Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Wujot

Użytkownik forum
  • Liczba zawartości

    2 888
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    127

Zawartość dodana przez Wujot

  1. Dzień 6 Startujemy z Amberger Hutte (którą już zdążyliśmy polubić). Ze względów bezpieczeństwa (trójka) zaplanowaliśmy, spokojną i przyjemna (czyli niezbyt stromą i niezagrożoną) wycieczka na przełęcz pod Windacher Daunkogel. Podobnie jak i wczoraj, w górach jest pusto. Zdecydowaną większość trasy musimy torować (co w największym stopniu robi Kamil zyskując przydomek Radzieckiego Lodołamacza Atomowego). Przy miękkim podłożu jest to duża praca do wykonania. Na końcu czeka nas widok na Hocher Stubaier Hutte - malowniczo położone schronisko. Zjazdy są w mocno przetworzonych śniegach ale - my nie damy rady??? W statystykach wyszło około 14 km (wszystko) i 1050 m vertical. W sam raz jak po wczorajszej długiej turze. Zjazd z ON Stubai do Gries Przy okazji sprawdziliśmy sobie możliwość tego zjazdu freeride. Wygląda to dobrze! Zaczynamy z orczyka Daunscharte, przechodzimy przez przełęcz i w dół przez lodowczyk Sulztaferner. Dalej jest efektowna, ostro wcięta, stroma i zróżnicowana rynna z progami (fota). Na pewno zagrożona lawinowo więc do zrobienia w odpowiednich warunkach. Na zdjęciu widać ślady więc ktoś to jeździ. Byłoby to 1500 m vertical (obok Amberger Hutte i dalej do Gries). Dół oczywiście płaski. Natomiast logistyka tego przedsięwzięcia nie jest łatwa bo lądujemy w Langenfeld. Chyba najłatwiej jest to zrobić z Insbrucka i w oparciu o busy. Dzień 7 Sytuacja lawinowa zdecydowanie się poprawiła. Możemy pozwolić sobie na bardziej stromy teren. Celem będzie Kuhscheibe. Na niebie mamy istne szaleństwo. Można złapać takie, na poły abstrakcyjne, obrazki. Później po drodze widzimy taki zamek. Na górze jest Aby nie było nudno to na szczycie Dominka zalicza inicjację. Czyli, to co prawie każdemu się zdarza, pierwsza zgubiona narta w terenie. Jadąca samodzielnie deska to jedna z paskudniejszych chwil w życiu skiturowca! Mnie się to zdarzyło na Grossvenedigerze tyle tylko, że pojechała gdzieś hen po horyzont znikając mi z oczu. I wtedy pożyczyłem od Pawła jego deski (mamy ten sam rozmiar buta) zjechałem odszukałem zgubę (wbitą przed stromym przełamaniem lodowca). I dzisiaj historia się przedziwnie zapętliła bo Paweł jakimś cudem złapał uciekinierkę. Rycerze są jeszcze na świecie! Zaletą takich sytuacji jest to, że nartę gubi się tylko raz. Wierzcie mi, że tak jest. A dalej w telegraficznym skrócie jazda w szreni, spotkani Austriacy i... uśmiechnięta Dominka - no w końcu nie codziennie spotyka się rycerza! Wyszło 11 km (zjazd i podjazd) i 1100 m vertical. W ruch byliśmy 2,5 godz a drugie tyle to przeżycia pięknościowo-towarzyskie. cdn Pozdro Wiesiek
  2. Nieswojo czuje się dość często. Najczęściej na podejściach. Na fokach na stoku o nachyleniu 40-45 stopni trudno się czuć komfortowo. Drobne omsknięcie narty i można wylądować na dole bo z luźnym wiązaniem nie ma szans na zatrzymanie. Robienie zwrotów na takim nachyleniu w głębokim śniegu to już jest sztuka. To bardzo stresujące jak walczysz przez pół minuty aby stanąć na dwóch nartach. Dalej podcięte zjazdy. Jak jest te 45 stopni i pod spodem jest wypłaszczenie to jadę na luzie ale jak w torze ewentualnego upadku jest przepaść albo skały na które można trafić to mocno siada na psychę. Jazda we mgle w nieznanym terenie to kolejny problem. Mieliśmy kiedyś takie zdarzenie (w Norwegii). Zatrzymaliśmy się podczas zjazdu w trójkę na białym polu i gadamy. W pewnym momencie kolega ruszył i dosłownie po metrze jazdy spadł z niewielkiego klifu. Jak leciał to z niezwykłą wyrazistością dostrzegłem brzeg urwiska choć wcześniej go nie widziałem. To było tylko ze 3 metry więc skończyło się na śmiechu. Silny wiatr to kolejny czynnik. W Czarnohorze był tak potężny, że nad głową ryczał jak silnik Jambo Jeta. Szliśmy na nartach przypłaszczeni do ziemi zapierając się kijami a on spychał nas w przepaść. Wszędzie latały spore kawałki lodu bombardując nas gęsto. A jeszcze zagrożenie lawinowe i szczeliny... ------------------------------- Na tym wyjeździe czułem się nieswojo w tym kominku gdzie poszedłem bez raków (a nie bardzo siadał czekan). Do zejścia już je włożyłem. Poza tym raczej stresu było mało. To nie był bardzo trudny teren. Wiem, że reszta trochę się stresowała jazdą w masakrycznych szreniach ale ja z tym nie miałem akurat problemu. Pozdro Wiesiek
  3. Eeee bez przesady, to normalna zimowa turystyka górska. Przejścia są opisane, można znaleźć multum gpx (mieliśmy to wgrane do telefonów), są dobre mapy. Oczywiście po drugiej stronie pozostaje to, że są to góry i bez problemu nieodpowiedzialnymi ruchami można zrobić sobie i innym krzywdę. Trzeba uważać i tyle. W schroniskach są rzesze ludzi łażących tak jak my. Co do przewodników... od dłuższego czasu organizujemy sobie sami program ale zdarza nam się jednak turować z miejscowymi (tak było na Czarnohorze i pewnie tak zrobilibyśmy np Swanetię). To na pewno duże ułatwienie. Z drugiej strony osiągnięcie samodzielności wydaje mi się bardzo ważne. Pierwsze 2-3 lata chodziłem z przewodnikami ale to... jednak zwalnia od myślenia i odpowiedzialności. Trzeba nauczyć się samemu podejmować decyzje. Teraz bariera wejścia jest niewielka, wystarczy mieć kasę ( ) . Są kursy lawinowe, turystyki górskiej, nawigacja zrobiła się łatwa, są obozy dla początkujących. Najtrudniej to jest znaleźć (wypracować) ekipę z którą się chodzi. I to tak naprawdę jest zdecydowanie najważniejsze. W naszej ekipie trójka miała (i ma) doświadczenie wspinaczkowe z KW. To dla mnie jest wielkie ułatwienie bo jest od kogo się uczyć. A i jeszcze wyprzedzając końcowe napisy w naszej ekipie był "diament" - młoda i delikatna (z wyglądu) Dominika, której hobby to wspinaczka, narty i skitury. I nie musieliśmy jej matkować (czy tam tatować). Czyli można! Pozdro Wiesiek
  4. Dzień 5 Opuszczamy gościnne pielesze Franz Senn Hutte! Przez to dwudniowe załamanie pogody nie zrobiliśmy planowanych głównych celów. Miały to być dwa z trzech: Ostliche Seespitze (3416 m npm), Schrandele (3390 m npm), Ruderhofspitze (3474 m npm). Wieczorem poprzedniego dnia rozmawiamy ze specjalistą ze schroniska w kwestii przejścia do Amberger Hutte. Drogi (dwie) niby są opisane... ale trudno znaleźć dokładniejsze charakterystyki. Po rozmowie wiemy niewiele więcej, ale dowiadujemy, którą by rekomendował. Oczywiście z licznymi zastrzeżeniami, że sami musimy ocenić ryzyko. Będziemy szli przez przełączkę pod Nordliche Wildgratspitze. Prognozowana pogoda jest mocno dwuznaczna, ma się przejaśniać aż do lampy ale jednocześnie idzie gwałtowne ocieplenie. Izoterma "0" ma być gdzieś na 3400 m (!!!). To może oznaczać spore kłopoty. Przed ociepleniem powinniśmy zdążyć przejść przez grań, dalej jest bezpiecznie. Analiza newralgicznego miejsca, przy dostępnych nam danych, daje 0,7 (według metody Muttera) ale to mogą być życzenia... Pierwsza część Jest przepięknie... Tu już jesteśmy na lodowcu z tyłu pięknie widać morenę boczną. A tutaj "dokumentacyjne" zdjęcie kawałka drogi na Ostliche Seespitze, widać, że jest najprawdopodobniej bezprecedensowo efektowna... może innym razem... Tutaj rozchodzą się drogi na Rudorferspitze (z lewej) i na "nasze" przejście. Część druga Czyli przejście. Identyfikujemy stromy żleb. do którego się kierujemy. Pierwsza dwie niemiłe niespodzianki. Pod ścianą jest 41 stopni i w dodatku żleb miał być "chodzony". To wywala w kosmos nasze redukcje. W dodatku są tutaj metry miękkiego śniegu. Mamy teoretycznie dwie możliwości pokonania przeszkody. Przez żleb lub letnim szlakiem po skałach. W żlebie jest jakaś podejrzana poręczówka (na krótkim odcinku). Szlak letni zaś jest niewidoczny (bo zasypany), a jak już napisałem nie wiemy jak jest ubezpieczony. Nie mniej droga przez kuluar jest raczej nie do zrobienia bo jest tam bardzo stromo i multum luźnego śniegu. Kierujemy się więc do stalowej poręczówki widocznej na zdjęciu powyżej (po prawej). Miejsca jest tam co najwyżej na dwóch narciarzy. Ale przypina się tam trójka. Mnie i Adasiowi koledzy rzucają linę i bezpiecznie czekamy na rozwój sytuacji. Po nieskończenie długim czasie jestem przy poręczówce. Paweł poszedł już na rekonesans sprawdzając czy ubezpieczenie jest ciągłe. Czeka go ciężka praca - na stromej skale trzeba dostać się do stalówki odkopując ją na kilkudziesięciu metrach. Zbieram się najszybciej jak potrafię, sprawdzam tylko dla ciekawości jakie są możliwości poruszania pod górę w żlebie. Dosłownie po dwóch krokach jestem unieruchomiony jak mucha w sieci pajęczej, wisząc na kroczu w bezdennym puchu. Gonię po poręczówce do przodu bo druga lina w moim plecaku może być potrzebna do ubezpieczenia. Na szczęście stalówka jest ciągła. Na górze razem z Pawłem szukamy zejścia. Miałem nadzieję, że może jest tam zjazd jakimś wyśnieżonym żlebem. Ale nic z tego, będzie zejście po stalówce. Na parometrowym odcinku brakuje jednak liny. Niby to dość prosty fragment (za to lufiasty) ale po takiej męczącej drodze (i z takim ciężarem na garbie) można zrobić błąd... Zakładamy tam poręczówkę. Paweł zostaje na górze a ja idę rozeznać resztę drogi. Po tej stronie zejście jest po czystej skale. Mając aluminiowe raki na nogach trzeba to zrobić ostrożnie. Przekazuję informację i ląduję po drugiej czekając na luzie (z aparatem) na resztę. Część trzecia Czyli zjazd. Albo wypłata. Nie będę ukrywał - nieadekwatna była ta nagroda! Zamiast metrów puchu: na górze gipsy, niżej paskudne zastrugi a później breja (co akurat lubię). Widać też wszędzie świeże zsuwy. Za to krajobrazy sielskie. Wiemy, że ma się szybko ochładzać więc rokowania co do przyjemności jazdy nie są korzystne. Na razie jednak dojeżdżamy do Amberger Hutte (jest na focie ). Aha - przejście przez grań zajęło nam 3,5 godz! Całość to było 16 km i 1200 m vertical. cdn Pozdro Wiesiek
  5. Dzień 3 Prognoza pogody nie była zbyt optymistyczna. Miało prószyć i być mgliście. Wybieramy więc w miarę bliski cel - przełęcz pod Kraulscharta. Idzie się tam boczną doliną wychodzącą na schronisko od strony południowo-wschodniej. Widok na schronisko z tego kierunku. Nasze cele majaczą gdzieś ledwo się rysując. Mijamy po drodze śniegowskaz i wygląda, że pokrywa śniegu jest tutaj ujemna. Przed nami idzie tandem więc jest łatwo z nawigacją i śladem. Później robi się stromiej. Nasi "przewodnicy" robią gdzieś przepinki na ścianie więc samodzielnie (pod wodzą Kamila) docieramy na przełęcz. Wiele nie widać ale ostrożnie wychylając się widać pod nami drogę na Ostliche Seespitze (który jest moim osobistym typem do zrobienia). Zjazd jest w pięknym miękkim ale brak widoczności nie pozwala cieszyć się tak bardzo jakby to było możliwe. Szczególnie, że zjeżdżamy krótszym wariantem, w skomplikowanym dość terenie, gdzie można spaść z klifów. Nie mniej jednak uznajemy, że było bardzo fajnie. W statystykach wyszło 10 km (6 km podejście, 4 km zjazd), vertical 1030 m. W ruchu byliśmy 3 godz. Sporo czasu zajęło nam nawigowanie w nieznanym terenie (przy powrocie) gdzie trzeba było zrobić parę wycofów. Nie mniej i tak lądujemy wcześnie w schronisku gdzie siedzimy sobie przy piwie i gaworzymy. Na mapie wyglądało to tak (opisany dzień to ten z lewej) Dzień 4 Prognoza raczej nie dawała wielkich nadziei. Miało (i było) gorzej jak wczoraj. Na pewno jednak nie odpuścimy sobie wyjścia... Postanawiamy uderzyć w stronę Kreuzspitz (i sąsiedniego Ostliche Knopenspitz). Wejścia (zresztą wspinaczkowe) nie były realne ale gdzieś pod ścianę zawsze można spróbować podejść. Początek trasy był identyczny jak dzień wcześniej. Pogoda zaś taka. Po drodze dokładnie oglądamy mijaną z lewej grań szukając przełączki co tam miała być. Typujemy miejsce gdzie chyba widać ślady łażenia, robię fotę. Zapamiętujemy to miejsce Stopniowo docieramy do kotła zamkniętego paroma szczytami. Tutaj zaczyna się niewielki lodowczyk - Knotenspitzferner. Ponieważ solidnie w tym miejscu wieje, a korzyści z dalszego pchania się nie widać, postanawiamy wracać. Zjazd podobnie jak wczoraj jest ostrożny. A ponieważ trochę szybko bylibyśmy w schronisku to postanawiamy sprawdzić przejście tym kominkiem co go sfotografowałem. Ta decyzja miała, nawiasem mówiąc, całkiem dalekosiężne skutki. Wejście (bez nart) okazało się wredne, niby nie za bardzo stromo, ale luźny piarg pokryty śniegiem nie pozwalał poczuć się pewnie. Szczególnie, że z Kamilem uznaliśmy, że wejdziemy to z buta. Reszta widząc nasze kłopoty założyła przytomnie raki. Kominek ma w centralnej części założoną poręczówkę ale brakuje czegoś na wyjściu. Oglądamy na górze sytuację po drugiej stronie (na tyle ile widać) i schodzimy. A ponieważ czasu jest nadal dużo to robimy stanowisko. Wszystko ta zajęło nam akurat tyle czasu ile trzeba. Spokojnie jedziemy na piwo. Wyszło 700 m vertical, około 8 km. Jak na taki dzień to nieźle... cdn Pozdro Wiesiek
  6. Ciągle staramy się dopracować "najlepszą" formułę wyjazdową. Kiedyś chodziliśmy trawersy (np Ortlera, Silvretty). W zeszłym roku zrobiliśmy parodniowy wyjazd w oparciu o jedno schronisko (Branca) co było bardzo wygodne. Tym razem wyjazd miał być długi i oparty o dwie doskonałe miejscówki. Pierwszą było bardzo znane schronisko Franz Senn Hutte. Można z niego zrobić pewnie z 6 doskonałych celów. Dzień 1 Ten pierwszy to był dojazd i dojście. Odległość jest bardzo zbliżona do lodowcowego ośrodka Stubai. W Neufstift skręca się do Barenband a dalej wąską drogą do parkingu gdzie trzeba założyć foki (i plecak) Dojście jest całkiem konkretne - 740 m vertical i ponad 7 km. Trzeba liczyć 3 godziny. O schronisku napiszę innym razem. Dzień 2 Naszym celem będzie Hinterer bądź Vorderer Wilder Turm (ewentualnie Wildes Hinterbergl). To grupa leżących obok siebie szczytów zlokalizowanych na południowy-zachód od schroniska. Zrobimy to w formie pętli tak aby podchodzić łagodniej a zjeżdżać stromszym lodowcem Lisense. Od rana lampa i widoki na doskonałą jazdę. Idzie się łagodną dość doliną z kolejnymi stromymi progami. W pewnym miejscu skręca w prawo dochodząc do skalistego brzegu kotła. Najciekawsze jest wyjście na lodowcowe platou. Przyjemna ścianka do przejścia i otwierający się widok. Z lewej strony kusi Hinterer Wilder Turm. Z jego zbocza lodowcowe wypłaszczenie wygląda przepięknie... Pora na przepinkę i jazdę. Z początku jest łagodnie ale później robi się w sam raz. Tak jest do samego dołu do miejsca zamknięcia pętli gdzie wjeżdżamy w dolinę. W statystykach wyszło 15 km (całość) i 1150 m vertical. Na mapie są obydwa dni. cdn. Pozdro Wiesiek
  7. Jest bardzo duża szansa, że wrócisz do jeszcze ciekawszego ON - już za chwilę 3 Zinen ma się połączyć z Sililan. Oba ośrodki bardzo na tym zyskają. pozdro Wiesiek
  8. Dla mnie to podejrzane jest - Alieny RS czy Backlandy prawie tak sztywne jak reszta dużo cięższych ??? Pozdro Wiesiek
  9. Szkoda, że to bardzo historyczna lista jest. Choć sama sztywność to nie wszystko bo równie ważna jest wygoda chodzenia i waga. Najlepiej można to porównać zakładając na jedną nogę jeden but a inny na drugą. Robiliśmy takie porównania i to rzeczywiście coś mówi. W
  10. Wujot

    Karyntia SkiSafari

    Mnie jeszcze bardziej zaszokowała ta gdy po dniu w 4Berge ekipa jednomyślnie wskazała na Planeralm (jako lepszy). Dla mnie oczywiście Planeralm jako ośrodek o gigantycznym potencjale skiturowo-freeridowym jest o klasę lepszy od pierwszego (dlatego nawet tam nie zajrzałem) ale ilość tras z tych trzech wyciągów, ich stan oraz mniejsza ilość ludków jak widać przekonała też normalnych narciarzy. W
  11. No i jeszcze parę fotek od MarioJ i Pawła Wejście na Salatyna (dzień 3). Na górze jakoś nikt nie wyciągnął aparatu... i z cyklu narty wodne (dzień 4) Pozdro W
  12. Dzień trzeci Niby jakaś nadzieja na widoczność w prognozach była... Niby była... ale się skiepściła. Na dole mżawka nawet. Na górze już "tylko" mgła. A do tego w knajpce stado skiturowców i skiturek. Ano niby niedziela. Zanim się namyśleliśmy było tak. Idą na nasz "rezerwowy" cel - Brestovą. Na szczęście zatrzymują się po drodze i jakieś zajęcia zaczynają. Dobra nasza! Wyłazimy sami na przełęcz pod Brestovą. Naturalnie byłoby zjechać na drugą stronę i wyleźć stamtąd na Salatyna od południa. Ale zjazdu nie znamy (traków nie mamy), straszy nas nawis na górze. Mariusz ostrożnie wygląda i okazuje się, że strona południowa na górze jest wywiana i lodowa (no skądś ten nawis). Być może kawałek niżej jest lepiej (prawie na pewno) ale wybieramy zjazd drogą podejścia. Ponieważ w nocy spadło z 10 centów to jest bardzo przyjemnie. Na dole spotykamy powtórnie "grupkę". Oceniamy, że potencjał zjazdowy z Brestovej jest niewielki bo nie jest szeroko i już po nas było troszkę zryte a po tej ekipie nic tam nie zostaje. Pora zmienić miejscówkę. plan jest aby zjechać ile się da przebijając się na podejście pod Salatyna. Trochę to upierdliwe jest bo kosówka dziwnie wysoko. W końcu przepinka. Dochodzimy pod Salatyna a tam tłok - chyba z 10 osób. Ale wygląda to na wycof bo większość gdzieś tam na ścianie robi właśnie przepinki nie chcąc chyba jeździć we mgle. Ale z Mariuszem i Kamilem takie opcje nie są możliwe. Dochodzimy na deskach do wysokości gdzie już nie opłaca się walczyć i dalej jest z buta. Za nami podąża jeszcze jak się okazuje Bruno z Krakowa i jeszcze dwóch Słowaków. W 7-kę lądujemy na przełęczy, na Salatyna (co jest kapkę wyżej nie chce nam się pchać bo trzeba by foki zakładać) i stamtąd zarządzamy zjazd. Jest nawet nie najgorsza widoczność. Kolega z Krakowa ma awarię sprzętu więc przyglądamy się z dołu czy dojedzie Jak widzimy, że jest już w bezpiecznej części to możemy zająć się resztą zjazdu. Teren jest bardzo fajny - rynny potoków, ścianki, trochę głazów i kosodrzewiny. Słowem dużo się dzieje. Na dole znajdujemy nieznany mi wjazd na trasę narciarską i tak dzień się kończy. Jak widać (a właściwie nie widać) nie zrobiłem fot z przełęczy pod Salatynem - może Mariusz albo Kamil coś mają i wrzucą. Dzień 4 Tutaj prognozy dawały mało nadziei. Miało lać, być ciepło i wietrznie. Przygotowujemy dwa warianty: awaryjny to oczywiście Salatyn (do momentu gdy uznamy, że to bezpieczne) . Gdyby nie było beznadziejnie to Grześ - Rakoń z możliwie łagodnymi zjazdami. Rano leje niemiłosiernie ale później przestaje. Ruszamy więc Lucną Doliną Przeprawa przez mostek, napadało tu tyle, że narty są prawie na wysokości poręczy. Podchodzimy dalej i lądujemy na grani między Grzesiem a Rakoniem. Na górze coraz solidniej wieje. Nawet śladu nie ma po opadzie - gołe lodowiska. Dyskutujemy i tu, uwaga, zaczyna się część przygodowa dnia. Uznajemy, że w tych warunkach trzeba się ewakuować. Znajdujemy epicki zjazd piękną rynną. Z mapy nie wynika nam jasno co jest na dole (tzn wynika, że las) ale wiemy, że damy sobie radę. Najpierw zjazd. A później przygoda. Narty okazują się po raz kolejny wprost idealną opcją do poruszania się skomplikowanym terenie. Potoki przekraczamy parokrotnie. Myślę, że chłopaki dorzucą jeszcze jakieś fajne zdjęcia w tym zakresie. Pozdro Wiesiek
  13. No przecież Ci wyraźnie napisała - do robienia zdjęć! I to jest całkiem sensowna opcja, bo mniejszy aparat = mniejszy kłopot. Pozdro Wiesiek
  14. No i po integracji! Odbyła się w "naszym" tradycyjnym czteroosobowym składzie. Dzień 1. Wymyśliliśmy sobie, że w pierwszym dniu zaliczymy "po drodze" Pilsko (lub coś w okolicy). I dzięki temu będzie więcej czasu na działanie w górach. Prognoza pogody była jednak paskudna i plan B był w zanadrzu. Rzęsisty deszcz na rzędnej 1000 m npm zmusił nas aby od razu uderzyć w Tatry. Sprawdzamy, że izoterma "0" ma tam być na 1600 npm. Daje to niewielką nadzieję. Po zainstalowaniu się w schronisku idziemy na wyciąg. Na dole leje, na górze podobno też ale kupujemy wjazd (6E) i lądujemy na górze. Tam na szczęście praktycznie nie pada. Idziemy w stronę Brestovej (to najbezpieczniejszy plan), podchodzimy pod skały pod granią. Przepinka i zjazd. Bez rewelacji, ale jesteśmy zadowoleni, że "uratowaliśmy" dzień. Dzień 2 Wychodzimy po śniadaniu (6-8 E). Celem jest... nie tego jeszcze nie wiemy! W portfolio jest Pachola (Pachoł), Spalona lub Smutna Przełęcz. Po drodze dyskutujemy próbując rozpoznać warunki. Spalona nie wygląda zachęcająco (choć oceniamy, że da się zjechać) Co do Pachoła to jeszcze większe wątpliwości i z tej dyskusji jakoś wychodzi Smutna. Na początku Tatliakowa Chata (zamknięta) i jeziorko obok. Dochodzimy do celu. Z lewej jest Smutna Przełecz, skalisty szczyt to Tri Kopy a ten biały to Hruba Kopa. Tutaj dłużej dyskutujemy. Wejście na Smutną w mojej ocenie wygląda słabo. Mało wyśnieżone i raczej lodowo. Proponuję abyśmy zrobili tę przełączkę między wymienionymi szczytami, powiedzmy na granicy słońca. Podejrzewam, że zjazd będzie tam lepszy, nawisów nie widać. Nie mamy tam jednak w ogóle traków a dodatku dwaj Słowaków, którzy właśnie dochodzą odradzają ten wariant (mnie ich argumenty nie przekonują). Tak czy tak lądujemy na podejściu na Smutną. Niby tylko 38 stopni ale po prostu lodowo. Wejście w rakach będzie spoko ale powrót nie wygląda dobrze. Widok z góry na stronę północną. a na południe... inny świat! Zdecydowanie lepszy śnieg, i... ze 20 skiturowców. To Dolina Żarska. Zjeżdżamy więc na południe. Całkiem przyjemnie, szczególnie na dole. Bardzo przypomina mi to charakterem południową stronę od przełęczy pod Salatynem. Możecie popatrzeć sobie na opcje zjazdowe (które są wszędzie) Teraz powrót, tutaj część ekipy zjeżdża a część wybiera mozolne zejście. Teraz jeszcze refleksja artystyczna. I zbliżenie na żleby Rakonia. Ta góra od strony polskiej jest banalna a tu... I to jest naprawdę dobry moment na powrót bo od południa wchodzi potężny wał chmur. Nie rokuje to zbyt dobrze na jutro, niżej ostatni rzut oka już z bezpiecznej drogi dojazdowej o kwadrans zjazdu od Zverovki. cdn Pozdro Wiesiek
  15. Wujot

    Rowerowe eskapady - relacje

    Gdzie ten kamieniołom? Pozdro Wiesiek
  16. Na stromych trawersach obniża się stopnień na pierwszy. Zresztą inaczej się nie powinno chodzić (więcej mniej stromych zakosów). Co do konstrukcji to dałoby się zrobić blaszkę bardzo blisko krawędzi ale wtedy trzeba byłoby mieć typoszereg co 2 mm (do szerokości). Może to jest droga na przyszłość... Mam jakieś niejasne przekonanie, że coś podobnego już widziałem w jakiś starych, wojskowych nartach (mówię to o pomyśle na stałe harszle) Pozdro Wiesiek
  17. Wujot

    Wypadek na nartach

    Jest uregulowana - z tego co pamiętam 200 m2/narciarz na niebieskich, 300 - czerwonych i 400 czarnych. Tak jest w Polsce ale podejrzewam, że na Słowacji jest identycznie (bo to wzory z Alp). Druga sprawą jest to, że gestor tego ośrodka oprócz znaku może wprowadzić siatkę w poprzek stoku zmuszająca do zwolnienia. To bardzo częste rozwiązanie w Alpach. pozdro Wiesiek
  18. Te dodatkowe "funkcje" to duża zaleta. Tak się zastanawiam jednak nad tym zastępowaniem klasycznych harszli. Mam trochę wątpliwości. Podkreślają podejście w linii spadku stoku a przecież częściej podchodzi się trawersując (i moim zdaniem często nie da się tego uniknąć, choćby z powodu przebiegu szlaków). Wtedy trzymałby tylko jeden bolec a i tego nie byłbym pewien, dalej na twardym stoku podkładka z gwoździami odsuwa fokę w miejscu gdzie najbardziej ona trzyma. Trochę ostrożnie pochodzę do tych recenzji - nie bardzo wiem dlaczego klasyczne harszle miałyby gorzej trzymać w linii spadku. Choć może liczy się suma powierzchni oporu, wtedy kolce dają może troszkę więcej. W tych kolcach też trzeba podnosić wyżej całą nartę... Ciekawe co z zakładaniem w grubych rękawicach, choć zakładanie jest fajne. A i nie sposób nie zauważyć, że można tych gwoździ dać więcej (założyć po dwa paski). Co do zasady to wolę podchodzić dłużej po bardziej płaskiej linii jak stromo w górę. Ale mimo wszystko chętnie bym wypróbował ten wynalazek na stromym bo a nuż jednak dobrze działa. Co do oszczędności na wadze to raczej nie ma, ale na miejscu i poręczności jest duży zysk. No i niezawodność na duży plus. Są też bardziej zaawansowane modele z ukośnymi blaszkami i, uwaga, plastikowe. Cena jest bardzo przyzwoita (jak na nowość i ceny harszli). Razem - to może mieć naprawdę sens. Kamil wypróbuj (do splita ideolo), pożycz kolegom to będziemy wiedzieć czy też kupić! Pozdro Wiesiek
  19. U Arnolda. Koenig serwis. Pozdro Wiesiek
  20. Znalazłem coś takiego (ze stałą foką) https://gearinstitute.com/mtn-approach-system/ W
  21. dokładnie Ale te "nartki" to było coś innego jak te powyżej W
  22. W Ischgl widziałem snowboardzistę podchodzącego na krótkiej, chyba składanej "narcie". Wziąłem w cudzysłów bo to była chyba jakaś samoróbka, nie pomalowana i w kolorze aluminium i prosta (nietaliowana). Wiązanie to był drut z przodu jak w Big footach. W takim sprzęcie foki mogą być naklejone na stałe. Może to być sensowniejsze od splita. A lepsze w podchodzeniu od rakiet. Pozdro Wiesiek
  23. Mariusz nie bardzo wyobrażam sobie wydłużenia aż o tyle. U mnie prawa stopa jest dłuższa o 0,5 cm. Przy odbarczaniu wydłużyliśmy ten but o 3 mm i Arnold nie był skłonny specjalnie walczyć dalej. Jest ciut na styk ale tak zostało. Pamiętaj, że trzeba przecież zachować geometrię pinów. W bucie sportowym taki zabieg to jest prosty bo można frezować skorupę. Ale w skiturowych, szczególnie tych oszczędnych wagowo "mięsa" jest bardzo mało... Ale jaki jest rekord też bym chciał się dowiedzieć! Pozdro Wiesiek
  24. Wujot

    Luźny but

    Miałem podobny problem choć wystąpił gdzieś po trzech latach użytkowania. Zrobiłem wtedy indywidualne wkładki Sidas. Bardzo to pomogło (może nie 100% ale tak 80%). Pozdro Wiesiek
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...