Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. marboru

    marboru

    VIP


    • Punkty

      43

    • Liczba zawartości

      7 223


  2. paluk

    paluk

    Użytkownik forum


    • Punkty

      16

    • Liczba zawartości

      124


  3. leitner

    leitner

    Użytkownik forum


    • Punkty

      15

    • Liczba zawartości

      4 153


  4. gregor_g4

    gregor_g4

    Użytkownik forum


    • Punkty

      12

    • Liczba zawartości

      1 472


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 07.01.2017 uwzględniając wszystkie działy

  1. Sabat Krajno - 07.01.2017 Plany planami i w dniu dzisiejszym kilka rzeczy uległo zmianie - po pierwsze: ekipa się wykruszyła, po drugie: chęć odwiedzenia stoku w Bodzentynie nie powiodła się - stok uruchomili długo po tym jak tam zajechaliśmy - pojechaliśmy do leżącego nieopodal Krajna. Paulina poszła niestety do pracy na pierwszą zmianę, expat i Gosia postanowili pospać dłużej... A ja? Postanowiłem jechać, tak czy inaczej. Z samego rana kilka esemesów i jest towarzystwo - niektórym na forum, osobiście znany Marek (Bumer - szkoda, że tym razem nie wypaliło). Wyruszamy z Radomia dosyć wcześnie bo o 8:30, termometr w aucie wskazuje -15. Pędzimy krajową 7demką, skręcamy w stronę Suchedniowa i Bodzentyna. Wjeżdżamy do Świętokrzyskiego Parku Krajobrazowego i naszym oczom ukazuje się panorama Gór Świętokrzyskich. Pogoda jest piękna mimo mrozu. Świeci słoneczko a dookoła przepiękne błękitne niebo. Docieramy do Baby Jagi w Bodzentynie i niestety klops - ośrodek dopiero jest ratrakowany, nie ma obsługi, wszystko w powijakach Jesteśmy źli, bo w internecie godzina otwarcia od 9. Trudno - czekać nie zamierzaliśmy i decyzja była szybka - jedziemy do Krajna i Sabatu oddalonego ok 5 kilometrów. Docieramy dosyć szybko mimo tego, że drogi śliskie, białe i pełne litego lodu po nawiewach z pól. Jesteśmy na miejscu - szybko się przebieramy i o punkt 10 na otwarciu jesteśmy przy kasie. W ośrodku witają nas miotły wiedźm świętokrzyskich... Cennik na ten sezon wygląda następująco: Karczma, park linowy i park miniatur wyglądają dzisiaj bombowo. Gdyby nie aż tak niska temperatura można by rzec, że dzisiejszy dzień był idealnym do uprawiania narciarstwa. We wnętrzu tej knajpy czai się egzotyka... Stok wygląda na bardzo dobrze przygotowany - pod butami śnieg w bardzo miły dla ucha sposób skrzypi Jedziemy w górę działającym na początku dnia jednym talerzykiem. Fota dla kochającego tego typu wyciągi Marcina, Leitnera. Rzut oka na dolną stację wraz z zabudowaniami ośrodka: Na górze? Pięknie! Stok idealnie przygotowany - nic, tylko jeździć. Nie jest zbyt twardo - widocznie w nocy było jeszcze śnieżone a ratrak przejechał i wyrównał trasę rano. Na tym płaskim stoku jest to istotne ponieważ trudno tu nabrać prędkości początkowej ze względu na bardzo łagodny początek zjazdu. Odbijamy się kijami, kilka kroków łyżwowych, pozycja zjazdowa - krecha przez 100 metrów i pozostałe 700 metrów tej górki można zjechać kręcąc na krawędziach dosyć przyzwoite slalomy. Pierwsze półtorej godziny jeździmy bez kolejek, a na górce jest bardzo mała liczba narciarzy. Później przybywa ich na tyle, że minutkę trzeba odstać, a na stoku obecnych - mijać jak tyczki w zawodach PŚ. Przeważają uczący się rzemiosła narciarskiego adepci tego sportu. Najstromszy fragment zjazdu wygląda tak: Po godzinie Marek proponuje zawody w zjeździe na krechę - z samej góry, na sam dół. Pojedynek nie tylko zawodników ale również marek narciarskich Podejmuję wyzwanie, czekamy kilka chwil na totalnie wolną przestrzeń i startujemy... Zawody wygrywa? Salomon hahaha, czy posiadacze nart marki Head z charakterystycznym czerwonym kolorem podejmą podobne wyzwanie w przyszłości na którymś ze stoków? Artix, Marcin, może ktoś inny? hahaha zapraszam do rywalizacji! Mija czas a my nadal jeździmy sobie w cieniu Góry, Gór Świętokrzyskich - Łysicy. Jest piękna i nie tak dawno, w porze letniej, robiąc Koronę Gór Polskich miałem olbrzymią przyjemność na nią wejść z Johnnym Narciarzem Zimą, Łysica, z wyciągu narciarskiego w Krajnie wygląda tak: Oprócz klimatu najniższego pasma górskiego w Polsce, można w ośrodku narciarskim Sabat zaobserwować nieistniejące bliźniacze wieże WTC i inne znane na świecie budowle... ...park miniatur znajduje się przy oślej łączce dla uczących się, przy wyciągu taśmowym. Szusujemy dalej. Górna stacja talerzyków z widokiem na Łysicę i jej pasmo: Najostrzejszy fragment trasy zjazdowej widziany z wyciągu: Sprzęt do naśnieżania stoi grupami w kilku miejscach, przy stoku. Dzień mija beztrosko - kolejny ośrodek z długiego weekendu 3 Króli zaliczony! Banan na twarzy jest! Kończymy jazdę, a palce u stóp wołają bardzo wyraźnie: "Do Domu!!!". Pozdrawiamy serdecznie w dniu dzisiejszym, tym razem... Mariusz "marboru" i bezforumowy Marek CDN jutro.
    13 punktów
  2. Zieleniec rano A teraz ok -10, słoneczko, twardo i kuuupa ludzi, jest dobrze
    11 punktów
  3. Część druga roztoczańskiej przygody narciarskiej to stacja Nartraj w Chrzanowie: http://rzetelski.com.pl/ Na miejsce docieramy jakimiś bardzo wąskimi i mega zaśnieżonymi drogami... ufff dojechaliśmy. Druga dzisiaj z odwiedzonych stacji, to top tego regionu Polski pod względem ilości tras i ich długości. Temperatura spada, słońce zachodzi, wiatr się wzmaga - niestety, nie są to doskonałe warunki narciarskie. Na darmowym parkingu sporo samochodów, ale obsługa sprawnie pokazuje nam gdzie mamy stanąć. Jeszcze świeci słońce a księżyc wysoko... ...pierwsze spojrzenie na ośrodek - nadmienię, że tutaj również jesteśmy pierwszy, ale nie ostatni raz w życiu. Ludzi wydawać by się mogło sporo... więc co? Zaczynamy od jedzenia. 40 zł kosztuje tu pizza, duże grzane piwo i półlitrowa pepsi. Poniżej widok na całość infrastruktury: kasa, karczma, wypożyczalnia i inne zabudowania. Podobnie jak w Batorzu - prowiant można przywieźć swój, a kiełbaskę upiec na specjalnie do tego przygotowanych prętach. Wiata jest zadbana, chroni od wiatru i opadów. Tablica informacyjna na temat ośrodka: Kupujemy karnety. Minus - brak karnetu dwugodzinnego, czyli takiego jaki ja lubię najbardziej. Za godzinę w weekend, czy w święto trzeba zapłacić 22 zł, za trzy godziny 50 zł. W dzień zwykły odpowiednio 16 i 40 (w zwykły dzień karnet 3 godzinny ma bonus w postaci godziny, czyli jest czterogodzinny). Narty zakładamy przy karczmie gdzie udaje mi się zdjąć kamerką ładnie świecący księżyc. W ośrodku w chwili obecnej jest trzy wyciągi orczykowe. Umiejscowione są na środku ośrodka, a po lewej i prawej stronie bardzo szerokie zjazdy z kilkoma wariantami szerszych łuków. Podobno miało tu powstać krzesło - czemu nie powstało nie wiemy ale z pewnością pasowałoby tu. Widok przy gasnącym świetle dnia na krajobraz roztoczański i stok narciarski - bezcenne! - poniżej prawa strona ON. Warunki są doskonałe - dużo śniegu, trasy wygładzone i przygotowane idealnie. Jest twardo, szybko i krawędzie mimo tego, że nadal jeżdżę bez serwisu trzymają świetnie. Sprzęt do naśnieżania stoi i odpoczywa - warstwa na stoku jest odpowiednia. Lewa strona ON składa się z jednej mega szerokiej trasy...i szerokiego odjazdu w prawo z kilkoma wariantami. Najbardziej z malowniczych rozjazdów - najdłuższa i najłagodniejsza opcja: I poniżej widok na połączenie głównej trasy "zaokrągleniami bocznymi wariantami": Po jednej ze stron znajdują się elementy snowparku: Opcja również bardzo szerokiego, z dwoma opcjami zjazdu przy karczmie - widok obydwóch: Karczma w nocnym świetle wygląda klimatycznie: Najbardziej stromo i fajnie jest tu jednak przy orczyku z lewej strony patrząc z góry. Mega szeroko, szybko i długo. Jesteśmy wszyscy pozytywnie zaskoczeni tym miejscem. Mimo olbrzymiego mrozu jazda jest przyjemna i ciekawa. Z pewnością tu wrócimy. Przemarznięci pakujemy się do auta. Kończymy dzień pierwszy naszego narciarskiego długiego weekendu. Roztoczański dzień... Jutro popołudniu odwiedzimy Babę Jagę w Bodzentynie - pora na świętokrzyskie rubieże. CDN jutro. Pozdrawiam serdecznie marboru
    8 punktów
  4. Kumpel dzisiaj był w Ośrodku Narciarskim Górnik w Rzeczce w Górach Sowich http://www.nartyrzeczka.com/ Warunki doskonałe Wstawiam kilka fotek, jakie otrzymałem, bo to też na końcu narciarskiego świata i rzadko kto tam jeździ
    7 punktów
  5. Trochę inna relacja niż zwykle. Dlaczego? Bo tym razem z biegówek po warszawskim Lesie Młocińskim. Niestety śniegu jest dość mało - zaledwie 4-5 cm. Mimo tego zabawa była przednia http://www.skionline.pl/forum/index.php?/topic/21422-Biegówki---powrót-po-latach
    6 punktów
  6. Dzisiejsza wyprawa na rubieże narciarskiego świata miała miejsce na stok narciarski będący w cieniu Góry Gór Świętokrzyskich - Łysicy. Sabat Krajno Szczegółowy opis relacji wraz z wieloma zdjęciami znajdziecie w wątku: Było pięknie i mega zimowo z dużym mrozem -15. W całej okazałości: Łysica - widziana z wyciągu narciarskiego: Trasa licząca sobie ponad 800 metrów wyglądała dzisiaj tak: Przygotowanie stoku: Pojeżdżone! Zapraszam do przeczytania i obejrzenia całości z powyższego linka
    6 punktów
  7. Syn w szkółce [emoji4] Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
    6 punktów
  8. Jest pieknie - mroz i pelna lampa. Ale snieg suchy i tepy. Dzisiaj duzo mniej ludzi niz wczoraj, mimo ze jest cieplej(odczuwalna temperatura) Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
    6 punktów
  9. W ostatnich dniach w Warszawie spadło kilka centymetrów śniegu. Do tego doszedł przyjemny kilkunastostopniowy mróz. Po sprawdzeniu, że w Lesie Młocińskim są warunki do biegania na nartach, szybko spiknęliśmy się w trzy osoby na wspólne rozpoczęcie biegówkowego sezonu 2017. Na biegówki wybierałem się już w grudniu, ale stłuczone kolano skutecznie pokrzyżowało te plany. Na nartach biegałem ostatnio jakieś cztery lata temu – między innymi dlatego, że w Warszawie nie było warunków do biegania (rok temu przez tydzień leżało 10cm, ale akurat wtedy nie mogłem „poszurać”). Przez te lata zdążyłem niemal wszystko zapomnieć. Oczywiście wcześniej jeździłem tylko klasykiem – łyżwa wydaje się trudniejsza a warunki do jazdy tym stylem też nie są najlepsze. Po ponad godzinnym dojeździe na drugi koniec Warszawy (autobus + metro + autobus) wypożyczam komplet narty + buty + kijki (po wcześniejszej rezerwacji) na dwie godzinki. Koszt takiej zabawy wynosi 45zł. Tanio? Drogo? Na jeden raz w sezonie nie opłaca się kupować nowego kompletu, ale jeśli ktoś planuje przynajmniej 2-3 (to i tak jest mało) biegówkowe wypady, to sensownie jest kupić (nowy albo używany) sprzęt. Komplet biegowy jest dużo tańszy od zjazdowego. Nowe biegówki kosztują 600-700 zł (przynajmniej takie znalazłem w ofertach), za to używany komplet w dobrym stanie kosztuje ok.100-200 zł (można znaleźć nawet poniżej 100 zł). Jeśli powrócą do Warszawy śnieżne zimy (chociaż trzy tygodnie ze śniegiem) będę się zastanawiał nad zakupem biegówek. Dobra, starczy tego opisu. Przejdźmy do właściwej relacji. W lesie nie ma dużo śniegu – jedynie 4-5 cm. Na te kilka centymetrów składa się twardy podkład i świeży puch – mniej więcej po połowie, także warun nie jest najlepszy W wielu miejscach jeździmy po igłach i drobnych gałązkach. Całe szczęście narty do „szurania” nie rysują się tak mocno jak zjazdówki. Zakładamy je i robimy pierwsze kroki. Nasz skład trzyosobowy to Piotrek, Gabriel i ja. Piotrek jest z nas najbardziej doświadczony w bieganiu, więc nieco nam przypomina, co to są biegówki i „z czym to się je”. Na początku szło mi dość topornie – nie mogłem złapać rytmu i, zamiast pięknego klasyku, wychodził jakiś dramat – nieregularne ruchy. Gdy z wąskiej iglastej ścieżki wyjechaliśmy na leśną śnieżną drogę, zacząłem powoli łapać i rytm i z każdym metrem było coraz lepiej. Biegniemy w stronę Łomianek. Po dotarciu do nich robimy małą pętlę i wracamy w części tą samą drogą tak, aby wyrobić się w dwie godziny. Upadki, upadeczki... Zjazd z górki napotkanej na trasie. https://www.youtube.com/watch?v=ILmRaMMc3Ho Przez niewielkie tempo przebiegliśmy tylko 5,5km, jednak z każdym kilometrem biegliśmy coraz szybciej co pokazuje, jakie postępy zrobiliśmy w tym czasie. Jestem z siebie zadowolony, bo nie wywróciłem się ani razu, chociaż czasami niewiele brakowało. Jeśli spadnie trochę śniegu, to zorganizujemy lokalne zawody w biegówkach. Trzeba popularyzować narciarstwo – jeśli, tak jak w Warszawie, nie da się zjazdowego, to chociaż biegowe „szuranie”. Na koniec coś o pogodzie (biegaliśmy od 11:30 do 12:10) – temperatura nie wzrastała powyżej -14 stopni. Mimo tego nie czułem zimna a nawet czasami biegłem z rozpiętą kurtką (miałem bluzę termiczną, zwykłą bluzę i kurtkę). Dzięki temu, że nie wiało, podczas biegu temperatura odczuwalna wynosiła -1. Piotrek: Gabriel: Pierwsze szuranie po latach zaliczone. Mam nadzieję, że nie ostatnie w tym sezonie. Pozdrawiam Marcin
    5 punktów
  10. Tak na szybko posklejene przejazdy trasami Jaworzyny. Powoli organizuję i segreguję, co ponagrywałem i relacje-klipy będę pewnie sklejał wkrótce. A tymczasem: Zjazd z góry spod stacji gondolek (przez "trójkę" i "jedynkę" do dolnej stacji: Podobnie, z góry, przez "trójkę" tylko tym razem zjazd na "czwórkę": "Dwa" i "Dwa A": Sama "czwórka": "Szóstak" wieczorowo: "Jedynka" wieczorowo: I na koniec znowu 2600m spod stacji gondolek, przez "trójkę", "jedynkę" do dolnej stacji:
    5 punktów
  11. Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
    5 punktów
  12. W święto Trzech Króli razem z trójką skiturowych przyjaciół ( Rafał 1 -Nurek ,Rafał 2 i Łukasz ) zdecydowaliśmy się zrobić skiturę na Halę Lipowską w Beskidzie Żywieckim ( 1324 m n.p.m) . Plan na ten dzień był trochę inny ( Ploska w Wielkiej Fatrze ) , ale aktualna pogoda ( duży mróz , a przede wszystkim prognozowany dosyć mocny wiatr ) wymusiły na nas zmianę planów i nie żałujemy . Startujemy z parkingu w Złatnej ok.7,50 przy minus 14 stopniach i zaczynamy podejście w pięknych i baaardzo zimowych okolicznościach przyrody . Im wyżej , tym zimniej , niestety nie ma inwersji . Dochodzimy do dosyć sporej i eksponowanej polany poniżej Hali L. i krajobraz zaczyna kształtować śnieg i wiatr .Niektóre zaspy mają grubo ponad 2 metry . Szron na mojej twarzy to efekt -22 stopni Celcjusza i pizgającego wiatru Na szczęście po jakimś czasie wchodzimy w las , a tam dużo spokojniej , no i zaczyna przebijać się przez chmury słoneczko . W końcu dochodzimy do schroniska , a tam na termometrze przy wejściu tylko -18 . Grzane piwo w środku smakuje wybornie . Godzinny popas , suszenie ciuchów , pogawędki z turystami , skuterowcami i pora się zbierać . Celem naszym jest dojście do najwyższego punktu powyżej nieczynnego wyciągu na Hali L. Teraz już tylko przepinka i jazda w dół . Najpierw wzdłuż wyciągu , a potem wzdłuż linii energetycznej . Zjazd to czysta poezja - super śnieg , jego ilość , nachylenie trasy , no po prostu orgazm . Dojeżdżamy do parkingu i na tym kończymy naszą turę .
    4 punkty
  13. Dzis rano o 8:30 na miedviedin było -16 i słońce. Mieliśmy przez niedźwiedzia jechać na Labska ale nie wiedzieliśmy za bardzo jak i zostaliśmy na miejscu, szkoda nam było świetnych warunków. Trasy swietnie przygotowane, poranny sztruks. Zarówno niebieska szeroka przy orczyki, świetna do nauki jak i czerwone. Ogólnie na niedźwiedziu podobało nam się bardziej niż na Hromowce. Szybko robiło się zimno i co 3-4 zjazdy ogrzewaliśmy się w knajpie. Po 11 więcej ludzi, na dole ok 8 minut czekania do kanapy. Dzis nie było wiatru i cały ośrodek był otwarty. Jutro rano bezpośrednio skibusem na Labska, jestem ciekaw jak tam jest. Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
    4 punkty
  14. W kwestii dzisiejszych zawodów.... DZIĘKUJEMY!
    4 punkty
  15. W dniu dzisiejszym zaczął się długi weekend związany ze Świętem Trzech Króli - co należy robić z dużą ilością czasu? Oczywiście zaplanować narty... ...a ponieważ czasu wolnego jest sporo - to postanowiliśmy w dniu dzisiejszym zacząć małe skisafari po rubieżach narciarskiego świata. Na początek wybrane dwa ośrodki lubelskie na Roztoczu. Pierwszy: http://www.batorzski.pl/ ...ale może od początku. W wyprawie biorą udział - Expat, Gosia, Paula i Marboru. Wyruszyliśmy z Radomia ok 9:30 a do przejechania mieliśmy ok 150 km w kierunku wschodnim. Droga do trasy Lublin - Rzeszów ok, później zaspy po pas, biała droga i pługi w rowach, ogólnie masakra. Jakoś udało nam się dotrzeć szczęśliwie na miejsce ok południa. Stacja narciarska Batorzski umiejscowiona jest na Roztoczu w miejscowości Batorz. Parking jest bezpłatny - parkujemy szybko i z trudem zakładamy nasze twarde buty. Jechały one w bagażniku i stwardniały. Cóż? Taki urok podróżowania większą ekipą jednym samochodem. Członkowie wyprawy: Przy samej ulicy i parkingu znajduje się mała "ośla łączka" z wyrwirączką służąca do nauki jazdy na nartach...ale miejscowym służy to miejsce również do jazdy na sankach. Nim dotrzemy do kasy... podziwiamy mapę tras narciarskich ośrodka Skąd tu takie coś? W budynkach przy ośrodku oprócz kas, wypożyczalni sprzętu jest bar i bezpłatne toalety. Kupujemy karnet dwugodzinny za 38 zł. Ktoś, kto ma ze sobą kiełbaskę - może w trakcie pobytu tutaj samodzielnie sobie ją upiec. Jest cholernie zimno, temperatura -15. Stacja narciarska dysponuje dwoma wyciągami narciarskimi, dwoma trasami oraz kilkoma wariantami zjazdu. Pamiątkowa fotka z naszego pierwszego w życiu pobytu w Batorzu i idziemy jeździć. Od dołu główna trasa wygląda tak: Orczyk... coś co kocha Leintner Od dołu zabudowania ON wyglądają tak: Trasa jest wyratrakowana "po polsku" czyli bruzdy i trochę nierówno. Sprzęt do naśnieżania niestety też mają kiepski, a w zasadzie podobny do tego z Telegrafu - produkujący spore grudki lodu ale również drobne kuleczki. Jest względnie - bo część armatek, po jednej stronie wyprodukowało niezły śnieg. Docieramy na szczyt. Główna trasa jest dosyć nieźle nachylona i ma dwa warianty zjazdu. Pierwszy przy orczyku... ...roztoczański, narciarski widok jest niezły! Część łagodna zjazdu jest niejako od tyłu i łączy się z drugą częścią ośrodka, która niestety jest dopiero w trakcie przygotowywania. Górna stacja drugiego orczyka jest powyżej śnieżącej armaty z fotki poniżej: Ilość śniegu przy nieczynnym wyciągu nie jest imponująca. Widok na górną stację, nasypaną kopułę startową i część łagodniejszą trasy zjazdowej: Spojrzenie tym razem z połowy trasy... I z 2/3 (po prawej stronie śnieżone dojazdówki, łączniki z nieczynnym stokiem): Panujące warunki są ekstremalne - duży mróz i wiatr. Odczuwalność chłodu jest duża. Expat, Gosia i Paula robią przerwę na gorącą herbatę - ja jeżdżę i czuję, że palce u stóp zaczynają piec. Próbuję się rozgrzać i nawet nieźle mi to wychodzi. Jest twardo, szybko i nawet fajnie można się tutaj pobawić! Podoba mi się. Czas szybko się kończy i pozostaje jakiś niedosyt - a jest on związany z tym, że nie dane nam było przetestować całości ośrodka. Wrócimy tu na pewno kiedyś! Foto moje i Gosi Expat pozuje: Kończymy krótką przygodę w Batorzu. Wsiadamy do auta i kierujemy się w stronę drugiego roztoczańskiego ośrodka narciarskiego, który zaplanowaliśmy na dzisiaj. CDN
    3 punkty
  16. Marboru nie sciemniaj bo zawsze jak Cie wolam na slalom to mylisz trase Ale co sie odwlecze to nie..... Podejmuje wyzwanie Pozdrawiam kolege ze zdjecia z toba Co roczne zawody Skionline by sie przydaly
    3 punkty
  17. Jedyną rzeczą jaką przejmuję się w takie mrozy, to czy zamarznie mi ON w samochodzie, czy jednak nie
    2 punkty
  18. Hola, hola , jakie rzadko i jaki koniec narciarskiego świata! Tam o 3 w nocy ratrakują trasy, na co mam dowody w postaci zdjęć i filmików. Byłem tam 7 dni temu. Czynne 3 stacje narciarskie. To nie koniec narciarskiego świata tylko kolebka narciarskiego świata. Co najmniej od lat 60-tych jest wiele stacji narciarskich na których wychowały się rzesze narciarzy dolnośląskich i nie tylko. Jeden z domów wypoczynkowych "Warszawianka" wychował wielu narciarzy ze stolicy, działa też od lat 60. Sam tam spędziłem kilkadziesiąt lat na nartach. Wyciągi ŚFUP, ZWAP, Wagony, ZEM, Górnik Nowa Ruda, Marysieńka działały, kiedy jeszcze Ciebie nie było na świecie, a autokary zakładowe ciągnęły się wzdłuż drogi przez 4 kilometry do Walimia z całej Polski. Naraziłeś się mi okrutnie! Pozdrawiam serdecznie!
    2 punkty
  19. To ja tez podejmuje wyzwanie. Salomon kontra moje Rosoły. Test być może nawet jutro
    2 punkty
  20. Ale dzisiaj był emocjonujący GS panów. 0.04s pomiędzy I i II miejscem to jest coś. Kosmiczna jazda Marcela i Alexa - bomba. Pozdrawiam: PS: pozostało mi tylko oglądanie spowodowane przeziębieniem .
    2 punkty
  21. Ale macie problemy...Wszystko to z powodu późnego urodzenia.My w dzieciństwie,gdy szkołę zmykali,bo było minus 30,szliśmy na łyżwy po rzece,a w wieku średnim ,eksploatując Mercedesy 123/nie 124/ na mrozie czyściliśmy filtr paliwa z parafiny...
    2 punkty
  22. Drugi dzisiaj odwiedzony ON na Roztoczu - NartRaj w Chrzanowie. Świetne miejsce z mega klimatem! Zapraszam do relacji, obejrzenia wszystkich zdjęć i opisu w moim kąciku pod linkiem: Trasa przy karczmie: Roztoczńsko, narciarski widok z Chrzanowa: Najdłuższy wariant zjazdu jest zarazem najwęższym: Zapraszam raz jeszcze do pełnej relacji.
    2 punkty
  23. Coś ostatnio mi odwala, a na psychikę najlepsze narty, wydaje się mi przynajmniej. Obserwowałem ostatnio pogodę i wyszło, że są doliny, w których ostatnio wreszcie solidnie dopadało. Piątek wolny to i czasu trochę więcej na przyjemności. Rano docieramy w wiadomym składzie do jednej z najciekawszych narciarskich dolin - Zillertal. Tak jak myśleliśmy, narciarzy nie brakuje głównie na trasach, przy gondolach i kanapach nie jest źle, a na trasy za często nie zamierzamy zaglądać. Niespodzianką jest spory mróz. Rano na szczytach - 24 stopnie. Nie pamiętam kiedy jeździłem przy takich temperaturach. Muszę przyznać, że ręce, stopy, nogi mi marzły, ale dało się wytrzymać. Jutro ubiorę się odpowiedniej. W pierwszy dzień podjeżdżamy do Hochzillertal- Kaltenbach. Z Kaltenbach jedziemy jeszcze do Hochfugen. Tam zjeżdżamy głównie w okolicach tras 1,2 i 3, bo najwięcej terenów offpiste. A o to nam przecież chodziło. Wreszcie w Alpach zagościła prawdziwa zima. Zjeżdżam w towarzystwie offpiściaków Wujota i JurkaByd Śniegu mnóstwo, ale mi jeździło się ciężko, śnieg jakiś tępy, mało nośny, spodziewałem się, że będę pływał, było jednak zupełnie inaczej i trzeba było mocno zapieprzać. Dostałem dobrą lekcję freeridu. Nie obyło się bez glebowania, kilka razy w kamieniach. Tras praktycznie poza wymienionymi nie pamiętam. Przepraszam, pamiętam ostatnią w Kaltenbachu to 4 i 1 dała mi w kość. Mnóstwo ludzi na nich, do tego odsypy, muldy i lód. Spóźniłem się na zbiórkę 20 min. Na szczęście Jurek był wyrozumiały i zaczekał na mnie i Wujota. Mi zachciało się szukać swojej linii i wpadłem w druty kolczaste, na szczęście tym razem ucierpiały tylko narty... Później trzymałem się offpiściaków i do końca było bez niespodzianek, było pięknie... Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć historyczny sukces naszych skoczków- Brawo!!! Pozdrawiam serdecznie.
    2 punkty
  24. Na Pilsku w lasach takie rzezby mozna spotkac;) Mozna tez spotkac snieg po pas, lub wywiane prawie do ziemi. Sniegu sporo, na trasach bardzo dobrze i wystarczajaco, ale w lesie raz tyle by sie przydalo;) Ale i tak nie ma co narzekac bo jest super zima, mroz daje niezle w kosc i ma trzymac pare dni. Na dlugi weekend sporo ludzi dotarlo, ale na popoludniowej hezdzie na Solisku jazda praktycznie na biezaco, cala szerokosc trasy dostepna wiec nie ma tloku, warunki super. Miekko i troche odsypoe, ale przy tyl opadzie to normalne. Wysłane z iPhone za pomocą Tapatalk
    2 punkty
  25. Byłem wczoraj na 3 h rano. Co do infrastruktury - tak powinna wyglądać każda stacja ! Z drugiej strony trzeba być bardzo wyluzowanym i odważnym inwestorem by wpakować tyle kasy w tak małą górkę Jak TMR zrealizuje swoje plany to Szczyrk wróci na pudło top ośrodków w Polsce. Trasa (bo raczej to jest jedna trasa a nie 3) - bardzo fajne nachylenie. REszta została już opisana, ja nie widze problemu z siadaniem lub wysiadaniem na wyciąg, wiele jest takich wyciągów w Alpach, czy na wspominanym Chopoku. Natomiast same krzesła - bublinki chyba muszą się wyrobić, bo chodza niemiłosiernie ciężko . Jechałem w pewnym momencie sam i za cholere nie dałem rady jej zamknąć, co jedna pani z dołu skwitowała "śniadanie niezjedzone !" Wielkie brawa dla wypożyczalni (nie mówie o cenach) za wybór nowych topowych modeli (Rossi, Atomic, Head, Salomon) - na razie jedyna wypożyczalnia w której znalazłem Rossignol Hero Master !
    2 punkty
  26. przyłączam się do was płaczki i też przyznaję ,że łza się kręciła na okrągło
    2 punkty
  27. Może sukcesy naszych południowych sąsiadek są między innymi związane z inwestycjami narciarskimi TMR w obu krajach ? Przypuszczam, że 90 % treningów obecne słowackie i czeskie alpejki odbywają w Alpach, ale w tych 10 % w czasie pobytu w ojczyźnie korzystają pewnie z lokalnych stoków. A dzieci i młodzicy w 90% jeżdżą u siebie na Chopoku czy też Spindlerovym Młynie na dobrze przygotowanych dla nich stokach. Może i u nas jak infrastruktura polepszy się znacznie za sprawą TMR to dzieciaki będą miały warunki do treningów na wydzielonych stokach. Szkoda, że właściciele stacji w PL tak niechętnie udostępniaja stoki "po godzinach" naszej młodzieży. Bardzo miłym wyjątkiem są ostatnio Skolnity, gdzie trenowali 1 i 2 stycznia nasi alpejczycy, a trasa czerwona była przez kilka godzin zamknięta dla amatorskiej braci narciarskiej.
    2 punkty
  28. Witam, Wczoraj udało się dojechać na 12 do Szpindla.Drogi przejezdne, ale sporo aut ma łańcuchy. Wczoraj wiał mocno wiatr i sporo wyciągów było zamkniętych więc jeździliśmy na Hromovce, dość sporo ludzi. Warunki śniegowe dobre. Dziś od rana czyli od 8:30 jeździłem na Hromovce na czerwonej trasie, jest ciekawsza niż płaska niebieska. Znowu wieje mocno wiatr i jest zimno. Piotr zamknięty. O 12 skibusem pojechaliśmy na Medviedin. Tam też spore kolejki. Trasy dobrze utrzymane, śniegu bardzo dużo, ale jakiś taki tępy śnieg. Jutro rano zacznę od Labskiej. Jutro wstawie trochę fotek, bo jest tak zimno że nie chciało mi sie wyjmować telefonu Pozdrawiam
    1 punkt
  29. Ponieważ od pewnego czasu nasza skiturowa grupka zdecydowała się na większą obecność na tutejszym forum to w ramach eksperymentu postanowiłem poprzenosić moje relacje z odbytych już wojaży. Na początek relacja z trawersu Ortlera z 2014 roku "Ukoronowaniem" (choć to jeszcze niekoniecznie) naszego sezonu narciarskiego miał być trawers masywu Ortler - Cevedale - rozległej grupy położonej w południowym Tyrolu i znanej "normalnym" narciarzom z takich stacji jak Sulda, passo dello Stelvia, Santa Caterina Valfurva, blisko leży też Bormio. Po dokładniejszym przyjrzeniu się obszarowi trawers zamienił się w trochę "gwiaździstą" eksploatację terenu. Zaplanowaliśmy 7 noclegów w czterech schroniskach. Ponieważ w pierwszym schronisku były dwa noclegi a w drugim trzy można było zabrać więcej żarcia z myślą, że je zutylizujemy przed końcem tury i nie będziemy codzienne musieli targać. W kwestii plecaków już kiedyś pisałem więc krótko; mieliśmy sprzęt narciarski (narty, foki, buty, harszle, kije, gogle, rękawice), ratunkowy (ABC), wspinaczkowy (2 liny na pięciu, szpej, raki, czekan), ciuchy (razem po trzy warstwy) okulary IV kategorii no i kapcie, wkład do śpiwora, apteczka, zestaw naprawczy. Na zespól była też jedna zapasowa foka. Oprócz tego zabrałem czapkę z wielkim daszkiem i ochroną karku a także kominiarkę, która lepiej sprawdza się od buffa i lekkie rękawiczki. Wspomnianego na początku szturm żarcia zabrałem około kilograma - minimalnie za dużo. Nie wziąłem termosu tylko butelkę PET (i tabletki musujące z magnezem). Razem dało to normalny plecak bez nart i butów pewnie z 12-13 kg. Dojazd z Wro zajął 12 godzin - około 18.30 dotarliśmy do końca drogi w dolinie Martell. Przed 20.00 zameldowaliśmy się w schronisku Zufallhutte pytamy: - sprechen sie deutsch? - ja naturlich, i po włosku i po polsku też! Szczęka nam opada - ekipa w schronisku jest głównie polska, trzy dziewczyny (no wstydu to one nam nie przynoszą) z Anetą na czele, kucharz też Polak, Włoch właściciel i Rosjanka to chyba cała reszta ekipy. Wybiegają na chwilę aby nas obejrzeć - okazuje sie, że jesteśmy pierwszą polską grupą od 3 lat! Chyba brakuje miejsc noclegowych bo dostajemy 2,5 dwójki (a zamawialiśmy zbiorówki). Ja z Kamilem mamy nawet pojedyncze łóżka, umywalkę w pokoju i jest - szok - pościel. w kranach ciepła woda. Dzień 1 Śniadanie o 6.30 trochę po 7.15 wychodzimy, jak zawsze, raczej jako jedni z ostatnich - aby iść po śladach tubylców. Wysokość schroniska to 2265 m.n.p.m. Naszym celem jest kollkuppe (3330). Rano jest mglisto, wietrznie i w takich warunkach lądujemy na przełęczy pod szczytem (3306). Razem z nami jest pewnie kilkunastu narciarzy. Do szczytu brakuje tylko 30 m ale uznajemy, że w tym wygwizdowie i mgle nie ma sensu tam włazić, podobnie myśli większość. Zakładamy narty i jazda. Widoczność jest mocno ograniczona ale stopniowo rozwiewa się i przy schronisku jest już tak. Pora jest mocno wczesna koło 13.00 jesteśmy obok schroniska (2265 m) więc co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Proponuję aby spróbować wleźć na Madritsch spitz (3255). Dobra widoczność się stopniowo kiepści i gdzieś pod przełęczą na wysokości pod 3000 ściągamy foki i jazda w dół. Stopniowo coraz więcej widać, początkowe strome ścianki kończą się rozległymi dolinami i jedziemy sobie jak Pany. Budynek po lewej to hotel przed którym parkujemy a ten po prawej schronisko. Bilans dnia to 1700 m w pionie, w sumie 20 km podejścia i zjazdy. W schronisku przeparkowują nas do 6-ki (dodając nam Austriaka do kompletu). Warto wspomnieć, że kuchnia tutaj jest naprawdę dobra i w wielkiej obfitości. Dzień 2 Następnego dnia czeka nas zmiana miejscówki ale zanim to nastąpi to jest kawałek drogi. Plan jest następujący. Wpierw na Monte Cevedale (3769 m) później krótki zjazd w dolinę Vedretta di Cadec a nastepnie przez przełęcz pod Pasquale (3431 m) i na końcu zjazd do schroniska Branca. Dyskutujemy drogę podejścia i ustalamy dość długą linię łagodnie okrążająca ZufallSpitze (szczyt leżący tuż obok naszego celu) i wchodząca na Monte Cevedale od północy. Wydaje się, że to zdecydowanie dłuższa droga niż wejście od wschodu ale zagęszczenie poziomic pokazuje, ze byłoby tam dużo trawersowania a tak wygląda, że będzie można rozpędzić jak pociąg i może to być szybsza a co ważniejsze przyjemniejsza droga. Ta kalkulacja okazuje się trafna. Za to cały czas wzmaga się wiatr i po bardzo wrednym końcowym podejściu lądując na szczycie dosłownie telepiemy się z zimna. Za granią na szczęście nie wieje i udaje się powoli dojść do siebie. Zjazd wzdłuż seraków jest bardzo urokliwy a później po przezbrojeniu nart wchodzimy na przełęcz pod Pasqualle. Ściagamy foki, na początku jest stromo i w dodatku jedziemy po starym lawinisku ale z czasem się wypłaszcza i robi się pięknie. Wypatrujemy jakiegoś przytulniejszego miejsca aby zrobić sobie przerwę bo czasu do obiadokolacji jeszcze sporo. No wygląda, że wiatr wieje wszędzie i z różnych kierunków W Brance (2487) dostajemy sympatyczną 6-kę więc mamy dodatkowe łóżko na bety. Karmią tutaj też świetnie. Bilans dnia to 1700 m w pionie Dzień 3 Położenie Brancy jest genialne, w okolicy roi się od szczytów 3500-3700. Za pierwszy cel obieramy Matteo (3678), dzień wita nas sporym zachmurzeniem, zjeżdżamy kawałek i ubieramy foki. Miła niespodzianka - szybko przejaśnia się - "nasz szczyt" tkwi gdzieś w chmurach na końcu doliny. Początkowo idziemy za niewielką grupką ale później decydujemy się na "własną" drogę podejścia - wykorzystując długi, wysoki i wygodny grzbiet moreny bocznej, która komfortowo przeprowadza nas przez pofałdowany teren lodowca. Za nami podążają inne grupy. Szybko zdobywamy wysokość i robi się coraz piękniej. Podziwiamy olbrzymie seraki. Na grani jest już bardzo twardo a miejscami dla odmiany drobniutki sypki i nietrzymający śnieg. Trzeba uważać. Na szczycie jest nas kilkunastu, wiatr przywiał chmury i zjazd nie jest już taki oczywisty. Na szczęście obok szykuje sie grupa z przewodnikem wiec postanawiamy zasępić się. Miejscowy dobrze zna teren prowadząc przez interesujace, często przyjazne narciarzom ścianki. I już wiem bedzie to jeden z najsympatyczniejszych zjazdów w życiu. Słońce też sympatycznie wylazło zza chmur. Delektujemy sie widokami, zjazdami - teren cudownie pokręcony. Znów jesteśmy na morenie bocznej i zaglądamy w oczy lodowca. Obok szczelin prowadzi zjazd z Tresero - widać, że 20 m odchyłki od szlaku może skończyć się w lodowym grobie. A to chyba maksymalna dokładność z jaką da się w praktyce nawigować w terenie przy pomocy GPS-ów... Podziwiamy jak w amfiteatrze szczyty dookoła dyskutując gdzie by tu jeszcze jutro wleźć a przede wszystkim zjechać. W schronisku, do którego trzeba trochę podejść, jesteśmy dużo przed czasem obiadu więc myjemy się i piwkujemy. Obiad jest nagrodą za nasz znój i trzeba powiedzieć, że kuchnia włoska w schroniskach bije na głowę austriacką (jakkolwiek i tam kalorii nie brakowało). dzień 4 - cdn
    1 punkt
  30. A ile roboty ma obsługujący! Ciągle mieszają mu się lagi i ciągnie za spust po parę razy! Co się zaś tyczy stoku i jego nieregularnego nachylenia, to w najbardziej stromym miejscu jest jakieś 8 procent, a w najlagodniejszym coś koło 7 procent! Mariusz, czemus ptaka nie fotografował? Zwróciłes uwagę na to "jajo" na dole stoku? Co toto jest?
    1 punkt
  31. Cóż powiedzieć? Piękna kariera i zakończenie również. Pani Tino!!!! Dziękujemy!!!!!! Wysłane z mojego SM-G900F przy użyciu Tapatalka
    1 punkt
  32. Darku jak rozumiem wprowadzamy nowe nazewnictwo górskie? Kępki - do 700 m npm Pagórki - do 1300 m npm Górki - do 2500 m npm Góry - do 5000 m npm Górzyska - do 8848 m npm Taki talerzyk jest też w Bodzentynie - rok produkcji chyba 1874? Także w Górach Świętokrzyskim kupa historii Musisz koniecznie odwiedzić! Zapraszamy.
    1 punkt
  33. Takiego kotleta to ja jeszcze nie widziałam...
    1 punkt
  34. Super! My jak wiesz z Paulą też na biegówki już od lat się zapatrujemy i niestety słabe zimy plany nam zniweczyły Fajnie, że w Stolicy można narty biegowe wypożyczyć - u nas nie ma takiej opcji, a szkoda. Dzięki za super relację i mobilizację w realizacji celu, inspirację dla "nizinnych"
    1 punkt
  35. Super nawet te kępki macie, jak już wcześniej pisałem.
    1 punkt
  36. Cześć To była absolutnie abstrakcyjna konstrukcja. Krzesła wyprzęgane z takim śmiesznym daszkiem, które jechały bardzo rzadko. Najśmieszniejsze było to, że jak się podjeżdżało to wiatr zawsze wiał w twarz. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego w ten sposób zaprojektowano ten wyciąg nie uwzględniając statystyk pogodowych. Tam była jeszcze - może jest - TatraPoma 3, która też była zabawna bo nie wyprzęgana a szybka. Pozdro
    1 punkt
  37. Moloo jeśli chodzi o serpentyny to horrorem jest nierówna droga a dokładnie lód na niej. Jak nie szkoda Ci zawieszenia to można jechać (jechałem w piatek rano). Traci sie tylko sporo czasu. Ja wracam przez Ruzomberk, będzie szybciej.
    1 punkt
  38. Ano Krzesełko było wyprzęgane i wsiadało się bokiem z odpiętymi nartami które wsadzało się do koszyczka. http://www.lanovky.sk/img.php?id=7028
    1 punkt
  39. Wszystko fajnie, dobra relacja tylko szkoda, że to nie w tym Chrzanowie, do którego dojazd z Katowic zajmuje 25 minut...
    1 punkt
  40. Prawda. Wiesiek(Wujot) to niesamowity gość , warto go poznać... Za cztery dni będę go widzieć. Uściskam go od Was
    1 punkt
  41. Mało mamy na tym forum Sudetów to tym razem wygrzebałem taką relację dokładnie sprzed 2 lat. Z okazji prognozowanego opadu śniegu w ilości 5 cm postanowiliśmy 4.01.2015 z Kamilem rozpocząć skiturowy sezon. Wybraliśmy Szklarską kalkulując, że ponieważ warunki są delikatnie mówiąc nierewelacyjne to skorzystamy z nartostrady Puchatek w przemieszczaniu się w dół. Prognoza się sprawdziła na chodnikach i jezdniach Szklarskiej zagościła skromna biała warstwa. Rozpoczynamy przy Puchatku gdzie około 9.30 jest tak Na pośredniej podejmujemy spontaniczną decyzję - skontrolujemy stan Śnieżynki. Na nartostradzie intensywnie pracują armatki polewając nas mieszaniną śniegowo-deszczową moje nylonowe spodnie robią się mokre, przyjmuję to bez entuzjazmu... Kurtki chrzęszczą i wyglądamy tak... górsko. Stan trasy jest nie beznadziejny. Na dole ok, w środku - wszędzie wystają trawy a tam gdzie jest troszkę więcej śniegu przejechał ratrak - niestety bez fartucha, góra (Świąteczny Kamień) w zasadzie jedno wielkie lodowisko. Czym wyżej tym bardziej "zimowo" i na górze jest tak Przy schronisku wieje potężny wiatr spychając nas z zalodzonych stopni, zastanawiam się jak tutaj dostać się na górę nie ryzykując potłuczeniem. W środku pijemy herbatę i kombinujemy co dalej - warunki mocno niepewne, możemy iść dalej do Łabskiego ale co z zjazdem? Jest czy nie? Postanawiamy ruszyć w dół rozeznaną już Śnieżynką a później dygnąć się z dołu na Łabski - jeśli po drodze będzie słabo to najwyżej zmienimy plan. Zjazd, jak każdy zjazd, okazał się całkiem miły (zgodnie ze starym skiturowym przysłowiem "lepiej źle jechać jak dobrze iść"). Droga na Łabski zaskakująco dobra wręcz znakomita, szybko dochodzimy do schroniska, tam lekki obiad i dalej. Pogoda robi się już bardzo klimatyczna. Podłoże po którym idziemy wygląda na początku tak A później ten podziurawiony lodowy ser salami zmienia się w powierzchnię nabitą niewielkimi lodowymi ćwiekami. wszystko to trzeszczy i łamie się pod naciskiem. Przewidując, że zjazd będzie hardcorowy nieśmiało proponuję abyśmy może zakończyli tutaj wycieczkę. Kamil jednak nie należy do tych co sobie łatwo odpuszczają i ustalamy, że idziemy dalej. Na grani za zasłoną jakiejś ostałej kosówki przepinamy narty Jest totalnie ciemno, zero rysunku, jazda po tych taflach lodu, pełnych nierówności nie jest lepsza od spaceru (też niefajnego). Do tego boję się, że coś sobie mogę zrobić więc manifestuję swoją odrębność - odpinam deski i zasuwam (ostentacyjnie ) z buta. Kamil jest tylko kawałek przede mną. Ale od schroniska robi się naprawdę fajnie - zjazd po drodze jest rewelacyjny. Dalej Puchatkiem wśród narciarzy i po chodniku do auta. Skiturowy początek sezonu za nami! Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  42. Zanim przejdę do opisu 6 i 7 dnia Pozwolę sobie na refleksje, które mi się nasuneły podczas kolejnych dni - w schroniskach były całe rzesze narciarzy i sprzętu więc populacja badawcza była spora. Demografia Parytet damsko-męski ustaliłem na 1:8. Ogólnie towarzystwo... zgredziarskie - łapaliśmy się na średnią wieku. Zdałem sobie sprawę, że bardzo możliwe, że ci wszyscy narciarze to pionierzy skiturów (czyli miksu nordycko-alpejskiego), którzy zakładali pierwsze Silvretty a później TLT. Nikt nie miał kamerek na kasku, długich kurtek i obwisłych spodni za to wszyscy o 7.00 rano byli już na szlaku i w dobrym tempie pokonywali te 1500 m w pionie. A później zjazd, często w pięknym stylu, na przecież jednak kompromisowym sprzęcie. Pomyślałem sobie, że freeride to chyba jednak zjawisko bardziej kulturowe jak narciarskie - bo jak "sprzedać" całą tę niefektowną zbieraninę. Czyli freeride to fun i młodość a skitur - zgredziarstwo (w domyśle). Oczywiście żartuję. Trochę. Pomysł na freeride Po raz pierwszy zobaczyłem, że można w tym narciarstwie wysokogórskim tak zdecydowanie postawić na dobrą jazdę. W Austrii, w której dotąd głównie chodziłem, jest jednak sporo niżej, tutaj były miejsca gdzie po 5 km podejściu miało się 1500 m przewyższenia. Przy mocno zaciekłej ekipie można byłoby zaliczyć dwa zjazdy dziennie (darowując sobie ostatni dolny kawałek pierwszego zjazdu). To zdecydowanie dobra alternatywa dla heliskingu (koszt zero i dwa zjazdy) czy jazdy z wyciągu (tu dla odmiany jakość zjazdu była jednak nieporównywalna z tym co przeważnie da się zrobić). Nocleg w stałym miejscu (np Brance) pozwala zabrać wiecej rzeczy w roli luksusowego zapasu. Według tego wzorca działała para sympatycznych Czechów, którą przydzielono nam do towarzystwa przy stole. Można też zdecydować się na troszkę solidniejsze narty. Sprzęt Po raz kolejny przekonałem się o absolutnej dominacji wiązań Dynafita - stanowiły 2/3 całości, pól na pół radicale i verticale. Z reszty - głównie diamiry, praktycznie nieobecny marker a w szczególności Barony, Diuki. Zaobserwowałem wyraźne "poszerzenie się" nart - moje 72 mm były chyba jednymi z najwęższych (ale wcale nie zamierzam tego zmieniać, nawet przeciwnie jestem coraz bardziej do nich przekonany). Teraz około 82 mm jest chyba nowym standardem, są czasem obecne narty jeszcze szersze - zauważyłem nawet parę UBAC-ów (z TLT). Po raz pierwszy był snowboard (split) - daje to obecność na poziomie 0.1 %. W butach najwięcej było Scarp Maestrale (ale znów nie tak dużo), reszta to wielka różnorodność, w sprzęcie wspinaczkowym było podobnie, mogłem pomacać wszystko co jest oferowane (choć nie znalazłem czekana campa Nanotech). Schroniska Porównując je do austriackich (oczywiście tych które znam) to są sporo brzydsze, także standard pokoi jest gorszy. I zdecydowanie większa dekapitalizacja. Na korzyść Włochów można zapisać kuchnię, mimo, że raczej niewyszukana (czyli makaroni zawsze) to jednak bardzo smaczna. Co prawda śniadania to była lekka porażka (głównie na słodko). Pobyt w schroniskach był tutaj wyraźnie droższy jak w Austrii (co najmniej 5 E). Bardzo niemiłą niespodzianką był praktycznie brak wywieszanych prognoz pogodowych, a ponieważ nie mieliśmy dostępu do netu - utrudniło to podejmowanie optymalnych decyzji. Dzień 6 Zauważyłem, że w moich opisach skiturowych przejść zawsze jest jakiś smrodek dydaktyczny. Coś o szkole pokory jaką łatwo w górach można dostać. I cóż - czy to przyzwyczajenie, czy to tak jakoś jest ale ta dodatkowa 6 i 7 godzina lekcyjna właśnie miała się zacząć. Naszym celem był drugi szczyt grupy Koenig Sp (3851 m). Po ewentualnym wejściu i jeszcze bardziej ewentualnym zjeździe (do rzędnej około 2850 m) mamy przemieścić się do schroniska Rif Guasti, które drobiazg, leży na wysokości 3269 m. Poranek za oknem wyglądał tak Takie psychodeliczne róże i niebieskości znajdziecie zawsze po przeciwnej stronie wschodzącego (i zachodzącego) słońca, które podnosząc się odsłaniało kolejne chmury. Wybiegłem więc przed schronisko z nadzieją, że zdążę złapać Koenig Sp. jeszcze w słońcu. Co rzeczywiście się udało. Po śniadaniu wyglądało już tak Dojście pod żleb podejściowy jest nieoczywiste, mamy różne traki omijające potężną skałę z lewej lub prawej strony. Przy braku rysunku nie możemy za bardzo ocenić optymalnej drogi i nagle stajemy przed perspektywą trawersowania stromego kociołka bądź zjazdu trochę w dół i dodatkowego podejścia. A ponieważ prawdzi faceci się nie wycofują to wybieramy kociołek, poza Kamilem, który ma swoje zdanie w tej kwestii. Idę ostrożnie ale robię zły ruch i jadę komfortowo w dół. Bez żadnej szansy na zatrzymanie, zanim udaje mi się odwrócić kijek i złapać go przy talerzyku i wbić w śnieg to trochę mija. Kamil już dawno odrobił straconą wysokość i ze stoickim spokojem czeka na nas. Pytam się siebie - ile to już razy obiecywałem sobie, że zamiast próbować używać swojej łepetyny prościej popatrzeć co robi Kamil - w 3 przypadkach na 4 znajduje lepsze rozwiązanie. No nic to, żleb wejściowy na Koenig Sp.i strome pole pod nim już widać. Gdzieś w jego środkowej części jest skidepo (pozostawiony sprzęt narciarski - jego właściciele zdecydowali się, na piesze wejście i zejście). Adaś, Darek i Kamil robią to samo a Robert i ja przytraczamy narty do plecaków, wcześniej opróżniając je z części ekwipunku. Raki i czekan, i dalej w górę. W żlebiku, który szybko osiągamy jest koszmarnie twardo i stromo. Nie dość tego lodowe rynny są bardzo nierówne. Przyglądam się bardzo uważnie terenowi, zjazd normalnie byłby w miarę spoko ale teraz wygląda to lekko hardcorowo. Chmury schodzą w dół zaczyna padać śnieg. Dochodzimy do wlotu żlebu - jest na szerokość nart i to nie za długich (to właśnie miejsce zaznaczyłem na zdjęciu w dniu 5) Wychodzimy, już we mgle, na szerokie pole. Obok jest skidepo - wyraźnie mocniejsze zestawy sprzętu, których posiadacze poszli dalej.Tutaj odbywa się dyskusja Robert i Kamil chcą koniecznie wleźć na szczyt, Adaś i ja jesteśmy przeciwni - pogoda się wyraźnie psuje, widoczność spada, czas też nie wygląda dobrze bo do góry jest jeszcze ponad 400 m. Czyli z powrotem, chłopaki schodzą a Robert i ja na narty. W między czasie z góry schodzi ekipa od skidepo - 5 młodych facetów. Dwóch zakłada narty a reszta przytracza je do plecaków i schodzi. Czyli chętnych do zjazdu nie za dużo... Zjazd to dużo powiedziane, praktycznie pojedyncze skręty i zsuwanie. Pocieszam się, że jest duża szansa wyjścia w miarę cało z upadku choć niestety skała na dole od wewnętrznej części żlebu może się znaleźć na torze zsuwu - staram się więc trzymać drugiego brzegu. Na nierównościach Robertowi wypina narta (ląduje ze 300 m dalej) więc ściąga drugą i dalej schodzi. Na dole chłopaki biją mi brawo, dopiero teraz uzmysławiam sobie, że nawet jednej foty nie zrobiłem (zbyt byłem podminowany) więc uwieczniam sam siebie aby mieć pamiątkę. Stok z tyłu, który trochę widać to już zdecydowanie łagodniejsza, "płaska" część zbocza. Dalej jest jeszcze trochę zjazdu a później po założeniu fok długi trawers do rozległego kotła. W kotle zastajemy radykalną zmianę warunków - wierzchnia sypka warstwa śniegu co chwila ustępuje pod nartami grożąc upadkiem. K... lecą co chwila ale nie to jest najbardziej niepokojące - kocioł jest olbrzymi o lekko rosnącym spadzie bez jakichkolwiek garbów. Czuję się jak mucha zaglądająca do wnętrza armaty - kiedy odpali? Reszta też straciła humor, rozciągamy się i najkrótszą droga idziemy na śnieżno-skalną grzędę stanowiącą bok kotła. Wejście na skały jest lekko kłopotliwe (szczególnie dla mnie bo szedłem ostatni i została mi najstromsza część zbocza). Ale dalej, już z nartami na plecach i w rakach jest komfortowo bo bezpiecznie. Idziemy szybko podpierając się kijami o zredukowanej długości - jedyna znana mi (poza transportem) sytuacja gdy przydają się regulowane kije. Kolejne skalne grzędy wyprowadzają nas na grań. Jesteśmy daleko od szlaku ale na szczęście mamy traki letniego szlaku turystycznego więc nimi się kierujemy. Od pewnego czasu słyszymy wycie syreny alarmowej - podejrzewamy, że to ze schroniska, nie jesteśmy jednak pewni kierunku, gdyż dźwięk może się odbijać gdzieś po drodze. Nagle we mgle dostrzegamy bryłę schroniska. Z bliska jest olbrzymia. Wchodzimy w rozdzierającym hałasie. Schronisko jest gigantyczne (a obok jest jeszcze drugie) - oceniam je na minimum 250 miejsc. Narciarzy jest 12 (razem z nami) gospodarzy tutaj Słowak. Noc mam wyjątkowo kiepską - podczas snu brakuje mi ciągle powietrza (i to mnie wybudza) - jest to o tyle dziwne, że spałem w sporo wyżej położonych schroniskach i schronach, chodziłem też wyżej i nigdy nie miałem kłopotów oddechowych. Cały czas sypie śnieg i ostro wieje. Nie jest to dobry prognostyk na jutro. dzień 7 - powrót Potężny wiatr, nawiane zaspy i mgła wita nas przy wyjściu ze schroniska. Przewidująco założyłem solidniejsze spodnie z membraną. W takich warunkach nie powinno się wyżej po górach chodzić ale ponieważ jutro jest Wielkanoc więc nikomu nie uśmiecha się czekanie w górach. Droga powinna być bezpieczna a najbardziej obawiamy się kiepskiej widoczności. Bo tak to (nie) wygląda. Początkowo traki prowadzą dość płasko - śniegu spadło tyle, że bez kijów trudno jechać. Idzie to bardzo powoli bo bez przerwy kontrolujemy położenie. Po jakimś czasie dojeżdżamy do najstromszego odcinka. I tutaj zaczynają się schody nie wiadomo co dalej - bo robi się mocno stromo a dalej nic nie widać. Robert bardzo ostrożnie penetruje zbocze ale ponieważ śnieg ma ochotę zjeżdżać to wraca. Być może to krótka ścianka zakończona wypłaszczeniem ale równie dobrze może być podcięta. Tak zajmuje to nam pewnie z 30 min. wreszcie znajdujemy obejście, lekko się przejaśnia i jedziemy dnem szerokiej doliny. Spad jest w sam raz i na tym puchu robi się naprawdę miło. Zjazd trwa, coraz wiecęj widać Gdzieś na rzędnej 2500 m spotykamy pierwsze grupy idące w górę. Temperatura rośnie, zaczyna padać deszcz i puch zamienia się w paskudną masę trudna do jazdy. Mijamy z żalem schronisko Zufallhutte (chcieliśmy pożegnać się z "naszą" ekipą i napić kawy ale mamy co najmniej godzinę opóźnienia. Teren jest bardzo zróżnicowany, warunki też bo co jakiś czas kłaki mgły odbierają oczy. Zabawa jest przednia bo musimy jechać wąziutkim szlakiem podejściowym (bo obok się nie da). Na zakończenie wypadamy na polance obok parkingu. samochód wygląda tak: Przebieramy się w opadzie A gdy za pół godziny (w Austrii) jest tak pytamy się - o co tu chodzi? Podsumowanie Pierwsze 5 dni było naprawdę rewelacyjne (mimo wygwizdowa). Zrobiliśmy 100% planu maksimum. Trochę szkoda Koenig Sp. ale w tych warunkach nie miało to sensu a nawet było zgoła nierealne. Brak prognozy pogodowej uniemożliwił nam podjęcie optymalnej decyzji jaką był zjazd w dół w 6 dniu (warunki były jednak lepsze jak po nocy) i awaryjny nocleg w Zufallhutte. Jak zawsze sporo innych wniosków (szczególnie w zakresie prognoz pogody). Pozostał mi pewien "narciarski niedosyt" - postanowiłem go zmniejszyć. I wszystko wskazuje, że pod koniec czerwca (w trochę zmienionym składzie) będę mógł "dopchać się" na maksa - zaatakujemy gniazdo wysokich czterotysięczników - masyw Monte Rosy. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  43. Czy to tylko ja mam zamiast Kostelicow jakieś nudy z olimpiady?
    1 punkt
  44. No takie niby nic ? Milosnicy wege i sałatek tez sobie coś znajda, ale to nie ja ? na pewno nie zima na nartach ?
    1 punkt
  45. Oj, zupełnie się nie zgodzę z powyższymi opiniami o alpejskich jadłodajniach. Jest tak jak pisze lokiec3. Chcesz szybko i nie dawać napiwku idziesz do "selbstbedienung" i bierzesz "Gericht des Tages", bo to zawsze będzie świeże. W takich jadłodajniach można czasami znaleźć wyborne pizze i desery. A jak ktoś liczy na bardziej wysublimowane jedzenie, to idzie do knajpy z obsługą, restauracje mają swoje specjalności. W Zillertal Arenie jest sobie na przykład taka Rosi's Schnitzelhutte, gdzie za niewielkie pieniądze serwują ogromne, ogromniaste sznycle, mięso selekcjonowane, smak wyborny, porcje nie do przejedzenia. Może sznycel nie brzmi jak coś wow, ale tam jest wybitny. Mnie nic nie regeneruje lepiej niż Apfelstrudel z dużą ilością ciepłego sosu waniliowego. No i jeszcze grzańce, piwo pszeniczne i inne herbatki... To o Austrii. Wszystko kwestią smaku, gustu i zasobności portfela, ale z pewnością wybór jest
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...