >20% daje tu duże pole do popisu. U nas popisów nie było zjechaliśmy to spokojnie, mijając tych co prowadzili rowery. Dalej było spokojnie z pięknym górskim charakterem od okolic Vorderstoder dużo asfaltów. Razem około 1100 m vertical i 31 km.
    1 punkt
  21. Dwa ostatnie weekendy spędziłem pod namiotem, ale rowerek tez nie omieszkałem zabrać:-) Najpierw było Ponidzie i camp Gacki, Rowerowo wyszła ładna trasa, zwłaszcza świetna trasa rowerowa Wiślica - Proszowice (przejechałem odcinek Wiślica - Kazimierza. W okolicy Stradowa trafił się też kapitalny wąwóz, a później malownicza polna droga do Kozubowskiego Parku Krajobrazowego. Drugi weekend wyszedł nad jeziorem Druglin Duży w okolicy Ełku. Piękne, ciche i ciekawe jezioro, bez skuterów, motorówek, z mnóstwem wysp i wysepek oraz urozmaiconą linią brzegową. Rowerowo wyszła ładna pętla, było trochę bruków, trochę szutrów, mało asfaltu. No i bardzo ładny leśny odcinek w okolicy poligonu w Orzyszu.
    1 punkt
  22. Hala Boracza Velo Soła na rowerze trekkingowym https://mapy.com/s/mejebumopu
    1 punkt
  23. Sylwek też już dolatuje, Marcin daje znaka, że robi mały popas w Siennie. Z punktu widokowego na przełęcz jest około 500 metrów. Przełęcz zalesiona i bez widoków, ale za to z ławeczką na której czekamy na Marcina. Po zjeździe i odbiciu z DW 392 asfalt mocno się pogarsza. Za to jedziemy w ciszy, bez innych pojazdów nie licząc 4 gości na elektrycznych monocyklach - jest sielsko. W Żelaźnie nie omieszkamy skorzystać z tutejszej atrakcji:-) Przed metą czeka nas jeszcze ostatni podjazd w okolicy Pokrzywna. Sam podjazd jest równiuteńki, ale już zjazd od ulicy Sienkiewicza to łata na łacie. Już wcześniej zdecydowaliśmy, że nie ma sensu jechać od razu na kwaterę, stąd spotykamy się w parku zdrojowym w Polanicy i lecimy na małe co nieco. Statsy dnia pierwszego Dzień drugi Drugi dzień, budzimy się koło 7 i powoli zbieramy klamoty. Samochody mogą zostać na parkingu, ale my pokój musimy opuścić rano. Przed jazdą Sylwek jeszcze lekko reguluje przerzutki w rowerze Marcina. Po drobnych regulacjach ruszamy na trasę. Dzisiaj czekają nas raptem dwa podjazdy;-) Podjeżdżamy w okolicę Szczytnik i tam króciutki zjazd do Szczytnej. Za Szczytną rozpoczynamy główną część pierwszego podjazdu, czyli zdobycie Lisiej Przełęczy (790 m. n.p.m.). Podjazd jest bardzo ładny, dobry asfalt i niewielki ruch. Z przełęczy szybkim zjazdem zjeżdżamy do Karłowa. Tam specjalnie mijamy nasze odbicie w lewo, bo potrzebujemy sklepu. Po powrocie na trasę chwilę odpoczywamy na przydrożnym kamieniu i kierujemy się w stronę granicy. Ta część trasy jest fantastyczna, zresztą praktycznie cała droga do Nove Mesto nad Metuji jest przepiękna. Trafia się też jedna stroma ścianka, dodatkowo główna część po kostce. Ale ogólnie jest przepięknie W Nove Mesto Marcin wynajduje świetną knajpkę, a w niej fantastycznego kurczaka z puree i grilowanymi warzywami - pyszota. Zamek i ryneczek w Nove Mesto Wszystko co dobre szybko sie kończy i ruszamy na ostatni podjazd tego dnia. Generalnie wspinamy się z 300 na prawie 800 m. n.p.m przez około 20 km. Niestety ten podjazd nie jest już tak fantastyczny jak poprzedni, asfalt sporo gorszy + wiele miejsc odsłoniętych i słońce daje popalić, a ostatnie 700 metrów podjazdu to dość mocno nachylony szuter z luźnymi kamieniami - lekko nie było. No ale w końcu osiągamy "drogę sudecką" i pędzimy w doł do Dusznik po drodze mijając wyciąg orczykowy "Jodła" Za Dusznikami jeszcze małe odbicie żeby do Szczytnej nie jechać DK8. Krótki podjazd z którego otwierają się całkiem ładne widoki - niestety na zjeździe asfalt hmm szkoda gadać. Od Szczytnej wzdłuż Bystrzycy Dusznickiej gnamy do Polanicy i na kwaterę po samochody. Z pod kwatery ruszamy po 17:00 i o 22:00 melduję się w domku jak zwykle zmęczony, ale szczęśliwy. Statsy drugiego dnia
    1 punkt
  24. Poniżej fotorelacja z dwóch pętli po Kotlinie Kłodzkiej. W piątek po robocie wyjeżdżamy na kolejny rowerowy weekend. Kwaterę mamy zaklepaną na przedmieściach Polanicy - Zdrój. Dojeżdżamy tam około 22:00, trochę rozmów i lulu. Rano nie śpieszymy się, jest lipiec więc dzień bardzo długi. U Marcina dużo zmian w rowerze, nowe koła i siodełko, u mnie zupełnie nowy rower - rama kupiona na wiosnę i przerzucone graty ze starego fuji + nowa korba GRX dając trochę lżejsze przełożenia niż klasyczny szosowy kompakt - najlżejsze wyszło 30-34 zamiast 34-34. Pierwsze kilometry to boczna droga omijająca kawałek DK8 na której ruch jest spory Przez Kłodzko przelatujemy błyskawicznie i jedziemy na pierwszą przełęcz Łaszczowa (592 m n.m.p.) Przełęcz zalesiona, więc zdjęć niet. Po zjeździe krótki popas w Dzbanowie na przystanku, później kierujemy się na Złoty Stok - na razie dość płasko. Za Złotym Stokiem zaczynamy podjazd na Przełęcz Jaworową (707 m. n.p.m.), Podjazd jest dość łagodny ma około 8 km i około 400 m w górę, a nachylenia nie przekraczają 10%. Dodatkowo poprowadzony głównie w lesie, co w słonecznym dniu daje wytchnienie, ale widoków zza wiele nie ma - choć gdzieś tam czasem można coś zobaczyć:-) Na przełęczy odpoczynek. Później szybki zjazd do ""Nie ma takiego miasta Londyn, jest..." Z Lądku do Stronia jedziemy ruchliwą DW 392, na szczęście obok jest całkiem fajna ścieżka rowerowa. Mijamy też zniszczoną tamę na rzeczce Morawka. Kąpielisko w Starej Morawie. Dość zaskakująco się do niego podjeżdża, bo początkowo droga jest znacznie niżej niż lustro wody. Od Stronia rozpoczęliśmy nowy podjazd - na przełęcz Puchaczówka (864 m. n.p.m.) Nachylenia do Kletna są dość łagodne - przy okazji przejeżdżamy koło kwatery w której swego czasu nocowaliśmy będąc na nartach w Czarnej Górze. Za Kletnem podjazd staje się trudniejszy, ale za to widoki i sama droga prima sort. Z Janowej Góry czeka nas krótki i szybki zjazd do Czarnej Góry. Tam ludzi tłum m.in. z powodu odbywającego się Runmagedonu. Nie zatrzymuję się tam ani na chwilę i lecę prosto na przełęcz. Punkt widokowy w okolicy przełęczy Puchaczówka (864 m. n.p.m.).
    1 punkt
  25. 🚴‍♂️ Rowerem przez Lasy Rudzkie – ponad 40 km trasy pełnej historii i ciekawych miejsc! 🌲 W tym odcinku zabieram Was na wycieczkę rowerową w okolice Rybnika i Rud. To idealna trasa dla każdego – także dla rodzin z dziećmi – bez trudnych technicznie odcinków, z dużą ilością asfaltu i szerokich leśnych ścieżek. Na trasie odwiedzam m.in.: ✅ Jezioro Rybnickie – świetne miejsce startowe z dużym, zacienionym parkingiem ✅ Rudy – zabytkowa kolej wąskotorowa i piękny zamek cysterski z XIII wieku ✅ Miejsce katastrofy lotniczej z 1919 roku – niemiecki bombowiec Zeppelin-Staaken transportujący banknoty ✅ Dawną bazę rakietową koło Kuźni Raciborskiej – pamiątkę zimnej wojny To wyprawa, podczas której zobaczysz historię ukrytą w lasach, ciekawe miejsca i piękne zielone krajobrazy. 👉 Jeśli podoba Ci się ten film, zostaw łapkę w górę i subskrybuj mój kanał, żeby nie przegapić kolejnych rowerowych vlogów! 💬 Napisz w komentarzu, która część trasy podobała Ci się najbardziej lub jakie miejsca polecasz na kolejne wyprawy.
    1 punkt
  26. 1 punkt
  27. 1 punkt
  28. 🚴‍♂️ Rowerowy wypad po śląskich lasach – Pojezierze Palowickie zaliczone! 🌿 Przejechałem trasę, która od dawna chodziła mi po głowie. Start nad jeziorem Śmieszek – świetne miejsce, żeby zostawić samochód i złapać oddech przed leśną przygodą. Później wjechałem w zielone gęstwiny między Żorami, Woszczycami i Palowicami. Po drodze odwiedziłem kilka perełek: ✨ Drewniany kościół w Palowicach, klimatyczny i pięknie wkomponowany w wiejski krajobraz ✨ Stawy i platformę widokową, gdzie można było na chwilę się zatrzymać i popatrzeć na taflę wody ✨ Szczejkowice, spokojna wieś, w której czas jakby zwalnia ✨ Gichta – industrialne ruiny ukryte w lesie, niesamowity klimat starej cegły i historii ✨ No i oczywiście mnóstwo leśnych ścieżek i bocznych dróg – idealnych na rower Na powrocie wpadłem jeszcze na żorski rynek, żeby domknąć trasę lodami i złapać trochę miejskiego klimatu. 🍦 Całość – sporo, urozmaiconych kilometrów, dużo przyrody i totalny reset głowy. 🌳🚴‍♂️ Już niedługo wrzucę vloga z tej wyprawy – będzie trochę ujęć z drona i relacja z trasy. Jeśli lubicie rowerowe inspiracje i klimaty śląskiej wsi, zaglądajcie na mój kanał!
    1 punkt
  29. Ty za to zdziecinniałeś. Psy szczekają karawana jedzie dalej. Tym razem zajechała w rodzinne strony..,
    1 punkt
  30. A mnie przed około 2-tygodniami wyniosło w rejony, które uwielbiam zarówno rowerowo, jak i narciarsko. Pozza di Fassa i okolice. Po raz drugi wziąłem udział w wielkim święcie roweru, jakim jest Sella Ronda Bike Day - czyli drogi przez przełęcze Pordoi, Campolongo, Gardena i Sella wyłączane są od rana do popołudnia dla ruchu samochodowego i oddawane są rowerzystom. Przeważają rowery szosowe, ale są także elektryki, tandemy, rowery dziecięcy - w zasadzie wszystko co ma dwa koła i pedały - był nawet jakiś człowiek na maszynie, która wyglądała bardziej jak stepper niż rower. Podobno było tam 20 tys osób. Atmosfera fajna - każdy jedzie w swoim tempie - my zaczynaliśmy i kończyliśmy pętle w Canazei (z wcześniejszym dojechaniem i powrotem z Pozza). Niezależnie od tego udało się jeszcze przez parę dni pozaliczać rundki w okolicy i przełęcze typu Fedaia, San Pellegrino, Rolle, Costalunga, Valparola, Falzarego i pomniejsze trasy. Wrzucam parę zdjęc rowerowych, na niektórych jednak nie brakuje pewnych akcentów narciarskich:
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...