Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 19.11.2025 uwzględniając wszystkie działy
-
11 punktów
-
7 punktów
-
6 punktów
-
5 punktów
-
5 punktów
-
4 punkty
-
W zeszłym roku miałem nocleg w Bukowinie Tatrzańskiej na Olczańskim Wierchu, tuż przy stoku UFO, można było na niego prosto z kwatery na nartach wjechać, z czego korzystałem głównie na jazdach wieczornych. Warto dodać, dla tych co nie znają, że UFO to część Olczan Ski, łącznie to 3 wyciagi orczykowe plus jedno krzesło, oprócz UFO: Turnia, Zwyrtlik i Skałka. Jest tam też sporo wypożyczalni, punktów gastronomicznych, instruktorzy itp. Trasy krótkie i łagodne, ale z naśnieżaniem, oświetleniem do jazdy nocnej, przygotowane przez ratraki, fajna sprawa praktycznie w centrum Bukowiny. Rzut beretem jest tez Rusiń Ski, blisko tez np do Jurgowa czy Bachledki.4 punkty
-
4 punkty
-
4 punkty
-
Tylicz Master-ski startuje w najbliższą sobotę👍 https://master-ski.pl/4 punkty
-
4 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
3 punkty
-
I jeszcze Białka odpaliła armatki: ZACZYNAMY SEZON! Kochani! Właśnie odpaliliśmy armatki i… magia się dzieje! 😍 Na Kotelnicy słychać już szum naśnieżania, a białe płatki zaczynają otulać nasze stoki. To ten moment, na który wszyscy czekaliśmy przez cały rok! 🎿✨ Zobaczcie nasz najnowszy film — energia, emocje i pierwsze porcje zimowego szaleństwa już lecą w świat! Zima startuje! Czy Wy też czujecie tę ekscytację?! 🙌💙3 punkty
-
Jak co roku od bardzo wielu lat - wyłączając rok covidowy - w pierwszej połowie listopada udałem się na tydzień jeżdżenia na Hintertuxie. Tym razem w dolinie zielono, a na górze trasy czynne jedynie od Fernerhausu wzwyż; zwykle o tej porze roku da się już zjechać na Sommerberg, a czasem tam nawet pojeździć na krześle. Mimo to, warunki na trasach, które były czynne były bardzo dobre; temperatury na niewielkim minusie, do tego przez cały pobyt słońce (tak jeszcze w listopadzie nigdy nie miałem). Narciarsko mega otwarcie sezonu. W najbliższym tygodniu ma się nieco zachmurzyć i trochę dokurzyć śniegu - może zatem i niższe partie lodowca się otworzą. Niestety mieliśmy przygodę, bo jedna z osób z naszej grupy złamała obojczyk, więc trzeba było skorzystać z usług szpitala w Schwaz - niestety nie pierwszy raz tam byłem asystując komuś w jego ortopedycznym problemie. Przynajmniej już wiem co i jak, choć wolałbym tam znów nie jeździć. Trzeba jednak przyznać, że "obsługa" w szpitalu sprawna. A tu parę fot:3 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Przyczyną są specjalne działania producentów, używanie gorszych klejów itd by narty wytrzymywały coraz mniej ( dotyczy to nie tylko nart). W ciągu ostatnich kilku lat żadne moje deski nie wytrzymywały 2 intensywnych sezonów - rozwarstwily mi się Völkle, atomici i heady. Dopiero kolega prowadzący serwis i handlujący używanymi nartami kazał mi kupić narty stöckli - powiedział, że nie miał jeszcze ani jednej reklamacji na produkty tej szwajcarskiej marki - uwierzyłem mu i rzeczywiście śmigam na nich bez problemu.2 punkty
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Musieli dużo stracić rok temu na późnym starcie sezonu, bo stacje dają w armaty, jak mogą!1 punkt
-
1 punkt
-
mozesz tez sprobowac wesprzec polski biznes i kupic narty z Wisly, Forszty1 punkt
-
Podium w tym roku wygląda następująco: - złoto: UFO - srebro: Tylicz Master-ski - brąz?1 punkt
-
1 punkt
-
bazując nas moich doświadczeniach z paru ostatnich lat z tego typu nartami - ja już wiem, że moje następne do "zwykłej uniwersalnej" jazdy to na pewno któreś z tych (a SL i GS grzecznie nudzą się na stojaku): Völkl Mantra 84, Völkl Peregrine 82, https://www.youtube.com/watch?v=jBbEnIU86Nc Stöckli Montero AR (84) https://www.youtube.com/watch?v=-2gBao5wq981 punkt
-
Hejka, WOLNE MIEJSCA WYJAZD 12.12–16.12 AT + szkolenie FREERIDE jeździsz od dawna, ale: sztruks zaczyna cię trochę nudzić coraz częściej łapiesz się na tym, że z zazdrością patrzysz na linie w puchu spróbowałeś/łaś już jazdy off-piste i chcesz więcej szukałeś/łaś kursów, ale ceny skutecznie studzą entuzjazm Jeśli kiwasz głową to czytaj dalej bo mamy dobrą wiadomość: nie jesteś sam i właśnie zbieramy ekipę na wspólny wyjazd z kursem freeride w AT komfortowy bus 8-osobowy, wyjazd z południa Polski przez Kraków / Katowice (logistyka do dogadania); start piątek rano 12.12 4 dni na śniegu powrót po nartach 16.12, żeby rano być już w PL 13.12 – rozruch 14.12–16.12 – kurs freeride szkolenie 5 godzin dziennie, razem 15 godzin (lokalna szkoła/przewodnik, czyli ludzie, którzy znają teren najlepiej); kurs pod nas. W programie typowe rzeczy takie jak: podstawy+ogarnięcie lawinowego ABC technika jazdy poza trasą jazda poza trasą, dobór linii, czytanie stoku GDZIE - wybierzemy pod najlepsze warunki śniegowe, celujemy w: Stubai lub Ischgl i/lub coś w dolinie (Galtür, Kappl) lub Serfaus Fiss Ladis KOSZTY - Chcemy zmieścić się w 2500 zł w tym: dojazd 4 noclegi (mamy wstępne rezerwacje) 3 dni szkolenia ZAINTERESOWANY/A odezwij się na priv1 punkt
-
a ja wazme forumowicza w obrone, bo w swojej karierze juz widzialem gosci co wymiatali na nartach, ale naprawde nic poza jazda ich nie interesowalo, nie byli fanami sprzetu, nowinek technicznych itp itd. Rozumiem ze skala forumowa moze tego wymagac ale sa ludzie ktorym to nie jest potrzebne. Do dzis pamietam obrazek jak za dzieciaka na nartach w zakopanem, goral wyszedl prosto ze stodoly i w dzinsach i swetrze objechal kilku "scigantow", takze tak A co do wyboru, polecam obejrzec pare filmow NTN na youtube, bo mam wrazenie ze sporo ich testow jest bliskich twojemu zapotrzebowaniu.1 punkt
-
Cypr i Cypr Północny na rowerze Dlaczego tam i to teraz? - blisko i tanie loty (dostępne Katowic i Wawy, w Wro akurat była przebudowa lotniska) - umiarkowanie ciepło (jak polski lipiec) - piękne plaże i ciepłe morze - sporo atrakcji architektonicznych - bardzo interesująca (choć smutna) najnowsza historia - a też ciekawe inne, już bardziej odległe dzieje - granaty, figi, mandarynki, pomarańcze walające się przy drogach, wyciskany sok z granatów za 5E - bajka. - inne kulinarne odkrycia albo chociaż odmiany Dlaczego rower? Pytanie retoryczne... ale odpowiem. Bo to najlepszy sposób dogłębnego poznania. Udało się nam dotrzeć tam gdzie samochody nie dojadą, a na piechotę byłoby za długo. W 8 dni zrobiliśmy pętlę około 550 km i 6000 m verticalu. Dwa dni były przeznaczone na atrakcje turystyczne i tam zrobiliśmy symboliczne 50 km. Czyli w pozostałe wychodziło po jakieś 85 km i do 1000 m verticalu (bardzo nierówno rozłożonego). Przy krótkim dniu, i jednak sporym udziale terenu, była to dość wymagająca wycieczka. Ostatni 9-ty dzień spędziliśmy perpedes: na zwiedzaniu, rejsie do wraku i fotograficznych poszukiwaniach. Jaki rower? Pożyczyliśmy HT-ki, 29", na 2,4", 1x10. Niby dobrych marek (Trek, Cannondale) ale najbardziej budżetowe jak się da. Hamując dwoma heblami na raz, było dużo gorzej jak u mnie na jednym. Ale geometria pasowała, siodełka też. Rowery były niefachowo przygotowane, miały fatalne zestawy naprawcze. Co do narzędzi należy się wytłumaczenie, że w bagażu pokładowym, a taki tylko mieliśmy nie można ich przewozić. I faktycznie kontrola skonfiskowała parę zestawów kolegom. Odważyłem się tylko zabrać pompkę mtb Lezyne, co było dobrym ruchem. Dostaliśmy po dwie dętki zapasowe, bez łatek. I to był element krytyczny. Plażing W momencie, gdy w Polsce jest zimno i brakuje słońca, cofnięcie się w czasie o te 4 miesiące było bardzo kuszącą perspektywą. Choć opowieści o tym jak to fajnie jest zatrzymać się na morskie kąpiele na początku przyjmowałem sceptycznie. Jakoś mi to razem nie siedziało. Do pierwszego razu! Kapitalnie to zadziałało - chłodzenie, rozluźnienie całej sylwetki. A też trzeba powiedzieć, że niektóre miejsca okazały się zjawiskowe. Wobec tego zaliczaliśmy (jak tylko można było) kolejne punkty raz lub nawet dwa razy dziennie. Kradło to nam sporo czasu, więc z Kamilem braliśmy wałówkę ze sobą aby nie tracić go jeszcze na restauracje.1 punkt
-
myślę że tak. norweska szklana kula pokazuje, że w Sudetach temperatura na minusie jest na razie gwarantowana przez kolejny tydzień, jak nie dłużej. więc należy się spodziewać pierwszych otwarć ON w tym sezonie już wkrótce.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Mam nadzieję że "mądry Polak po szkodzie" i w tym roku nikt nie zaprzepaści tych pogodowych prezentów jakie dostawali też w zeszłym roku i dwa lata temu w listopadzie ale myśleli że codziennie dzień dziecka - a potem w styczniu był płacz bo nie było "bazy" i wszystko spłynęło.1 punkt
-
1 punkt
-
Ponizej fotorelacja z 4 dniówki po trójstyku Austria, Słowenia i Włoch. Rower zapakowany (na razie na próbę) - czas na kolejną 4 dniówkę. Tym razem spełnienie kolarskich marzeń czyli czas na Alpy:-) Dzień 1 Ruszamy z domu po 20:00, cała noc w podróży i rano znajdujemy się w zupełnie innych okolicznościach przyrody. Samochód parkujemy w Ferlach na bezpłatnym parkingu - jeden pan z kampera miał jakieś uwagi, ale je zwyczajnie olaliśmy. rzeka Loiblbach nieopodal parkingu Pierwsze kilometry już są mega widokowe W pewnym momencie dość zaskakująco ścieżka rowerowa prowadzi przez teren elektrowni wodnej Freibach. Za Wildestein zjeżdżamy z głównej drogi w kierunku dzisiejszego głównego podjazdu na przełęcz Seebergsattel (1215m) będącej jednocześnie przejściem granicznym ze Słowenią. Sam podjazd nie jest zbyt trudny: długość około 14 km, przewyższenie 650m, średnie nachylenie 4,5%, max 9%. Pierwsze kilometry podjazdu robimy bardzo ładną ścieżka rowerową. Na pierwszym popasie użera mnie w kostkę osa czy też pszczoła - gniazdo było na schodach. Ból dość duży, ale nie widać żadnej opuchulizny i szybko mija. Na przełęczy Zjazd nie jest zbyt szybki, po pierwsze serpentyny, po drugie widoki, aż się nie chce zjeżdżać:-) Mala i Velka Boba - dwutysięczniki w paśmie Alp Kamnickich Zjazd wzdłuż rzeki Kokra - krótki lewy dopływ Sawy, raptem 34 km, ale rzeka mega urokliwa. Tu tez pierwszy raz stykamy się z niesamowitą przezroczystością tutejszych rzek W okolicy Hrib odbijamy na chwilę z trasy nad urokliwe jeziorko Crnava. Boczne drogi w okolicy Trzic. Ostatni krótki podjazd tego dnia w okolicy miejscowości Hudi Graben W między czasie klepiemy mailowo nocleg w Begunje na Gorenjskem. Po dojeździe i lekkim odświeżeniu idziemy z buta na zasłużona obiadokolację. Statystyki 1 dnia Dzień 2. Wstajemy standardowo po 7:00 i w ciągu godzinki ogarniamy się. Pierwsze kilometry to zjazd do doliny rzeki Sava Dolinka, która w okolicy Radovlijca wraz z Sava Bohinjka tworzą Sawę - największy prawy dopływ Dunaju o długości ponad 900 km. Dzisiaj pierwszy punkt programu to malownicze jezioro Bled z pięknie położonym kościółkiem na wyspie i górującym nad jeziorem najstarszym zamkiem na Słowenii. Samo jezioro nie jest zasilane żadną większa rzeką, a w północnej części znajdują się źródła termalne, co powoduje, że jest jednym z najcieplejszych w Alpach, ale jakoś na kąpiel o tak wczesnej porze nie mamy ochoty:-) Za Bledem wjeżdżamy boczną drogą do Triglawskiego Parku Narodowego i kierujemy się w kierunku Jesenic. Od Jesenic do Kranjskiej Góry gdzie zaczyna się główny podjazd na Vrsic mamy jeszcze kilkanaście kilometrów fantastyczną ścieżką rowerową. Za Kranjska Gora dojeżdżamy do jeziora Jasna za którym zaczyna się podjazd na przełęcz. Różne strony różnie podają zarówno długość podjazdu jak i wynikające z tego średnie nachylenie. Generalnie zasadnicza część podjazdu ma około 10 km i średnie nachylenie 7.5%. Najtrudniejsze są ostatnie 2,5 km, tam nachylenie rzadko spada poniżej 10%, a są odcinki i po 14%. Wiele zakrętów jest z brukowanej kostki, trochę mnie to martwi biorąc pod uwagę czekający nas zjazd z przełęczy. Słoneczko w trakcie podjazdu zaszło za chmury. Nie narzekamy, mając nadzieję że łaskawie wyjrzy zza chmur podczas zjazdu. I jeeest, podjazd wszedł o dziwo bardzo dobrze. Na przełęczy spędzamy około 40 minut, jest baaardzo widokowo. A w międzyczasie słoneczko wychodzi zza chmur - tak było umówione. ciastko Gibanica - lokalny przysmak, bardzo dobre...takie niesłodkie;-) Czas w końcu ruszać dalej, przed nami prawie 30 km zjazdu do Bovec. Sylwek szaleje na zjeździe, a jest gdzie poszaleć, bo w odróżnieniu od podjazdu, nawierzchnia na zjeździe jest idealna. Baz żadnych fragmentów brukowanych czy mocno spękanych. Po kilkunastu kilometrach zjazdu jesteśmy w dolinie rzeki Soca. Jako jedna z nielicznych ma ujście bezpośrednio do morza Adriatyckiego, a dokładnie do zatoki weneckiej. Jej wody są krystalicznie czyste. Po zjeździe jedziemy do centrum Bovec po zaopatrzenie na wieczór. Kwaterę udało się zaklepać w sensownej cenie 120 euro za dobę w Log pod Mangartem. W sensownej, ponieważ na booking ceny rozpoczynały się od 180 euro za 3 osoby. Z Bovec mamy 10 km pod górę wzdłuż rzeki Koritnica. Jak zawsze na dodatkowe wieczorne zapasy wożę mały plecaczek z Decathlona 10 litrowy - przydaje się bardzo. Na kwaterę jedziemy dość wartko, bo według prognoz może popadać i to konkretnie. Na szczęście całą burzę zatrzymuje masyw Jerebicy (2126 m n.p.m.) i w dolinie nie spada ani kropla deszczu. Tradycyjnie po ogarnięciu sie na kwaterze idziemy coś zjeść. Pobliska hotelowa restauracja jest zamknięta, bo "po sezonie". Kolejna wygląda na zbyt wyszukaną dla nas - przynajmniej po zdjęciach potraw. Ostatnia (restauracja Brunarica) znajduje się około 600 m od kwatery. Menu krótkie, ja z Marcinem zamawiamy Zlikrofi with Bakalca, czyli pierożki z gulaszem, Sylwek Burgera. Statystyki dnia 21 punkt
-
Kalkalpen dz5 Rosnące temperatury zdecydowanie wskazywały aby szukać jazdy w lasach, może nawet gdzieś blisko rzek i potoków. Czyli w obszarze Alp Wapiennych (Kalkalpen). Był jednak z naszego "punktu siedzenia" dość poważny problem - ten Park Narodowy jest dostępny wygodnie od północy. Zielone kropki to początki tras - jak widać południe odcięte jest wysokim grzbietem. Dojazd w te "oficjalne" punkty dostępowe zająłby nam autem 1,5 godz. - niezbyt nam się uśmiechało. Przestudiowałem mapę i znalazłem hipotetyczny wjazd z Unterlassa drogą na północ. OSM i satelita wskazywały, że znajdziemy tam parkingi. Wyznaczyłem pętlę, Locus wskazał mi 1500 m vericalu. Profil trasy był dość dziwny. Teren z mapy wyglądał bardzo, ale to bardzo interesująco. Dojazd samochodem 40 min - do wytrzymania. Jeszcze uwaga ogólna - w Austrii można jeździć tam gdzie są wyznaczone drogi dla rowerów. Praktyka jest taka, że ludzie jadą jednak gdzie chcą. Tutaj byliśmy jednak na terenie PN, bardzo dużo dróg miało wielkie zakazy jazdy (rowerów). Austria to kraj dość restrykcyjny, dlatego plany jazdy opierać najbezpieczniej na tych oficjalnych (tutaj niebieskich) pętlach. Szczególnie, że ktoś to jednak przemyślał i przejechał, więc można się od tego odbijać. Nasz ślad zaznaczyłem na jasnoczerwono. Dojeżdżamy do Unterlassa, droga na północ miejscami wąska. Gdy kończy się asfalt (w Mosshohe) parkujemy. I teraz zdziwko - wielka tablica z zaznaczonymi trasami rowerowymi. Szkoda, ze tego nie ma w necie (albo gdzieś głęboko zakopane). Znajduję od razu połowę "naszej trasy". Żółta pinezka to nasz parking i start. Trasa była zgodna z tym co odczytaliśmy na mapie. Czyli stromo wcięta, wzdłuż sporego potoku. Pewnym (dla mnie niemiłym) zaskoczeniem to standard. Szeroka, gładka i wyszutrowana. Ten szuter na górze ostry, luźny a ponieważ stale góra, dół to na zjazdach ostrożnie. Po dwóch godzinach osiągamy punkt zwrotny i zaczyna się clou programu. Na początku niewinnie. Przejazdem kolejowym. Akcentów tunelowych jest coraz więcej. Najlepsze, że te tunele robią się coraz dłuższe i wyprowadzają na wprost bajkowe okoliczności. Wszystko się kończy, ostatni tunel. Było ich chyba z 10. W środku przyjemnie chłodno, w dodatku z kapiącymi mroźnymi prysznicami. Ta turystyczna trasa to pozostałość po linii kolejowej do przewozu pozyskiwanego drewna. Cudeńko. Całość była luzacka 44 km i 900 m verical. Mój locus nieźle nakłamał - chyba nie miał informacji o tunelach i policzył "po wierzchu" - prognoza to 1500 m. Gdybym to wyłapał to pewnie byśmy coś dołożyli (pewnie wjazd do schroniska Anlaufalm)1 punkt
-
Dzień czwarty Spieszeni rowerzyści czyli bike & hike Jazda na rowerze jest fajna ale... patrząc na wyniosłe szczyty Kleiner i Grosser Pyhrgas nad naszymi głowami trochę mi było szkoda, że nas tam nie ma. Udało mi się namówić Kamila na połączenie jazdy z wejściem per pedes na któryś a nich. Plan był taki aby dotrzeć na kole do schroniska Gowilalalmhutte. Końcówka to miał być już ostry wpych (z mapy). Życie trochę zweryfikowało plan, bo spory kawałek niżej był zakaz jazdy rowerem oraz... tablica, że jest to jeden z pomysłów Bike @ Hike. Trochę szkoda, że nie znaleźliśmy tego wcześniej na jakiejś stronce. W każdym razie faza 1 to było 7,7 km podjazdu (620 m vertical i do 15%). Na końcówce nawet stromiej. Po spieszeniu było tylko 2,7 km drogi na szczyt ale też 800 m (lub 1000 m) w pionie. Rowery przypinamy do jakiegoś znaku. Przebieramy buty, składamy kije (jechaliśmy od razu z plecakami, gdzie teraz wrzucamy bidony). Od początku jest bardzo efektownie. Przy schronisku trzeba się zdecydować na co idziemy. Z analizy czasu Grosser Pyhrgas dość słabo wychodzi. Poza tym przykleiła się do niego jakaś chmura (jak często do Krywania) i boimy się, że na górze możemy nic nie zobaczyć. Czyli Kleiner będzie naszym celem. Szlak szybko nabiera górskiego charakteru, jest zmienny, czasem z sporą powietrznością. Tygryski to lubią najbardziej. Na górze jest bardzo ciekawie - chmura na Grosser Pyhrgas dalej przyklejona (i tak było do zejścia). Czyli dobrze obstawiliśmy... Robimy popas, foty i po prostu lampimy się w tych okolicznościach. Pora na zejście. Po drodze ostatnie kadry. Powrót na rowerze to była po prostu wypłata. 15 km oglądania krajobrazów. To robi różnicę. Domykamy pętelkę jadąc przez miasto. Po drodze jeszcze zakupy. Razem wyszło 30 km i 1530 m vertical. Z buta dość ciężko byłoby to zrobić (przynajmniej w te 4:25 godz efektywnego ruchu).1 punkt
-
Dwa tygodnie temu udało się ruszyć na kolejna weekendówkę. Tym razem padło na Beskid Śląsko-Morawski. Startujemy jak zwykle w piątek po robocie, kwaterę mamy zaklepaną na campingu w Horni Becavy, na którą dojeżdżamy przed 21:00. Sam meldunek przebiega dość wolno, bo następuje zmiana domku z nr 14 na nr 5. Czesi to wyluzowani ludzie i pan z obsługi pokazuje nam tylko kierunek mniej więcej gdzie ten domek się znajduje - identycznych domków jest ponad 20. Ciemności zapadają dość szybko i znalezienie naszego lokum zajmuje ładnych parę, a może i paręnaście minut. No ale w końcu jest - warunki mocno spartańskie, ale jest czysto i dla naszej dwójki miejsca aż nadto:-) Rano na ta trasę ruszamy około 9:30, dość późno, ale dzień cały czas długi, więc mamy czas. Po niespełna 4 km lekkim zjeździe doliną Roznovskiej Becvy, rozpoczynamy pierwszy podjazd tego dnia na przełęcz Pustevny (1018 m n.p.m.) Sam podjazd ma długość około 10km (536 m w pionie) ze średnim nachyleniem około 5,5%. Sztywniejsza jest druga połowa podjazdu gdzieś od 5 kilometra - nachylenia praktycznie cały czas oscylują na poziomach 7-9%. Na przełęczy znajduje się kilka schronisk i tam spędzamy krótką chwile na odpoczynek. Jest tu sporo ludzi, głównie dlatego, że na górze jest duży parking i większość wjeżdża tu samochodami. Zjazd jest dość wąską drogą o świeżo położonym asfalcie. Niestety rozpędzić się za bardzo nie ma jak, bo i nachylenia spore i dużo osób podchodzi/podjeżdża tą stroną. Ale widoki zwłaszcza na samym początku zjazdu są bardzo ładne. Zjazd z przełęczy jest dość długi, ponad 20 km w dół, aż do Frydlanta - jakieś małe hopki są po drodze, ale bardzo krótkie. Z daleka widać główny cel dzisiejszego dnia, szczyt Lysa Hora z charakterystycznym masztem na szczycie. W okolicach Frydlantu jedziemy bardzo fajną ścieżką rowerowa wzdłuż Ostravicy, prawego dopływu Odry. Przed miejscowością Prazmo zaczynamy jazdę w górę, najpierw 7 km doliną rzeki Mohelnica. Tu nachylenia są niewielkie, przy okazji obserwujemy akcje gaśniczą - "ktoś styrte podpalił":-) Po 7 km w Papezovie skręcamy na kulminacyjny podjazd na Lysa Horę. No cóż, podjazd jak dla mnie był mega trudny. Pierwsze 1,5 km to dwie ścianki po około 500 metrów z nachyleniami 13-14% (przedzielone 5% wypłaszczeniem). Ten odcinek na świeżości wchodzi mi całkiem gładko. Później kolejne 1,5km to dość płaski odcinek, a nawet kawałek jest w dół. Od 3km zaczyna się najtrudniejsza część. Przez kolejne 3km nachylenia cały czas po 8-9%. Od 6km już jest miazga, bo nachylenia równo trzymają 10-12%, dodatkowo wyjeżdża się z lasu na całkiem długą prostą i jak na złość słońce również wychodzi zza chmur. Na 1,5km przed końcem podjazdu muszę zrobić krótkiego stopa (myślę że około 1minuty), bo mnie przytkało solidnie. Po odpoczynku wjeżdżam na szczyt. Na szczycie jestem konkretnie umordowany, w sumie trochę nie wiem co ze sobą zrobić:-) Najpierw staje w kolejce w schronisku, żeby coś kupić do picia, ale ludzi mnóstwo i kolejka wcale się nie rusza. Postanawiam w końcu zrobić pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce, przy okazji zauważając budkę, głównie z napojami. Tam kupuje wodę, kofolę i zupkę ala kwaśnica, którą wchłaniam w ciągu minuty:-) Chwilę jeszcze kontempluję widoki, ale jestem wypruty na maksa i nawet zdjęć nie chce mi się robić. W międzyczasie dostaję wiadomość od Marcina, że czeka na mnie w połowie podjazdu, więc rad nie rad zabieram dupę troki i zjeżdżam do niego. Zjazd jest słaby, mocno nierówny asfalt, dodatkowo mocne nachylenia, które powodują, że chwilowe puszczenie klamek wystrzeliwuje rower jak z procy, trzeba mocno uważać:-) Po zjeździe zatrzymujemy się kilka kilometrów dalej w przydrożnej knajpce. Tam dzielimy się wrażeniami z podjazdu. Za długo nie marudzimy, bo na kwaterę mamy jeszcze ponad 40 km, w tym dwa podjazdy po około 4 km. Jedziemy w kierunku zbiornika zaporowego Sance na Ostravicy. Najpierw mamy prawie 1,5 ostrego zjazdu po grubym szutrze, na szczęście w końcu dobijamy do asflatu i tam jedziemy już w miarę sprawnie. Sam zbiornik z drogi widać tylko momentami pomiędzy drzewami. Przez Stare Hamry docieramy do drogi 56 (jechaliśmy nią samochodem na camping) i z niej ruszamy na przedostatni podjazd. Podjazd nie jest zbyt trudny, ale mamy już w nogach ponad 100km i ponad 2 tys w pionie. Na górze odpoczywamy chwilę i zjeżdżamy w dół, na jeden z ładniejszych dzisiaj zjazdów. W Podolankach ruszamy na ostatni podjazd tego dnia, początek nie zapowiada nic złego;-) Cisza, spokój, ładna droga, jest sielsko. Niestety ostatnie 600-700 metrów to gruby szuter i nachylenia 14-18%. Ledwo wtaszczam się na górę. Sam zjazd jest już po bardzo przyjemnym asfalcie. Obiadokolacje pochłaniamy w restauracji mieszczącej się w hotel Relax Valaska. Jedzenie jest bardzo dobre, ja zamawiam karkówkę z ziemniaczkami pieczonymi, a Marcin kotlet z piersi kurczaka z ziemniaczkami z wody. Statystyki 1 dnia - wpadł rekord przewyższeń, bo wyszło ponad 2600 m w pionie, Rysy zdobyte:-) Na drugi dzień na śniadanie jesteśmy na otwarciu, czyli równo o 8:00. Ludzi full, ale szybko się ogarniamy, przy okazji łapię jeszcze jednego banana z fajną naklejką:-) No cóż, nie ma przypadków...:-) Drugiego dnia w pierwszej kolejności uderzamy na pobliski zbiornik Horni Becva. A później lecimy na podjazd, który zaprowadza na przełęcz na granicy czesko-słowackiej. Sam podjazd ma około 8km, ale nachylenia są dość łagodne, tylko 1 km trzyma około 6-7%, reszta to 4-5%. Na przełęczy wjeżdżamy na Słowację, ale tylko na chwilę, bo po skręceniu w drogę 487 ponownie jesteśmy w Czechach. humory jakby lepsze niż wczoraj:-D Teraz czeka nas około 60 km drogi prowadzącej generalnie w dół doliną Vsetinskiej Becavy. W większości pokonujemy ją fajną ścieżką rowerową. W wielu miejscach czuć zbliżającą się jesień. Bardzo fajna miejscówka nad niewielkim zbiornikiem Balaton. W okolicy miejscowości Bystricka, skręcamy z doliny w kierunku zbiornika o tej samej nazwie. Jeszcze tylko kilka machnięć korbami i będziemy na koronie. zbiornik Bystricka Malownicza droga do Valasska Bystrica. Po krótkim podjeździe i szybkim zjeździe docieramy do Rožnov pod Radhoštěm. Tam wbijamy się na kolejną fantastyczną drogę rowerową wzdłuż Roznovskiej Becavy I koniec, jeszcze tylko posiłek w tej samej knajpce co wczoraj i po 16:00 ruszamy do domu, gdzie melduję się o 21:00. Statystyki drugiego dnia1 punkt
-
Dzień trzeci Wykorzystujemy pociąg (podjazd 4 przystanki). Pierwsze 20 -30 km nic specjalnego, wycacane wszystko na maksa, asfalt i niestety słabo z przydrożnymi drzewami. Od wjazdu do PN (Kalkalpen) jest lepiej. Choć dupy nie urywa. Ale nagle droga zmienia się w ścieżkę i jesteśmy w zupełnie innych okolicznościach! W jednej chwili wybaczamy nudny początek. A dalej jest jak zawsze na piętrze pośrednim, gdy stopniowo zanurzamy się w austriacki ordnung (musi być) Razem 54 km i 1200 m przewyższeń1 punkt
-
Dzień 2 Mountainbike-Tour Langfirst - Windischgarsten - Nationalpark Kalkalpen MTB5. Jechaliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Trasa "zahacza" o PN Kalkalpen. Na początku sporo wspinaczki nawet z podjazdami do 24%. Zmienne nawierzchnie (wyżej to jednak raczej szutry), zmienne widoki. Czyli przyjemność jazdy. Zdjęcia nie kłamią. Poniżej Krzysztof pokazuje jak rasowo się podjeżdża 24% na szutrze Razem 40 km i niecały kilometr verticalu.1 punkt







