Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
08.09.2021 - 08.09.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 08.09.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Mitku, robię wszystko sam. Jestem z wykształcenia mechanikiem, jeżdżę od 15 lat na serwisie 24h i od łebka tuningowalem auta. A najważniejsze że uwielbiam kręcić przy rowerach. Taki spokój w garażu przy piwie 😉5 punktów
-
25.08 (środa) – Kronplatz-Cortina d'Ampezzo (58 km, pod górę) Rowerowa kulminacja - krajobrazów, wysokości i wrażeń. Rano zjeżdżamy z Rasen w stronę rzeki Rienz, mając przed sobą widok na Kronplatz - jak na dłoni. Widoki będą jednak później jeszcze lepsze. W drodze: Zaporowe jezioro Olanger See: Takie tam, towarzyskie - na moście: Jedziemy w kierunku Toblach i wkrótce oczom naszym ukazują się kontury Dolomitów Sexteńskich: Relaksik w altanie po drodze: I jeszcze raz góry: Jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od źródeł Drawy, gdzie startowaliśmy rok temu. Zajrzymy? Koniecznie! 2021: 2020: Tym razem zamiast na wschód - jedziemy na południe, do Cortiny d'Ampezzo. Szlak rowerowy prowadzi wygodną i szeroką szutrówką wśród gór, przez przełęcz Passo Cimabanche, dawną trasą linii kolejowej. Dzięki temu nabieramy wysokości lekkim i stałym wzniosem. Mając rowery z bagażami - bardzo efektywna opcja. Dużo osób w różnym wieku jeździ tutaj rowerami, ale generalnie na szlakach przeważają elektryki - tak 80%, turystyczne i mtb. I to nie tylko wśród publiki w dojrzałym wieku, ale również sporo młodych jeździ ze wspomaganiem. Takie wygodne pokolenie. Większość ludzi jeździ na lekko, długodystansowych sakwiarzy zdecydowanie mniej niż w Austrii, ale są. A jakie tu się robi przewyższenia? Strava pokazuje tak średnio 700-1000 m verticala dziennie, a na odcinkach tak odczuwalnie "z górki" - około 400 m podjazdów. Jezioro Toblacher See: Przy trasie, w Nasswand, trafiamy na cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej, na którym pochowano ponad 1200 żołnierzy różnych nacji - między innymi 145 Polaków. I faktycznie - odnajdujemy kilka krzyży z polsko brzmiącymi nazwiskami. Miejsc upamiętniających zaciekłe walki między Austro-Węgrami a Włochami w tym okresie jest zresztą sporo po drodze. Dojeżdżamy do jeziora Dürrensee i kultowego miejsca z fantastyczną panoramą na Drei Zinnen/Tre Cime - z jednej strony, a Monte Cristallo z drugiej. Obowiązkowy foto-stop. Croda Rossa: Zbliżamy się do granicy prowincji Trydent-Górna Adyga z Wenecją Euganejską: I jest - jest przełęcz Passo Cimabanche! 1530 m! Jeszcze nigdy nie byłam rowerem na takiej wysokości, jeszcze nigdy nie wjechałam rowerem tak wysoko! Teraz jeszcze parę kilometrów przepięknego zjazdu do Cortiny. Zobaczcie sami! Tunel ... ... a za tunelem ... Tym razem spędzamy wieczór i nocujemy na bardzo ładnym kempingu International Camping Olympia w Fiames, zaledwie kilka kilometrów od Cortiny. Przydały się namiociki i śpiwory, wiezione na wszelki wypadek. [cdn.]4 punkty
-
3 punkty
-
Samo wykonywanie czynności serwisowych czy naprawczych nie jest trudne. Problemem jest brak literatury, narzędzi, małe doświadczenie czy też niepełne zrozumienie działania. Wszystkiego można się nauczyć. Czasem jednak lepiej zapłacić, gdy twój czas jest wart więcej.3 punkty
-
Cześć No to masz fach idealny. Ja muszę się wszystkiego uczyć od podstaw, przemyśleć po swojemu, adaptować i zrozumieć po swojemu ideę działania i opis naprawy. Czyli wyważam często zupełnie otwarte drzwi i marnuję zawsze strasznie dużo czasu. Nauczyłem się więc jeździć dość delikatnie i mam wrażenie, że nie niszczę niepotrzebnie sprzętu, choć nie mam zwyczaju chuchania - ma jeździć. Cześć Tutaj mi się udało bo mam dosłownie pod domem nieduży sklep rowerowy z serwisem. Sprawdziłem i na małych i dużych robotach, że są sprawni i rzetelni. Do tego znamy się wiedzą jak jeżdżę i czego oczekuję i pod tym kontem montowane są odpowiednie części. Np. łańcucha nigdy nie zerwałem bo biorę raczej solidne i cięższe ale za to trwałe. Zresztą nie wiem jakie ale spisują się znakomicie. Ostatni duży serwis robiłem przed Pomorską i nie miałem żadnej awarii, nawet gumy ale spędza mi to sen z powiek przed dużymi przebiegami. Próbowałem się kiedyś uczyć regulacji przerzutki z sieci ale tyle z tego wyszło, że oddałem do regulacji i za darmo miałem zrobione w 20 minut. Pewnie jestem zbyt niecierpliwy i nie do końca rozumiem język pisany czy to co widzę na filmie.Akceptuję to bo co mam zrobić ale Was podziwiam i planuję zrobić sobie szkolenie z serwisowania w wypadku awarii w drodze. Pozdrowienia serdeczne3 punkty
-
2 punkty
-
Serwis U mnie zaczęło się od majsterkowania w wagantach w garażu kolegi jeszcze w podstawówce , jakieś tam pojęcie o przygotowaniu roweru do jazdy zostało do teraz. Nie oddaje roweru do serwisu na przeglądy już od ponad 20 lat, do naprawy owszem ale na przegląd już nie . Właśnie te ca 20 lat temu , góral prawie nowy dałem gościowi żeby zrobił przegląd ( mechanik ale dość popularny od teraz jest tabliczka z reklamą na ulicy ) , min. piasty rozbierał ......po bardzo krótkim czasie od ''przeglądu'' coś zaczęło w kołach strzelać, brzęczeć już nie pamiętam.....na 99% pewne, że to jego sprawka . Może to niewłaściwe podejście ale jestem zdania, że więcej szkody wyrządzi te grzebanie w kołach( piastach ) niż ''nic nie robienie'' i tego się trzymam. Moim zdaniem koła( piasty) powinny być samoobsługowe . W kazdym razie te wszystkie koła co mam/miałem w swoich rowerch , od czasu feralnego przeglądu - kręcą się dobrze i są bez luzów .......a co więcej potrzeba. ( teraz próbuję brata obrecze carbonowe....i coś w nich trzeszczy czasem ....może to w piaście a może obręcz ciężko to zlokalizować... w każdym razie się kręcą ale raczej naprawa konieczna. ) Łańcuch czyszczę ca 1/rok o ile nie zapomnę, czasem nasmaruje tzn.kropną go oliwką. Jak mi się znudzi to wymieniam na nowy ....przyrządy co mierzą rozciągnięcie nie ufam , tzn zmieniam na czuja. Przerzutki- lubię się tym bawić, choć wewnętrzne linki to troszkę więcej zabawy ...no ale mam swój sposób Hamulce- szczękowe ( takie mam w kolarkach ) , wymiana klocków i ustawienie bardzo proste Hamulce tarczowe ( w mtb) - oddawałem do serwisu ale ostatnio sam wymieniałem płyn i jakoś działa Korba- wymienię jakoś ,mam klucze do Hollowtecha....ale jak składałem rower dałem do seriwsu bo stwierdziłem że zrobią to lepiej Kasetę- zmienię ,tu też mam klucz Stery- przynajmniej ahead to nie jest skomplikowane Owijkę - wymienię Koła- jak zcentrowane to do sklepu Amortyzatory- nie mam zielonego pojęcia , wydaje mi się to najtrudniejsze z wszystkich zadań serwisowych......co najwyżej dopompuję go pompką ( mam tanie lekkie powietrzne , takie żeby była jakaś amortyzacja ale bardziej do jazdy nie do skakania) Inaczej jest pewnie jak ktoś jeździ po trudnym terenie, jakimś błocie,skoki itd....ale moje jazdy tzn. co najwyżej szuter, może kawałek lasu, trochę kamieni...ale w większości asfalt , często duże przewyższenia .....nic starsznego z rowerem się nie dzieje. Oczywiście czasem guma, czasem szprycha pęknie, czasem łańcuch , przerzutka nie działą,hamulce przestają hamować .....ale to się naprawia na bieżąco, nie że jakiś specjalny serwis.2 punkty
-
W sumie to zagadnienia kompletnie nie ogarniam. Długie wyprawy z namiotem na fullu to dla mnie abstrakcja. Ten rower stworzony jest do jazdy dla zabawy w naprawdę trudnym terenie i pod skakanie. A ponieważ na ht poza klasycznym dh można pojechać wszystko to zupełnie nie rozumiem tej drogi. Szczególnie, że dziurawy dół w napędzie jednoblatowym uznałbym za bardzo poważną wadę w jeździe z obciążeniem. Próbuję sobie wytłumaczyć to jakąś chęcią ogarnięcia wszystkich potencjalnych tematów jednym sprzętem. Ale to mi przypomina gdy ktoś kupując szeroką freeridówkę z szynówkami zaczyna mówić o skialpinistycznym podejściu na wyższy cel. Nic nie rozumiem.2 punkty
-
Cześć Mam - jak wiesz - zupełnie inne podejście. Od sprzętu jest serwis - sam z pewnością nie zrobię lepiej niż fachowiec. Natomiast polecam zainteresowanie się tematem awarii w trasie. Tutaj nie ma wyjścia i musisz robić sam a jednocześnie masz ograniczone pole manewru (dostęp do narzędzi, części). Ja mam dwie lewe ręce do tych spraw i jak czytam, że sobie wszystko wymieniasz to z jednej strony zastanawiam się po co ale jednocześnie szczerze podziwiam, że potrafisz sobie z tym radzić. Natomiast awaria w trasie jest czymś z czym poradzić sobie musisz. Dlatego też tak dbam o serwis i trwałość jest dla mnie podstawą. Już prosta wymiana dętki - żeby była skuteczna w zależności od warunków terenowych i pogodowych może być horrorem - to robiłem wiele razy. Ale już takiego pogiętego czy urwanego haka w przerzutce albo uzupełnienia szprychy w terenie to sobie nie wyobrażam a widziałem jak chłopaki robili to w terenie w dwadzieścia minut. Masz jakieś doświadczenia w tej kwestii? P{ozdrowienia serdeczne2 punkty
-
24.08 (wtorek) – Klausen-Kronplatz (72 km, pod górę) Rano, zanim wyjechaliśmy rowerami, przeszliśmy się spacerkiem pod wodospad Schrambacher Wasserfall w Feldthurns (tak nazywała się wioska, w której spaliśmy). Wodospad jest widoczny z "brennerki" i warto się zatrzymać w miejscowości, np. na nocleg - jeśli jedziecie gdzieś dalej, na południe Włoch. Z autostrady trzeba zjechać wyjazdem Val Gardena i kierować się na Brixen, z szosy SS12 droga jest bezpośrednia. Kilka kilometrów szlakiem nad rzeką i już jesteśmy w mieście biskupim Brixen, o czym świadczą liczne, emanujące przepychem sakralne budowle. Katedra: Akcent brukarski: Charakterystyczna fontanna na rynku: Eisack za Brixen: Po minięciu przedmieść Brixen szlak zaczyna bardziej stromo wspinać się w górę i odchodzi od rzeki, przechodząc z jednej strony autostrady na drugą. W pewnym momencie odbijamy się od zamkniętej kładki (obrywy skalne). Objazd jest źle oznaczony, próbujemy na azymut przedostać się do doliny Pustertal, co nie jest takie proste w plątaninie dróg, autostrady i linii kolejowej. Spektakularnym wysokim wiaduktem nad Eisack wjeżdżamy do miejscowości Aicha. Zdjęć nie robiłam, skupiona na tym, aby nie wpaść pod samochód na ruchliwej szosie SS49. Wreszcie można spokojnie odetchnąć wśród zieleni, z widokiem na dolinę: Ruiny zamku Mühlbacher Klause: Teraz jedziemy wzdłuż rzeki Rienz: Na szlaku rowerowym Pustertal-Radweg co jakiś czas umieszczono tablice z licznikiem rowerzystów. Pokazuje godzinę, datę, liczbę rowerzystów danego dnia i od początku roku. Podjazd - zjazd, podjazd - zjazd. Tak to wygląda. Przejeżdżamy przez gwarny i pełen turystów Bruneck, zastanawiając się, czy zaraz nie złapie nas ulewa. Oryginalna ekspozycja sklepu górskiego A podobno to w języku polskim jest dużo spółgłosek? Jest i akcent wielkopolski (na cześć miasta partnerskiego): Na promenadzie - bach! Kolejny źle oznakowany objazd. Szukamy drogi, pytając napotkanych mieszkańców i rowerzystów. Jak widać sady ustąpiły miejsca polom kukurydzy. Za to mamy widok na Kronplatz: Zbliża się wieczór - czas poszukać noclegu. Odbijamy się od jednego telefonu do drugiego, od jednych drzwi do drugich. Nigdzie nie ma miejsc - podobno w sierpniu to tutaj normalne. W końcu jedna z właścicielek pensjonatu obdzwania po kolei kilka miejscówek i znajduje nam dwójkę i dwie jedynki w hotelu w Rasen. Jedziemy - ale, że trochę nam trudno trafić po ciemku i w deszczu, dzwonię na recepcję potwierdzić przyjazd i uprzedzić, że będziemy ciut później. Właściciel opieprza mnie, dlaczego jeszcze nas nie ma? A potem jest już tylko gorzej ... Gdy docieramy na miejsce, w recepcji zastajemy jakiegoś nienaturalnie pobudzonego chłopaka, który ma trudności w wykonaniu tak prostej czynności, jak zakwaterowanie czwórki gości. W końcu robi to za niego starszy kelner. Po otwarciu mojej "jedynki" kartą okazuje się, że jest ona ... zajęta przez kogoś innego. Wracam na recepcję i spokojnie przedstawiam, jak się sprawy mają - chłopak dostaje histerii, wszyscy biegają, telefonują, starszy kelner wkurzony - jak w jakimś wariatkowie. Okazuje się, że nie ma więcej wolnych pokoi i musimy przespać się z Darkiem w drugiej "jedynce" - wielkości kajuty na statku. Kelner przychodzi na górę i przeprasza moją koleżankę i jej męża w "dwójce" za zaistniałą sytuację. Istny dom dla obłąkanych, ale raczej nie mamy planu B, więc pozostaje nam iść napić się do baru i jakoś przenocować do rana. [cdn.]2 punkty
-
Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim i jak tylko znajdę więcej czasu, postaram się opisać choć w skrócie jak wyglądała moja walka oraz wrażenia po tym rzeźnickim maratonie. 😉2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Cześć, pierwszy mój wpis, więc witam szanowne grono Forumowiczów. Czy jest sens jechać z dziećmi do Jańskich Łaźni, czy można znaleźć coś lepszego? Dzieci 10 i 14 lat, początkujący snowboard (jeździli 6 lat na nartach, ale ku mojej rozpaczy ostatniego sezonu stwierdzili, że tylko snowboard, więc jakby wszystko od nowa). Ja średnio, żona początkująco narty. Dotychczas głównie Słotwiny i Azoty w Krynicy. Chodzi m. in. o instruktora do snowboardu mówiącego po polsku i dostępność bezpiecznych tras dla początkujących. (oczywiście mam świadomość, że zaraza może uniemożliwić wyjazd, wtedy pewnie znów Krynica) Artur1 punkt
-
Gdy rok temu kończyliśmy wyprawę rowerową doliną Drawy i Gail w Austrii, zaczęliśmy snuć z przyjaciółmi plany, dokąd pojechać następnym razem. A może by pociągnąć w drugą stronę tam, gdzie zaczynaliśmy trasę? Bella Italia? Dolomity? Pomysł rzucony niezobowiązująco w deszczowe popołudnie przy kawie na lienzkiej starówce, skonkretyzował się w tym roku w ostatnim tygodniu sierpnia. Kolejny tydzień natomiast minął na wędrówkach górskich w regionie Vinschgau. Zapraszam na retrospektywną relację z minionych dwóch tygodni. 22.08 (niedziela) – rozruch na lekko w górnym Vinschgau W sobotę wieczorem dojechaliśmy z Darkiem autem do miejscowości Goldrain/Coldrano w Vinschgau (Tyrol Południowy), gdzie spotkaliśmy się z zaprzyjaźnioną parą z Krakowa, z którą od kilku lat spędzamy rowerowy urlop. Właściwą wyprawę planowaliśmy zacząć od poniedziałku – niedziela była więc przewidziana na odpoczynek po podróży, aklimatyzację i spokojny rozjazd, jeszcze bez sakw. Aura kapryśna, prognozy nie najlepsze – od czternastej zapowiadane załamanie pogody i deszcze. Zaplanowaliśmy więc niedługą trasę dookoła jezior Haidersee i Reschensee. W trakcie dojazdu autem przeszła gwałtowna ulewa, a nad przełęczą Reschen dalej kłębiły się ołowiane chmury. Temperatura +14 stopni. Zimno, wiatr - jechać? Jechać! Nasza ekipa: Haidersee: Dolna stacja kolejki Haideralm. Osiem lat temu jeździłam tu na nartach, jeszcze przed połączeniem z sąsiednim ośrodkiem Schöneben w Reschen: Zapora na Reschensee. W przeciwieństwie do ciemnogranatowego jeziora Haideralm, woda ma tutaj intensywnie turkusowy kolor. A oto i wspomniany ośrodek Schöneben: Po drugiej stronie jeziora znane miejsce z zatopioną wieżą kościoła w Graun. Zimą można tutaj dojść pieszo, po zamarzniętej tafli. Teraz usypano mierzeję dookoła. Pogoda wcale nie ma zamiaru się załamać, a nawet jakby się nieco ociepla i przejaśnia. Nie ma więc powodu, aby po zrobieniu ósemki wracać do pensjonatu. Po krótkiej naradzie postanawiamy zjechać kilka km w dół do Mals, na końcową stację linii kolejowej Vinschger Bahn, tam zostawić auta i trasą rowerową Etschradroute (wzdłuż Adygi) zjechać do Goldrain, a wieczorem wrócić pociągiem do Mals po samochody. Jeśli nie macie swoich rowerów, to można wypożyczyć przy stacji kolejowej a zwrócić na dowolnej innej na odcinku między Mals a Meran (ok. 60 km) i wrócić pociągiem. Fajna opcja np. jako urozmaicenie po wiosennych nartach, szczególnie, że z kartą gościa VinschgauCard macie transport publiczny w dolinie za darmo. Mals - przy dworcu. Jeden z budynków w zabytkowym centrum Mals: Adyga jest tutaj niewielkim, rwącym potokiem: W wielu miejscach są tablice informacyjne z przebiegiem trasy. Warto wspomnieć, że Etschradroute jest częścią długodystansowego szlaku Via Claudia Augusta z Würzburga do Wenecji. Pozostałości wojenne? Docieramy do Glurns - maleńkiej, średniowiecznej perełki. To jedno z najmniejszych miast w Alpach, liczące sobie ok. 900 mieszkańców, z zachowaną oryginalną zabudową z XV i XVI w. i miejskimi murami. A że akurat zaczęło kropić, to przysiadamy na capuccino z kawałkiem sernika w jednej z kawiarni. Szlak prowadzi lekko z górki, dość blisko rzeki - w większości wydzielonym asfaltem, czasem są szutrowe odcinki - jak np. pod Prad lub pod Laas. Za Prad jedziemy przez jabłkowe sady. Widok bezkresnych szpalerów jabłoni z dojrzałymi, apetycznymi owocami będzie nam towarzyszył przez najbliższe dni. Jakże pięknie musi tu być również wiosną! Dojeżdżamy do Laas, znanego głównie z kopalni śnieżnobiałego marmuru. Ale nie tylko - wkrótce odbędzie się tu kolejna edycja przyznania prestiżowej literackiej nagrody im. Franza Tumlera dla najlepszego, niemieckojęzycznego debiutu literackiego. Widok na plac przeładunkowy przy linii kolejowej oraz (w tle) na dawną kolejkę szynową na zbocze kamieniołomu: Stąd już niedaleko do Goldrain, do naszego pensjonatu. Pierwsze ponad 60 km pedałowania za nami, a rano wyruszamy na wyrypę z sakwami. [cdn.]1 punkt
-
1 punkt
-
W takim razie wyrazy uznania za reportaż należą się Wam Obojgu . I czekamy na relację z pierwszej ręki samego Głównego Bohatera1 punkt
-
Film dobrze pokazuje o co chodzi w pływaniu na jachtach tej klasy, ta dwójka jest perfekcyjna i zapewne ma jakieś doświadczenie regatowe za sobą. Największym problemem na jachcie dwuosobowym jest znaleźć tego drugiego. W Wielkiej Brytanii w Nowej Zelandii czy Norwegii dzieciaki uczą się żeglarstwa w ramach zajęć szkolnych. Sam niedawno na Omega zapoznawałem z żeglarstwem dwóch maluszków, bardzo im się podobały przechyły i ciągnięcie szotów, a największą frajdę było wyławianie odbijacza czyli ćwiczenie człowiek za burtą, maluchy już wiedzą że można wypaść z łódki ale to nie koniec świata.1 punkt
-
Proszę bardzo Magda. Ale po prawdzie to głównie zasługa Ani, ja czekałem jak towarzystwo bardziej rowerowe się uaktywni. Oboje obserwowaliśmy wyczyny Maćka od startu, a w zasadzie nawet wcześniej, bo początek wyścigu był w 2018 roku. Miśka jednak stwierdziła, że dłużej czekać nie będzie i ruszyła z relacją. Później było łatwo, Ania sprawdzała co z Maćkiem do 2 - 3 w nocy ja od 3. I tak dzionki uciekały do newralgicznego 10 dnia. No i Maciek pokazał pełną moc w momencie najbardziej odpowiednim. Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
A w ćwierćfinale brak amerykanów, u panów ostatnio dość często się to zdarza, ale u kobiet to jednak niespodzianka. Dwie najlepsze 8 bez gospodarzy. Generalnie w meczach pań dzieje się dużo więcej jak u facetów. Większość meczów bardzo zaciętych i na wysokim poziomie. Młoda generacja (poniżej 20 lat) mocno się rozpycha. Również Sakkari z Andreescu rozegrały fantastyczny mecz na najwyższym poziomie. U panów większości zawodnikom (tym przegrywającym) starcza sił tylko na jednego dobrego seta. Większość młodych kończy wycieńczona lub z kontuzją dogrywając mecz bądź oddając walkowera. Medvedev już w półfinale. Zverev i Djokovic muszą o półfinał jeszcze zawalczyć. Trudniejszego rywala wydaje się mieć Djokovic. Półfinały męskie mam nadzieję pokażą w końcu jak potrafią grać panowie, zwłaszcza ten z górnej połówki...1 punkt
-
Witaj na forum, @arzak Nie ma powodu do rozpaczy . Moi też w wieku wczesnonastoletnim przesiedli się na snowboardy, tym niemniej w dalszym ciągu jest fajna baza do wspólnych wyjazdów zimowych - nawet gdy są już dorośli. Córka pierwsze kroki na desce stawiała właśnie w Jańskich Łaźniach, na Hoffmankach. Jeśli są obyci z nartami, to pewnie szybko załapią snowboard. Bardzo fajne tereny dla początkujących są w Černym Dole - tuż obok Jańskich Łaźni. Obydwa ośrodki są na jednym skipassie i kursują między nimi skibusy, więc można skorzystać z tras i tu i tam. Osobiście nie mam doświadczeń z tamtejszymi szkółkami, ale znajoma brała instruktora dla syna, właśnie w Černym Dole i nie było jakichś istotnych problemów komunikacyjnych.1 punkt
-
Ja tez. Choćby przez sympatyczniejsze świętowanie wygranych punktów. Tez chciałem obie promować do dalszej gry. A co do Swiatek to sukces niejedno ma imię https://www.sport.pl/tenis/7,64987,27545578,niedoceniany-sukces-igi-swiatek-nie-mniejszy-niz-zwyciestwo.html#do_w=107&do_v=314&do_st=RS&do_sid=677&do_a=677&s=SMT_Link_21 punkt
-
Dobry plecak juz mam. Jest wygodny trwaly ma rozne kieszonki i niezla wentylacje przy wadze ok. 550g. (20l) Ale tu nie o to chodzi. Tak maly bagaz upchne bez plecaka i bez bagaznika. Bagaznik bedzie niezbednt przy dluzszych wypadach gdy musisz wziac namiot zarcie na kilka dni itp. Wtedy sam plecak nie wystarczy. Dyskusyjna jest sprawa posrednich wyjazdow gdzie zabierasz do 10 kg. Wtedy mozliwy albo plecak albo bagaznik1 punkt
-
W sumie nie do mnie pytania, ale chętnie odpowiem ze swojej perspektywy Widzę dwie wady oddawania roweru do dobrego serwisu: czas i pieniądze. Na taki serwis niestety zazwyczaj trzeba czekać, a dla mnie każdy dzień bez roweru to jak bez ręki. Dodatkowo za dobry serwis trzeba dobrze zapłacić i tutaj włączają mi się moje rzekome szkockie geny:-) W rowerach bez amortyzacji jest o tyle prościej, że takie sprzęty to naprawdę proste maszyny. W sumie większość napraw/wymian jestem w stanie wykonać sam, no może nie licząc kół (zaplatanie/centrowanie). A już takie rzeczy eksploatacyjno/regulacyjne typu regulacje przerzutek, hamulców, wymiana linek/pancerzy/napędu (kaseta+łańcuch) jest bezproblemowa. W dobie sporej liczby filmików instruktażowych na youtube dostęp do wiedzy jest naprawdę łatwy. A satysfakcja z dobrze wykonanej naprawy bezcenna. Takie coś przydarzyło mi się wcale niedawno - pasek od podsiodłówki (nie schowałem go) wkręcił mi się w napęd i spowodowało to urwanie haka. Problemem nie jest wymiana, która polega tak naprawdę na odkręceniu dwóch śrub. Jeśli przerzutka wyszła bez szwanku to nawet za dużo regulacji nie będzie po wymianie. Natomiast kłopot stanowi posiadanie odpowiedniego haka w momencie awarii:-)1 punkt
-
Mitek, Tak jak napisałem, dobry wstęp do tematu. Czy naprawdę myślisz, że grozi mi wożenie tony zbędnego sprzętu? Filozofię ultralight stosuję co najmniej od 15 lat, więc to raczej nie z uwagi na modę. Na jednodniowe wycieczki plecak jest zbędny. BTW. Taki składany koszyk to nie byłby wcale taki głupi pomysł. Na długi podjazd szutrem dajesz plecak do koszyka na kierownicę. Dociążony przód nawet ułatwia strome podjazdy. Na zjazd zakładasz plecak i koszyk do środka. To tak oczywiście pół żartem, ale tymczasowe mocowanie plecaka do kierownicy to już całkiem poważnie rozważam.1 punkt
-
Tak na marginesie serwisów wszelkiego rodzaju. To co się dzieje w niektórych serwisach to rozbój w biały dzień. Miałem ostatnio kłopot z popsutym telewizorem Samsung. Zrobiłem go, nie sądzę aby ta naprawa kosztowała serwis więcej niż 20-30 zł. Ja zapłaciłem dużo więcej, i to nie w serwisie Samsunga ale tak psim swędem, jeden zdiagnozował na 90%, ja na własne ryzyko wysłałem do regeneracji pewien element, potem warsztat toto zmontował. W serwisie Samsunga koszt byłby ok 1000 zł, moze więcej. Amortyzatory. To części z reguły o bardzo prostej budowie. Zużywają się podczas pracy, puszczają uszczelnienia, psują się zaworki, gaz ucieka, olej się starzeje. Pomijam tu uszkodzenia mechaniczne, skrzywienia, urwanie mocowania itp. Zwykły serwis polega na wymianie oleju i uszczelnień. Czemu to tyle kosztuje, nie wiem. Regenerowałem kiedyś amortyzatory Koni, zapłaciłem coś około 70% ceny nowych. Co do cen regeneracji amortyzatorów firmy Ohlins, nie wypowiadam się. Mogę przypuszczać że cena jest wyyysssoookkkaaaa. Ja od kilku lat używam zawieszenia regulowanego firmy BC Racing. Nie jest to najwyższy model tej firmy, mnie jednak zadowala. Powiem tak, słuzy mi dłużej niż się spodziewałem kupując je. W rowerze też nie ma jakichś mecyjów. Trzeba wymienić olej, uszczelnienia no i uzupełnić gaz, jeśli amortyzatory są gazowe. Trzeba sprawdzić sprężyny, czy trzymają parametry, czy też inne elastomery, jeśli są używane, czy czasem nie są porozbijane. Firmy stosują specjalne zabezpieczenia żeby czasem rur nie rozkręcać (gaz pod ciśnieniem), żeby potem po rozkreceniu samo się nie rozkręcało, co mogłoby skutkować wypadkiem, itp sprawy. Cała rzecz jest z punktu mechanicznego prosta, diabeł tkwi w szczegółach. A to potrzebny specjalny klucz, a to uchwyt, a to nie wiemy jaki olej nalać, jakie ciśnienie gazu nabić, itp. W związku z tym serwisy wykorzystują sytuację i za byle robotę każą sobie płacić jak za złotą biżuterię. No cóż, sami wszystkiego nie jesteśmy w stanie zrobić, musimy płacić. A ostatnimi czasy wszyscy, gdzie byś nie poszedł gadają , cyt. "wszystko panie drożeje" i podnoszą ceny, podnoszą, podnoszą!1 punkt
-
Cześć Zawsze mi się wydawało, że narta GS czy o charakterze GS to promień, minimum 20 metrów, chyba, że mowa o nartach juniorskich. Ale widzę, że to chyba nieaktualne. Pozdro1 punkt
-
23.08 (poniedziałek) – Goldrain-Klausen (105 km) Sakwy spakowane? No to ruszamy! Zasadniczo koncepcja była taka, żeby objechać dookoła główny masyw Dolomitów dolinami rzek: Adygi, Eisack (Isarco), Rienz, Boite, Piave i Brenty. Wiodą tamtędy szlaki Via Claudia Augusta, Pustertal-Radweg, Dolomiten-Radweg oraz Eisacktal-Radweg. Cała pętla liczyłaby ok. 400 km, przy czym dołożyliśmy odcinek z Vinschgau, wzdłuż górnej Adygi (ok. 70 km). Trasa mniej-więcej opracowana, noclegi ogarniamy na bieżąco - w zależności, dokąd dojedziemy. Odcinek do Bolzano przejechał się sam, bo było z górki, za to ostatnie 30 kilometrów jechaliśmy w górę doliny Eisack (w kierunku Brennera). Pierwsza ciekawa miejscowość to Kastelbell, ze średniowiecznym zamkiem obronnym. Kolarska metaloplastyka w Naturns: Charakterystycznym elementem krajobrazu są duże krucyfiksy w drewnianych kapliczkach o formie deltoidu: Jedziemy nad rzeką ... ... aż do elektrowni wodnej w Töll: Docieramy do punktu widokowego ponad Merano: Tym razem nie zatrzymujemy się dłużej w Merano, bo przed nami jeszcze spory kawałek drogi. Ale przy trasie rowerowej taka ciekawostka : Dość płaski odcinek do Bolzano, wzdłuż linii kolejowej i rzeki. Jedyną atrakcją jest zjawiskowy kontur masywu Rosengarten (?) na horyzoncie. Bardzo fajnym udogodnieniem w lecie są też gęsto rozmieszczone ujęcia wody pitnej - wprost przy ddr-ce lub w miejscowościach. Zimna, krystaliczna woda w upał - bezcenne! W Bolzano zaglądamy na starówkę - do katedry i na Walthersplatz. Stoi tutaj monumentalny pomnik Walthera von der Vogelweide - średniowiecznego minnesängera niemieckiego, najwybitniejszego poety aż do czasów Goethego. Statuę wykonano z białego marmuru w Laas pod koniec XIX w. z inicjatywy niemieckojęzycznej ludności miasta, na fali ruchów narodowościowych. A dlaczego akurat Vogelweide? Otóż jedna z hipotez, dotyczących miejsca urodzenia Walthera, głosi, że przyszedł na świat w pobliskim Lajen, w dolinie Eisack. Katedra: Od Bolzano zmieniamy dolinę - teraz będziemy jechać na północ, wzdłuż Eisack. Niestety za sąsiedztwo - oprócz rzeki i linii kolejowej mamy teraz również autostradę i starą szosę na Brenner. Obydwie głośne i bardzo ruchliwe. Gdzie się dało, to poprowadzono ddr-kę w oddaleniu od dróg samochodowych, ale nie wszędzie było to możliwe, bo wąwóz miejscami jest dosyć wąski. Jeden z kilku tuneli rowerowych na trasie: Eisack: Rzut oka na zegarek, na mapę i decyzja, że nocujemy w okolicach Klausen. W samym miasteczku niestety nic nie znalazłam w naszym budżecie, ale kilka kilometrów dalej, w stronę Brixen były wolne pokoje w sympatycznej agroturystyce, u właścicielki okolicznych jabłkowych sadów. Podwieczorne klimaty w Klausen: I nasze lokum na noc: [cdn.]1 punkt
-
Ok, źle zrozumiałem. 😉 Dla mnie też ten wynik jest kosmiczny. To jeszcze dorzucę fotki dziewczyn - niebieskie koszulki to dwie finalistki MRDP Marzena i Gosia, czerwone wolontariuszki Kasia i Iza (moja żonka), a w środku Daniel organizator. PS. Jak widać, jak skończył się maraton, pogoda zaczęła dopisywać... 😉😁1 punkt
-
Bardzo dziękuję. Jest mi tez miło, że mogę kogoś zainspirować. Przy okazji pozdrów swoją Żonkę. 🙂 Powoli wracam do normalności, mam jeszcze mocno spuchniętą prawą kostkę, ale to pewnie dla tego, że była już dwa razy skręcona i ślad po tym pozostał. Co dalej? Nie wiem. Rowerowo czuje się spełniony, udało mi się przejechać coś, co w limicie czasu przejechały zaledwie 52 osoby w tym kraju, choć obecnie w różnych ultra startuje już dobre parę tysięcy osób w roku. W dodatku przejechałem edycje z najdłuższą trasą (o dobre 3 godziny jazdy więcej niż każda poprzednia) i z najgorszą pogodą - 7 dni deszczu i to takiego typu totalna zlewnia, a jak już nie padało, to było zimno lub wiało prosto w pysk. Chyba na razie chcę odpocząć. 😉 Swoją drogą jeszcze niedawno wymarzony Bałtyk-Bieszczady Tour, obecnie to dla mnie pryszcz, łatwizna. Nigdy bym nie pomyślał, że kiedyś tak będzie. Znam ten maraton i jest to obecnie chyba najdłuższy ultra na świecie. Niestety, żeby pojechać coś takiego, trzeba dostać sporo urlopu, do tego trzeba mieć niemały budżet. 😉 Do tego dochodzą problemy z COVID-19 - przekracza się sporo granic, a to oznacza sporo niepewności czy to się uda. Papierologia, ograniczenia bądź zmiany, które mogą zostać wprowadzone, kiedy będę już w drodze. Obecna sytuacja nie sprzyja międzynarodowym wyścigom. Jeśli się nie mylę, tegoroczny Transcontinental ( ok 4000 km przez Europę) został odwołany. Czy myślałem o zagranicznych maratonach? Tak! Mi po głowie chodzi NorthCape4000 - startuję się we Włoszech pod palmami i jedzie na tytułowy North Cape, czyli najdalej wysunięty na północ punkt Europy. Marzy mi się też TABR (Trans America Bike Race), czyli maraton w poprzek USA. Start na Zachodnim Wybrzeżu (San Francisco), meta nad Atlantykiem (Nowy Jork). Dystans coś ok 6700 km. Tylko znowu te koszta... 😉 Kolega, który to jechał i nie korzystał z noclegów (tam to średnio 100$ za noc), wydał na to ok 20 000 zł! No i znowu ten urlop... 😉😁1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt







