Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 14 Październik 2026
-
Rok
14 Październik 2025 - 14 Październik 2026
-
Miesiąc
14 Wrzesień 2026 - 14 Październik 2026
-
Tydzień
7 Październik 2026 - 14 Październik 2026
-
Dzisiaj
14 Październik 2026
-
Wprowadź datę
23.10.2019 - 23.10.2019
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 23.10.2019 uwzględniając wszystkie działy
-
Sellaronda... wszyscy narciarze znają. Ja postanowił zajrzeć na szczyt masywu Sella, aby spojrzeć z innej perspektywy na najsłynniejszą pętlę narciarską świata. Moim celem było "wydrapanie się" na Sellę ubezpieczoną drogą - via ferratą Tridentina, która jest jedną z najpopularniejszych, jak nie najpopularniejszą w Dolominach. Stopień trudności określany jest jako C, ale końcowe podejście mój przewodnik Max zakwalifikował jako D. Dodam, że było to moje pierwsze tego typu wyzwanie w życiu. Stresu wielkiego nie było, za to wysiłek całkiem spory.7 punktów
-
Pogoda rzeczywiście wyjątkowo rozpieszcza. Nie wiadomo czy odwiedzać zjawiskowe o tej porze roku Stawy Milickie gdzie rozległe stawy powoli zamienią się w błota i pola czy może łapać góry bo tam też jesień pierwsza się skończy. Na razie chwytam obie sroczki ale ze wskazaniem jednak na tę drugą. Rudawy Janowickie! To najpiękniejsze pasmo na Dolnym Śląsku i jest to nawet łatwe do uzasadnienia. Liczne odlotowe formy skalne i sporo doskonałych miejsc widokowych. Do tego drzewostan mieszany z udziałem gatunków liściastych. Jazda tutaj nie wszędzie jest łatwa - za to zjazdy błyskawiczne. I już wiecie dlaczego jesień trzeba zaliczyć właśnie tutaj. Popatrzmy na oficjalne trasy W Rudawach w całości mamy dwa szlaki - żółty (pętla Rudawy) i niebieski mtb Wieściszów. O pasmo zahaczają znacząco jeszcze trzy inne. Dzisiaj na tapetę wezmę podstawowy - żółty. Trasa ma 41,5 km i pod 1200 m vertical. Jest o tyle łatwa, że znaczna część prowadzi po asfaltach i dobrze utwardzonych szutrach. Są piękne widokowe partie i takie gdzie można grzać stanowczo zbyt szybko. Ale z takiego Wojkowa jest 300 + m vertical podjazdu po luźnym tłuczniu i jeszcze teraz stosach liści. Lekko nie jest. Nachylenia wyglądają tak. Jak wykres jest powyżej 15% w luźnym terenie, czasem z drobnymi przeszkodami to traska już całkiem lekka nie jest... Nasz trud zostanie jednak wynagrodzony. Na początku interesujące formy skalne. Ścianka i Most A tutaj dowód, że niektórzy w życiu łatwo nie mają. Skałka to Piec. I jeszcze widok z niego. Zjazd do Karpnik z widokiem na Śnieżkę. A teraz Karpniki (ruiny kościoła i pałac - hotel) Widokowy i otwarty kawałek u podstawy gór. Wspomniany podjazd z Wojkowa I jeszcze trochę okoliczności. Ale doszedłem do wniosku, że najlepszą trasę to trzeba samemu zestawić i wytypowałem taką linię Obejmuje wszystkie istotne, kultowe miejsca a w tym Starościńskie Skały, Pieklisko, Diabelski Zbór, Ostrą Małą, Skalnik i Skalicę, Wołka i Bolczów. Most i Piec też oczywiście. Jak się popatrzy na profil to tragedii nie widać ale ponieważ to ścieżki piesze to pewnie parę razy trzeba będzie wpychać rower. razem około 32 km i 1030 m vertical Pozdro Wiesiek5 punktów
-
Cześć Może masz rację, że to złe przykłady. W każdym razie tekst o czekaniu to nie mój pomysł tylko zasłyszany od tychże. Pozdrowienia2 punkty
-
Ferraty są bardzo, bardzo fajne. Chodzę po nich od ponad 20 lat. Mam kilka drobnych uwag, rekomendowałbym jednak jakieś rękawiczki (takie bez palców), czasem też przyda się kawałek liny w plecaku (taki 30 metrowy, jak jest problem z brakiem ubezpieczonego odcinka), buty ze specjalną podeszwą (obecnie można kupić takie które nadają się i na podejście i na drogę - możliwość przejścia na tarciu) i dobra lonża. Tu kolejna uwaga, sporo tanich gotowców są to jednorazówki, ja jednak polecałbym coś opartego na płytce KONG-a. Drogi są zarówno wymagające jak i takie na których spokojnie można zabrać dzieci. Polecam i Gratuluję. Jak macie jakieś pytania w tym temacie, śmiało możecie pisać na priv. Pozdrawiam Krzysiek p.s. Kiedyś wchodziliśmy na Triglav, do szczytu mieliśmy jakieś 2 godziny drogi. Mijał nas pewien Nowo Zelandczyk. Pyta nas ile do szczytu. Mówimy, że około 2 godzin. Podziękował i powiedział, że dla niego to będzie jakieś 45 minut. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mieliśmy wówczas po 30 lat, a on ponda 60. My w uprzężach i sprzęcie do asekuracji, on bez niczego.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Yyy tylko, że z tego wynika, że to user ma czekać, a nie informatyk😜1 punkt
-
Cześć Przesadna skromność przez Ciebie przemawia. Rozumiem, że kręciłeś zazwyczaj w miejscach gdzie mogłeś to swobodnie robić ale widać jednak sporo ludzi. Przepinki osób przed Tobą wcale nie idą jakoś sprawniej niż Tobie. Swoją drogą podziwiam Cię bo (sam o tym mówiłeś więc czuję się swobodnie) w pewnym wieku wyobraźnia działa i znacznie trudniej przyzwyczaić się do ekspozycji. Dla mnie przynajmniej, może ze względu na wypadek, który kiedyś miałem, to graniczy z kosmosem. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
Zgadza się. Jednak zwrócę uwagę, że to ja tamowałem ruch. Brak techniki sprawiał, że szedłem wolniej niż większość wspinających się. Stąd takie wrażenie, że trzeba czekać. Jeżeli wszyscy idą podobnym tempem, to "korków" nie ma. Fantastyczna przygoda. Kilku moich znajomych już zapowiedziało, że w przyszłym roku wraca ze mną w Dolomity latem.1 punkt
-
czekanie - dla informatyków ??? skąd to wymyśliłeś ? informatyk to człowiek czynu, ciągle coś musi generować i tworzyć na komputerkach1 punkt
-
Nazwiska Marc Girardelli nikomu nie trzeba przedstawiać. Po zakończeniu kariery zawodniczej wielki mistrz sportu z działa w różnych obszarach biznesu i turystyki, a ostatnio próbuje swoich sił również w … literaturze. Niedawno wpadła mi w ręce książka – pierwsza część narciarskiej trylogii kryminalnej (choć może cykl rozrośnie się jeszcze o dalsze tomy), napisanej przez Marca wraz z mieszkającą w Szwajcarii niemiecką ko-autorką Michaelą Grünig. „Abfahrt in den Tod“, co w wolnym przekładzie można przetłumaczyć jako „Zjazd prosto w śmierć“, ukazał się nakładem niemieckiego wydawnictwa Emons Verlag w 2017 roku. Opowieść dzieje się w kręgach czołówki Alpejskiego Pucharu Świata, a głównym bohaterem jest szwajcarski zjazdowiec Marc Gassmann – poniekąd alter ego samego Girardellego – aktualny numer dwa w klasyfikacji Pucharu Świata, walczący o palmę pierwszeństwa z austriackim rywalem – Peterem Winklerem. A zaczyna się naprawdę spektakularnie – od legendarnego, najdłuższego w cyklu PŚ zjazdu alpejskiego Lauberhorn w Wengen: „Po ponad dwóch minutach na trasie zjazdu nie miał już prawie żadnych rezerw sił. Kolano i całe ciało bolały od wielokrotnego, brutalnego lądowania i uderzeń na oblodzonej, nierównej trasie. Chwilami wibracje były tak silne, że wydawało mu się, jakby lada moment wiązania miały odpaść od nart. Ale oczywiście nie odpadły. Wszystko, czego teraz potrzebował, to chwila odpoczynku. Odrobina ulgowego ześlizgu. Ale na tej trasie to absolutnie nie wchodziło w grę, więc tylko przekonanie, że tu i teraz dzisiaj wygra, utrzymywało go na nogach. Jeszcze niżej, gdy skrajne napięcie i wyczerpanie nieomal pozbawiły go przytomności, ledwie wyrobił na wirażach Ziel-S. Obraz zbliżającej się pomarańczowej siatki ochronnej rozmywał mu się przed oczami. Najchętniej po prostu poddałby się grawitacji i oparł całym ciężarem na siatce. Kolana miał jak z gumy i ledwie kontrolował narty. Teraz czekał go morderczy zakręt w lewo, a potem jeszcze dwie przeszkody, wymagające absolutnej mobilizacji, aby pokonać Ziel-S. To właśnie tutaj wielu narciarzy pogrzebało szanse na zwycięstwo w ostatnich sekundach wyścigu. Ale jemu to się nie zdarzy! Zacisnął zęby. Zwycięstwo już nosiło jego imię. Jeszcze kilka sekund i to jemu będą wiwatować kibice na mecie. Nikt i nic nie odbierze mu tego sukcesu“ […] To zdarzyło się na ostatnim wirażu przed metą. Tępe uderzenie i odgłos jakby eksplozji – tuż nad nim!“ Marc Gassmann został ugodzony dronem i tylko o ułamek sekundy uniknął śmierci. Wszystko wskazuje na zamach, więc sprawą zajmuje się szwajcarska policja kantonalna – głownie w osobie atrakcyjnej pani komisarz Andrei Brunner. Młodzieńczej miłości Marca Gassmanna z czasów, gdy obydwoje dorastali w Wengen. Cóż my tu mamy jeszcze w tym kryminale narciarskim? Zawody Hahnenkammrennen w austriackim Kitzbühel i w szwajcarskiej Crans Montanie. Mamy sportowców i ich teamy, sponsorów, dziennikarzy – cały ten zgiełk towarzyszący narciarskim wydarzeniom najwyższej rangi. Złamane serca, wielkie ambicje, silne emocje, wielkie pieniądze, naginanie prawa i nie zawsze czyste interesy. Spektakularny wypadek samochodowy na przełęczy Arlberg , strzały i krew na stoku. Niestety kolejne zawody oglądamy oczami nieco mdławej pani komisarz, a nie zawodników. Trochę szkoda. Akcja trochę się przymula, kosztem rozmaitych obserwacji obyczajowych, skądinąd też interesujących, ale … Mamy nieco wynurzeń psychologicznych ze świata wielkiego sportu, a może i z autopsji, które autorzy wkładają w usta Marca Gassmanna: „Wiesz, traktuję zawody jako wyzwanie dla samego siebie. Właściwie nie ścigam się z moimi konkurentami, ale ze sobą. Trenuję od lat, aby rozwijać swoje ciało i ducha. Aby jeszcze szybciej i bardziej instynktownie reagować na nieznane problemy. Aby poznać, kim jestem naprawdę. Okiełznać własne słabości i mieć nad nimi kontrolę. Nie zawsze mi się to udaje, miewam gorsze momenty, w których sobie odpuszczam. Ale w tak ekstremalnej sytuacji jak zawody Pucharu Świata można wiele dowiedzieć się o sobie. Gdzie są moje słabe punkty i gdzie są moje granice. I wiesz, co jest najbardziej fascynujące? Z właściwym nastawieniem i właściwym treningiem – możesz te granice przekraczać. Wtedy jest tak, jakby się miało skrzydła i unosiło w powietrzu. To genialne uczucie!“. Zakończenie, cóż … nie będę zdradzać, może kiedyś przeczytacie, choć póki co cała trylogia jest tylko w oryginalnej wersji językowej. Ale może będzie to dla Was kolejny powód, aby podszlifować sobie trochę niemiecki? Na mnie czekają kolejne dwa tomy cyklu autorskiego tendemu Girardelli-Grünig: „Mordsschnee“ (Morderczy śnieg) i „Eiskalte Spiele” (Igrzyska zimne jak lód). Taki mam w tym roku sposób na skrócenie oczekiwania na zimę. A Wam życzę udanego nadchodzącego sezonu narciarskiego – bez spadających dronów i psychopatycznych morderców na stoku, no i oczywiście – wielu emocji sportowych, czy to jako zawodnicy, czy jako kibice. Wszak pierwsze zawody Alpejskiego Pucharu Świata już w sobotę! Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
W ostatnim tygodniu poświęciłem trzy dni na zwiedzanie tamtych okolic.... samochodem. Od Wałbrzycha po Świeradów i Jelenią Górę. Muszę przyznać, że ilość szlaków rowerowych jest powalająca. Dwa, wspaniałe tereny. I rzeczywiście Rudawy Janowickie, zaczynając wcześniej od Łomnicy i doliny Bobru przez Miedzianke i dalej drogą przez Pustelnik do Gostkowa (nie wierzyć google, da się przejechać:)) a następnie do Marciszowa to jedna z najpiękniejszych tras jakie widziałem w Polsce a sama okolice jest piękna. Rudawy Janowickie są warte zobaczenia. Bardzo.1 punkt
-
1 punkt
-
I jeszcze jeden starszy tekst: https://ekonomiaplussport.blogspot.com/2019/01/rem-narciarskie-10-ost-narty-naprawde.html środa, 23 stycznia 2019 Rem. narciarskie (10- ost.). Narty naprawdę wysokie. Perła w Koronie. Ankogel i Mölltal I na koniec perła - lodowiec Mölltal (3200 mnpm) i prawie lodowiec - Ankogel (2600 mnpm). Oraz liźnięcie innych ośrodków w pięknej Karyntii: Naßfeld (zaledwie ... 2000 mnpm) oraz Heiligenblut (2600 mnpm). Zdjęcia są sprzed lat (ok. 15), ale okazje cenowe są ... dzisiejsze (patrz Gopass TMR-u!). Oto Mölltaler Gletscher: Więcej: https://ekonomiaplussport.blogspot.com/2019/01/rem-narciarskie-10-ost-narty-naprawde.html1 punkt
-
A jeszcze bardziej "odludny" jest Ankogel. 7 km zjazdu ekstraklasa. piątek, 14 czerwca 2019 Latem myśl o zimie. Poważna transakcja na rynku M&A. TMR kupił austriacki lodowiec Jeśli ktoś się zastanawia dlaczego TMR lego lata nie robi wielkich inwestycji w SMR oraz dlaczego TMR nie kupił (czy był zainteresowany, nie mam pojęcia, a w gronie narciarzy taki kierunek był obecny w dyskusjach i spekulacjach) Pilska mamy odpowiedź. Otóż TRM raptem dwa dni temu (12 czerwca) sfinalizował w sumie dość spodziewaną transakcję zakupu lodowca w dolinie rzeki Möll (niem. Mölltal) oraz niejako w pakiecie prawie lodowca (2636 mnpm) w Mallnitz (góra Ankogel). Więcej: https://ekonomiaplussport.blogspot.com/2019/06/latem-mysl-o-zimie-powazna-transakcja.html1 punkt
-
Chwaliłem się tym kiedyś na forum, ale na pewnej nudnej (trochę przesadzam - w sumie była nawet ciekawa) prawniczej konferencji poznałem Marca, bo sprawa dotyczyła prawa sportowego. Był tam tez Marco Buchel. Pogadałem z moim idolem z czasów młodzieńczyli, czyli Girardellim, który bywał nawet podobno od czasu do czasu w Sopocie, bo zdarza mu się jeździć od czasu do czasu z dzieciakami właścicieli jednego z tamtejszych hoteli. Bardzo sympatyczny facet.1 punkt
-
Stówka w jesiennych barwach Grzechem byłoby nie wykorzystać takiej pięknej pogody. Słoneczko, ciepło, a mamy już 19 października To są w takiej aurze pewnie rowerowe ostatki - ostatki na krótko. W spodenkach i letniej koszulce. My grzechów nie lubimy, więc postanowiliśmy się pokręcić w poszukiwaniu jesieni. Turystyczna stówka we dwoje. Generalnie bez celu, bez konkretnego miejsca przeznaczenia. Szukaliśmy pięknych barw i liści... Kolory znalazłem ja A liście Paula Mówi, że to jeszcze nie śnieg, ale było bardzo fajnie Wszystkie pory roku są piękne...ale jesień, gdy jest słońce i drzewa mienią się tysiącem barw potrafi zachwycić! Drzewa zrzucają szaty...a inne rośliny jeszcze kwitną Cisza, spokój i tylko szum gum! Cudnie Walczymy! Ja walczę o 7000 km w sezonie, a Paula o 4000 km - jak tak dalej będzie wyglądała pogoda, to jest duża szansa na osiągnięcie takich wyników! Z rowerowym pozdrowieniem marboru i Paula1 punkt
-
Narciarska końcówka podróży... Donovaly...na początku niniejszego wpisu napisałem zagadkę, którą odgadł @Mitek. W związku z tym poczułem się w obowiązku zrobić kilka zdjęć na powrocie temu ośrodkowi Z tego co policzyłem - 12 orczyków, 1 krzesło 4 + krzesło-gondola. Ośrodek na mapce wygląda dość ciekawie. Kurcze...w barwach jesieni wygląda pięknie...ale pewnie jeszcze piękniej gdy biało. Dość oryginalny stojak na rowery, narty Warunki narciarskie Piękna trasa... Oj pojechało by się moimi czerwonymi strzałami Parkingi są darmowe (tabliczki). Druga strona ośrodka (fotka pod słońce niezbyt dobrej jakości). I coś, co szczególnie nas ubawiło I to jest koniec naszej podróży i relacji Pozdrawiamy marboru i Paula1 punkt
-
Gdzieś na granicy węgiersko-słowackiej My już w Polsce Wczoraj, dzisiaj podróż po Polsce więc nie było czasu dokończyć relacji z wyjazdu na Węgry. Najwyższa pora dokończyć to, co się zaczęło. We wtorek zaraz po śniadaniu wyruszamy w stronę granicy węgiersko-słowackiej. Celem jest malownicze miasteczko z pięknym zamkiem i monumentalną Bazyliką. Parkujemy auto po stronie słowackiej, bo stąd widok jest oszałamiający 😮 Krótki spacer po moście... ...i powiem Wam szczerze, że jestem oczarowany pięknem rzeki Dunaj. Okolicami, wzgórzami... Pytanie tyko, czy naszej małej łódeczki nie "rozjechałby" taki oto hotel kolos z masą pokojów i basenem na górnym pokładzie? Generalnie na Dunaju ruch dużych, bądź bardzo dużych jednostek jest spory. To nie tylko statki pasażerskie, wiele tutaj barek towarowych wszelakich. Kajakarzy tego dnia jednak również widzieliśmy. Schodzimy z mostu i kierujemy się w stronę zabytkowych budowli. Po drodze mijamy mały kanał rzeki, w którym ukryty jest malutki porcik i hotel. Paula strasznie się ucieszyła, że na powrocie zafundowałem jej kolejne zwiedzanie W sumie przez cały nasz pobyt zrobiliśmy na nogach ponad 90 kilometrów. To chyba dobry wynik pięciodniowej wyprawy? Taka oto "Pani" po drodze Zbliżamy się. Skarpa i Zamek robią niesamowite wrażenie! By się do niego dostać musimy wejść trochę w miasteczko. Tutaj spotykamy drugą "Panią": Od tego zwiedzania, to się trochę człowiek zmęczył Rycerz robi wrażenie 😮 Gdzieś wśród murów zamkowych... Dzwony! Kierujemy się w stronę potężnej Archikatedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wojciecha. Budowla ma ponad tysiącletnią historię i jest ściśle związana z historią Węgier. Wejście, zwiedzanie wnętrza jest darmowe - wchodzimy. Tutaj znajduje się największy na Świecie obraz ołtarzowy wykonany z jednego kawałka płótna. Jest wielki - zdjęcie nie oddaje wielkości tego miejsca. Wszystko jest w skali Makro. Organy również robią wrażenie. Dzieło Ludwiga Moosera z Salzburga - zabrzmiały pierwszy raz w 1856 roku w obecności Ferenca Liszta, który na tą okazję skomponował Mszę Ostrzyhomską. Sufity: Kopuła gigant od środka wygląda tak: Idziemy dalej. Z dziedzińca zamkowego powyższa kopuła wygląda tak: Makieta całego wzgórza: I widok z murów obronnych: Front jest niestety w remoncie i nie jest całkiem odsłoniony Z drugiej strony górki - widok na Dunaj wygląda tak: Znajduje się tutaj charakterystyczna rzeźba: Obeszliśmy cały kompleks budynków a potem zeszliśmy na dół w poszukiwaniu knajpki i jedzenia. Ratusz z dwiema fontannami po boku bardzo nam się spodobał I ponieważ wszystkie tutejsze knajpki jedzenie podają nie wcześniej niż o 12, to wróciliśmy pod mury Bazyliki. Zjedliśmy ostatni raz zupę gulaszową, wypiliśmy kawkę... ...wydaliśmy kasę co do jednego forinta i w spokoju udaliśmy się w drogę powrotną. @Mitek zadał pytanie: ile robię zdjęć w tracie takiego wyjazdu. Kiedyś, kiedyś robiłem zdjęć wiele - teraz staram się robić ich mało ale przemyślanych. Tego dnia zrobiłem ich 48 Najlepsze moim zdaniem macie w niniejszej relacji. Żegna nas piękna jesień i czarujący Dunaj. Wsiadamy do auta i kierujemy się w stronę Polski. Relacja się jednak nie kończy CDN1 punkt
-
Snując się po Budapeszcie - dzień czwarty W dniu dzisiejszym mamy luz... Widzieliśmy już wszystko, co zaplanowaliśmy Myśleliśmy, by pójść na termy, ale jakoś ochoty nie było na moczenie się w wodzie...planowaliśmy Labirynt tutaj polecany nam - popatrzyliśmy na zdjęcia w necie i stwierdziliśmy, że nie. Opanowało nas lenistwo. Wyszliśmy dzisiaj na miasto po prostu zrobić sobie rajd po knajpach i planowaliśmy jedynie wypoczynek na ławce z książką w ręku. Ostatnia, dziesiąta część Wojen Wikingów została w całości przeczytana przeze mnie na Węgrzech. Generalnie wyszedł nam fajny dzień pełen luzu i dobrych dań. Na pieszo w sumie i tak zrobiliśmy ponad 13 kilometrów... Paula stwierdziła, że ona by umarła jakby każdy nasz dzień miał być taki leniwy 😮 Ona potrzebuje planu, celu, ruchu 😮 WOW! Chyba się starzeję? Pierwsza z restauracji, którą odwiedziliśmy... było pyszne, madziarskie Gnoczi. Później postanowiliśmy jeszcze raz za dnia zwiedzić Stare Miasto. Zaczęliśmy od murów i oręża... Były różnego rodzaju działa - mi się spodobały najbardziej moździerze Piękne muzeum ukryte gdzieś w bramie... Kawka z widokiem na św. Mateusza Wyborna! I tutaj byłoby wszystko ok gdyby nie zwyczaj, że w kawiarniach pali się tu papierosy. Zamiast do kawy zjeść ciastko uciekliśmy szybko z kawiarni - nie lubimy smrodu papierosowego. Ruscy turyści, którzy nas obsiedli dookoła jak jeden mąż wszyscy wyjęli fajki i zaczęli na nas dymić. O nie, nie - dziękujemy za takie towarzystwo. Natomiast konnych? Lubię! Kolejna warta polecenia miejscówka - piwko, pycha! Alternatywy 4 i Anioł? Przespacerowaliśmy trochę tą część starego wzgórza... ...i stwierdziliśmy, że wieczorem gdy wszystko jest podświetlone - znacznie jest tu ładniej. Kolejna atrakcja Budapesztu: Nie jechaliśmy! My jednak wolimy wyciągi narciarskie niż takie... Kolejne piwko i pizza Diavola we włoskiej restauracji w pobliżu Bazyliki św. Stefana - po drugiej stronie! Pyszne i piwko, i pizza. Jedna na pół dla nas była w sam raz. Potem było czytanie w pobliżu wczoraj odwiedzonej fontanny Gdy się książka skończyła przeszliśmy na stronę Buda. Jak widać ruch na Dunaju duży. Statki niemieckie...aż z Bawarii 😮 Ale nie tylko - imponujący hotel na wodzie na zdjęciu poniżej: I znowu znaleźliśmy się na Starym Mieście. Żygacze? Obiad zjedliśmy w knajpie polecanej przez @Bumer. Wieprzowina ze świnek pędzonych jedynie na żołędziach - rewelacja! Cena dania niestety też nie mała - warto było jednak spróbować. Dzięki Andrzej! Powoli kończymy naszą przygodę ze stolicą Węgier. Dzisiaj jeszcze wieczorem romantyczna kolacja we dwoje i wyrywamy się z cywilizacji - wracamy do domu. Oczywiście po drodze planujemy jeszcze jakieś zwiedzanie - ale o tym napiszę już z domu. Pozdrawiam serdecznie! marboru Ale mina1 punkt
-
Na Słowackim skiforum Igor Rattaj podał - wrzucil nawet jakieś fotki - ze rozpoczęła sie budowa nowego zbiornika (a moze zbiorników) dla sztucznego naśnieżania. Inwestycja ma generalnie zostać ukończona przed kolejnym sezonem, ale podobno juz w tym sezonie pozwoli o 100 procent powiększyć zapas wody. Jak być moze pamiętacie - zbyt mała ilość wody była w zeszłym roku przeszkoda w szybkim otwarciu tras na początku sezonu. Były odpowiednie temperatury, był system zdolny przerobić duża ilość wody na śnieg, tylko wody brakowało. W tym roku ma być trochę lepiej a za rok juz całkiem dobrze.1 punkt
-
1 punkt







