Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

tanova

VIP
  • Liczba zawartości

    2 774
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    131

Zawartość dodana przez tanova

  1. 24.08 (wtorek) – Klausen-Kronplatz (72 km, pod górę) Rano, zanim wyjechaliśmy rowerami, przeszliśmy się spacerkiem pod wodospad Schrambacher Wasserfall w Feldthurns (tak nazywała się wioska, w której spaliśmy). Wodospad jest widoczny z "brennerki" i warto się zatrzymać w miejscowości, np. na nocleg - jeśli jedziecie gdzieś dalej, na południe Włoch. Z autostrady trzeba zjechać wyjazdem Val Gardena i kierować się na Brixen, z szosy SS12 droga jest bezpośrednia. Kilka kilometrów szlakiem nad rzeką i już jesteśmy w mieście biskupim Brixen, o czym świadczą liczne, emanujące przepychem sakralne budowle. Katedra: Akcent brukarski: Charakterystyczna fontanna na rynku: Eisack za Brixen: Po minięciu przedmieść Brixen szlak zaczyna bardziej stromo wspinać się w górę i odchodzi od rzeki, przechodząc z jednej strony autostrady na drugą. W pewnym momencie odbijamy się od zamkniętej kładki (obrywy skalne). Objazd jest źle oznaczony, próbujemy na azymut przedostać się do doliny Pustertal, co nie jest takie proste w plątaninie dróg, autostrady i linii kolejowej. Spektakularnym wysokim wiaduktem nad Eisack wjeżdżamy do miejscowości Aicha. Zdjęć nie robiłam, skupiona na tym, aby nie wpaść pod samochód na ruchliwej szosie SS49. Wreszcie można spokojnie odetchnąć wśród zieleni, z widokiem na dolinę: Ruiny zamku Mühlbacher Klause: Teraz jedziemy wzdłuż rzeki Rienz: Na szlaku rowerowym Pustertal-Radweg co jakiś czas umieszczono tablice z licznikiem rowerzystów. Pokazuje godzinę, datę, liczbę rowerzystów danego dnia i od początku roku. Podjazd - zjazd, podjazd - zjazd. Tak to wygląda. Przejeżdżamy przez gwarny i pełen turystów Bruneck, zastanawiając się, czy zaraz nie złapie nas ulewa. Oryginalna ekspozycja sklepu górskiego A podobno to w języku polskim jest dużo spółgłosek? Jest i akcent wielkopolski (na cześć miasta partnerskiego): Na promenadzie - bach! Kolejny źle oznakowany objazd. Szukamy drogi, pytając napotkanych mieszkańców i rowerzystów. Jak widać sady ustąpiły miejsca polom kukurydzy. Za to mamy widok na Kronplatz: Zbliża się wieczór - czas poszukać noclegu. Odbijamy się od jednego telefonu do drugiego, od jednych drzwi do drugich. Nigdzie nie ma miejsc - podobno w sierpniu to tutaj normalne. W końcu jedna z właścicielek pensjonatu obdzwania po kolei kilka miejscówek i znajduje nam dwójkę i dwie jedynki w hotelu w Rasen. Jedziemy - ale, że trochę nam trudno trafić po ciemku i w deszczu, dzwonię na recepcję potwierdzić przyjazd i uprzedzić, że będziemy ciut później. Właściciel opieprza mnie, dlaczego jeszcze nas nie ma? A potem jest już tylko gorzej ... Gdy docieramy na miejsce, w recepcji zastajemy jakiegoś nienaturalnie pobudzonego chłopaka, który ma trudności w wykonaniu tak prostej czynności, jak zakwaterowanie czwórki gości. W końcu robi to za niego starszy kelner. Po otwarciu mojej "jedynki" kartą okazuje się, że jest ona ... zajęta przez kogoś innego. Wracam na recepcję i spokojnie przedstawiam, jak się sprawy mają - chłopak dostaje histerii, wszyscy biegają, telefonują, starszy kelner wkurzony - jak w jakimś wariatkowie. Okazuje się, że nie ma więcej wolnych pokoi i musimy przespać się z Darkiem w drugiej "jedynce" - wielkości kajuty na statku. Kelner przychodzi na górę i przeprasza moją koleżankę i jej męża w "dwójce" za zaistniałą sytuację. Istny dom dla obłąkanych, ale raczej nie mamy planu B, więc pozostaje nam iść napić się do baru i jakoś przenocować do rana. [cdn.]
  2. 23.08 (poniedziałek) – Goldrain-Klausen (105 km) Sakwy spakowane? No to ruszamy! Zasadniczo koncepcja była taka, żeby objechać dookoła główny masyw Dolomitów dolinami rzek: Adygi, Eisack (Isarco), Rienz, Boite, Piave i Brenty. Wiodą tamtędy szlaki Via Claudia Augusta, Pustertal-Radweg, Dolomiten-Radweg oraz Eisacktal-Radweg. Cała pętla liczyłaby ok. 400 km, przy czym dołożyliśmy odcinek z Vinschgau, wzdłuż górnej Adygi (ok. 70 km). Trasa mniej-więcej opracowana, noclegi ogarniamy na bieżąco - w zależności, dokąd dojedziemy. Odcinek do Bolzano przejechał się sam, bo było z górki, za to ostatnie 30 kilometrów jechaliśmy w górę doliny Eisack (w kierunku Brennera). Pierwsza ciekawa miejscowość to Kastelbell, ze średniowiecznym zamkiem obronnym. Kolarska metaloplastyka w Naturns: Charakterystycznym elementem krajobrazu są duże krucyfiksy w drewnianych kapliczkach o formie deltoidu: Jedziemy nad rzeką ... ... aż do elektrowni wodnej w Töll: Docieramy do punktu widokowego ponad Merano: Tym razem nie zatrzymujemy się dłużej w Merano, bo przed nami jeszcze spory kawałek drogi. Ale przy trasie rowerowej taka ciekawostka : Dość płaski odcinek do Bolzano, wzdłuż linii kolejowej i rzeki. Jedyną atrakcją jest zjawiskowy kontur masywu Rosengarten (?) na horyzoncie. Bardzo fajnym udogodnieniem w lecie są też gęsto rozmieszczone ujęcia wody pitnej - wprost przy ddr-ce lub w miejscowościach. Zimna, krystaliczna woda w upał - bezcenne! W Bolzano zaglądamy na starówkę - do katedry i na Walthersplatz. Stoi tutaj monumentalny pomnik Walthera von der Vogelweide - średniowiecznego minnesängera niemieckiego, najwybitniejszego poety aż do czasów Goethego. Statuę wykonano z białego marmuru w Laas pod koniec XIX w. z inicjatywy niemieckojęzycznej ludności miasta, na fali ruchów narodowościowych. A dlaczego akurat Vogelweide? Otóż jedna z hipotez, dotyczących miejsca urodzenia Walthera, głosi, że przyszedł na świat w pobliskim Lajen, w dolinie Eisack. Katedra: Od Bolzano zmieniamy dolinę - teraz będziemy jechać na północ, wzdłuż Eisack. Niestety za sąsiedztwo - oprócz rzeki i linii kolejowej mamy teraz również autostradę i starą szosę na Brenner. Obydwie głośne i bardzo ruchliwe. Gdzie się dało, to poprowadzono ddr-kę w oddaleniu od dróg samochodowych, ale nie wszędzie było to możliwe, bo wąwóz miejscami jest dosyć wąski. Jeden z kilku tuneli rowerowych na trasie: Eisack: Rzut oka na zegarek, na mapę i decyzja, że nocujemy w okolicach Klausen. W samym miasteczku niestety nic nie znalazłam w naszym budżecie, ale kilka kilometrów dalej, w stronę Brixen były wolne pokoje w sympatycznej agroturystyce, u właścicielki okolicznych jabłkowych sadów. Podwieczorne klimaty w Klausen: I nasze lokum na noc: [cdn.]
  3. @Ziemowit - dzięki!. Pierwsze wrażenie, gdy zjechałam poniżej Mals było - o jeny, jaka ta dolina głęboka i jakie te góry potężne! Kontrast jest naprawdę duży, nawet w porównaniu do innych alpejskich dolin. A gdy pójdzie się szlakiem z którejś z bocznych dolin, to cały świat lodowców i gigantycznych trzytysięczników jest na wyciągnięcie ręki. Robi wrażenie.
  4. Gdy rok temu kończyliśmy wyprawę rowerową doliną Drawy i Gail w Austrii, zaczęliśmy snuć z przyjaciółmi plany, dokąd pojechać następnym razem. A może by pociągnąć w drugą stronę tam, gdzie zaczynaliśmy trasę? Bella Italia? Dolomity? Pomysł rzucony niezobowiązująco w deszczowe popołudnie przy kawie na lienzkiej starówce, skonkretyzował się w tym roku w ostatnim tygodniu sierpnia. Kolejny tydzień natomiast minął na wędrówkach górskich w regionie Vinschgau. Zapraszam na retrospektywną relację z minionych dwóch tygodni. 22.08 (niedziela) – rozruch na lekko w górnym Vinschgau W sobotę wieczorem dojechaliśmy z Darkiem autem do miejscowości Goldrain/Coldrano w Vinschgau (Tyrol Południowy), gdzie spotkaliśmy się z zaprzyjaźnioną parą z Krakowa, z którą od kilku lat spędzamy rowerowy urlop. Właściwą wyprawę planowaliśmy zacząć od poniedziałku – niedziela była więc przewidziana na odpoczynek po podróży, aklimatyzację i spokojny rozjazd, jeszcze bez sakw. Aura kapryśna, prognozy nie najlepsze – od czternastej zapowiadane załamanie pogody i deszcze. Zaplanowaliśmy więc niedługą trasę dookoła jezior Haidersee i Reschensee. W trakcie dojazdu autem przeszła gwałtowna ulewa, a nad przełęczą Reschen dalej kłębiły się ołowiane chmury. Temperatura +14 stopni. Zimno, wiatr - jechać? Jechać! Nasza ekipa: Haidersee: Dolna stacja kolejki Haideralm. Osiem lat temu jeździłam tu na nartach, jeszcze przed połączeniem z sąsiednim ośrodkiem Schöneben w Reschen: Zapora na Reschensee. W przeciwieństwie do ciemnogranatowego jeziora Haideralm, woda ma tutaj intensywnie turkusowy kolor. A oto i wspomniany ośrodek Schöneben: Po drugiej stronie jeziora znane miejsce z zatopioną wieżą kościoła w Graun. Zimą można tutaj dojść pieszo, po zamarzniętej tafli. Teraz usypano mierzeję dookoła. Pogoda wcale nie ma zamiaru się załamać, a nawet jakby się nieco ociepla i przejaśnia. Nie ma więc powodu, aby po zrobieniu ósemki wracać do pensjonatu. Po krótkiej naradzie postanawiamy zjechać kilka km w dół do Mals, na końcową stację linii kolejowej Vinschger Bahn, tam zostawić auta i trasą rowerową Etschradroute (wzdłuż Adygi) zjechać do Goldrain, a wieczorem wrócić pociągiem do Mals po samochody. Jeśli nie macie swoich rowerów, to można wypożyczyć przy stacji kolejowej a zwrócić na dowolnej innej na odcinku między Mals a Meran (ok. 60 km) i wrócić pociągiem. Fajna opcja np. jako urozmaicenie po wiosennych nartach, szczególnie, że z kartą gościa VinschgauCard macie transport publiczny w dolinie za darmo. Mals - przy dworcu. Jeden z budynków w zabytkowym centrum Mals: Adyga jest tutaj niewielkim, rwącym potokiem: W wielu miejscach są tablice informacyjne z przebiegiem trasy. Warto wspomnieć, że Etschradroute jest częścią długodystansowego szlaku Via Claudia Augusta z Würzburga do Wenecji. Pozostałości wojenne? Docieramy do Glurns - maleńkiej, średniowiecznej perełki. To jedno z najmniejszych miast w Alpach, liczące sobie ok. 900 mieszkańców, z zachowaną oryginalną zabudową z XV i XVI w. i miejskimi murami. A że akurat zaczęło kropić, to przysiadamy na capuccino z kawałkiem sernika w jednej z kawiarni. Szlak prowadzi lekko z górki, dość blisko rzeki - w większości wydzielonym asfaltem, czasem są szutrowe odcinki - jak np. pod Prad lub pod Laas. Za Prad jedziemy przez jabłkowe sady. Widok bezkresnych szpalerów jabłoni z dojrzałymi, apetycznymi owocami będzie nam towarzyszył przez najbliższe dni. Jakże pięknie musi tu być również wiosną! Dojeżdżamy do Laas, znanego głównie z kopalni śnieżnobiałego marmuru. Ale nie tylko - wkrótce odbędzie się tu kolejna edycja przyznania prestiżowej literackiej nagrody im. Franza Tumlera dla najlepszego, niemieckojęzycznego debiutu literackiego. Widok na plac przeładunkowy przy linii kolejowej oraz (w tle) na dawną kolejkę szynową na zbocze kamieniołomu: Stąd już niedaleko do Goldrain, do naszego pensjonatu. Pierwsze ponad 60 km pedałowania za nami, a rano wyruszamy na wyrypę z sakwami. [cdn.]
  5. tanova

    MRDP 2021

    @johnny_narciarz - jeszcze raz wielkie gratulacje za ten mega ultramaraton, za hart ducha i ciała. Jesteś przegość . @marionen - będąc w urlopowych rozjazdach regularnie czytałam Twoje wpisy w tym wątku na forum, mając dzięki temu relację na bieżąco z trasy Maćka . Dzięki za kawał dobrej roboty.
  6. tanova

    Góra Kawiarnia

    @marboru - trochę daleko macie do tej kawiarni , ale cóż - dla takiego kolarskiego designu warto się poświęcić.
  7. W dolinie Schnalstal jeszcze zielono, ale na horyzoncie, pod chmurami widać białe jęzory śniegu. Lodowiec rusza 17.09, a zdjęcie jest z wczoraj, pyknięte z przeciwległego grzbietu 😃
  8. Austria wprowadziła od 15 sierpnia przepis, że szczepienie jest ważne tylko do 270 dni po ostatniej dawce. https://www.sozialministerium.at/Informationen-zum-Coronavirus/Coronavirus---Aktuelle-Maßnahmen.html#corona-regelungen-ab-15-august Zatem osoby, które zaszczepiły się wiosną tego roku, będą musiały zapewne przyjąć kolejną dawkę, jeśli planują poszusować w następnym sezonie w austriackich ośrodkach.
  9. No popatrz Pan - lotnisko, centrum, a Szlak Ogórka bokiem poprowadzili! 😁😁😁
  10. tanova

    Rowerowe eskapady - relacje

    W miniony weekend jeździłam po Spreewaldzie - w niemieckiej części Dolnych Łużyc. Bardzo ładny, turystyczny Szlak Ogórka (Gurkenradweg). Sam szlak ma 260 km długości, mnie wyszło ponad 300, bo trochę dołożyliśmy. Zapraszam na relację na blogu:
  11. Niedziela. Trzecia i ostatnia część Szlaku Ogórka w brandenburskim Spreewaldzie to 80-kilometrowa pętla północna z Lubolz koło Lübben, którą pokonaliśmy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Podjechaliśmy rano autami z rowerami na bagażnikach, bo wyruszaliśmy z miejsca oddalonego o blisko 40 kilometrów od naszego noclegu, a potem mieliśmy też trochę bliżej do Szczecina. To był zdecydowanie najbardziej spokojny fragment Gurkenradweg - próżno tutaj szukać autokarów wycieczkowych i gwarnych miejscowości turystycznych. Zamiast tego jest kilka jezior, będących siedliskiem wszelakiego ptactwa, liczne odnogi Szprewy i Dahme, lasy, łąki oraz kameralne miejscowości z agroturystykami. Szlak wiedzie głównie asfaltowymi, bocznymi drogami, jest trochę dróg dla rowerów, sporo szutru i krótkie odcinki z płyt betonowych, bruku oraz gruntowe. Zapora i śluza na Szprewie w Petkamsberg: Zaraz za nią jedzie się wzdłuż jezior, które powstały jako rozlewiska Szprewy. Pocztówkowe Schlepzig ze starym młynem oraz uroczymi kafejkami nad kanałem - o tej porze ruch na wodzie i w kawiarenkach jest jeszcze niewielki. Kolejne jezioro - Neuendorfer See - nad którym jest spory kemping, ale i kilka dzikich zejść nad wodę. Szlak biegnie blisko linii brzegowej. Kolejny foto-stop na zaporze w miejscu, gdzie Szprewa łączy się z kanałem Dahme-Umflutkanal. Kanał zbudowano w 1904 roku, aby odprowadzić nadmiar wód ze Szprewy do jej dopływu - Dahme. Miało to uchronić dolny Spreewald od powodzi, a zarazem poprawić warunki żeglugi na Dahme. Dalej jedziemy do miejscowości Köthen, gdzie zaglądamy nad kolejne jezioro, z nawet ciepłą wodą. Zastanawiamy się nad kąpielą, ale jednak zwycięża opcja pysznej kawy z jabłecznikiem i lodami w pobliskiej kawiarence. I słusznie, bo jak się wkrótce okazało - przyda się nam trochę wzmocnienia przed ostatnim, wymagającym fragmentem trasy. Za Köthen szlak skręca w las, wiodąc najpierw trawersem zbocza wzdłuż łańcuszka trzech malowniczych jezior: Droga najpierw łagodnie pnie się lekko w górę, ale z czasem robi się bardziej stromo, a ubity, leśny dukt ustępuje miejsca luźnym kamykom. Przez jeden z nich Darek łapie kapcia. Ostatnie 20 km to trochę ścieżka zdrowia. W przeciwieństwie do pozostałej - płaskiej - części Szlaku Ogórka, pod Krausnick jest spore wzniesienie (143 m npm.) z dłuższym, szutrowym podjazdem o nachyleniu do 8%. Trzeba pokonać przewyższenie ok. 100 metrów. - ale strach się rozpędzić z góry, bo droga kręta, a nawierzchnia usypuje się. Następnie kawałek piachu, w którym trochę ugrzęzłam, a na koniec asfaltowa DDR-ka przez las, wzdłuż zwykłej, gruntowej drogi, ale zmuszająca do jazdy slalomem między poprzecznymi barierkami co sto-dwieście metrów. Po co wytyczać DDR-kę na takim zadupiu, zamiast poprawić istniejącą drogę i po co stawiać te głupie metalowe barierki, gdy nie ma tam praktycznie żadnego ruchu - nie wiem. I tak dojeżdżamy do Lubolz: Około 17-tej kończymy, by jeszcze przed dwudziestą zameldować się w domu. Tak blisko, a jednak inaczej i bardzo fajne tereny na rower, a pewnie też i na kajak. Pozdrawiam.
  12. Drugi dzień w Spreewaldzie i najdłuższa pętla - a w zasadzie ósemka - na trasie Vetschau - Lübben - Golßen - Straupitz - Vetschau. Ponad 136 km. Pogoda wciąż wymarzona - lato w pełni, więc zaraz po śniadaniu ruszamy w trasę – tym razem w kierunku zachodnim. Na początku malownicze stawy w Stradow: Pierwsze trzydzieści kilometrów przez serce rezerwatu jedziemy w tempie emeryckim – co chwila zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcie, bo krajobrazy są idylliczne. Nasza czwórka przy młynie Radduscher Buschmühle: Poranek na jednej ze stanic wodnych i szprewaldzkie landszafty: Z Leipe do Lübbenau wiedzie chyba najbardziej spektakularny odcinek szlaku. Rowerzystów i pieszych jest tutaj jak na promenadzie, wciąż trzeba kogoś wymijać. Samo Lübbenau jest dość komercyjnym miejscem – na przystani naganiacze, na nabrzeżu stragany z lokalnymi specjałami z ogórka, mnóstwo restauracyjek, autokary wycieczkowe i tłumek turystów. Za Lübbenau tereny leśne ustępują miejsca łąkom – jest niemniej malowniczo, a już mniej tłoczno. Zielono-niebieski labirynt. Dojeżdżamy do Lübben, w którym „przewiązuje się” nasza ósemka. Darek kontroluje mapę i nawigację. Stwierdza, że powinniśmy przyśpieszyć, jeśli chcemy zrealizować zakładaną trasę. Mniej postojów, mniej zdjęć – jakby przeczuwał, że następne 30 kilometrów faktycznie nie będzie ciekawe. Monotonne, płaskie ścierniska, farmy wiatraków, nijakie wioski cuchnące gnojówką i kiszonką, a do tego centralnie pod mocny wiatr . Największą atrakcją okazał się przejazd nad autostradą A13 z widokiem na Tropical Islands. Pod samym Golßen trochę lepiej – wjechaliśmy w las, a po drodze, w Rietzneuendorf nawet trafił się ładny folwark. Ratusz i uliczka w Golßen: Tutaj zawracamy, więc mamy z wiatrem, a tereny robią się nieco ciekawsze. Przejeżdżamy przez prawdziwe, szprewaldzkie plantacje ogórka. Właśnie kończą się zbiory – po polu jeździ kilka traktorów z wielkimi skrzydłami. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zauważamy, że na tych skrzydłach leżą na brzuchu ludzie, którzy ręcznie zbierają ogórki, transportowane następnie taśmociągiem na przyczepkę. Ponownie przejeżdżamy przez Lübben, kierując się teraz na północną odnogę szlaku. Tereny rolnicze znów ustępują miejsca łąkom i kanałom, ale nie ma tutaj komercji i turystów. O proszę - coś dla @marboru - jest tutaj nawet Radom , niestety tak trochę jakby na uboczu ... Słońce powoli chyli się ku zachodowi, jest klimat. Ostatnia godzina na lampkach, przy zapadającym zmierzchu. [cdn.]
  13. Niestety nie - tylko siedziba firmy jest w Polsce, a ciuchy szyte są na Dalekim Wschodzie i kontenerami przywożone do PL. Nie chcielibyście wiedzieć, w jakim stanie przychodzą po długiej podróży statkiem - podobnie jak większość odzieży innych marek. U nas są prane bardzo agresywną chemią w dużej pralni chemicznej, metkowane i pakowane.
  14. ... i jest z grubej rury, tylko, że innej . Wow - fantastyczna wyprawa, fantastyczne widoki i fantastyczne zdjęcia. A skoro zostajecie dwa tygodnie, to i Triglava obskoczycie. Mieliście wcześniej jakiś trening wspinaczkowy w uprzężach, czy poszliście tak "na żywioł"? Sprzęt macie swój, czy wypożyczacie?
  15. Spreewald leży w Brandenburgii, bliziutko przy autostradzie z Berlina do Drezna – zaledwie dwie i pół godziny drogi od Szczecina i półtorej godziny od Zielonej Góry. Warto spędzić tam weekend lub nawet więcej czasu. Dlaczego? Niesamowite krajobrazy licznych odnóg i kanałów Szprewy tworzą istny labirynt wśród lasów i łąk. Oprócz gęstej sieci kanałów i szlaków wodnych, po których pływać można kajakiem albo płaskodenną łodzią, znaleźć można w tej zielonej krainie setki kilometrów pięknych tras rowerowych, w tym Szlak Ogórka (Gurkenradweg) - pętlę o długości 260 km po najciekawszych miejscach rezerwatu biosfery w Spreewaldzie i jego okolic. Pętla ma układ gwiaździsty, więc można ją przejechać w dwóch, trzech, a nawet czterech etapach, startując np. z miasteczek Burg (Bórkowy), Lübben (Lubin) czy pobliskich miejscowości. A że jesteśmy na forum narciarskim, to nadmienię jeszcze przy okazji, że niedaleko stąd jest do hali Snowtropolis (chyba najmniejszej w Niemczech), niestety na nartach będzie można pojeździć dopiero od października. Do Vetschau, gdzie mieliśmy zarezerwowane dwa noclegi na agroturystyce, dotarliśmy w piątek około 10-tej rano. We czwórkę - ja z Darkiem i sąsiadka Monika ze swoją drugą połówką. Ściągamy rowery z bagażników, szybkie ogarnięcie sakw, prowiantu itp. i ruszamy w kierunku wschodnim, pętlą do Cottbus. Pogoda dopisuje - jest piękny, słoneczny i ciepły dzień. Najpierw jeszcze wizyta w informacji turystycznej w Vetschau, gdzie zaopatrujemy się w poglądową mapkę i robimy fotkę przed pałacem miejskim. „Ogórek, ogórek – zielony ma garniturek, i czapkę i sandały, zielony jest cały” – pamiętacie tę piosenkę? Pyszne szprewaldzkie ogórki to wizytówka regionu, więc wszystko jest tutaj ogórkowe – można się napić ogórkowego radlera (taki sobie), zagryzając ogórkami w occie z różnymi przyprawami (dobre), nic więc dziwnego, że i szlak rowerowy jest ogórkowy. Przez najbliższe trzy dni będziemy podążać za takimi tablicami z piktogramem wesołego zielonego ogórka, pędzącego na rowerze . Spreewald – jak cała niemiecka część Łużyc - jest regionem dwujęzycznym, zamieszkałym przez etniczną mniejszość słowiańską Serbołużyczan. Świadczą o tym dwujęzyczne nazwy ulic i miejscowości, ale również oznakowanie dróg rowerowych jest zarówno w języku niemieckim jak i dolnołużyckim. Już po kilku minutach zaczynają się typowe szprewaldzkie krajobrazy – kanały, stare młyny, mostki, śluzy i kajakarze. Inaczej niż na szlakach rzecznych można tutaj pływać trasami okrężnymi, wracając do punktu startu, bo nurt jest bardzo spokojny. Nie ma też przeszkód w korycie, więc oprócz typowych kajaków, są też dmuchane, rozmaite kanu i łódki wiosłowe w różnych wariantach. Dojeżdżamy do ładnego miasteczka Burg – tu mieści się również przystań, gdzie można skorzystać z przejażdżki tradycyjną łodzią z flisakiem. Co jest na stolikach? Oczywiście browarek i ... słoik ogórków! Im bliżej Cottbus/Chociebuża, tym krajobraz staje się bardziej podmiejski, a zielono-niebieską dżunglę zastępują smętne, enerdowskie blokowiska. Również i tutaj tablice są dwujęzyczne. Mam w swojej biblioteczce przewodnik po Niemczech, wydany w 1991 roku, tuż po zjednoczeniu. Oto co można wyczytać w nim o Cottbus: „Opuszczone kamienice, zabite deskami fronty i osiedla mieszkalne z wielkiej płyty, pokryte węglowym pyłem tworzą wizerunek miasta. Tylko secesyjny gmach Teatru Miejskiego przypomina o lepszych czasach”. Aktualnie kopalnia węgla brunatnego jest w fazie wygaszania, a jej rozległe tereny podlegają rekultywacji i stopniowej zamianie na jeziora. Samo miasto natomiast wydaje się, że zyskało nowe życie – w centrum turystów przyciąga ładna starówka, odnowione budynki, a na obrzeżach zielone tereny, w tym Park Branitz z pałacem (w remoncie) i oryginalną piramidą na jeziorze, w której spoczywają doczesne szczątki księcia Pücklera – tego od Parku Mużakowskiego. Na rynku w Cottbus: Elektrownia wodna na Szprewie: Park i pałac Branitz: Szlak prowadzi dalej w kierunku Peitz, przez tereny zalewowe dawnej kopalni – dzisiaj ostoję ptactwa. I tylko wielkie kominy elektrowni Jänschwalde przypominają o niedawnej, przemysłowej historii tego miejsca. Droga powrotna do Vetschau wiedzie malowniczo koroną wału na Szprewie i jej odnogach. Miejscami nurt Szprewy tworzy bystrza, a miejscami napędza stare młyny, czy płynie spokojnymi kanałami. W jednym z nich pod wieczór obserwujemy beztrosko baraszkującą rodzinę piżmaków. Na kwaterę docieramy, gdy zaczyna już zapadać zmierzch. Za nami długi dzień i blisko 100 km jazdy, więc trzeba się wyspać. [cdn.]
  16. Przepiękna fotorelacja - chcemy więcej! Gratuluję udanego debiutu na alpejskich przełęczach - jest to wyzwanie, nie ma co, ale jak widać godziny szlifowania mazowieckich szos jednak zaprocentowały sportową formą. Rok temu widzieliśmy Alpy Julijskie od drugiej strony. Arnoldstein - też Wam znany - w zasadzie nawet niedaleko. I niektóre krajobrazy też trochę podobne do Karyntii. Życzę dużo słońca i pięknych dalszych wypraw! Pozdrawiam
  17. tanova

    Hintertux - latem

    Rok temu miałam pomysł na majówkę w Vinschgau - zakończenie sezonu narciarskiego w Sulden/Schnalstal i pośmiganie rowerem w dolinie Adygi. Siodełko było ok, tylko ten covid ... @marionen piękna sprawa z tym wyjazdem na Hintertuxa. Dzięki za relację 👌. Pozdrawiam serdecznie
  18. Być może będę tego lata przejazdem w Cortinie d'Ampezzo. Przejazdem, ale nie samochodem. Chciałabym dotrzeć w okolice 5 Torri - podpowiedzcie, z której przełęczy ładniejszy szlak - z Passo Giau, czy z Passo Falzarego (od dolnej stacji kolejki)? I czy w lecie w miarę często jeżdżą autobusy z Cortiny, bo nie znalazłam w necie aktualnego rozkładu. Może ktoś korzystał z transportu publicznego?
  19. tanova

    Rowerowe eskapady - relacje

    Petarda - podziwiam, zazdroszczę i z niecierpliwością czekam na cd. PS. Czy to nie przypadkiem na Mont Ventoux wjeżdżał Jean Reno z wnukiem w filmie "Lato w Prowansji"?
  20. Fajnie mieć tak blisko, że można co tydzień autobusem. No właśnie - niektóre Wasze tatrzańskie szlaki też przewędrowaliśmy! Ale nie wszystkie - trzeba będzie wrócić. A tak, tak - też poddaliśmy się temu zabobonowi - przy czym nie na Ślęży, a w samej Sobótce, u jej stóp.
  21. tanova

    Kajaki

    @MWłodek - a zdjęcia jakieś masz?
  22. Fantastycznie, zjawiskowo - no i brawo za dystans trzydniowy 👏. Trzy dni wykorzystane na maxa. Ale co do jagniąt to bym ... polemizowała . Chyba ktoś był bar... ekhm... nieuważny na biologii .
  23. „Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako, że odprawiano na niej przeklęte, pogańskie obrzędy” – pisał o Ślęży po łacinie niemiecki kronikarz Thietmar z Merseburga na początku XI wieku. Mijałam ją dziesiątki razy, majaczącą jako ciemny zarys na horyzoncie, jadąc autostradą A4 w kierunku na Wrocław. Czasem warto jednak zwolnić, zboczyć z autostrady i spotkać się z tym niezwykłym miejscem. Dlaczego niezwykłym? Z kilku powodów. Jadąc w stronę Sobótki przemierzamy płaską jak stół dolnośląską dolinę. Wszędzie pola, zboża, miasteczka i wioski i nagle – taki masyw, nie wiadomo skąd. Błąd systemu – stwierdziła moja córka, stojąc na szczycie i spoglądając dookoła. Irytacja niemieckiego biskupa nie była bezzasadna – od starożytności Ślęża była miejscem kultu solarnego, o czym świadczą zachowane kamienne kręgi na niej i na pobliskiej Wieżycy. Może nie tak spektakularne jak w Stonehenge, ale jednak są. Do dziś uznawana jest za jedno z potężniejszych miejsc energetycznych w Polsce, zaraz po Wzgórzu Wawelskim, choć jej moc zakłóca ponoć ogromny maszt przekaźnikowy na szczycie. Stojący nieopodal schroniska i kościoła. Tak, oczywiście – duchowni chrystianizujący pogańskie plemiona często budowali świątynie na miejscu dawnych obrządków. Tak też uczyniono na Ślęży i jeszcze poprowadzono tędy szlak Jakubowy. Archeologowie wykopali tutaj również kilka kamiennych posągów – między innymi niedźwiadka, będącego niejako maskotką Ślęży. Początkowo datowano znaleziska na czasy starożytne i kulturę łużycką, ale jednak nowsze badania wskazują na wczesnośredniowieczne pochodzenie tych rzeźb. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – z przełęczy Tąpadła (to najkrótsza droga) oraz z Sobótki (nieco dłuższe podejście). Są też szlaki okrężne, archeologiczne i boczne – do dalszych wiosek, więc różnych wariantów na wycieczkę jest sporo. My wybraliśmy wejście żółtym szlakiem z Sobótki przez Wieżycę, a zejście niebieskim do zamku w Górce i powrót do Sobótki nieoznakowaną ścieżką przez las. Pomimo pogodnej i dość ciepłej niedzieli wędrowców na szlaku nie było zbyt wielu, na niebieskim spotkaliśmy może z pięć osób, za to na kopule – kupa luda. Widok na Sobótkę z żółtego szlaku: Nie uszliśmy za daleko, a tu już pierwsza pokusa - pomimo dość wczesnej pory skusiliśmy się na szklaneczkę bursztynowego, z lokalnego browaru. Krasnoludki dobrze się postarały. Podejście pod Wieżycę trochę nas zaskoczyło - kawałek stromej i bardzo kamienistej ścieżki, za to na szczycie - nagroda. Ponad stuletnia wieża Bismarcka i piękne z niej widoki. Gdzieś w oddali, na horyzoncie majaczą Góry Wałbrzyskie (chyba): Idziemy dalej przez liściasty las, zastanawiając się, co widziały te majestatyczne głazy. Przy szlaku wyeksponowano dwie kamienne rzeźby - postać z rybą oraz niedźwiadka (drugi podobny jest na szczycie Ślęży): Na szlaku: I na polanie, na szczycie - 718 m npm.: Proszę Państwa, oto miś: Taras widokowy na kościele jest płatny, kawałek dalej jest bezpłatna wieża. Idziemy! Schodzimy niebieskim szlakiem wśród skał i lasu. Stromą i krętą ścieżką. Przy schodzeniu niestety jakoś głupio się potknęłam o kamień i wyłożyłam. Promieniujący ból w nadgarstku, ale mogę ruszać ręką. Nie przechodzi, trzymam w górę - źle, w dół - jeszcze gorzej, w końcu zrobiłam sobie temblak i było lepiej. Godzinę pobolało, potem jakoś zaczęło przechodzić. Skończyło się tylko na sporym krwiaku, uff. Jednak dobra ta energia Ślęży. Dochodzimy do zamku w Górce. Zamek jest w remoncie, daleko mu do wymuskanego Książa ale ma klimacik: Siedzi ofiara losu ... Wycieczka na pół dnia, nieco ponad 16 km, w sam raz, żeby zdążyć jeszcze późniejszym popołudniem na rodzinne spotkanie. Pozdrawiam.
  24. Lepiej kup jej sprzęt narciarski albo fajną odzież i zabierz zimą na narty, choćby i do Bułgarii 🤔
  25. tanova

    Zamek Książ

    Czytając w czerwcu wpis @marboru, pomyślałam sobie - taki spektakularny zamek, a jeszcze mnie tam nie było? Minęły trzy tygodnie i nadarzyła się sposobność - przy okazji wyjazdu do Wrocławia. Autor bloga bardzo skrupulatnie opisał historię i udokumentował fotograficznie zakamarki Książa, więc pozwolę sobie tylko na parę uzupełniających impresji. Trafiliśmy akurat na międzynarodowy konkurs tradycyjnego powożenia, więc na podjeździe kolejno prezentowały się bardzo eleganckie bryczki i powozy - a szykowna damska publiczność niewiele ustępowała tej z wyścigów w Ascot: oszałamiające kapelusze, długie suknie i niebotyczne szpilki. Tutaj prezentuje się duet krakowski: I kolejne powozy, czekające na swój występ: Zamek pieczołowicie odrestaurowano, niestety z oryginalnego wystroju zostało niewiele, bo hitlerowcy - planujący przerobić pałac na siedzibę Führera - nie patyczkowali się i dość brutalnie potraktowali zabytkowe wnętrza. A za czasów administracji czerwonoarmistów i PRL-u było jeszcze gorzej. Wiele pomieszczeń ma więc wygląd z epoki, ale nie oryginalny. Sala myśliwska: Okna i balkony w sali Maksymiliana - najbardziej okazałej w zamku. Tej samej, w której uwagę @marboru przykuły cycate sfinksy Sporą część pomieszczeń zajmuje ciekawa wystawa fotograficzna. Pasją kucharza księżnej Daisy była bowiem fotografia i uwiecznił w bardzo udany sposób wiele scen z życia mieszkańców zamku - dwu- i czteronożnych. Między innymi udomowionego białego wilka księżnej. Jeszcze raz piękne ogrody: Wsporniki balkonu z motywami zwierzęcymi na fasadzie: i tanova w hortensjach w wałbrzyskiej palmiarni Hochbergów: Wkrótce postaram się wrzucić - już chyba na własnym blogu - relację z drugiej części dolnośląskiego weekendu. Pozdrawiam
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...