Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. Zagronie

    Zagronie

    VIP


    • Punkty

      7

    • Liczba zawartości

      511


  2. tanova

    tanova

    VIP


    • Punkty

      4

    • Liczba zawartości

      2 774


  3. Lexi

    Lexi

    Użytkownik forum


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      3 902


  4. Ziemowit

    Ziemowit

    Użytkownik forum


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      1 785


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 18.09.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Post 4 Wyprawa Klubu Tatrzańskiego w Hindukusz-1973 Nosiło nas w Klubie! Co skończyło się wyjazdem do Iranu w 1972 r, w góry Elburs(blog-„Egzotyczny Iran”). Rok później PTTK obchodziło swoje stulecie. Sto lat wcześniej(1873 r) powstało Towarzystwo Tatrzańskie. Z siedzibą w Krakowie. Należeli do niego tacy ludzie, jak min. - Chałubiński, Eljasz, Sienkiewicz, Modrzejewska, Witkiewicz. Członkowie TT wędrowali po górach, mając w klapie odznakę, ze stylizowaną głową kozicy. Stulecie to jest coś bardzo poważnego. Ktoś rzucił hasło - Klub Tatrzański zorganizuje z tej okazji wyprawę w Hindukusz. Może Heniek Ciońćka, którego dobrze znał prezes klubu Jasiu. I który był już w Hindukuszu. Klub jest w PTTK. To coś bardziej masowego dla władz, niż elita z Klubu Wysokogórskiego. Władze to poprą. Dostaniemy dolary(po130 na osobę). To była najważniejsza rzecz, aby opłacić wynajem samochodu i kulisów, niosących wyposażenie wyprawy do bazy. Reszta będzie za złotówki. Reszta - to znaczy sprzęt i żywność. Wszystko musi być krajowe. Były wtedy fajne rzeczy na zachodzie, na wyposażenie wypraw, ale za dewizy! To będzie poważna wyprawa. Klub Tatrzański nie miał takich alpinistów. Ale od czego są sąsiedzi z za ściany z Klubu Wysokogórskiego. Chętnie pojadą. Wykorzystywało się każdy pretekst, by dostać poparcie, dolary i wyjechać w wyższe góry. Kierownikiem zostaje Jerzy W. Firma o znanym nazwisku, tym bardziej, jeśli chodziło o Hindukusz. Jego zastępcą został Karol J., uczestnik wyprawy z 1962 r w te góry. W składzie mamy gwiazdę pierwszej wielkości, też już znającego Hindukusz. Kiedyś znakomitego wspinacza z Dolomitów i Alp Ryśka Z., zwanego w Klubie Wysokogórskim „brudasem”, ponieważ się często mył. Janusz W., biolog z UJ. Jedzie w Hindukusz po raz drugi, zbierać swój materiał do badań. To byli sprawdzeni ludzie w górach wysokich. Wystarczy przeczytać to, co już wcześniej napisałem o wyprawach w Hindukusz. Razem było nas dziewięciu. A więc jeszcze dwójka doświadczonych członków Klubu Wysokogórskiego - Leszek Z. i Wojtek K.. Maciek D., chirurg z Kopernika(ulica w Krakowie z klinikami), goprowiec. Andrzej G. należy do naszego klubu, ale też i do KW. Jest w nim członkiem zwyczajnym. Ja też jestem członkiem KW, ale tylko uczestnikiem. Mam za małe doświadczenie w Tatrach. Zostałem zaakceptowany przez kierownika. Jeszcze nie znałem Jurka. Tylko tyle, co wyczytałem o nim w monografii K. Seysse-Tobiczyka „od Andów po Hindukusz”. Iran coś mi pomógł. On znał Elburs w Iranie i rejon Alam Kuh. Był tam na wyprawie w 1969 roku, razem z Stanisławem Bielem, jako kierownicy grup z Krakowa. Tylko że ja(my w klubie?) o tym nie wiedziałem. Ale on wiedział o naszym wyjeździe i działaniu w tym rejonie. Mieliśmy też przed wyjazdem do Iranu rozmowę w klubie z Bielem. Góry Elburs go nie interesowały(już w nich był). Ale gdybyśmy zorganizowali wyjazd w góry Hoggar(na Saharze) to pojedzie z nami. Biel już wtedy rezygnował z poszukiwania wyzwań w górach. Od coraz co wyżej stawianej poprzeczki. Czego nie można powiedzieć o wielu późniejszych znakomitych alpinistach. Którzy nie mogli się „oderwać” od gór i w nich zostali. Gdyby nasza działalność w Iranie była lepiej znana(rozpropagowana). Być może w kolejnej monografii K. Seysse-Tobiczyka „Himalaje-Karakorum” (1974 r) znalazł by się opis naszego działania, jako polskiej wyprawy w Elbursie. Jest w tej książce opis działania Polaków w Iranie, w latach poprzedzających nasz wyjazd(Andrzej Marczak - Iran i Azja Mniejsza). Nasze informacje pochodziły tylko z „Taternika”. Monografia K. Seyyse-Tobiczyka ukazała się rok po naszym pobycie w rejonie Tacht-e Sulejman. Pisząc posty w blogu „Egzotyczny Iran” zupełnie zapomniałem, że leży u mnie na półce. Biwakowaliśmy na czterech kilometrach. Przeszedłem razem z Januszem drogę Steinuera na Alam Kuh. Na Demawendzie poznaliśmy, co to jest rozrzedzone powietrze. Dla naszych pań(Elżbiety i Rysi), kobiet turystek, nie wpinającyh się, wyjście na Demawend było pewnym osiągnięciem. Przy kompletowaniu obsady na Hindukusz dowiedziałem się, jak w się praktyce, dobiera zespół na wyprawę. Wybiera kierownik. Ale już wybrany może kogoś zaproponować, którego zna praktycznie. Kierownik ma głos decydujący. Wybór członków jest sprawą najwyższej wagi. To ma być zespół współpracujący, a nie zespół egoistów, realizujących swoje, prywatne cele. Cel jest jeden. Cel wyprawy. Zostałem więc jej członkiem. Byłem najmniej doświadczony spośród kolegów. Dobrze będę „tragarzem”- myślałem. Zawsze większość członków wypraw to tragarze. Ludzie od czarnej roboty. Ktoś musi nosić coraz wyżej, sprzęt i żywność. Zakładać obozy i liny poręczowe. Elita jest oszczędzana na atak szczytowy. Ale zawsze można mieć nadzieję, że wyjdzie się dość wysoko. Może na sam czubek góry, gdy mój organizm będzie super silny. Wyprawa jako oficjalna miała swoją pieczątkę i papier firmowy. Z napisami także w języku angielskim, z podaniem konta PKO I. Mieliśmy „pocztówki”, wykonane przez drukarnię. Ze zdjęciem pięknego szczytu w Hindukuszu, Kohe Baba Tangi(6513 m) Ryszarda Zawadzkiego. Z kolorowym obramowaniem, oraz odbiciem znaczka klubowego. Z gadżetów na podarunki mieliśmy znaczki, które można było wpiąć do klapy. Miały one w swej treści wmontowany znaczek klubowy. Stylizowaną głowę kozicy. Byliśmy klubem tatrzańskim, to zobowiązywało. Jurek rozdzielił robotę. Mnie przypadła działka pod nazwą żywność. Dostałem listę około dwudziestu produktów, sprawdzonych na poprzednich wyprawach w Hindukusz. Oczywiście tylko polskich. Należało je stopniowo zdobywać. Więc pisałem pisma, na papierze firmowym, o zapomogi. Mogą być produkty, albo gotówka. Produkty najlepiej w puszkach. Inaczej się zepsują. Nie liczyłem pism, ale zebrało się ich kilkadziesiąt. Głównie do fabryk produkujących żywność. Pozostali koledzy też nie próżnowali. Każdy miał swoją działkę. Potrzebne były namioty, „puchy”(kurtka, śpiwór). Śpiwór - kilo czterdzieści gęsiego puchu. Kurtka - siedemset gramów. Puch skupywała jakaś firma od drobiu. Więc nam może „podarują”, jako sponsorzy, lub sprzedadzą. Brakującą ilość należy szukać na wsi od „baby”. Kurtki i śpiwory dla wypraw szyła pani Momatiukowa z Katowic. Żona znanego alpinisty. Wiedziała jakie są wymagania od tego sprzętu. I jaki materiał ma być na pokrycie? Mocny i lekki. Tylko stylon. W Łodzi go produkują na eksport. Znów pisma. Ktoś musiał wykonać czekany i raki. Czekan to głowica, odkuwka, nie spawana. Drzewce to nie problem. Raki mają być ze stali elastycznej, ale też dającej się hartować. I też nie spawane. Namioty zrobi Legionowo. W Krośnie produkują liny alpinistyczne. W Wałbrzychu opracowali buty podwójne, na warunki w górach wysokich. „Lekkie metale” w Kętach pospawały nam stelaże, z rurek aluminiowych, pod wory. To z grubsza wszystko. Pakowane do żółtych bębnów, z fabryki lekarstw „Miraculum” w Krakowie. Od jesieni, przez zimę, toczą się narady, jak sprawa posuwa się naprzód i co trzeba zrobić. Pojedziemy pociągiem do Termezu. Razem z nami bagaż. Droga jest znana. Jurek, Karol i Rysiek już tam jeździli. Jedziemy do Doliny Mandaras. Jurek postawił cel. Bardzo ambitny. Przejście grani Nadir Szach – Szachaur. I jednocześnie pierwsze polskie wejście na Szachaur. Droga cały czas na wysokości blisko siedmiu kilometrów. Ja się nie zastanawiałem, czy to będzie możliwe. Nie znałem Hindukuszu. Tylko z monografii K Seyyse-Tobiczyka. Moje doświadczenie górskie, w stosunku do kierownika, było minimalne. Zresztą było to wtedy takie odległe. Wszystkie moje siły były skierowane na bieżące sprawy. Robiłem swoją robotę. Wiedziałem, bo obliczyłem, że średnio na jednego członka wyprawy, na jeden dzień, potrzeba będzie nieco ponad kilogram różnych produktów. Na śniadanie, obiado-kolację. Licząc dziewięciu członków, liczbę dni w górach i dojazdy(powroty) wychodziło do półtony, które trzeba będzie zgromadzić. Potem zapakować razem ze sprzętem do bębnów. Tym się zajmowałem. Wszyscy mieli podobne problemy. Wszyscy gdzieś pracowali przez sześć dni w tygodniu. Nikt nas nie sponsorował, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Nikt fizycznie się nie przygotowywał do ciężkiej pracy, w rozrzedzonym powietrzu. W noszeniu ciężkich worów. To był amatorski alpinizm. Taki jeszcze wszyscy u nas uprawiali. Zdjęcia: 1. „Pocztówka”. 2. Cel wyprawy – Grań łącząca szczyt Nadir Szach(z prawej - 6814 m) z Szachaur`em(z lewej – 7116 m). Grań ma ok. pięciu kilometrów długości. Na tle czarnej ściany Nadir Szacha widać szczyt M3(6300 m)oddzielony od niego przełęczą. Zdjęcie autora postu, zrobione ze szczytu M1(6020 m), w czasie wyprawy. Dolina Mandaras jest na prawo, poza zdjęciem. Nadir Szach został zdobyty po raz pierwszy przez wyprawę poznańską(Dobrogowski, Gąsiorowski, Mitkiewicz - 1962 r). Na ww. przęłęczy ustawili obóz II(6000 m). Namiot kolejnego obozu został ustawiony na wysokości 6650 na lodowcu, spadającym ze szczytu
    3 punkty
  2. Na forum narciarskim takie porady są niezgodne z regulaminem
    2 punkty
  3. To już chyba lepiej do sąsiedniej Wisły - trochę luźniej i lepszy aquapark.
    2 punkty
  4. A tam od razu eksterminacji ... Sprawa rozwiąże się sama: niezaszczepieni czekają, aż zaszczepieni umrą po szczepionkach, a zaszczepieni czekają, aż niezaszczepieni umrą na Covid, bo się nie zaszczepili. Tyle, że zaszczepieni może jednak jeszcze pojeżdżą trochę na nartach w tym sezonie.
    2 punkty
  5. Post 3 Klub Tatrzański PTTK w Krakowie Byliśmy z żoną, jako studenci, członkami Klubu Tatrzańskiego PTKK w Krakowie. Oddział Krakowski PTTK wynajmował jedno piętro w budynku na ulicy Basztowej. Miały tu siedzibę także inne kluby PTTK. Kajakarze, żeglarze itd. Jeden pokoik na tym piętrze miał do swej wyłącznej dyspozycji Klub Wysokogórski. Głównie służył on im jako miejsce na zebrania taterników, odczyty. Cisnąłem się wraz z innymi w tym pokoiku, na prelekcji Stanisława Biela. Ówczesnej gwiazdy polskiego alpinizmu. Biel wrócił świeżo z Grindewaldu, gdzie wraz z partnerem przeszedł, wysoką na tysiąc osiemset metrów, północną ścianę Eigeru. Było to jej pierwsze polskie przejście(1968 r). Przywiózł ze sobą kolorowe przeźrocza. Wspaniale opowiadał o tej ścianie, o historii jej zdobywania. To była dramatyczna opowieść o „wahadłach” przy wspinaczce. O nieszczęśnikach, którzy odpadli od ściany i zdarzyło się im wisieć przez dwa tygodnie. Zanim ściągnięto ich ciało. Całą wspinaczkę można sobie było obserwować przez dużą lornetę z Grindewaldu. I też to wiszące ciało. Ściana ta też jest sławna z kolejki, która sobie jedzie w jej wnętrznościach na lodowiec pod Jungfrau. Nasz Klub nie miał pokoju, ale korzystał jak inne z sali ze stolikami, gdzie można było dostać w bufecie kawę, czasem i ciastka. Mieliśmy wyznaczony dzień i godzinę na spotkania. Każdy klub PTTK tak miał, by nie było bałaganu. Klub w zamierzeniu(statut) grupował tzw. wykwalifikowanych turystów górskich. Coś pośredniego między zwykłym turystą poruszającym się po szlakach, a taternikiem. Byliśmy klubem „elitarnym”. Należeli do niego głównie studenci, pracownicy krakowskich uczelni, inżynierowie. Nowy członek musiał być polecony przez należącego już do klubu. Poruszaliśmy się poza szlakami, głównie za granicą Bułgaria(Riła, Pirin), Alpy Julijskie. W Tatrach nie bardzo się dało, bez narażenia się na karę. Klub organizował letnie obozy wspinaczkowo-turystyczne. Czy też narciarskie obozy zimowe w Zakopanem. Ale niektórzy członkowie klubu byli także wspinaczami, należącymi do Klubu Wysokogórskiego. Ci już mogli korzystać z większej swobody w Tatrach, by dojść pod „ścianę”. Zresztą niekoniecznie się wspinać po tym dojściu. Taternicy nieraz zabierali ze sobą „osoby towarzyszące". Pełniąc rolę wykwalifikowanych przewodników. Nie było w Tatrach przewodników, którzy mogliby prowadzić turystę w terenie skalistym,. Do Klubu Wysokogórskiego nie mieliśmy więc daleko. U nas dominowały głównie dziewczyny. Studentki, sympatie. W naszym Zarządzie był też Heniek Ciońćka, uczestnik kilku wypraw w Hindukusz. Klub miał przypinaną odznakę ze stylizowaną głową kozicy. Być może bardzo podobną do odznaki historycznego już Towarzystwa Tatrzańskiego(nast. post) Będąc tym członkiem skończyłem kurs jaskiniowy. Po pierwszych doświadczeniach praktycznych w Jurze na tym kursie, zrezygnowałem z bycia taternikiem jaskiniowym, gdy pojawiła się możliwość kursu skałkowego. Zresztą obydwa odbywały się w Klubie Wysokogórskim. Jaskinie to dla mnie była woda, błoto i zimno. Oraz siedzenie całymi tygodniami w ciemnościach w głębi ziemi. Na kursach najpierw jest część teoretyczna. Ta na kursie skałkowym odbywała się pod koniec zimy. A w niej było wszystko, to co przyszły taternik powinien wiedzieć. Góry skaliste, topografia, klimat. Wspinaczka. Sprzęt, technika wspinania się. Zasady asekuracji. Ratowanie się w razie wypadku. Potem była praktyka w skałkach, w Jurze. W dolinach Bolechowickiej, Kobylańskiej(Karniowickiej). Czy też wypady do Będkowskiej. W Kobylańskiej, u góry dolinki, było źródełko. Czyściutka woda wypływała z pod brzegu. Przy źródełku(wtedy to było tradycyjne miejsce) na materacach leżały vipy alpinizmu. Tacy co już zaliczyli Alpy. Ale i tacy, co byli i w Hindukuszu. Jednym z nich był „Zyga”, Andrzej Heinrich. Andrzej miał swoją trzódkę kursantów. Prowadził ją przez dolinkę, niosąc linę, zawieszoną ukośnie na plecach i piersiach. Był to osiemdziesięciometrowy „podciąg”. Na pętli wisiały stalowe karabinki i stalowe haki, różnych kształtów i rozmiarów. To całe żelastwo brzęczało, gdy szedł z kursantami na wybraną „drogę”. Andrzej był lubiany. Wyglądał na nieśmiałego. Andrzej ma dziewczynę! Plotkowało środowisko. Plotkowało przy źródełku. Wszystkie skałki w dolinach jurajskich mają swoje nazwy. Są przewodniki, więc można sobie poczytać. Jaka nazwa, jaka trudność drogi. Ale przykładowo - w Kobylańskiej -Słoneczna(turnia), Wronie Baszty, Okręt itp. W Będkowskiej „Dupa Słonia”(kształt skały, nad ziemią), Iglica itd. Andrzej był później znakomitym himalaistą. Nie tak, może spektakularnym jak Kukuczka, ale bardzo pewnym i wytrzymałym partnerem. Po Hindukuszu wyruszył w Karakorum-Malubiting - 1969 r i Kunyang Chhish -1971 r. Wszedł na kilka ośmiotysięczników w Himalajach i zginął w tych górach. Adepci wspinaczki, pod okiem instruktorów, „kosili” te skałkowe drogi. Potem leżąc na materacu gumowym przy źródełku. W szumie warkotu „Juvli”, słuchało się opowieści, jak z bajki, gdy któregoś z instruktorów zebrało na zwierzenia. Na przykład jeden z uczestników wyprawy w Hindukusz, mający wcześniej wspinaczki pod Mont Blanc powiedział pewnego dnia - słuchajcie - obliczyłem, że co dziesiąty z wybitniejszych alpinistów ginie. Autor tych słów(Jacek Poręba) był później członkiem wyprawy na Kunyang Chhish. Kierowanej przez Andrzeja Zawadę. Kolejne szkolenie odbyło się już w prawdziwych górach. Na Hali Gąsienicowej. Kilku instruktorów i bajkowy hotel w Betlejemce. Zaczyna się to od jakiegoś Skrajnego Filaru Skrajnego Granata. Potem Płyta Lerskiego, na przełęcz między Zawratową Turnią i Zadnim Kościelcem. No i tak nam szło szkolenie. Szło mimo, że jeden z instruktorów miał sztywne kolano(Adam Zyzak). Wspinał się jednak dobrze. Męczyło go dojście pod ścianę i zejście. Kurs skończyliśmy egzaminem. W nim była, min., szczegółowa topografia Tatr Wysokich. Była to dla mnie przygoda. My kursanci wierzyliśmy starszym kolegom, że wiedzą co robią z nami. Kierowała nami ślepa wiara w doświadczenie starszych. Ale przyszły pierwsze refleksje. Do Murowańca dano znać, że jakiś facet wpadł do żlebu, który się zaczynał w dół od ścieżki na Skrajny Granat. W Murowańcu był jeden goprowiec, który pełnił rolę złotej rączki w schronisku. Zrobiło się ciemno, gdy wybraliśmy się z tym goprowcem w drogę. Nasi instruktorzy zaoferowali pomoc chłopu. Jeden z nich zjechał do tego żlebu, by tylko stwierdzić, że człowiek nie żyje. Drugi przypadek w czasie naszego dwutygodniowego kursu. Dwójka wspinaczy rozpoczęła już trzecią drogę tego samego dnia. Jak były krótkie, to tak robiono, by ich więcej zaliczyć. Trzecią był w tym przypadku Komin Drege`a na Granatach. Nadzwyczaj trudna wspinaczka. Pionowa, ciemna skała z wodą. Nieszczęśnik spadł z sześciu metrów na piarg. Pewnie nawet nie wbił haka, by się zaasekurować. To przecież tylko sześć metrów! Wspinałem się kilka sezonów w Tatrach. Ale jakaś ekstremalna wspinaczka, nie była w moim guście. Za blisko jest się tej granicy, skąd nie ma powrotu. Patrząc czasem potem na siebie, na zdjęciu czarno-białym, z przed lat, na Zamarłej Turni. Zadawałem sobie pytanie. Jak to było? Droga klasyczna na Zamarłej. „Piątkowa”. Wtedy marzenie, dopiero co opierzonego wspinacza. Kiedyś przed wojną przepustka, by nazwać kogoś taternikiem. Stopnie i chwyty nie są duże, ale skała jest lita, mocna. Tatrzański granit. Startuje się wprost z piargów. Nachylenie ściany gdzieś – pod siedemdziesiąt, stopni. Ekspozycja rośnie bardzo szybko pod nogami. Cały czas widać w dole piargi pod ścianą. Pod koniec „drogi” jest kominek wyjściowy. Niedługi, ale skała jakby nie lita, niezbyt pewna. Ma niewielkie występy. Nie jestem całkiem pewny, czy się nie urwą. Wbijam przed nimi hak. Zawsze się tak robi, gdy coś jest dalej niepewnego. Po dźwięku uderzeń wiem, że nie siedzi pewnie w skale. Jego ucho nie dotyka skały. Ale nie mam wyboru. Wpinam stalowy karabinek i linę. Ostrożne obciążam chwyty. Po może dziesięciu, lub więcej metrach, jestem na szczycie Zamarłej Turni. Ściągam partnera. Gratulujemy sobie Zamarłej! Ale to zdjęcie? Zrobił mi je Smieną, gdy się przymierzałem do tego kominka. No dobrze polecę, myślę - patrząc na nie. Jestem asekurowany liną przez partnera. Ale tylko teoretycznie! Ten hak się wyrwie. A jak się nie wyrwie, to będę wisiał w tej ówczesnej „uprzęży”, która była tylko pojedynczą liną(tu podwójną – „podciąg”)owiniętą dookoła żeber. Stracę szybko przytomność. Wisząc i wiercąc się na linie, hak się wyrwie. Polecę dalej. Wyrwę partnera ze stanowiska, to prawie pewne. Podzielimy los Skotnicówien. Takie wątpliwości zaczynały się wtedy u mnie. W pewnym momencie moje zafascynowanie wspinaniem stanęło między mną i moją dziewczyną. Ustąpiłem częściowo i przezwyciężyliśmy ten kryzys. Została moją żoną. Bardziej odpowiadała mi więc taka aktywność w górach, gdzie nie będzie takich skrajnych wyczynów na skale. Będzie więcej chodzenia. Gdzie będą lodowce. Piękne pejzaże, słońce. Przygoda. W tramwaju spotykam kolegę. Kiedyś na obozie Klubu w Dolinie Kieżmarskiej zrobiliśmy kilka dróg. Nawet byłem raz, w tym okresie, w jego domu. Był jedynym synem profesora UJ. Marian miał na imię. Cześć Marian! Marian przedstawia mi dziewczynę, to moja żona. Wspinamy się razem. Wiesz - jedziemy za dwa tygodnie w Alpy! Mamy już czekany. Pięknie, gratuluję! Niedługo po tym czytam w jakiejś gazecie, że znaleziono ich ciała pod Mont Blanc. Spadli dwieście metrów po polu lodowym. Zamarła Turnia Autor na „drodze klasycznej” na Zamarłej Turni. Nie pamiętam dokładnie daty. Ale był to rok 1965(66). Teraz jest znacznie łatwiej się na niej wspinać. Bez porównania lepszy sprzęt asekuracyjny. Na Zamarłej zamontowano cały szereg stałych punktów asekuracyjnych(haki, „spity”). Wtedy jedyna asekuracja odbywała się z własnoręcznie wbitego haka.
    2 punkty
  6. Post 5 Jedziemy w Hindukusz Bębny zostały zapakowane. Średnio każdy ważył 33 kilogramy. W nich spis zawartości. Wszystko to co zabieramy, zapakowane w ten sposób, że stracenie jednego, czy kilku bębnów nie rozłoży wyprawy. Zostały zaplombowane przez celników. Mieliśmy ich trzydzieści. Każdy z napisami, jaki jest cel wyprawy. Bębnów nie wolno rzucać! Każdy z nas dostał od Jurka, powielony słownik z języka „farsi” na polski. Tym językiem rozmawiają w Afganistanie i rozmawiali w Iranie. Autorstwa Bolesława Chwaścińskiego. Na początku dedykacja -„kol. Staszkowi Bielowi z myślą o wspólnej wyprawie, B. Chwaściński 16.III.1960”. Słownik mi już blaknie. Odbity z kalki i wywołany w amoniaku. Jechaliśmy pociągiem z Krakowa do Warszawy i dalej do Moskwy. Do Moskwy przyjechaliśmy rano. Odjazd do Termezu, z dworca kazańskiego, nastąpił pod wieczór. Pociąg jechał do Duszanbe w Uzbekistanie, przez Termez. Jechał najpierw na wschód, w kierunku Uralu. A potem skręcił na południe. Za oknem przesuwała się kołchozowa Rosja. Patrzyłem, od rana przez okno wagonu, na przesuwający się krajobraz. Mijaliśmy wsie z kolorowymi, małymi, drewnianymi domkami. Między którymi biegła szeroka, zakurzona wiejska ulica. Mijaliśmy pola i laski. W których rosły białe brzozy. Pociąg się nie spieszył. Jechaliśmy w wagonie sypialnym. Każdy miał miejsce do spania, na własnej pościeli. Przedziały były otwarte. Na cztery „łóżka”. To nie był luksus w drodze do Iranu. Tu jechał zwykły radziecki człowiek. Z własnym wyżywieniem. Konduktor na zamówienie pichcił herbatę w samowarze. Kolejnego dnia jechaliśmy przez Kazachstan. Za oknem, jak sięgnąć wzrokiem, było płasko, czasem pojawiło się jakieś zafalowanie terenu. Trawa już rudziała. Jechaliśmy przez stepy. W różnych kierunkach biegły ślady opon. Pusto, żadnych domów, czy drzewek. Tylko ta trawa.. Czasem mignął stojący przy torze mały budynek. Wokół nie było innych domów. Linia była jednotorowa. Na łukach, wystawiałem głowę za okno, patrząc na wijący się długi wąż wagonów. Patrzyłem na te stepy i na myśl mi przychodzili nasi rodacy, których tu kiedyś wywieziono. I których dużo jeszcze tu żyje. Koledzy znający już tą trasę, poinformowali nas, że jak się zbliżymy do Morza Aralskiego, to w wagonach pojawią się ryby. I rzeczywiście, na jakiejś stacji, do wagonów weszło sporo osób z pęczkami wędzonych ryb. Wiszących na drucie, za skrzela. Wagon zapachniał. Widocznie wtedy jeszcze istniało Morze Aralskie. Termez Przyjechaliśmy po dwu i pół dniach do Termezu. Pociąg jechał jeszcze dalej, do niedalekiego Duszanbe. Byliśmy w Uzbekistanie. Czekała nas tu niemiła niespodzianka. Bębny nie przyjechały naszym pociągiem z Moskwy. Gdzie one są i kiedy przyjadą? Związek Radziecki jest bardzo duży. W Termezie się nie dowiemy, co się z nimi dzieje Na razie zakwaterowaliśmy się w jedynym hotelu w tym mieście. Hotel „Szark” z zewnątrz wyglądał nawet przyzwoicie. Ale do spania, w dziewiątkę, mieliśmy jeden duży pokój. Byliśmy już sporo na południu. Było bardzo gorąco. Na łóżkiem miałem mały termometr. W nocy wskazywał 32 stopnie. W dzień znacznie więcej. Hotel był z restauracją, ale siku się robiło na zewnątrz. W malutkim budyneczku, gdzie byla dziura w posadce. Teren wokół Termezu to prawie pustynia Siedzielismy w tym hotelu. Pytając na stacji o los bębnów. Pewnie były, gdzieś tam, w ZSSR. Może nawet jeszcze w Moskwie. A może jechały pociągiem w naszą stronę. A może jakiś Wania, wysłał je, przez pomyłkę, do Irkucka lub Władywostoku. Wszystko było możliwe. Na miejscowej stacji nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Co robić? Tak czekać, że kiedyś przyjadą. Pytać codziennie, czy już są? Czas płynie. Mamy urlopy z pracy. Bez tego bagażu wszystko inne przestało mieć sens. Prawie roczny wysiłek grupy ludzi poszedłby na darmo. W Związku Radzieckim nie było książek telefonicznych. Zresztą miejscowa centrala nie połączyłaby z wybranym numerem. Jedyną nadzieją była polska ambasada w Moskwie. Jak się z nią połączymy, to może tam, na miejscu u kolejarzy, coś się dowiedzą. Popchną sprawę do przodu. Nikt nie zlekceważy telefonu z ambasady. Ale nie mamy numeru. A zresztą gdyby nawet był, to nie połączą nas z nimi. Doświadczenie kierownictwa było bezcenne. Należy się udać do miejscowego sekretarza partii. I przedstawić sprawę. Kierownik i drugi kolega, najlepiej znający rosyjski, przedstawili sprawę wyprawy. Centrala telefoniczna połączy nas z ambasadą. I rozmawialiśmy. Będą interweniować! Jest więc nadzieja, że bębny przyjadą. Ale dokładnie kiedy, to dalej nie było wiadomo. Jurek postanawił, że szkoda tracić czasu bezczynnie. Kilkadziesiąt kilometrów od nas, za Amudarią w Afganistanie już zaczyna się Hindukusz. Jakieś jego długie ramiona sięgają, aż tak blisko, nad pustynną równinę nad rzeką. Hindukusz w tym rejonie to jeszcze niewysokie góry. Skaliste, wapienne. Przecięte licznymi dolinkami. Suche góry. Ale mogą w nich być jaskinie. Które się tworzą w wapieniu. To są znane zjawiska krasowe. Klub Wysokogórski to także taternicy jaskiniowi, grotołazi. Niektórzy, jak mój szwagier Paweł, to dwu-dyscyplinowcy. Podziemni i nadziemni. Sprzęt jest prawie taki sam, jeśli chodzi o wspinanie, czy zjazdy. Odkrycie jaskini, czy też jej „pogłębienie”, albo rozszerzenie w poziomie, to marzenie każdego taternika jaskiniowego. Więc gdyby jakąś taką dziurę odkryć, w tym wapiennym Hindukuszu, to byłby mały sukces. Koledzy z Klubu Wysokogórskiego mogliby zacząć ją penetrować. Nigdy nie wiadomo z góry, co się za tym kryje. Może dziesiątki kilometrów korytarzy. I dla turystyki wspaniałe stalaktyty, stalagmity i stalagnaty. Pojedziemy w kilku za Amudarię i spenetrujemy obszar w pobliżu małej rzeczki, która płynąc, gdzieś z dalszych miejsc w Hindukuszu, przecina ostatnie skały na swej drodze do Amudarii, tworząc przełom. Jurek go zna. Jechał tam, już nie jeden raz. Za tym przełomem, przeprowadzimy rekonesans w poszukiwaniu jaskiń. Czekając na przyjazd kolegów, w wynajętym samochodzie z cennymi bębnami. Jestem w tej grupce, czteroosobowej. To coś nowego, zamiast siedzieć w Termezie. Nieznośny upał. W knajpie trzeba było płacić. Wóda była. Miejscowi nawet zapraszali na kielicha. Nie zdradzę, ale jeden z kolegów miał na to ochotę. Miasteczko, gdzie dokoła jest tylko pustynia. Zresztą włóczenie się po ZSSR nie było mile widziane. Zdjęcie Hotel „Szark” w Termezie
    1 punkt
  7. Jest jeszcze jedna czerwona flaga. Płatność tylko kartą, gdzie trzeba podać wszystkie dane karty. Jest całkiem spore ryzyko, że właściciel tego sklepu będzie uprzejmy sprawdzić jak duży limit mamy ustawiony dla płatności internetowych.
    1 punkt
  8. Skoro tak to musi być jeszcze sporo ludzi wierzących w "garbate aniołki".. ( wysłałem im @ zobaczymy co napiszą 😉)
    1 punkt
  9. To jest lepsze: Za darmo na cały świat. Przykładowa przesyłka zestawu narty + wiązania + buty o wadze ok. 15kg o wymiarach 180×30×30cm między Polską a USA kosztuje minimum 1000 zł. Nawet nie postarali się o minimum wiarygodności.
    1 punkt
  10. Na ich stronie nie ma żadnej informacji kim są ani gdzie są - złamanego centa bym im nie wysłał.. Wystarczy spojrzeć w "RETURN POLICY".. skoro nie ma adresu gdzie masz niby odesłać towar?......"wali" trupem na kilometr..
    1 punkt
  11. Nie traćmy wiary, do świąt jeszcze trochę, może w tym roku mróz Ci aż w dupkę wejdzie, wraz ze śniegiem na gwiazdkę.
    1 punkt
  12. Ciekawe kiedy wrzeszczcie będzie dostępna szczepionka na głupotę? Tu epidemia wchodzi już w fazę kulminacyjną.
    1 punkt
  13. A nie lepiej Krynica? Większa szansa na lepsze warunki śniegowe, więcej otwartych tras. No i Krynica nie jest dziurą jak Szczyrk
    1 punkt
  14. Mogę robić, ale wtedy kupowałem jeden karnet na kilka dni i mogłem jeździć także w Mosornym, a teraz będę musiał kupić dodatkowo karnet.
    1 punkt
  15. Trochę szkoda bo jadąc z Poznania w Tatry zatrzymywałem się w Mosornym na 2-3h i potem przejazd do innych ośrodków bliżej Tatr. Podobnie wracając do domu tylko w odwrotnej kolejności oczywiście. A tak to już tam raczej nie pojeżdżę w takiej konfiguracji.
    1 punkt
  16. Też o nich wcześniej nie słyszałem 😉, ale dkąd współpracujemy z Giantem, zacząłem przeglądać uważnie ich ofertę. Obecnie widzę, że trochę ubyło z oferty, ale pewnie to z powodu końca sezonu: https://www.giant-bicycles.com/pl/torby-i-sakwy-rowerowe
    1 punkt
  17. A Ty sobie odpowiedziałeś w kontekście samochodów gdzie chcesz pieniądze zostawić?
    1 punkt
  18. Dla mnie tyczki to jedyna forma dowolnej jazdy na nartach. Wszędzie indziej liczy się styl. No może jeszcze zawody skiturowe, ale to bardziej bieganie niż narty.
    1 punkt
  19. To zależy jak zdefiniujemy nieprzeciętność. Jeśli masz na myśli światowej klasy wirtuozów to pewnie nikt z nas nie osiągnie tego poziomu. W żadnej dziedzinie. Jednak samo wyjście ponad średnią nie jest takie trudne. Większość tutaj ma sporo wyższe od średniej dochody i majątek. Większość jest lepiej wykształcona, większość więcej podróżowała i uprawia więcej sportów niż typowy Kowalski. Niektórzy mają też osiągnięcia w różnych dziedzinach, które osiągają jeszcze wyższy poziom. Podobnie z kosztami. Wiadomo, że realizacja pewnych celów, wiąże się z dużym wydatkiem czasu i energii, ale czy to jedyny efekt? Ludzie wybitni, z reguły są dobrzy w wielu dziedzinach. Tak jakby jedna napędzała drugą. Często jest tak dosłownie Np. sukces zawodowy - sukces finansowy. Często też rozwój w jednym kierunku poprawia umiejętności przydatne gdzie indziej. Wytrwałość sportowca przydaje się w pracy, a elastyczność podróżnika w relacjach z ludźmi. Często wydaje się, że ktoś stracił wiele czasu, a tak naprawdę zainwestował w bagaż doświadczeń, które pozwolą mu w mig przegonić przeciętniaków.
    1 punkt
  20. Czy będzie normalny? Otóż to! Czy będzie sens ryzykowania swojego zdrowia, albo czegoś ostatecznego. Braki śniegu, czy jego zbytnie zlodzenie to pikuś, gdy się ma świadomość, że w górze czycha ostateczne przeznaczenie. W postaci szybkiego, bezkompromisowego karwingowca. To jest teraz największe zagrożenie "normalności" sezonu. Licząc jednak, że uda nam się z żoną jakoś wywinąć od kosy, zaczniemy teraz razem intensywniejsze przygotowania do sezonu. Głównie w sferze psychiki. Pojawiać sie będzie częściej pytanie. Jak to będzie, gdy po raz pierwszy staniemy u góry stoku? Czy ruszając z miejsca całe nasze jestestwo pamięta, co ma robić? Teraz o globalnym ociepleniu. Globalnie jestem mało zorientowany. Patrząc od wiosny na pogodę w Koninkach stwierdzam, że dawno nie było takiej, która cieszy leśników i producentów siana. Rośnie to jak głupie. Sam się wkopałem. Posadziwszy swego czasu parę krzaczków. Zrobiły się z nich krzaczyska. Nie znam się na tym ociepleniu. Ale obserwuję zjawiska. Porównałem zdjęcia. Z Tuxu. Różnica ok. 20 lat. Lodowiec zniknął. Teraz porównuję Hindukusz Wysoki. Różnica pół wieku. Cholera, coraz więcej rumoszu skalnego. Co się dzieje! Gdybym był internetowym ekspertem, to zapewne miałbym w jednym palcu wiedzę, że to odchylenie osi naszej kuli, albo wina człowieka. Albo, że to wszystko bzdura, ponieważ jakie ocieplenie, skoro w Tatrach już na Łomnicy zima. Proszę traktować łagodnie moje posty. Są zapowiedzią zbliżającego się sezonu. Moje i żony największe zmartwienie, czy warto będzie ryzykować życie na stoku. Mamy stare, głupie przyzwyczajenie do częstego skręcania w czasie zjazdu. To teraz bardzo ryzykowny styl jazdy.
    1 punkt
  21. Na tym forum bardzo wiele postów niestety przepada. Odruchowo skopiowałem gdy zobaczyłem, że admin wpadł jak burza i czyści tematy z offtopowych wpisów. Nie wiedziałem, że się niektórzy do mnie potem na PW zgłoszą po tekst Bumera, tak po prostu wyszło. Hmmmm... W sumie zastanawiam się czy nie otworzyć sklepik wpisów forumowych, które admin wywalił i sprzedawać je w cenie od 2zł do 10zł za sztukę zależnie od długości tekstu. Może to pomysł intratny na biznes?
    1 punkt
  22. Jakby kogoś „przypiliło”…..
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...