Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
02.02.2017 - 02.02.2017
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 02.02.2017 uwzględniając wszystkie działy
-
15 punktów
-
Nie może góra do Mahometa, więc musi Mahomet do góry. Wy tu dania takie, śmiakie a ja w areszcie fotelowym do 15 marca. Pomyślałem więc, że parę razy w tygodniu ukuchcę sobie coś regionalnego ze stoków Polski i Europy. Zacząć oczywiście trzeba od słowackiej Kapustnicy z wieprzowym mięsem i ostrą kiełbaską. Właśnie dochodzi w garze. Trzeba by było podlać trochę złotym bażantem, ale dziesięć tabletek na mojego potworka, skutecznie mnie od tego odciąga. 15 marzec, przeleci to się nadrobi. Jako, że dziś to pierwszy dzień alpejskich warsztatów kulinarnych, w piekarniku duszą się udka po kujawsku. Taki ukłon dla naszych pomorskich forumowiczów. Na najbliższy czas w planach oczywiście Gulasz zupa rodem z Karyntii. Ale jak ją spożyć bez odpowiedniego trunku? Nad Skrzycznem dziś piękne słońce, temperatura około 3 stopni, będzie dziś pierwszy 10 minutowy spacer w stronę mojej góry (100m odcinek oczywiście) i z powrotem na fotel. Pozdrawiam, stęskniony nie tylko do nart ale jakiegokolwiek ruchu Góral.8 punktów
-
Spod domu w kierunku mojej ukochanej góry: Skrzyczne, piękne warunki narciarskie w całej Kotlinie Żywieckiej. Widać po moim uśmiechu, że teraz to już idzie w jedynie słusznym kierunku: Długość kijków rozłożonych do mojego ostatniego skiturowego wypadu na Buczynkę 12 grudnia nie zostanie zmieniona do powrotu na tury w listopadzie 2017 oczywiście pod Golgotę. Hey7 punktów
-
6 punktów
-
Słoneczno - mglisty Kamieńsk Dziś od rana spontaniczna decyzja, zamiast cały czas pracować i ślęczeć przed komputerem najwyższa pora się ruszyć. Szybkie pakowanie, droga mimo mgły minęła szybko i zajeżdżam pod stok. Aut sporo, ale ludzi jakoś niezbyt. Karnet poranny (9-13:30 / 40 zł) kupiony, pierwsze krzesło moje :). Warunki bardzo dobre, zmrożony twardy sztruks, kolejek do wyciągów brak. Udane 2 godziny jeżdżenia na 185cm gigantkach, na slalomkach na tym płaskim możnaby było usnąć :). Tylko gór brak, ale już pracuję nad wyjazdem w jedynym słusznym kierunku. Trochę zdjęć: Pozdrowienia dla narciarskiej braci :).6 punktów
-
Jeżeli będziecie wracać z nart przez Bielsko, to polecam restaurację Gallo Nero przy ulicy Legionów (Nowe Miasto). Pyszna włoska kuchnia5 punktów
-
4 punkty
-
Młodym chcę przypomnieć. Kiedyś świnię karmiono naturalnymi produktami rok, może i dłużej, zanim ja przeznaczono na rzeż. Jej mięso, i nie tylko, ale i kur, bydła itp, było inne, miało inny smak. Porównajcie sobie smak wołowiny argentyńskiej do naszej, zobaczycie o czym piszę. Dziś, kiedy zastosuje się starą technologię i tak nie otrzyma się takiego samego jak kiedyś produktu. Wiem o tym, bom już (kur...) stary!!! Ale pamięć i smak mi pozostał. To samo dotyczy się np. owoców. Pamiętacie jak kiedyś smakowały truskawki? A były to ananaski, murzynki, kartoflanki, zwykłe, wydłużone, kuliste itp. Czuć w nich było smak poziomki, nie kalarepy. No cóż, świat się zmienia i jemy to co nam zaoferują. Dlatego dobrze, że choć w ten sposób zareklamujemy wśród nas te bary, restauracje, które się choćby starają i byle czego na stół nam nie serwują. PS, a jak żywią w tej najstarszej w Polsce karczmie w Jeleśni? Kwaśnicę na ryju jeszcze podają tam?4 punkty
-
4 punkty
-
Na początek wymień te miejsca które twojej rodzinie się znudziły. Szkoda żebyśmy się męczyli na darmo i wymieniali Ci miejsca znudzone do znudzenia. To strasznie nudne. Pozdrawiam4 punkty
-
Aaa, przypomniało mi się. W 1973 czy 1974 roku, jak w Polsce zaczęli produkować Pepsi i Coca-Colę, butelka 0,25l kosztowała właśnie 5 zł. Tak dla przypomnienia bo była denominacja, tamte 5 zł to dzisiejsze 0,05 grosza. Czyli za dzisiejszy 1 grosz można było wtedy kupić 20 butelek Coca-Coli. Czy na podstawie tego wyrywkowego przykładu uważacie, że trzeba oszczędzać i odkładać na gorsze czasy i starość? Więc polecajmy sobie knajpy przy stokach i radujmy się przy stołach zastawionych frykasami. Pić, pier..... nie żałować, bida musi pofolgować!3 punkty
-
3 punkty
-
W minionym tygodniu miałem okazję odwiedzić stację narciarską Piancavallo. To chyba jeden z mniejszych ośrodków w Dolomitach położony w prowincji Pordenone na wysokości 1267 m n. p. m. Znajduje się tam ok. 24 km tras narciarskich, z których większość to trasy czerwone. Kilka z nich jest wydzielona dla trenujących zawodników, których widywałem codziennie. Jest też całkiem fajny snowpark i taśmy dla małych narciarzy. Z najwyższego punktu 1865 m n. p. m., na który wjeżdża 4 osobowa kanapa przy dobrej widoczności można zobaczyć Adriatyk. Stacja, jako pierwsza we Włoszech, posiadała system dośnieżania i z tego, co widziałem i wyczytałem, to pokrywa on 100% tras. Sama miejscowość sprawia wrażenie podupadłej. Jeden maleńki sklepik, puste hotele i bary, to podobno skutek ostatnich ciepłych zim. W samej miejscowości podobno na stałe zameldowanych jest 20 osób. Mnie osobiście to nie przeszkadzało, bo dzięki temu na trasach w tygodniu praktycznie nie ma ludzi. Oprócz tras zjazdowych jest tam sporo tras biegowych, a dla skiturowców są specjalnie wyznaczone szlaki, którymi można podchodzić nie przeszkadzając zjeżdżającym narciarzom. Jest też kryte lodowisko, gdzie można oczywiście wypożyczyć łyżwy. Co do warunków narciarskich to jak na dosyć małą ilość naturalnego śniegu, trasy bardzo dobrze przygotowane. Mnie się trafiło 6 dni słońca praktycznie bez chmurki i wiatru z temperaturą od -2 do 0. Dodatkowo wszędzie wystawione leżaki i piękne widoki. Czego chcieć więcej? No, może trochę świeżego puchu.3 punkty
-
Jestem osobą, która dużo jeździ na rowerze, również w zimie. Naturalną koleją rzeczy zostałem fanem "tłuściochów", czyli rowerów z baaardzo grubymi oponami. Puszyste mnie kręcą. Nie planowałem żadnych zawodów w związku z tym, nie czułem takiej potrzeby, ale po namowie kolegów z teamu Fatbike....... postanowiłem wystąpić w Monteria Fat Bike Race Góry Stołowe. Trochę z ciekawości, trochę dla zabawy, a trochę z chęci sprawdzenia swojej formy. Niezwłocznie opłaciłem startowe i pozostało już tylko trenować i czekać. Ale czas minął szybko. Trzeba było się pakować i udać na miejsce zawodów. Rozebrałem grubasa, wsadziłem do swojej konserwy na czterech kołach i teleportowałem 300 km dalej, w Góry Stołowe. Podobnie z moją lepszą połówką, ale jej nie musiałem rozbierać... Może niektórych zaskoczę, bo to właśnie tu po raz pierwszy miałem przyjemność poznać niemal cały, mega pozytywny team Fatbike....... na żywo, choć wcześniej razem wynajęliśmy wspólnie domek. Panowie mieli dla mnie miłą niespodziankę: zaprosili do swojego grona, tj. teamu. Dla minie to spory zaszczyt. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś będę choćby w amatorskim. Tym bardziej w tym wieku i do tego profesjonalnym. Oczywiście chętnie dołączyłem, bo w grupie raźniej, zwłaszcza takiej! Thanks! Góry Stołowe przywitały nas błękitem i złotkiem na niebie. Spośród grubej, białej kołderki, pięknie eksponował się sam Szczeliniec Wielki, pod którym mieliśmy bazę noclegową. Start znajdował się zaledwie kilkanaście obrotów korbą od naszej "Brdy". Nieco dalej zaplanowano wieczorny prolog. Czas więc wskoczyć na tłustą maszynę i zrobić rozgrzewkę. Miałem jeszcze zdobyć samego Szczelińca z grubym - po co? Innym razem. Dziś jednak bez raków nie było szans. Odpuściłem. Pozostał trening po części wieczornej trasy, podziwianie widoków i próby z przyczepnością opon, twardości wyratrakowanego terenu, czy nawet ustawienia kamery. Zmrok zapadł szybko, taki urok stycznia. Czas ruszać na start. Choć to niesamowita atrakcja, miałem wątpliwości, czy należy katować muły przed właściwym wyścigiem. Team takich wątpliwości nie miał. Skoro tak, to już się nie migam. Mam jeden z pierwszych numerów startowych, więc przynajmniej długo marznąć nie będę. Lekka trema, chwila oczekiwania i go! Początek to krótki, ale treściwy podjazd. Cisnę dość mocno, słuchając rad najstarszego z nas - Ryszarda. Dzięki temu mam wolną drogę na singlu ( dzięki Ryszard! ) i mogę sprawnie dojechać do szerszej części. Choć to chyba sprawnie inaczej, bo kilka razy wypadam z wąskiej przecinki. Dalej to już sielanka - szeroko i twardy sztruks. Jednak mogło skończyć się różnie. Chcąc poprawić lampkę, wyłączyłem ją! Panika, przemielone tysiące myśli na sekundę, jak w procesorze czterordzeniowym, kilka nowych siwych włosów i ponownie stała się światłość. To tylko sekunda, ale na zjeździe i przy speedzie wystarczy. Krótki dreszczyk kończy się szczęśliwie i ostatecznie kończę prolog na 9 miejscu wśród Fatów i 12 open. Powiało optymizmem przed głównym "śmigiem". Tak dobrej pozycji się nie spodziewałem. No i jeszcze ten klimat - przy lampkach, pochodniach i ciepłym dopingu. Następny dzień wita na sporym minusem. Tłuścioch posłużył za termometr i jako pierwszy zbadał czekające nas warunki. Ż ż ż ż zimno! Obfity popas, ciepły ubiór, krótka rozgrzewka i ustawiamy się na starcie. WOW! Tyle grubasów w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Cóż za piękny widok! Tyle tłuszczu w jednym miejscu? Normalnie bajpas burger! Wybija godzina zero, tj. 11.00, więc power on! Niestety brak doświadczenia spowodował, że trochę straciłem na starcie, a do tego jeszcze wpadłem w ślad dla narciarzy biegowych. Przez to nieco zostałem i utknąłem. Pierwszy kilometr przejechałem praktycznie bez pedałowania. Tak do pierwszej przeszkody. W kopnym śniegu hurtowo lecą gleby, a stawka się rozciąga. Jeszcze jedno "wąskie gardło" i mogę wreszcie rozwinąć skrzydła. Tłuścioch nabiera rozpędu niczym Boeing na pasie startowym. Czuję moc! Zaczynam odrabiać straty i wyprzedzam sporą grupę. Niestety entuzjazm słabnie na singlu. Był jeszcze do przejechania, ale aż 3 osoby przede mną upadają. Powstaje spora kumulacja, nie tylko kolarzy, ale i napiętej atmosfery. Wyprzedzanie niemożliwe, chyba, że ktoś ma śmigiełko w plecaku jak Inspektor Gadżet. Pozostaje grzecznie maszerować do końca singla, choć wewnątrz głowy temperatura rośnie i nie każdy potrafi ugasić pożar... Wreszcie koniec grzęzawiska i wskakuję na rumaka. Niestety coś chrupnęło i łańcuch wpada między przednie zębatki. Szlag! Szybko rozwiązuje problem, ale po kilku obrotach korbą wplątuje mi się sznurówka w dużą zębatkę. Kur...! Co jeszcze?! Wyszarpuję ją i ostatecznie mocno wciskam do buta. Ponownie ruszam, ale ledwie po 100 metrach pęka łańcuch. Zadałem pytanie, więc szybko dostałem odpowiedź. Bezsilność, złość i smutek. Jakby mi ktoś przerwał dobry film podczas najlepszej sceny i przełączył na TV Trwam. Przez chwile mam pustkę w głowie. Co robić? Szanse na dobry wynik już odfrunęły jak ptaki na zimę do ciepłych krajów. Gdyby ktoś teraz wręczył mi siekierę, wyrąbał bym pół lasu w Górach Stołowych, ale tego nie wolno. Spieszyć już się nie mam do czego, więc na spokojnie podjeżdżam pod Goprowców, stojących na końcu singla i sięgam do "nerki", gdzie często trzymam jakieś proste "receptury na bolączki". Ale zaraz? Gdzie ona jest? Rozglądam się, ale niczego wokół nie widzę. Tym bardziej w pasie. Czyżby kolejny pech? No tak, nieszczęścia nie chodzą parami, ale stadami! Dół na maksa... Zatrzymuje się jeden z zawodników i pyta czy nie chcę spinki. Przez myśli o stracie "nerki" nawet się nie cieszę, ale odruchowo biorę i dziękuję. Niestety najpierw trzeba pozbyć się zepsutego ogniwa, a bez odpowiedniego narzędzia to niemożliwe. Gdyby było lato, można by skorzystać z tych naturalnych - patyki, kamienie itp. Niestety wszystko pod metrową warstwą puchu. Ale po chwili zatrzymuję się zawodnik z Czech i wręcza mi skuwkę do łańcucha. Humor delikatnie i stopniowo rośnie, jak energia w ładowanym akumulatorze. Może jednak jeszcze pojadę? Chwila napięcia, coś pyknęło i... kolejny pech! Bolczyk, który powinien wypchnąć wałeczek z łańcucha, pęka. Ledwie podnoszący się z dna humor, ponownie siada jak statek na mieliźnie. Mimo wszystko wielki dzięks dla wszystkich, którzy mi pomogli. Dzięki takim ja Wy atmosfera imprezy jest wyjątkowa! Teraz już na spokojnie mogę zdecydować co dalej. Przecież nie siądę i zacznę płakać. Trzeba zresetować głowę i od nowa wgrać soft. Ostatecznie mam dwie opcję: 1) kontynuować wyścig bez napędu metodą "na Flinstonów" ( opuścić siodełko i szybko przebierać nogami ) , 2) oddać rower Goprowcom i bieg ok. 7 km. Serce było za opcją nr 1 (byłoby ciekawie), jednak przekonanie, że coś zgubiłem (owa nerka), ostatecznie przesądziło o dokończeniu udziału w imprezie z buta. A tak zawsze się zarzekałem, że biegać nigdy nie będę... Przebiegłem przez kopny śnieg i dalej trasą. Nic nie znalazłem i już nieco żałowałem wybranej opcji. Trochę dziwny widok był, kiedy ktoś uprawia jogging w kasku rowerowy i do tego w zimie. Kiedy dobiegłem do mety, żona pomyślała, że to jakiś mój duch... Wszystko wyjaśniłem, popytałem jeszcze w biurze, czy ktoś coś nie znalazł i odebrałem rower. Smutny widok - tłuścioch z wiszącym łańcuchem to jak kolano z zerwanym więzadłem. Zabrałem rannego do domku i tu szok! Nerka leży na fotelu! Pan Hilary zgubił okulary! W jeden chwili radość i wkur... - trza było wybrać opcję nr 2! Ale najważniejsze, że "zguba" się znalazła. Wreszcie coś pozytywnego. Pozostało odebrać medal, oczyścić umysł z wszystkiego co złe i wspólnie biesiadować z ekipą. Emocje opadły i teraz już mogę powiedzieć, że to wspaniała i wyjątkowa impreza! Świetna organizacja, świetna atmosfera w pięknych okolicznościach przyrody. Nie chciało mi się za bardzo tam jechać, a teraz już tęsknię za tym miejscem. Niewątpliwie zawitam za rok i nie tylko z powodu niedosytu po awarii sprzętu. Tu trzeba być i to przeżyć! Na koniec filmik z otoczka i z samego wyścigu. Jak widać, pogoda dopisała! Pozdrawiam, Johnny2 punkty
-
Plan na sobotę był prosty, dotrzeć pod Tatry i wejść na nartach na Kasprowy Wierch – mekkę polskiego narciarstwa. Piątek, koniec pracy wsiadam w pociąg do Krakowa, aby po 3 godzinach przesiąść się do autobusu jadącego do Zakopanego i po kolejnych 2,5 godzinach zameldować się w zimowej stolicy Polski. Sobota pobudka ok. 6, gramoling, lekkie śniadanie i nieśpiesznie udaję się do upatrzonej wypożyczalni sprzętu skiturowego. Mają czynne od 8 więc nie spieszę się, jestem wcześniej i tam pierwsza tego dnia niespodzianka – już czynne. Za chwilę druga niespodzianka – sprzętu praktycznie brak, lekka konsternacja, tak to jest jak człowiek nie ma swojego. Gdzieś w kącie wypatruję jakieś nartki, trochę krótkie, ale cóż na bezrybiu i rak ryba. Wypożyczam komplet: buty + narty + foki + kije, koszt 70 zł/doba. Cel: Kasprowy Wierch przez Myślenickie Turnie i Halę Goryczkową. W przewodniku W.Szatkowskiego trasa jest określona jako łatwa, przyjemna dla początkującego. Zakładam sprzęt i w drogę. Warunki marzenie: słoneczko, lekki mróz. Trasa od Kuźnic wiedzie przez las pieszym szlakiem zielonym, początkowo wzdłuż nartostrady z Hali Goryczkowej. Idzie się bardzo dobrze, tempo spokojne, po godzinie jestem na Myślenickich Turniach. Widoki super, w dole Zakopane pod chmurką smogu. Tutaj odbijam od szlaku pieszego i dalej szlakiem narciarskim w kierunku Wyżniej Równi Goryczkowej, gdzie jest dolna stacja kolejki krzesełkowej na Kasprowy zajmuje mi to ok. 30 minut. Tam przerwa przy szałasie, herbatka, śniadanie, czekolada i w drogę. Ruszam bokiem nartostrady do góry, kurcze stromo, nie robię zakosów, tylko wykorzystując „piętkę” cisnę prosto do góry. Pokazują się pierwsze oblodzenia trasy. Docieram do dna Kotła Goryczkowego i odbicia szlaku narciarskiego na Halę Kondratową, który jest zamknięty. Dalej bokiem tras zjazdowych po wyznaczonym tyczkami przejściu i tutaj rozpoczyna się cała zabawa. Nie dość, że stromo to lodowo, próbuję trawersować zbocze, ale tam miejscami śnieg wywiany i sam lód, próbuję zakosów i wzorem innych iść wydeptanym już śladem. Narty jednak mnie nie słuchają, robię krok do przodu i zjeżdżam dwa kroki w tył lub co gorsza obsuwam się po stoku w dół, potem znowu trzeba podejść do śladu i taka walka trwa w nieskończoność. Jestem wściekły, co jest ?, ktoś mi radzi abym mocniej uderzał o stok nartą i krawędziami, nie pomaga, zaliczam dwie wywrotki i kolejne obsuwy. Jestem zmęczony, głodny, odwodniony, wściekły na całą sytuację, a miała być przyjemna wycieczka. Ściągam narty i idę z buta, nagle jedna noga zapada się prawie po pas, kilka kroków i znowu noga w śnieg. Znowu zakładam narty i do góry, krok, po kroku. Myśli kołaczą się po głowie, k…..wa co ja tutaj robię. Po tej nierównej walce docieram do stacji wysiadkowej krzesełka z Goryczkowej, ściągam narty, wyciągam wszystko co mam do picia i jedzenia, odpoczywam. Do wejścia na szczyt mobilizuje mnie pracownik PKL, który oznajmia mi, że nic go nie obchodzi, że nie mam sił, ale skrótem koło niego to nie przejdę. Tylko ze szczytu mogę zjechać w dół. Wchodzę już z buta dotykam dzwonu, nie czuję żadnej radości, zapinka i w dół. Nie cieszę się ze zjazdu, bardziej myślę o tym aby ze zmęczenia nie zrobić jakiegoś głupiego błędu, tylko zjechać na dół. Boli chyba każda część ciała nie czas na stylowe zjeżdżanie, byle w dół napić się piwa, bo usycham z pragnienia. Do dzisiaj zastanawiam się co się stało, ta góra mnie pokonała. W sezonie przemierzam szlaki w Tatrach wzdłuż i wszerz i chyba jeszcze nigdy tak fatalnie się nie czułem, może to sprzęt ( narty były krótsze o 20 cm od mojego wzrostu, foki były też krótsze o jakieś 10 cm od nart do tego nie pokrywały całej szerokości narty ), może nie ten dzień, a może po prostu musiałem zapłacić tzw. frycowe za brak doświadczenia skiturowego. To była moja sobotnia historia. Pozdrawiam Darek2 punkty
-
2 punkty
-
hahahaha, uśmiałam się. Może koleżanka poda widełki cenowe, bo jak mamy iść w te klimaty to ja proponuję hotel Zhero koło Ischgl, cena promocyjna 250 euro za noc2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Baa, a żebyś wiedział Ps.Teraz aktualnie jeżdżę za tymi plastrami sylikonwymi co będę używał do stóp Brrrr2 punkty
-
2 punkty
-
W twoim przypadku można to sparafrazować : Nie może Góral do Gór, więc muszą Góry do Górala . Fajne żarełko szykujesz. Ja ostatnio z tęskonty zrobiłem kwaśnicę. Wyszła zaj........znaczy się pyszna. Jak w tej knajpie pod Babią Górą. Pozdrawiam i do zobaczyska.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Ustroń-Czantoria Stęskniłem się za królową Beskidów Dziś z samiusińkiego ranka parę godzinek przedniej jazdy z ograniczoną lekko widocznością Za to bez większej liczby ludzi i po świeżym opadzie śniegu z lekkim mrozikiem Ps.Oprócz głównej trasy czynna Faturka wybierz pliki... Kliknij, aby wybrać pliki2 punkty
-
Dziś wieczorne narty w KasinaSki. Jako, że młoda już wydobrzał, a przez ferie nie ma zajęć sekcji pływackiej - a z domu też czasami lepiej się ulotnić - pakujemy sprzęt i 17.50 meldujemy się na bramkach w Kasinie. Jeszcze 2-3 minuty i można ruszać Bramki otwarte no to na krzesełko Kilka słów o warunkach. Pomimo lekko dodatniej temperatury a było ok 2C warunki przez mniej więcej 2 godziny super, równo w miarę twardo jeśli tak można powiedzieć o śniegu po krótkiej przerwie i ratrakowaniu, ludzi też nie za dużo, no było tak w sam raz. Pierwsze 5 zjazdów - jazda pełną szerokością trasy na krawędziach, z czasem trzeba było trochę więcej pokręcić ale cały czas można było spokojnie jeździć. Po ok 2 godzinach pojawiło się trochę muld i odsypów - głównie w górnej części stoku, natomiast dosłownie tylko w 2-3 miejscach wyszła odrobina betonu, który raczej nie sprawiał problemów i można było ominąć. Na koniec chwila odpoczynku i wizyta w barze, obok dolnej stacji - dla mnie herbata z sokiem, dla Julki frytki z czekoladą, pakowanie i do domu. Kolejny miło spędzony wieczór z córką, a od poniedziałku urlop i oby pogoda dopisała. Pozdrawiam Paweł1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Darku Ty lepiej pilnuj kuchni bo Ci się kwaśnica i kuraki spalą Kuruj się i do zobaczenia1 punkt
-
Cześć Biorąc pod uwagę, że kajak to wynalazek eskimosów stosowany przez nich głównie do polowań, np na foki, to zasługi Mariusza w materii udowadniania, ze zima kajaki są możliwe uważam za wątpliwe. Jeżeli chodzi o Polskę to tradycje zimowych spływów są też bardzo dawne. Są zimowe spływy cykliczne, którym już dawno stuknęła 50. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
1 punkt
-
Kolego nie zawracaj sobie tym głowy Do połowy marca jeszcze sypnie śniegiem To akurat bardziej pewny termin niż polowa stycznia na Dolomity Aczkolwiek po 12 będzie pewnie miękko1 punkt
-
1 punkt
-
oglądamy gdzie tam można pozjeżdżać przyjemny filmik gwiazd frirajdu z Chamonix, którzy odwiedzili Tatry słowackie1 punkt
-
Świerzy filmik - niektóre z upadków robią wrażenie... Warto zobaczyć.1 punkt
-
Dziś tam trochę pojezdzilem. Szkoda, że stok nie jest ze dwa razy dłuższy, że nie ma więcej urozmaiconych tras. Co ja Wam będę jakaś beletrystyke pisał, np jak dopinalem klamry, czy sprawdzałem warunki mieszkaniowe, znaczy się klatkowe w mini zoo, dla liska. Tak, tak, podobno komuś nie podobało się w jakich warunkach trzymany jest tam lisek. Stacja przepraszala i obiecała poprawę warunków mieszkaniowych rudzielca. Szkoda, że sytuacja mieszkaniowa homo sapiens nie budzi takich emocji. Ale co ja będę pisał, foto powiedzą więcej jak dziś było.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Czytam dziesiąty raz post Janka i cały czas nie widzę, żeby kogoś w nim obrażał. Ech... marnie chyba ze mną będzie Ja tu widzę dość niezły żart, ale wcale nie z osób mieszkających na wsi. Poczytaj relacje Janka - on nie jeździ samochodem.1 punkt
-
Madonna di Campiglo Tak więc dziś jeżdziliśmy w rodzinnych stronach Alberto Tomby Większość tras należy tu dość łatwych,wyjątkiem jest Amazonia na zboczach Spinale Aaa i oczywiście fisowska trasa 3-Tre Przygotowanie tras bardzo dobra ,ludzi średnio Nie ma mowy o stania w kolejkach Kolejny pięknie spędzony dzionek1 punkt
-
Tonale -Lodowiec Presena Trochę póżno biorę się do relacji ale dziś były rozmowy polsko-włoskie Daliśmy dyla bo makaroniarze zagadali by nas na śmierć Sam lodowiec jest z tych malutkich ok 7 km tras,dobrze przygotowanych w końcu z odpowiednią ilością śniegu,nie tylko sztucznego Rok temu zrobili tu porządną inwestycje i na sam lodowiec nie trzeba już targać orczykiem tylko gondolą z samego dołu z jedną przesiadką Ludzi ok godzinie 10 znikoma ilość, można się było wyszleć Pista Paradiso przygotowana b.dobrze1 punkt
-
Marileva-Folgarida Tak,to naprawdę Polska stacja i nic się tu nie zmieniło jeśli chodzi o naszą nację,niestety Polski język jest tu dominujący Sorry że tak to zacząłem ale nasi to naprawdę zachowują się jak bydło Podpici jegomoście z wulgarnym krzykiem jeżdżą i drą kopary,masakra Wstyd się przyznać że jest się polakiem Mam nadzieje że to tylko nas teraz spotkała taka przyjemność A co do stacji sama infrastruktura dobra,przygotowanie tras jak na tą ilość sztucznego śniegu dobre,nawet sztruks z ranka,koło 10 można było zaznać z 2 godzinki Co tu naszych ciągnie nie wiem Toć nie ma strefy bezcłowej Zdecydowanie jutro lodowiec w Tonale i podmiejska włoska białka1 punkt
-
Andalo-Paganella Co się odwlecze to nie uciecze Warto tu pojeżdzic dzionek,dwa a i tydzień rodzinnie można by było tyle że my lubimy się przemieszczać Kto był to wie że Pagannela fajna jest,kto nie był to polecam.nawet na tydzień W skrócie to duży brat ośrodka w którym jeżdziliśmy wczoraj Dziś po nartach przeprowadzka do nowej kwatery co by ogarniać pozostałe ośrodki Dolomitów Jutro Passo Tonale a może Pinzalo Ps, Na ostatniej fotce tak w Paganneli przepędzają ostatnich niezdecydowanych narciarzy,gdy ratrakowy jest gotowy do lizania tras1 punkt
-
Dzisiaj sprawdziłem co oferuje Bachledova Dolina, tym bardziej, że jest na jednym karnecie wraz z Białką. I śmiało mogę polecić jako super alternatywa dla Białki na jakieś 4 godziny jazdy. Parkingi dobrze przygotowane z pomocną obsługą, przy każdej trasie bary, a na stokach pusto, zero kolejek do wyciągów. Na trasach z rana twardo, równo, później ponieważ mocno wiało to nawiewało na trasy, ale bez tragedii. Mapa tras w ośrodku mocno "przekolorowana", w rzeczywistości czynne jest: 2 x krzesło, orczyk podwójny i 2 x orczyk dla początkujących. Czynne trasy to: 1, 2, 3, 4, 7 ,9.1 punkt
-
W niedzielę postanowiliśmy pojeździć w Černym Důle. Ośrodek reklamuje się jako rodzinny, ale nie jest to tylko ośla łączka, ale ma też parę ciekawych tras, w sumie ponad 7 km, więc na pół dnia może być, jak najbardziej. Trasy obsługują dwa przedpotopowe, trzyosobowe krzesełka, dość mocno już zdezelowane. Tak się zastanawiałam, czy one starsze ode mnie, czy nie, choć wydaje mi się, że ja się jednak lepiej trzymam… Krótsze krzesełko (U lomu) miało być w ubiegłym roku wymienione na „czwórkę” z demobilu z Ratschings i wydłużone, ale coś im nie wyszło, więc ponoć mają to robić przed 2017/2018 r. W każdym razie przyszykowane są już nowe trasy od góry i fundament pod podporę, więc na pewno nowszy wyciąg będzie wartością dodaną dla tego sympatycznego ośrodka. No właśnie – w porównaniu do sezonu 2013/2014 wytyczono nowe, widokowe trasy – niebieską 6c „Holandską”, typowa rekreacja i niebiesko-czerwoną "Wyhlidkową”, na której były takie „tłumy”: Warunki również w niedzielę były wyśmienite i tym razem było pustawo, jazda na bieżąco, bez kolejek. Nie wiem tylko, po co wszystkie armatki pracowały na full, więc zamiast obcowania z naturą mieliśmy huk i śnieżny prysznic na wyciągu. A Černym Důl pożegnał nas taką pogodą i takimi widokami: Po 13.30 trzeba było kończyć i wracać do domku, niestety ...1 punkt
-
Haha Ale raczej nie na stoku. Jestem przeciw alkoholowi na nartach (nawet w małych ilościach). Co innego później1 punkt







