Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 10.08.2021 w Odpowiedzi
-
Dzień 3 i 4 Poranek w pensjonacie mało pokrzepiający, deszcz pada raz mocniej raz słabiej, prognozy również nie są dobre, zwłaszcza na niedzielę. Decydujemy się skrócić trasę na Słowacji, jeszcze dziś dojechać do samochodu i przemieścić się gdzieś gdzie pogoda będzie znacznie łaskawsza - wybór pada na jezioro Rożnowskie. Około 10:00 przestaje padać, zbieramy się w trymiga i przez Orawski Podzamok zmierzamy do granicy. Jeszcze małe zakupy, bo w Dolnym Kubinie jakoś nie było po drodze i jedziemy na pierwszy i ostatni w sumie tego dnia podjazd na Przysłop. Podjazd ma około 5km długości z czego są tylko dwa momenty po kilkaset metrów każdy z nachyleniami powyżej 10%. Po podjeździe odpoczywamy chwilkę w pobliskim barze. Zjazd do Hrustina Ruch na drodze duży, na szczęście tylko osobówki W Lokcy skręcamy na Zakamene. Spodziewałem się zmniejszenia ruchu, a tu dupa. Ruch większy niż na krajówce Droga już przeschła więc chwila przerwy na mały serwis - smarowanie łańcucha Po skręceniu w Zakamene w stronę granicy SK-PL ruch ustaje. Podjazd na granicę trudno nazwać podjazdem ot chopka jakich wiele w tych regionach. Za to zjazd do Rajczy to czysta przyjemność, szeroki, równy i na pierwszych 900 metrach bardzo konkretnie nachylony:-) Tam ustanawiam mój mały rekord prędkości ponad 77km/h. Szybko docieramy do samochodu i po pakowaniu się jedziemy nad jezioro Rożnowskie, gdzie udało zaklepać domek na jedną noc. Po drodze w okolicach Jabłonki mamy przepiękny widok na Tatry. I już na miejscu, kwaterka dość ciasna, ale to tylko na jedną noc więc nie marudzimy za bardzo. Podsumowanie 3 dnia Trasę na ostatni dzień ustala Sylwek, w planie objechanie jeziora i pokonanie około 70 km i 1100 m w pionie. Początkowo jedziemy na zaporę w Rożnowie. Miejsce całkiem ładne z plażą, rowerkami, kajakami no i woda wygląda na całkiem czystą. Z zapory jedziemy w kierunku Nowego Sącza Docieramy na podjazd w Wilkonoszach, który nie sprawia nam problemu. W trakcie trasy cały czas otrzymujemy alerty RCB o zbliżającej się burzy. Na szczycie sprawdzamy prognozy i wyglądają bardzo słabo - zbliża się potężna burza od słowackiej strony. Decydujemy się na odwrót tą samą trasą, czego niestety będziemy żałowali, bo burza rozdzieliła się na dwie mniejsze i obydwie ledwo liznęły ten region. Po dotarciu do samochodu podjeżdżamy jeszcze pod zaporę i z Marcinem pływamy jeszcze chwile w jeziorze. I to już koniec, pokonane ponad 300 km i ponad 5,5 tys. m w pionie. Pewien niedosyt zostawiły dwa ostatnie dni. Podsumowanie 4 dnia9 punktów
-
Dzień 2 Poranek w Oscadnicy, widok z kwaterki o wdzięcznej nazwie "Chata u Draba"🙂 Rankiem lecimy na pusto do spożywczaka po śniadanko. Po śniadanku ruszamy na trasę, fart taki, że przebiega ona praktycznie obok serwisu rowerowego NIKA Sport gdzie bez problemu wymieniają Sylwkowi szprychę za 10 ojro - cena całkiem przyzwoita za około 1h roboty. Robota chyba była dobrej jakości, bo już żadna nie strzeliła, a trasa tego dnia była mocno wyboista. Po serwisie znowu na trasie, jedziemy malowniczą ścieżką najpierw wzdłuż Kysucy, a później Bystricy. Łącznie ponad 20km. Chwila odpoczynku przy boisku przed objazdem zalewu na Bystrzycy. Od tamy rozpoczynamy objazd jeziora. Początkowo widoki bardzo ładne i droga asfaltowa...no powiedzmy w kawałkach Później już tylko szutr, a miejscami sporo luźnych kamieni, zwłaszcza na tych bardziej stromych odcinkach. Do końca objazdu już zostało niewiele - całość ma około 25km. Końcówka objazdu to niestety mocny zjazd po bardzo luźnych kamieniach. Na dole czekamy na Marcina, ale się nie pojawia. Okazało się, że złapał gumę, jedziemy z Sylwkiem na pizzę i tam na niego czekamy. W pizzerii nie tylko pizzą człowiek żyje;-) Tego dnia czekają nas jeszcze trzy podjazdy, pierwszy na przełęcz Demanova/Beskyd, drugi to bezimienna przełęcz pomiędzy Oravską Leśną, a Zazrivą i trzeci pomiędzy Zazrivą, a Istebne. Pierwszy ma długość niewiele ponad 5 km i 3 ścianki, gdzie na środkowej nachylenia dochodzą do 12-16%, na pozostałych są to około 10-12%. W czasie podjazdu łapie mnie mocny ból brzucha i muszę skorzystać z WC na świeżym powietrzu. Na przełęczy czeka na mnie Marcin odpoczywając w cieniu, przy okazji podziwiamy dodatkową atrakcję czyli stację i pociąg Orawskiej Kolei Leśnej. Po odpoczynku szybko zjeżdżamy do Orawskiej Leśnej. W mieście kupujemy wodę i lecimy na kolejny podjazd. I już po podjeździe, nie był zbyt wymagający, na 6km tylko ostatni kilometr to nachylenia w okolicach 7-10%. Zjazd do Zazrivy jest boski, całkiem szeroka droga, zero ruchu i równy asfalt. Poniższe zdjęcie pokazuje moment gdzie wytyczona trasa miała niby skręcać w prawo. Problem w tym, że w prawo był tylko szlak pieszy, zupełnie nienadający się na rower. Jedyna słuszna decyzja to kontynuacja zjazdu asfaltem. Z Zazrivy kieruję się na ostatni już tego dnia podjazd, czyli przebicie się do Dolnego Kubina. Zaraz za wioską kończy się asfalt. Dzwoni do mnie Sylwek, że za jakieś 3km jest mocny odcinek, który nie dość że bardzo mocno nachylony to zniszczony przez zrywkę. Generalnie trzeba robić wypych. Szybki telefon do Marcina, który jedzie za mną i on decyduje się jechać asfaltem przez Parnice, ja jadę za Sylwkiem, co by było ubezpieczenie w razie jakiegoś defektu. Pierwsze kilometry są całkiem spoko, rzecz jasna tam, gdzie spore nachylenie to i sporo luźnych kamieni, ale ogólnie jedzie się całkiem nieźle, a widoki przepiękne. W końcu trafiam na część trasy gdzie faktycznie trzeba zrobić wypych - nachylenie grubo ponad 20%, droga zrywkowa, generalnie nie do jazdy. Później jest kawałek powiedzmy płaskiego, ale bardzo zniszczony przez leśne maszyny i prędkość nie przekracza 5-8km/h. Początek zjazdu też praktycznie sprowadzam rower. Dopiero po kilkuset metrach próbuję powoli zjeżdżać. Ten trudny zjazd kończy się przy potoku Istebnianka, gdzie zaczyna się asfalt. Potok ten jest naturalną granicą parku narodowego Mała Fatra. W końcu docieram do Istebne i DK70 gdzie na krzyżówce czeka już na mnie Marcin. Sylwek tymczasem dociera do pensjonatu i ogarnia pokoje. Podsumowanie drugiego dnia.5 punktów
-
Poniżej fotorelacja z 4 dniówki rowerowej z pogranicza Polski, Czech i Słowacji Dzień 0 i 1 Zanim ruszymy trzeba spakować to co na kanapie do dwóch sakw. Ta podłużna w ramę kupiona tuż przed i to strzał w 10kę. Odciążyła podsiodłówkę, dodatkowo wrzucałem tam rzeczy które mogą byc potrzebne w ciągu dnia typu zestaw naprawczy, kurteczkę, powerbank, maseczka, kasa, batoniki itp. Jako ewentualne dodatkowe miejsce wiozłem 10litrowy plecaczek, który po spakowaniu ma wielkość paczki papierosów (przyczepiony do podsiodłówki) Dzień 0 to popołudniowy dojazd do Sól-Kiczory, gdzie nocujemy i zostawiamy samochód na 3 doby (jak się potem okazało to na dwie). Rowery spakowane, bidony napełnione, werwa jest, można ruszać. Pierwsze kilometry nie dają czasu na rozgrzewkę, po niespełna 2 km skręcamy w prawo na bezimienną przełęcz. Podjazd ma około 2km i nie przekracza 10% nachylenia. Okazało się, że to dopiero rozgrzewka, bo po skręcie w lewo na kolejnym kilometrze nachylenie nie spada poniżej 10%, a w jednym miejscu jest i 19%. Oj bolało, bolało Pozytyw taki, że bardzo szybko zdobywamy wysokość i tym samym widoki Po przecięciu trasy S1 podjeżdżamy pod "Koczy zamek". Ten podjazd to fraszka. Na górze chwilę odpoczywamy na fotki. Tu chłopaki przegapili zjazd, zamiast jechać drogą po lewej stronie, pojechali prosto i trafili na drogę po prawej. Szybko się zorientowali i wrócili na dobry szlak. Z "Koczego Zamku" świetnymi bocznymi asfaltami lecimy na granicę PL-CZ Kolejna świetna droga już w CZ, praktycznie wyłączona z ruchu samochodowego pomiędzy Piskiem, a Hrcavą. Kolejna przerwa, tym razem wymuszona zrywką drzew, czekamy spokojnie kilka minut i za chwilę operator pozwala nam przejść obok maszyny. Po kilku km docieramy do schroniska pod szczytem Studenicny. A to już wiadukt na autostradzie D3. Jedziemy ostro w dół, by za chwile ostrym podjazdem dojechać na trójstyk granic PL-SK-CZ. Na razie to drugi na którym jestem, zostało jeszcze 4 🙂 Z trójstyku jedziemy do Jaworzynki mając nadzieję na ostatni obiad po polskiej stronie. Zapytana przygodnie pani wskazuje, że w Łąckach jest knajpa "Na groniu", ale na pytanie czy będzie można tam coś zjeść odpowiada dwuznacznie. Po dojechaniu pani wskazuje na dwa dania: rosół i schabowy z ziemniakami i smażona kapustką. Skromny wybór dań okazuje się z tego powodu, iż normalnie piwiarnia nie serwuje, ale dzisiaj jest stypa i zawsze trochę więcej zrobią. Po jedzeniu jedziemy "Zbójnicka ścieżką trzech harnasi" Jest też króciutki wypych, dosłownie może 15-20 metrów. Ale za chwilę jedziemy dalej mimo iż droga całkiem nieźle nachylona. W tych okolicach przecinamy ponownie trasę S1 i kierujemy się na przedostatni podjazd tego dnia na Mały Rachowiec. Podjazd ma niespełna 3km długości. Na pierwszym kilometrze nachylenie praktycznie nie przekracza 10% (jest tylko jedna krótka ścianka 15%), Natomiast kolejny kilometr to juz konkretna rzeźnia, nachylenie nie spada poniżej 10%, często ma 12-13%, maksymalnie było 20-21%. Ostatnie kilkaset metrów to już teren bardziej płaski (5-7%) z jedną 15% ścianką. Krzesło i stok narciarski na małym Rachowcu. Tu warto wspomnieć o najlżejszych przełożeniach jakimi dysponujemy. Marcin ma najtwardsze: 34-30, ja 34-34, a Sylwek najlżejsze 30-36. Zjeżdżamy z Sylwkiem około 100-200 metrów na dół i zatrzymujemy się na całkiem widokowym punkcie. Po kilku minutach dzwonimy do Marcina, dlaczego go nie ma. Okazało się, że spadł mu łańcuch klinując się między ramę, a korbę. Wyszarpanie tego sprawia sporo problemów, ale w końcu udaje się i lecimy w dół. Na ostatnim podjeździe na granicę PL-SK. W Oscadnicy zanim dojechaliśmy na kwaterę widzimy otwarty sklep rowerowy. Zatrzymujemy się, aby zapytać czy da radę wymienić szprychę, która na jakimś podjeździe strzeliła Sylwkowi. Okazało się, że pan takich serwisów nie robi, ale podaje nam namiary na serwis w miejscowości obok NIKA SPORT, do którego podjedziemy następnego dnia. I podsumowanie pierwszego dnia5 punktów
-
Manhattan najlepiej wygląda z Brooklynu albo z New Jersey - w myśl tej zasady nie idzie sie podziwiać Babiej z Babiej tylko na ten przykład z Mosornego, Pilska czy innej Śmietanowej - z Jałowca natomiast przeważnie fajnie widać Pilsko i okoliczne góry choć w sobotę nie było jakoś specjalnie "widowiskowo". Jałowiec (1111m) Pilsko w oddali. Oczywiście nie ma miejsca w Beskidach bez jakiejś kapliczki - ta na Jałowcu jest obwieszona wotami przez co wygląda wyjątkowo. Nie zabrakło wrażeń z Olimpiady, oglądaliśmy wszystkie biegi - mamy SREBRO w sztafecie..! Na koniec jeszcze odwiedzamy jak zawsze wieloryba i do domu....4 punkty
-
Powracając do tematu reklamacji opon,producent uznał wadę opon jednak w 54% z uwagi na zużyty bieżnik (zastanawiająca argumentacja,wada opon=szybko zużyty bieżnik,tak na zdrowy rozsądek ) Bardziej śmieszne stwierdzenie przedstawiciela firmy kiedy pojawił się u mnie, uznał na wstępie,ze reklamacja powinna być w pełni odrzucona ponieważ moc auta jest zbyt duża do opon 4 sezonowych (max silnik 2.0). Na moje stwierdzenie po co producent produkuje tak szerokie opony które nie da się zainstalować do małolitrażowych silników zaczął ą-ę. W dalszej części rozmowy stwierdził jednak że spękania nie są naturalna wina jazdy kierowcy lub zależne od mocy silnika . Podsumowując,wszystkie spękania-popękania to wada mieszanki . Warto reklamować .2 punkty
-
2 punkty
-
..rządzą populiści wiec będą postępować tak jak im podpowiada rachunek strat i zysków politycznych nie zaś dobro ludzi którzy są dla nich warci tyle co głosy oddane w wyborach - to widać gołym okiem i nikt nawet nie próbuje się z tym kryć.2 punkty
-
Jakbyś miał jakąś sensowną/merytorczyną analizę tego planu, to podrzuć. Mnie na razie zadziwia że Europa się ma poświęcać, a reszta świata ma generalnie klimat w dupie. Katastrofa klimatyczna jest raczej nieuchronna. Świat nie jest w stanie się globalnie porozumieć. A jak wogóle wg Ciebie ten plan zagraża narciarstwu ?1 punkt
-
1 punkt
-
No Ci powiem…lodziki genialne. Praca i hobby w jednym…zazdroszczę. Przepraszam za mały off1 punkt
-
Nie ma też konkretnych dowodów na to, że jest inaczej. Co do środowiska lekarskiego to szanuję każdego lekarza, ba nawet ich podziwiam, ale nie szanuję ludzi, którzy twierdzą, że szczepionka jest lekiem na to całe zawirowanie bo nie jest o czym już wielokrotnie było pisane, więc nie muszę się powtarzać. Przykład dyletanta od pralek doskonały. W każdym zawodzie są dyletanci. Za 4 lata poklikamy. Tymczasem nie wmawiaj mi i ludziom z tego forum, a może i innych forach, ze kogoś nie szanuję. Mam inne zdanie i mam prawo je mieć. I dopóty nie pojawią się niepodważalne dowody na skuteczność jakichś tam działań to będę dopytywał o konkretne uzasadnienia odpowiedzi na moje pytania, a nie legendarne odwal się się już czyli choroby współistniejące. Nie kuś ich @Spiochubo zaraz coś wymyślą ... A jak wymyślą to nie licz na to, że pójdą na to coś jako pierwsi ... Za dużo mają do stracenia, przecież ostatnio podwyżki 60 % sobie fundnęli, wszyscy !!! Ktoś tam tylko krzyknie, że się nie godzi aby kilka głosów więcej złapać na najbliższych wyborach i tak dalej ... Potem po zmianie warty kolejne takie tematy zastępcze, które co najciekawsze są zwykle na tapecie niestety ... A są na tapecie bo kto ma media i temacik wykreuje ten ma ... Politycy są słabi ? ! Na naszym podwórku ci sami od co najmniej lat 80, spójrz na zdjęcia ... Zahartowani w bojach jak nikt ... Na innych podwórkach również klany rządzą przez dziesiątki lat na zmianę co wybory. Politycy wraz z koncernami są mocni jak nigdy. To ludzie są coraz słabsi, coraz mniej odpowiedzialni (jak wychowywano dzieci tylko 30 lat temu, a jak teraz ...), coraz bardziej podatni na wszelkiego rodzaju sugestie i wykreowane potrzeby. I coraz bardziej roszczeniowi jak piszesz, wręcz bezmyślni w tej roszczeniowości, nastawieni wyłącznie na konsumpcję ... Chleba i igrzysk i szafa gra ... Krótko i na temat. Dodać mogę tylko, że to ci sami populiści od wielu lat ... Podczas pożaru czy powodzi ratuję najbliższych i siebie często kosztem innych czyli się przystosowuję. W czasach pandemii, z którą to rządzący są na Ty skoro wiedzą z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem jaki będzie scenariusz kolejnych fal to oni się przystosowują czy jednak są jasnowidzami i chcą abyś to Ty się do ich rozkazów przystosował ... ? I weź pod uwagę, że oni te nakazy maja tam gdzie śnieg sprzed 3 czy 5 lat popłynął o czym również wielokrotnie już było. Można tak się licytować długo ..., dlatego napiszę krótko. Bezpieczeństwo nas wszystkich tak. Totalitaryzm, rozkazy i zniewolenie w imię bezpieczeństwa nie.1 punkt
-
(w erze późno analogowej) Żydzi z B&H powtarzali ze jak N90 spadnie na chodnik to wytrzyma a jak na chodnik spadnie F5 to nie wytrzyma ..... oczywiście szło o chodnik.. 😉1 punkt
-
Bo to już chyba zamknięty rozdział a postawiłem to na joomli do której nie mam już serca. Z fotografii jest sporo moich rzeczy na "półtajnym" blogu http://polandtravel.info/jurewicz/ i w mega wielkim wątku na Nikoniarzach https://forum.nikoniarze.pl/threads/274205-Stolikowy-advertorial-i-edytorial1 punkt
-
1 punkt
-
Okazuje się, że jednak nie wszędzie panuje covidowe bezprawie: https://www.money.pl/gospodarka/sad-w-hiszpanii-znosi-ograniczenia-dla-niezaszczepionych-nakaz-ogranicza-swobody-obywateli-6669768510638624a.html1 punkt
-
1 punkt
-
Cześć Środowa i dolna Drawa (poniżej poligonu) trochę zaskoczyła. Na odcinku poniżej Bogdanki nie byłem od 1996 roku a na ujściowym (poniżej elektrowni) nigdy a (zwłaszcza ten ostatni jest piękny i wart odwiedzenia. Największym szokiem był brak mostu przed elektrownią, pod którym było fajne bystrze. Pamiętam go jako solidna konstrukcję a ostały się tylko pale - rozebrano go w zeszłym roku. Rzeka jest przetarta, przycięta i zaludniona. Dostępna dla każdego - koleżanka przeciągnęła przez odcinek parkowy dwójkę wypełnioną po brzegi towarem i chorym mężem. Szkoda trochę bezsensownej kładki przed Barnimiem bo jest tworem totalnie sztucznym a pokonanie tego odcinka nie sprawia trudności nawet kajakiem z towarem. Wodę mieliśmy dość niską co dla mniej doświadczonych było korzystne ale za to kosztowało więcej siły. Kolejne osoby w tym dzieci już nie wsiądą do dwójek po zorganizowanych na rzece próbach w dniu wolnym. Rzeka radzi sobie nieźle ze wzmożonym ruchem za co chwała opiekunom bo musi być czyszczona do czego też staraliśmy się skromnie przyczynić. Rzeczy już kończą schnąć więc ruszamy w Izery na rowery za parę godzin. Pozdrowienia1 punkt
-
Sobota miała być z burzami, chmurami i niewielką ilością słońca. Narciarzy dużo mniej niż w piątek, czwartek. Większość latem na lodowiec wybiera się na pogodę. Dzień tygodnia nie ma znaczenia, dlatego w tygodniu jest często więcej ludzi jak w weekendy. Niekoniecznie dotyczy to grup sportowych. Ci trenują prawie zawsze, niezależnie od warunków. Ważniejsza jest ilość jednostek treningowych, do tego im trudniejsze warunki treningowe tym lepsze później wyniki sportowe. W przeciwieństwie do osób twierdzących, że na krawędzi można tylko na twardym, tutaj wszyscy trenujący pięknie wycinają carvingowe skręty na każdym rodzaju śniegu (lodu), miło podpatrzeć i wyciągać wnioski poprawiające własne umiejętności. Z Polski oczywiście też była grupa sportowa, dokładnie z Krakowa. Do tego w rozmowie potwierdzili, że trenują by startować w zawodach, co też na naszym forum nie jest dla wszystkich oczywistością. W nocy próbowałem wyczuć pogodę, ale nic z tego mi nie wyszło, był i księżyc i chmury... Rano (między 6 a 7) zanim wyprowadzili gondole z garaży wydawało się, że pogoda będzie jak najbardziej ok. W momencie kiedy ruszyły wyciągi już tak różowo nie było, w wysokich górach zmiany pogodowe następują niesłychanie szybko, od skrajności do skrajności w tempie sportowym. Latem bardzo ważna jest dobra suszarnia, bo jednak do kolan raczej wszystko jest mokre, zwłaszcza jak się zagląda w różne dziwne miejsca. Ja taką suszarnię miałem... Docieram pod Olperer i ponownie pogoda się zmienia na nadspodziewanie uroczo i widokowo fascynującą. Olperer ukazuje się prawie w całości Oczywiście sportowcy już ostro trenują, korzystając z doskonałej widoczności i kontrastu, ja spokojnie objeżdżam wszystkie dostępne trasy Duża część tras na okres letni jest zabezpieczana przed wytopieniem specjalnymi płachtami. Jest to rodzaj białej włókniny, dość cienkiej kilkumilimetrowej grubości, szerokości kilku metrów. Złącza ich są zgrzewane palnikami na gorąco tak jak papa termozgrzewalna. Miejscowi nazywają te płachty flizami (nie wiem jak się to poprawnie pisze). To dość pracochłonne prace, jest do tego oddelegowana specjalna brygada pracowników, do dyspozycji mają też ratrak. Kiedyś flizy były układane na deskach i drewnianych łatach, obecnie za konstrukcję wykorzystuje się tekturowe (twarde) rury, dużo lżejsze i łatwiejsze do układania. Gdyby te odcinki tras (głównie 3) nie zostały zabezpieczone i śnieg na nich się wytopił do samego lodu, nie dałoby się związać później nowego śniegu we wrześniu, październiku z podłożem. Bardzo o to dbają. Mimo położonej flizy śnieg i tak może się wytopić do lodu, na to jest zgromadzony śnieg w wielkich hałdach (też przykrytych płachtami) w kluczowych momentach może być ponownie nawieziony przez ratraki na trasy Widok na Gefrorene Wand Spitzen spod Olperera Pora coś zjeść, turystów jest mało, można się zrelaksować przy szumie wodospadu... 20210731_132906.mp4 Ten letni wodospad przy Tuxer Fernerhaus służy za lokalną rozgłośnię, nadaje dźwiękowego uroku przez 24 godziny na dobę, niczym cykady na Bałkanach. Zagłuszyć go potrafią tylko dźwięki wyładowań elektrycznych podczas burz i dźwięk syreny alarmowej która też czasem się włącza podczas uderzenia pioruna w pobliżu. Po ogarnięciu wszystkich tras dostępnych latem, a nie jest ich dużo pora wyruszyć ponownie na freeridową część ośrodka. Ku mojej radości dalej nikt tam nie jeździ i spokojnie mogę ponownie kreślić swojej mniej i bardziej regularne linie nie niepokojony przez nikogo. Najmniej ciekawy odcinek do pokonania... ale warto było dla tych mało użytkowanych (w zasadzie wcale) miejsc, trochę się przemęczyć 20210731_120623.mp4 Widok z gondoli Gletscherbus 3 na żleb i lodowiec pod Gefrorene Wand Kończę jazdę trochę wcześniej, bo czeka mnie wymiana nart, butów i kijków (pora zaliczyć skitoury latem) oraz odwiedzić Lanersbach a tak nowe gondole wyglądają w środku, dużo lepiej i przestronniej Widać jak mocno zaawansowane są prace przy budowie nowych parkingów podziemnych, nie będzie już parkowania przy drodze z doliny Kiedy wracam na Tuxer Fernerhaus już mocno pada i słychać już odgłosy zbliżającej się burzy Koło stacji stoi pojazd który przypomniał mi o jeszcze jednej atrakcji dostępnej w okolicy skalnej jaskini oddalonej o jakieś 10 maksymalnie 15 minut drogi. Przy starym schronisku Spannagelhaus jest wejście do jaskini Spannagelhoehle. Podobno głębokość jaskini to około 10 km. Dla zwykłych turystów jest udostępniona trasa o długości 500 m. Zwiedzanie zajmuje około 1 godziny i kosztuje 15 eu. Są też trudniejsze trasy, wielogodzinne, wymagają jednak odpowiednich umiejętności i sprzętu (dla grotołazów). To największa skalna jaskinia w środkowych Alpach i najwyżej położona w Europie. Można się wiele dowiedzieć o skałach i klimacie Rozpadało się mocno i jutro też ma tak być... 20210731_162128_01.mp4 Pozdrawiam PS. Przepraszam za muzykę, to nie ja wybierałem1 punkt
-
1 punkt
-
Też mam nadzieję, że na tych zmianach nie stracimy najbardziej. Ale jest tak dużo możliwych scenariuszy, że przypomina to matematykę chaosu.1 punkt
-
Poprzednie jak i obecne lato jest łaskawe dla europejskich lodowców bo nie ma dużych upałów, a to właśnie wtedy lodowce się topią bardzo szybko. Po cichu liczę na to, że Golfsztorm bardzo osłabnie, to będziemy mieli chłodniej i śmierć lodowców zostanie znacznie odwleczona w czasie .1 punkt
-
A czy trzeba zawsze coś cytować??? No nie wiem sam wymyśliłem może. Zakaz chodzenia do lasu a ja kocham grzyby - bez bólu kupię sobie w sklepie, zakaz kina - bez bólu kupiłem projektor i 2t popcornu, zakaz roweru - bez żalu - kupiłem stacjonarny, zakaz podróżowania - spoko wystarczy NG lub Discowery itd itd ale jestem wewnętrznie wolny czyli łapie wolnościowo życie pełnymi rencami......NIE1 punkt
-
To ja jednak podniosę tą rękawicę......jako były niewolnik systemowy odrzucam wszelkie ograniczenia które nie są uregulowane prawem i moralnością.....wolność wewnętrzna to filozofia niewolnictwa.....jeżeli zajdzie potrzeba to zrezygnuję z narciarstwa - będzie ból i żal. Afryka no cóż - niewolnicy zbudują hale w których hipokryci będą jeździć.1 punkt
-
Napisałeś o umiejętności wyboru wynikającego z zewnętrznej presji a to nie jest wolność w szerokim słowa tego zrozumieniu. Zjedźmy na ziemię. Jak wyobrażasz sobie sytuację w której zostanę zmuszony do zadania pytania: czy jest Pan/Pani zaszczepiony gdyż jest to warunek podjęcia szkolenia. I tu nie chodzi wcale o odpowiedź bo pewnie większość osób udzieli takowej, tu chodzi o to czy mam moralne prawo w ogóle takie pytanie stawiać.1 punkt
-
A dlaczego nie? Jesteś niewolnikiem swoich zachcianek? Znając Twoje zdolności to pewnie po założeniu rolek mógłbyś szybko wygrywać slalomy. Musisz te kilometry benzyny wypalać? Mamy COVID, mamy rosnącą presję klimatyczną ale mamy to w dupie, po nas choćby potop. Tak to wygląda. Aby była jasność, te zarzuty też mnie dotyczą. To są pytania, które sobie sam zadaję. Ale jeśli wszyscy odpowiemy, że mamy w d... jakiekolwiek zmiany (czy w kwestii transportu, energochłonnych zachowań, nadmiernej konsumpcji, modeli żywnościowych) to cenę zapłaci za to nasz świat. Wolność to sztuka nieuzależniania się. Także elastyczność. Lodowce się topią na potęgę, mamy sytuację pandemiczną a jedynym problemem jest czy sezon narciarski będzie udany. Przecież to śmieszne jest, nawet na forum AN. Czyli Anonimowych Narciarzy. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Albo znaleźć sobie inne fajne aktywności np. rower (może mtb) albo kajaki. Świat nie kończy się na nartach.1 punkt
-
A może należy chwytać czas,dostosowując się do natury i regulacji?Nie międlić w kółko kwestii wirusa i restrykcji.Nie biadać nad tym,co będzie albo nie będzie, nie czekać na grudzień czy maj,jechać w sierpniu na Litwę,bo na razie hala otwarta,a we wrześniu do Landgraaf,bo pewnie nie zdążą zamknąć.Żyć chwilą,spotkać tam kolegę z forum,który tam będzie jeździł...1 punkt
-
Ja uważam, że powinno pozostać dobrowolne, co wcale nie oznacza, że jestem przeciwnikiem szczepień. Zresztą dobra kampania promocyjna z kościołem i celebrytami, dałby większe efekty niż to nękanie.1 punkt
-
Nie ma się czym chwalić ... Jak to mówią oprócz kasy warto mieć choć trochę klasy ... O sezonowości gryp i innych zakażeń już pisaliśmy. Na pewno pisałem ja i "felczer" @kael oraz inni zwolennicy kowida chcą czy nie to po prostu muszą się z tym zgodzić. Niestety masz rację tylko to nie ma nic wspólnego z demokracją i jakimkolwiek wolnym wyborem, a ponoć można takich dokonywać. To będzie wiadomo za jakieś 4 lata, może nawet dopiero 5. Na razie na pewno wiadomo, że można leczyć tę chorobę, że pomimo szczepienia można zachorować ponownie i wcale nie końca łagodniej się ją przechodzi po szczepieniu (to akurat bardzo indywidualne kwestie) ... Skąd więc niemal bezwarunkowy nakaz szczepień skoro i tak zachorujesz ponownie ? O tym mówi każdy lekarz (przypomnę, że nie chodzi o ludzi od wypisywania recept przez telefon) tylko nie każdy powie to publicznie. Nie tak dawno w imię nart i ciepłych krajów chciano wolności czyli demokracji ... Teraz wszyscy z tego rezygnują ... Naprawdę ciekawa jest ta "demokracja", a lud demokratycznych "wolnomyślicieli" i wybierający swoich "demokratycznych" przedstawicieli jest po prostu fascynujący. Na dodatek działa to wszystko bezawaryjnie od tylu lat ... Ja również lubię narty i kilka innych rzeczy i pomimo tego, że tylko raz byłem za nartach za granicą to nie pojadę nigdzie przez najbliższe 4 lata, ponieważ nie jestem hipokrytą, który pisze co innego, a robi zupełnie inaczej. Nasze góry, Bałtyk, Bieszczady czy Mazury są piękne i chciałbym mieć tyle wolnego czasu i środków aby je poznać naprawdę dobrze bo 2 tygodniowe wypady w roku to za mało za poznanie się 🙂1 punkt
-
Tendencje są zupełnie inne. Baranów się mnoży, a nie segreguje. Zresztą tak było od zawsze. Głupim ludem, łatwiej sterować.1 punkt
-
Ja jednak mam nadzieję że zacznie, ale rozumiem twoją frustrację😀1 punkt
-
Cieszę się że zacznie obowiązywać, podejście do szczepień jak mało co wskazuje wszelkiej maści oszołomów.1 punkt
-
Wydaje mi się, że dość łatwo to przewidzieć. Jest środek lata, jest mało zakażeń, a i tak dużo się mówi o ograniczeniach dla niezaszczepionych. Zimą słupki zakażeń wystrzelą w górę i politycy zaczną biegać jak poparzeni wte i wewte z kartkami zabazgranymi zakazami dla niezaszczepionych.1 punkt
-
Zawsze byłem za selekcją baranów od normalnych ludzi...1 punkt
-
Oczywiście pierwsze na co zwróciłem uwagę po rozpakowaniu to jak wygląda mój ulubiony trójkąt, czyli śnieżne pola freeridowe leżące między gondolami Gletscherbus 3, 10 er Gefrorene Wand, a krzesłem Gefrorene Wand 3b. I wyglądały niemal imponująco, bo prawie wszędzie na warstwie lodu zalegała cienka warstwa śniegu, wyglądało to jak tafla wody na jeziorze przy lekkim wietrze. Czy da się po tym jeździć nie miałem pojęcia, ale wyglądało to dość zachęcająco by przynajmniej raz spróbować. Widok z "mojego" tarasu... Wlazłem na górny taras by rzucić władczym spojrzeniem na okolicę i do roboty, bo czas nie stoi w miejscu Po objechaniu miękkich i ciapowatych przygotowywanych tras, przejechałem linię pod starą kanapą na te moje ulubione śniegowe niepielęgnowane poletka, leżace ugorem, co mnie nieco zdziwiło; nikt tego nie uprawiał od wielu dni. Czyżby był jakiś haczyk i jakiś konkretny rzeczywisty powód, że nikt tych miejsc nie katował, do teraz nie wiem. Ruszam na pierwszy zwiad... Pierwsze skręty i okazuje się, że jak najbardziej można po tym całkiem fajnie pojeździć, kreśląc swoje wymarzone linie... Po dojeździe do tej grzędy sprawdzam możliwość zjazdu w najulubieńszym moim żlebie, teoretycznie da się tu jeszcze zjechać, ale ilość kamieni leżących i czasami spadających z pobliskiego szczytu zniechęca mnie skutecznie i odpuszczam z żalem, jadę w dół w stronę skalnej tamy, przecinajacej śnieżne łany i widocznej w dole... Docieram do skał przez które trzeba przedrzeć się do kolejnego pola. Pas skalny ma jakieś 20-30 metrów długości. W narciarskich twardych butach jest to mało przyjemne, mokro, ślisko, sporo strumyków i małych kamieni. Łatwo po tym się nie chodzi i tracę sporo czasu do kolejnego miesca gdzie można założyć narty i dalej zjeżdżać W dolnej części śniegu jest jeszcze mniej na podkładzie lodowym i często przy skrętach lód i drobne kamienie łapią nartę powodując drobne zachwiania, to fajne ćwiczenie koordynacji ruchowej, z całą pewnością mi nie zaszkodzą, może dzięki temu trochę się podciągnę w technice narciarskiej... Kolejny odcinek zjazdu kończy się brakiem śniegu i trzeba tym razem przejechać przez mieszankę lodu, wody i kamieni... Do końca dnia zostałem już tylko na tej freeridowej trasie Byłem bardzo zdziwiony, że nikt nie jeździł w tym miejscu i do końca dnia miałem ten odcinek na własną wyłączność, szczerze bardzo mnie to radowało. Wieczorem mogłem się delektować dobrym włoskim winem i pięknym widokiem z okna (drzwi balkonowych) Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
Prowansja - cz. VIII - kolarska nirwana - best day ever!!! No dobra - na początek walę prosto z mostu. Kolejny nasz dzień w Prowansji był w przekonaniu całej mojej trupy najlepszym dniem rowerowym w naszym "szosowym życiu". Wydawało nam się, że w Prowansji widzieliśmy już najważniejsze rzeczy wokół, byliśmy na Mt. Ventoux, byliśmy na południe od Malaucene, na północ od Malaucene, kibicowaliśmy dzielnie peletonowi TDF, co nam jeszcze mogło pozostać... otóż to co pozostało to "Les Gorges de la Nesque"... i o tym Wam dzisiaj trochę opowiem. Zanim jednak dojechaliśmy do miejsca, o którym wspominam powyżej, to trochę o trasie zaplanowanej na ten dzień. Ten kto śledził wcześniejsze moje relacje, to być może pamięta, że dzień po Mt. Ventoux część osób ciągnęła do Sault, aby zdobyć Ventoux od tamtej strony, a część w ogóle nie miała ochoty na nic. Ostatecznie wyszło coś pomiędzy, ale do Sault nie dotarliśmy. Wieczorem po emocjach związanych z kibicowaniem TDF siadłem nad mapami, stravami, google'ami i innymi tego typu, aby zaplanować coś sensownego na kolejny dzień. Stwierdziłem, że najsensowniej będzie jak wsiądziemy do auta, zapakujemy rowery na dach i do Sault przemieścimy się samochodem. Stamtąd wjedziemy na Mt. Ventoux najdłuższym, ale równocześnie najłatwiejszym podjazdem, zjedziemy ze szczytu do Bedoin, a następnie z Bedoin wytyczyłem pętle z powrotem do Sault. Przy planowaniu trasy na Strava zwróciłem jednak uwagę, że "heat map" wskazał że z dwóch dróg z Bedoin w kierunku Sault, bardziej popularna jest droga bardziej na południe od tej, którą brałem pierwotnie pod uwagę. Wtedy sobie przypomniałem, że gdy oglądałem różne filmiki o Ventoux jest tam w tych okolicach taka droga z tunelami wykutymi w skałach - tak trafiłem na wąwóz de la Nesque. Ostatecznie życie pokazało, że cała nasza runda to było ponad 90 km i mniej więcej 2.000 m w pionie - dystanse zdarzało mi się robić dłuższe, ale nigdy nie zrobiłem wcześniej takiego przewyższenia. Dla zaprawionych w bojach szosowców, wynik może nie wybitnie imponujący, ale pewnie i oni przyznają, że 2 tys. metrów, to już jest coś. Wrzucałem już profil podjazdu na Ventoux od Sault - coś trochę ponad 1100 metrów w pionie i 24 km długości, z czego tak naprawdę ciężko robi się na ostatnich 6 km, gdy podjazd ten łączy się z podjazdem od miejscowości Bedoin (czyli z tym klasycznym i najtrudniejszym wariantem). Podjazd od Sault dla osób mniej wytrenowanych, ale cokolwiek jeżdżących na szosie uważam, że jest po prostu bardzo przyjemny. W większości 3-6%, a tuż przez tymi najtrudniejszymi 6 km, robi się nawet prawie zupełnie płasko. Oczywiście ciągle lekko pod górę jest, ale nie ma walki o życie, a do tego jest tu po prostu przepięknie. Na dole pola i zapach lawendy, trochę wyżej las i znów piękny zapach lasu: Następnie docieramy do Chalet Reynard powyżej którego zaczynają się natrudniejsze ostatnie 6 km podjazdu, jest to też ta najbardziej znana "księżycowa" część - czyli powyżej linii drzew, wszędzie wokół skałki - nie jestem pewien, bo to nie moja dziedzina - wapienne i widok na przekaźnik. Przy Chalet Reynard pierwotnie planowałem pierwszy postój od dołu, ale ostatecznie czułem się super i stwierdziłem, że wjeżdżam do samego końca bez przystanku. Nie powiem, te ostatnie 6 km dały mi w kość, ale widoki na szczyt rekompensowały wysiłek: W końcu po raz drugi raz stajemy na szczycie Mt. Ventoux. Tym razem udaje się cyknąć fotkę ze znakiem na szczycie, bo za pierwszym razem była zbyt długa kolejka: Po zdobyciu szczytu zjeżdżamy w kierunku Bedoin. Ja nie ukrywam, że mam spory respekt przed tymi szaleńczymi zjazdami, ale trochę zaczynam się do tego jakby przyzwyczajać. W Bedoin pora na nagrodę w postaci lunchu: Po posileniu się ruszamy przez Flassan w kierunku, jak się okazało gwoździa programu - a trzeba przyznać, że do tej pory już było bardzo fajnie - czyli wąwozu de la Nesque: Widokowo robi się coraz ładniej, idealny asfalt, ruch samochodowy niewielki; droga cały czas delikatnie pnie się w górę: Z każdym kilometrem coraz piękniej - obracam się w tył, a tam mniej więcej tak: A do przodu tak: Jest tak pięknie, że umysł trochę nie nadąża "chłonąć" tych wrażeń. Robimy masę zdjęć chcąc utrwalić jak najwięcej z tych widoków: W końcu trafiamy na odcinek drogi z tunelami/tunelikami wykutymi w skale - pięknie to wygląda - jest kilka takich miejsc: Tym razem zdjęć jest więcej niż tekstu, bo co tu pisać - było pięknie - każdy kilometr przynosi coraz piekniejsze widoki, wręcz nierzeczywiste. Droga marzenie, a w tle na horyzoncie nad wszystkim góruje Mt. Ventoux: W każdym razie - każdy kto będzie w okolicy - na swój tzw. "bucket list" niech obok Mt. Ventoux koniecznie wpisze Gorges de la Nesque. To był mój najlepszy dzień na rowerze szosowym. Było mega - na koniec jeszcze widoczek z lawendą, za chwilę dojedziemy do Sault. 90 km w nogach 2000 m w pionie - było tak pięknie, że aż chce się jeszcze. To będzie nasza najlepsza i najfajniejsza tura w Prowansji. Polecam każdemu. Tutaj jeszcze obiecany widoczek:1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Powiem szczerze, że nigdy nie myślałem o łączeniu nart z rowerem, generalnie to w ogóle nie myślałem o rowerze w żadnej konfiguracji. Moje zainteresowanie rowerowe ograniczało się do kolarstwa zawodowego (od dzieciństwa) przyznaję, że Wasze relacje rowerowe są wielce inspirujące i Ania też mocno na mnie naciska. Do tej pory broniłem się siodełkiem, ale Ona też czyta Skionline😜 i w końcu mnie złamie.🙃1 punkt
-
W gastronomi na Hintertuxie, żeby wejść do restauracji trzeba okazać paszport covidowy. Miałem go ze sobą w plecaku, po sprawdzeniu pani przybiła mi na dłoni pieczątkę (jak kiedyś w dyskotekach), nie musiałem też nosić maski. Przyszła duża grupa ortodoksyjnych Żydów z Izraela, nie mieli paszportów ze sobą i nie zostali obsłużeni a masek nie chcieli założyć...1 punkt
-
Pogoda nie była jakaś specjalna, niby w Beskidach nie zapowiadali deszczu ale ciężkie chmury wisiały w powietrzu. Całkiem fajnie jak na niedziele pod warunkiem żeby "gdzieś z boku" - nie tam gdzie idą w niedziele zdobywcy najwyższych szczytów. Ot wycieczka jak każda inna ..bez historii.. bez widoków na Tatry (na to akurat najbardziej liczyłem )..taka wycieczka na borówki.. Borówki są jakieś małe.. Okrąglica to szczyt znajdujący się powyżej hali Krupowej nieopodal popularnego schroniska "na Hali Krupowej" - znajdującego się dla zmylenia przeciwnika kilometr dalej przy Hali Kucałowej..😉 Nie ma tutaj specjalnego tłoku bo wiekszosc turystów wybiera przeważnie właśnie szlak koło schroniska i w stronę wyższych partii Beskidów - w stronę Policy i Babiej Góry. Na Okrąglice przychodzą właściwie tylko ci którzy idą po Głównym Szlaku Beskidzkim a warto choćby ze względu na kaplicę która znajduje się na szczycie. Kaplica pod wezwaniem Matki Bożej Opiekunki Turystów jest piękna i bardzo zadbana W kaplicy wiszą tablice upamiętniające ludzi którzy stracili życie w górach lub takich którzy byli z górami mocno związani. Epitafia na których widnieją nazwy szczytów i nazwiska ludzi o których czytałem w gazetach ale tez i ludzi całkiem mi nieznanych i gór z najbliższej okolicy ... choćby ten Przewodnik Gorski który zginał pod Turbaczem.. Warto tutaj zajrzeć - kaplica stanowi swoiste memento - potrafi uświadomić jak mali jesteśmy w stosunku do sił przyrody. @Ziemowit w którymś wątku sąsiednim napisał: "Nawet jak masz tę wiedzę w 1 paluszku, to będąc wyżej w górach gdy już rozszaleje się burza uświadamiasz sobie, że zanim zejdziesz miną wieki, w okolicy nie bardzo jest gdzie się schować i tak w ogóle to jesteś w ciemnej d*pie" - czytając te tablice nabierasz pewności ze to prawda... to darmowa nauka.1 punkt
-
Mam nadzieję że stoki będę otwarte normalnie przez cały sezon a nie śmieszny miesiąc jak w zeszłym sezonie. Mnie "licencje" i zapisy na lewe treningi nie interesują, nie wybieram się na narty na godzinę czy półtorej. Zazwyczaj biorę 4h i jeżdżę tam gdzie gdzie chce a nie gdzie zwołają "podziemie narciarskie". Za daleko jeszcze do sezonu żeby cokolwiek przewidzieć co do jego kształtu.1 punkt
-
Nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Na totalnej ciapie (deszcz) jest zupełnie inaczej niż na lodzie a nawet betonie. Kiedyś na AZS Wintercup trafiłem warunki, gdzie na moich pseudo slalomkach (bardziej funcarve) nie tylko była różnica względem FIS, ale w ogóle nie dało się jechać. Narty były zbyt miękkie a krawędź zbyt słabo przygotowana i nie trzymały w ogóle. Za to na miękkim były doskonałe. Narty FIS projektuje się do jazdy po lodzie i takie warunki należy przyjąć jako standardowe w jeździe na tyczkach. Miękki rozjeżdżony śnieg, to nie jest podłoże, na którym pokazują swoją przewagę.1 punkt
-
Forum internetowe nie jest takim idealnym miejscem aby opowiadać o zjazdach co ich nie można robić. Rozpatrując sprawę czysto narciarsko i zapominając na chwilę, że nie można tam zjeżdżać to po stronie polskiej chyba najciekawsze (w kolejności) są: - trzy żleby w Śnieżnych Kotłach (chyba powyżej 45 stopni - Mariusz???) - żleby nad Małym Stawem - najbardziej znany Fajkosza (bardzo efektowny - może ciut powyżej 40 stopni) dalej łatwiejsze standardy w kolejności fajności to: - zjazd ze Śnieżki na południe, do Kotła Łomniczki (pewnie z 600 m vertical). Myślę, że to solidne 35 stopni - Biały Jar - nachylenie pewnie 30 stopni, na przełamaniu ciut więcej - Kocioł Szrenicy - podobnie jak wyżej - Czarny Kocioł Jagniątkowski - nie przyglądałem mu się podobno bardzo fajny - żleb slalomowy - też około 30 stopni - i oczywiście Łabski Kocioł którego skrajem już jechałeś mniej znany jest - Kocioł Smogorni - rozległy teren gdzie mało kto bywa, dość płasko i bardzo kameralnie bo jest zarośnięty (ale rzadko) I jeszcze parę fot ze zjazdów jakiś szaleńców (zjazd ze Śnieżki do Kotła Łomniczki) inne ujęcie, widać jakieś ślady Biały Jar i widok z boku żleby w Kotle Małego Stawu wjazd w Fajkosza Pozdro Wiesiek1 punkt







