Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. tanova

    tanova

    VIP


    • Punkty

      18

    • Liczba zawartości

      2 774


  2. tankowiec

    tankowiec

    Użytkownik forum


    • Punkty

      6

    • Liczba zawartości

      755


  3. Bumer

    Bumer

    Użytkownik forum


    • Punkty

      5

    • Liczba zawartości

      4 396


  4. Spiochu

    Spiochu

    Użytkownik forum


    • Punkty

      4

    • Liczba zawartości

      2 038


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 10.09.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. "Bardak" na śniegu. Kurła nie mogę :). Co do tematu głównego. To wyjazdy typowo studenckie. Byłem raz. Połowy wyjazdu w ogóle nie pamiętam. Narty? tak podobno jeździłem :).
    3 punkty
  2. 24.08 (wtorek) – Klausen-Kronplatz (72 km, pod górę) Rano, zanim wyjechaliśmy rowerami, przeszliśmy się spacerkiem pod wodospad Schrambacher Wasserfall w Feldthurns (tak nazywała się wioska, w której spaliśmy). Wodospad jest widoczny z "brennerki" i warto się zatrzymać w miejscowości, np. na nocleg - jeśli jedziecie gdzieś dalej, na południe Włoch. Z autostrady trzeba zjechać wyjazdem Val Gardena i kierować się na Brixen, z szosy SS12 droga jest bezpośrednia. Kilka kilometrów szlakiem nad rzeką i już jesteśmy w mieście biskupim Brixen, o czym świadczą liczne, emanujące przepychem sakralne budowle. Katedra: Akcent brukarski: Charakterystyczna fontanna na rynku: Eisack za Brixen: Po minięciu przedmieść Brixen szlak zaczyna bardziej stromo wspinać się w górę i odchodzi od rzeki, przechodząc z jednej strony autostrady na drugą. W pewnym momencie odbijamy się od zamkniętej kładki (obrywy skalne). Objazd jest źle oznaczony, próbujemy na azymut przedostać się do doliny Pustertal, co nie jest takie proste w plątaninie dróg, autostrady i linii kolejowej. Spektakularnym wysokim wiaduktem nad Eisack wjeżdżamy do miejscowości Aicha. Zdjęć nie robiłam, skupiona na tym, aby nie wpaść pod samochód na ruchliwej szosie SS49. Wreszcie można spokojnie odetchnąć wśród zieleni, z widokiem na dolinę: Ruiny zamku Mühlbacher Klause: Teraz jedziemy wzdłuż rzeki Rienz: Na szlaku rowerowym Pustertal-Radweg co jakiś czas umieszczono tablice z licznikiem rowerzystów. Pokazuje godzinę, datę, liczbę rowerzystów danego dnia i od początku roku. Podjazd - zjazd, podjazd - zjazd. Tak to wygląda. Przejeżdżamy przez gwarny i pełen turystów Bruneck, zastanawiając się, czy zaraz nie złapie nas ulewa. Oryginalna ekspozycja sklepu górskiego A podobno to w języku polskim jest dużo spółgłosek? Jest i akcent wielkopolski (na cześć miasta partnerskiego): Na promenadzie - bach! Kolejny źle oznakowany objazd. Szukamy drogi, pytając napotkanych mieszkańców i rowerzystów. Jak widać sady ustąpiły miejsca polom kukurydzy. Za to mamy widok na Kronplatz: Zbliża się wieczór - czas poszukać noclegu. Odbijamy się od jednego telefonu do drugiego, od jednych drzwi do drugich. Nigdzie nie ma miejsc - podobno w sierpniu to tutaj normalne. W końcu jedna z właścicielek pensjonatu obdzwania po kolei kilka miejscówek i znajduje nam dwójkę i dwie jedynki w hotelu w Rasen. Jedziemy - ale, że trochę nam trudno trafić po ciemku i w deszczu, dzwonię na recepcję potwierdzić przyjazd i uprzedzić, że będziemy ciut później. Właściciel opieprza mnie, dlaczego jeszcze nas nie ma? A potem jest już tylko gorzej ... Gdy docieramy na miejsce, w recepcji zastajemy jakiegoś nienaturalnie pobudzonego chłopaka, który ma trudności w wykonaniu tak prostej czynności, jak zakwaterowanie czwórki gości. W końcu robi to za niego starszy kelner. Po otwarciu mojej "jedynki" kartą okazuje się, że jest ona ... zajęta przez kogoś innego. Wracam na recepcję i spokojnie przedstawiam, jak się sprawy mają - chłopak dostaje histerii, wszyscy biegają, telefonują, starszy kelner wkurzony - jak w jakimś wariatkowie. Okazuje się, że nie ma więcej wolnych pokoi i musimy przespać się z Darkiem w drugiej "jedynce" - wielkości kajuty na statku. Kelner przychodzi na górę i przeprasza moją koleżankę i jej męża w "dwójce" za zaistniałą sytuację. Istny dom dla obłąkanych, ale raczej nie mamy planu B, więc pozostaje nam iść napić się do baru i jakoś przenocować do rana. [cdn.]
    3 punkty
  3. Gdy rok temu kończyliśmy wyprawę rowerową doliną Drawy i Gail w Austrii, zaczęliśmy snuć z przyjaciółmi plany, dokąd pojechać następnym razem. A może by pociągnąć w drugą stronę tam, gdzie zaczynaliśmy trasę? Bella Italia? Dolomity? Pomysł rzucony niezobowiązująco w deszczowe popołudnie przy kawie na lienzkiej starówce, skonkretyzował się w tym roku w ostatnim tygodniu sierpnia. Kolejny tydzień natomiast minął na wędrówkach górskich w regionie Vinschgau. Zapraszam na retrospektywną relację z minionych dwóch tygodni. 22.08 (niedziela) – rozruch na lekko w górnym Vinschgau W sobotę wieczorem dojechaliśmy z Darkiem autem do miejscowości Goldrain/Coldrano w Vinschgau (Tyrol Południowy), gdzie spotkaliśmy się z zaprzyjaźnioną parą z Krakowa, z którą od kilku lat spędzamy rowerowy urlop. Właściwą wyprawę planowaliśmy zacząć od poniedziałku – niedziela była więc przewidziana na odpoczynek po podróży, aklimatyzację i spokojny rozjazd, jeszcze bez sakw. Aura kapryśna, prognozy nie najlepsze – od czternastej zapowiadane załamanie pogody i deszcze. Zaplanowaliśmy więc niedługą trasę dookoła jezior Haidersee i Reschensee. W trakcie dojazdu autem przeszła gwałtowna ulewa, a nad przełęczą Reschen dalej kłębiły się ołowiane chmury. Temperatura +14 stopni. Zimno, wiatr - jechać? Jechać! Nasza ekipa: Haidersee: Dolna stacja kolejki Haideralm. Osiem lat temu jeździłam tu na nartach, jeszcze przed połączeniem z sąsiednim ośrodkiem Schöneben w Reschen: Zapora na Reschensee. W przeciwieństwie do ciemnogranatowego jeziora Haideralm, woda ma tutaj intensywnie turkusowy kolor. A oto i wspomniany ośrodek Schöneben: Po drugiej stronie jeziora znane miejsce z zatopioną wieżą kościoła w Graun. Zimą można tutaj dojść pieszo, po zamarzniętej tafli. Teraz usypano mierzeję dookoła. Pogoda wcale nie ma zamiaru się załamać, a nawet jakby się nieco ociepla i przejaśnia. Nie ma więc powodu, aby po zrobieniu ósemki wracać do pensjonatu. Po krótkiej naradzie postanawiamy zjechać kilka km w dół do Mals, na końcową stację linii kolejowej Vinschger Bahn, tam zostawić auta i trasą rowerową Etschradroute (wzdłuż Adygi) zjechać do Goldrain, a wieczorem wrócić pociągiem do Mals po samochody. Jeśli nie macie swoich rowerów, to można wypożyczyć przy stacji kolejowej a zwrócić na dowolnej innej na odcinku między Mals a Meran (ok. 60 km) i wrócić pociągiem. Fajna opcja np. jako urozmaicenie po wiosennych nartach, szczególnie, że z kartą gościa VinschgauCard macie transport publiczny w dolinie za darmo. Mals - przy dworcu. Jeden z budynków w zabytkowym centrum Mals: Adyga jest tutaj niewielkim, rwącym potokiem: W wielu miejscach są tablice informacyjne z przebiegiem trasy. Warto wspomnieć, że Etschradroute jest częścią długodystansowego szlaku Via Claudia Augusta z Würzburga do Wenecji. Pozostałości wojenne? Docieramy do Glurns - maleńkiej, średniowiecznej perełki. To jedno z najmniejszych miast w Alpach, liczące sobie ok. 900 mieszkańców, z zachowaną oryginalną zabudową z XV i XVI w. i miejskimi murami. A że akurat zaczęło kropić, to przysiadamy na capuccino z kawałkiem sernika w jednej z kawiarni. Szlak prowadzi lekko z górki, dość blisko rzeki - w większości wydzielonym asfaltem, czasem są szutrowe odcinki - jak np. pod Prad lub pod Laas. Za Prad jedziemy przez jabłkowe sady. Widok bezkresnych szpalerów jabłoni z dojrzałymi, apetycznymi owocami będzie nam towarzyszył przez najbliższe dni. Jakże pięknie musi tu być również wiosną! Dojeżdżamy do Laas, znanego głównie z kopalni śnieżnobiałego marmuru. Ale nie tylko - wkrótce odbędzie się tu kolejna edycja przyznania prestiżowej literackiej nagrody im. Franza Tumlera dla najlepszego, niemieckojęzycznego debiutu literackiego. Widok na plac przeładunkowy przy linii kolejowej oraz (w tle) na dawną kolejkę szynową na zbocze kamieniołomu: Stąd już niedaleko do Goldrain, do naszego pensjonatu. Pierwsze ponad 60 km pedałowania za nami, a rano wyruszamy na wyrypę z sakwami. [cdn.]
    2 punkty
  4. Od dziś, piątku 10 do niedzieli 12 września włącznie, możliwe będzie na terenie stacji Jaworzyna zwiedzanie wystawy "200 lat historii narciarstwa". Wystawa autorstwa pasjonata narciarstwa Tomasza Wysockiego będzie mieć bez wątpienia unikatowy charakter. To ze względu na fakt, że w jednym miejscu zaprezentowane zostaną eksponaty - związane głównie z narciarstwem alpejskim - od przełomu XVIII i XIX wieku aż po czasy współczesne. Obejrzeć będzie można zarówno oryginalne narty czy stroje, jak i inne elementy wyposażenia narciarskiego z całego świata. Wystawa "200 lat historii narciarstwa" dostępna będzie dla chętnych nieodpłatnie w dniach 10-12 września br. - w godzinach 9:00-15:00 - na terenie stacji pośredniej kolei linowej na Jaworzynie. Atrakcją dla zwiedzających okaże się bez wątpienia również możliwość zobaczenia miejsca niedostępnego na co dzień dla ruchu turystycznego, w którym garażowane są krzesełka kolei linowej na Skrzyczne. Dla widzów mojego kanału czeka każdego dnia 10 bezpłatnych karnetów upoważniających do skorzystania z 6-os kanapy na Skrzyczne. Oby odebrać karnet należy udać się do kasy i w trakcie zakupu podać hasło skionline.pl!
    2 punkty
  5. Z relacji wynikało, że to bardziej wyjazdy miłośników amnezji trunkowej niż narciarskie 😉
    2 punkty
  6. Jako "stary kawaler" jeżdżę po prostu sam :). Tak naprawdę do jazdy na nartach nie potrzebuję nikogo do towarzystwa :). Jeśli ktoś jako kawaler albo panna go potrzebuję. To pozostają wyjazdy studenckie ew. szukanie grupy wsparcia po internecie:). Lub ogłoszenia :). "Nie palący wysoki brunet pozna chętną panią na wspólny wyjazd na narty do Davos."
    2 punkty
  7. @Ziemowit odpowiadając na Twoje pytania: 1. Przypuszczam, że trudności ze znalezieniem noclegu wynikały nie tyle z pandemii, ile z terminu - sierpień to tradycyjnie szczyt sezonu urlopowego we Włoszech i nawet w ostatnim tygodniu miesiąca prawie wszędzie mieli komplet gości. Z wyprzedzeniem zarezerwowałam noclegi w Vinschgau: pokój dwuosobowy ze śniadaniem w cenie 40 euro/os. oraz apartament na tydzień dla czterech osób (dobry standard - dwie łazienki, strefa spa w pensjonacie) - 700 euro/całość. Przed wyjazdem zorientowałam się, że w okolicach Cortiny nie ma co liczyć na nocleg w rozsądnej cenie - pokoje dwuosobowe zaczynały się od 200 euro za noc wzwyż, dlatego też wzięliśmy na wszelki wypadek namiot - i przydał się. Natomiast zaskoczyły mnie również wysokie ceny i brak miejsc pod Kronplatzem, bo wydawało mi się, że w lecie jest to mniej atrakcyjna miejscówka. Noclegi na trasie wyszły nam następująco: agroturystyka pod Klausen - 40 euro/os. (pokój dwuosobowy ze śniadaniem), hotel *** pod Kronplatzem 80 euro/os. (pokój dwuosobowy i jednoosobowy ze śniadaniem), kemping w Cortinie - 19 euro/os. (nocleg w namiocie), hostel w Termine di Cadore - 30 euro/os. (pokój czteroosobowy bez śniadania), hotel *** w Feltre 50 euro/os. (pokój dwuosobowy ze śniadaniem). Nie mam porównania z Włochami przed pandemią, ale zestawiając ceny z podobnymi wyprawami do Austrii (2020 i 2018) i Alzacji (2019), to jest trochę drożej - bo w Austrii i Francji płaciliśmy 30-45 euro za nocleg ze śniadaniem i nigdy nie mieliśmy problemu ze znalezieniem czegoś "z marszu". 2. To jest bardzo trudne pytanie . (A) - Piękne widoki były cały czas, bo cała trasa prowadziła przez góry, choć charakter tych gór zmieniał się po drodze - od potężnych trzytysięczników "na wyciągnięcie ręki" w Vinschgau, przez skaliste Dolomity po zalesione krajobrazy i łagodniejsze szczyty przedgórza. Chyba właśnie urozmaicenie krajobrazu i piękno przyrody było największym atutem tej trasy. (B) - Przejeżdżaliśmy przez kilka bardzo ładnych miasteczek czy miast z ciekawą, zabytkową starówką. Na pewno warto odwiedzić Brixen i Bolzano - które ma ponoć również bardzo ciekawe muzeum archeologiczne. W drugim tygodniu urlopu pojechaliśmy też na cały dzień do Merano, które jest po prostu prześliczne - pełne kwiatów i śródziemnomorskiej roślinności, malowniczo położone w kotlinie, wśród wysokich gór, z dziewiętnastowieczną częścią uzdrowiskową i tętniącym życiem starym miastem. Tak - Merano chyba najbardziej nas urzekło, choć - nie oszukujmy się - we Włoszech jest wiele bardziej spektakularnych miejsc dla miłośników architektury i zabytków. (C) Trasę wyprawy ułożyłam korzystając z serwisów internetowych - głównie z niemieckojęzycznego https://radreise-wiki.de/, z bardzo dokładnym opisem szlaków długodystansowych (Radfernwege). Zasadniczo szlaki łączą się ze sobą w punktach węzłowych, ale w praktyce bywa tak, że fragmentami biegną gdzieś tylko palcem po mapie, albo są objazdy, które są kiepsko lub wcale nie oznaczone. Jest więc kilka wyznakowanych, bardzo ciekawych tras - Etschtalradweg, Pustertal, Toblach-Cortina czy Valsugana z bardzo dobrą infrastrukturą, a pomiędzy trzeba sobie radzić samemu. Bardzo kiepski jest np. wjazd do Trydentu od strony Pergine Valsugana - wręcz w opisie radzą, aby ten odcinek pokonać pociągiem. Przydaje się aplikacja z dokładną mapą offline i naniesionymi szlakami - my korzystaliśmy z mapy.cz. Generalnie wyszło nam tak ok. 75% asfalt, 25% inne nawierzchnie - głównie szuter, ale momentami była też jazda drogami gruntowymi.
    2 punkty
  8. Kiedyś pisałem podsuwając pomysł zorganizowania dyskretnego wyjazdu narciarskiego sponsorowanego, i z uczestnictwem, np. jakieś agencji towarzyskiej, producenta alkoholu, no i oczywiscie instruktora...... narciarskiego.
    2 punkty
  9. 28.08 (sobota) – Feltre - Valsugana - Trydent (95 km, przeważnie pod górę) Ostatni dzień objazdówki po Dolomitach. Co prawda wstępny plan trasy zakładał opcjonalnie zamknięcie pętli do Bolzano, ale nie był to priorytet. Po wyjeździe z Feltre kierujemy się w stronę Valsugany. Niestety początkowy fragment nie jest wyznakowanym szlakiem i znów mamy podobną niedogodność jak w ostatnich dniach, że albo jedziemy ruchliwą krajówką, albo gdzieś bujamy się po krzakach i polnych drogach, jadąc na azymut. W okolicach jeziora Lago di Corlo łapiemy znów oznaczenia szlaku i jest zdecydowanie lepiej. Droga wije się wśród lesistych wzgórz i ładnych wiosek aż do Fastro. Tutaj spektakularnymi serpentynami zjeżdżamy do Primolano, w dolinie Valsugana. Sporo tutaj - jak i w całej dolinie - szosowców, którzy upodobali sobie chyba właśnie szczególnie ten podjazd. Ja jednak się cieszę, że nam - z tymi tobołami - wyszło jechać w dół. Jaka jest Valsugana? Śliczna i sielankowa! Po drodze granica prowincji: Mijam skalne wrota Punkt info: W barwach klubowych ... Robimy postój w Borgo Valsugana, bo jest ładnie i jesteśmy głodni. Deser ... Znów jesteśmy na szlaku Via Claudia Augusta Nad jeziorem Lago di Caldonazzo: Za jeziorem, w Pergine Valsugana, szlak niestety się kończy - nie ma drogi wjazdowej dla rowerów do Trydentu. Alternatywą jest objazd górą przez Civezzano, a to niezła wspinaczka. Nagrodą jest panorama miasta z góry i dość karkołomny zjazd wąskimi i krętymi uliczkami tuż koło zamku Buonconsiglio Niestety zwiedzania Trydentu nie było - mało czasu i jakieś demonstracje na starym mieście, przez które policja zamykała ulice, więc tylko cyk-cyk po drodze na dworzec. Pomnik Dantego - jako kontra włoskiej ludności Trydentu dla monumentu Walthera von der Vogelweide w Bolzano. Do Vinschgau wracamy z dwiema przesiadkami - w Bolzano i Merano i przygodami. Pociąg do Bolzano się spóźnił, a pociąg do Merano w ogóle tego dnia został odwołany. Następny też stał w polu, więc zamiast po 21-szej, byliśmy w pensjonacie krótko przed północą, a podróż zamiast dwóch i pół trwała blisko pięć godzin. Ech, te włoskie pociągi! I to koniec naszej rowerowej wyrypy. Następny tydzień spędziliśmy na górskich wędrówkach, o których może napiszę osobno. Cały ślad trasy (bez tego pierwszego dnia na rozruch) można zobaczyć na traseo: https://www.traseo.pl/trasa/dookola-dolomitow
    2 punkty
  10. 27.08 (piątek) – Cadore - Feltre (69 km, przeważnie z góry) Rano właścicielka hostelu powiedziała koleżance Marii i mnie, że po sąsiedzku jest kościół pw. Marii i Magdaleny. No racja - zatem Maria i Magdalena pod kościołem Marii i Magdaleny. Próbowałam dowiedzieć się od właścicielki, dlaczego w okolicznych miasteczkach jest tak pusto - np. w pobliskim Longarone. Poniższe zdjęcie przedstawia starszą część miasta. Dalej są tylko budynki z lat 60-tych i 70-tych i pomimo pięknych gór wokół - niewiele się tu dzieje. Jak doczytałam później - w 1963 r. miała tu miejsce największa katastrofa zapory wodnej, kiedy to duży obryw zbocza do zbiornika spowodował ogromną falę powodziową, która zniszczyła kilka miejscowości w dolinie. Zginęło wówczas prawie 2000 osób, z których połowy nigdy nie odnaleziono. Może dlatego ludzie nie bardzo chcą tu mieszkać? W Longarone, w sklepie sportowym, dostajemy namiary na dwa najbliższe serwisy rowerowe w oddalonym o kolejne kilkanaście kilometrów Ponte nelle Alpi. Koniecznie musimy podjechać - naprawić moją tylną przerzutkę i wymienić szprychę u kolegi. Linka przerzutki zerwała się na najcięższym przełożeniu, więc każdy podjazd - a tych nie brakuje - to dla mnie pchanie roweru z sakwami pod górę. Jadąc doliną Piave: W pierwszym serwisie facet nas po prostu olał i stwierdził, że nie ma czasu. W drugim - maestro szybko uporał się z obydwiema awariami i mogliśmy kontynuować podróż. Czekając na naprawę: Jedziemy w stronę Belluno - to już dość bliskie okolice Wenecji. Architektura staje się taka typowo włoska - zarówno w samym Belluno, jak i po drodze. Zastanawiamy się, czy złapie nas kolejny deszcz, ale przechodzi gdzieś bokiem. Postanawiamy dojechać jeszcze ok. 30 km do Feltre i tam zanocować. Po prawej stronie mamy pasmo Dolomitów Belluńskich ... ... po lewej już przedgórze, przypominające nasze Beskidy: Na ostatnich kilometrach przed Feltre oznaczenia szlaku się skończyły. Mamy do wyboru jazdę bardzo ruchliwą krajówką SS50 albo objazdy bocznymi drogami. Objazd okazuje się bardzo stromym podjazdem, wreszcie lądujemy u jakiegoś rolnika na podwórku, który kieruje nas we właściwym kierunku. W Feltre znajdujemy nocleg w bardzo przyjemnym hotelu, w sercu starego miasta. Akurat odbywa się tam nocny bieg po murach miasta - sylwetki biegaczy z czołówkami wyglądają bardzo zjawiskowo, a publiczność żywiołowo dopinguje zawodników. Po zawodach - huczna impreza w jednej z knajpek, bez reżimu sanitarnego. To mnie trochę zaskoczyło, bo poza tym bardzo restrykcyjnie przestrzegane są przepisy pandemiczne - w sklepach, lokalach, pociągach, kolejkach linowych i pensjonatach wszyscy noszą maseczki i to nie nonszalancko na brodzie, tylko prawidłowo. Jeśli ktoś zapomniał, to personel od razu zwracał uwagę, ale generalnie ludzie sami bardzo się pilnowali. W restauracjach i w jednym z pensjonatów, gdzie była strefa spa, pytano nas, czy mamy green pass (ale nikt nie sprawdzał). Ludzie też raczej przestrzegali dystansu społecznego - z tym jednym wyjątkiem. Jemy przepyszną pizzę, pijemy dwie karafki lokalnego wina i spacerujemy po urokliwej, wieczornej starówce Feltre. [cdn.]
    2 punkty
  11. Osobiście bardzo lubię...
    2 punkty
  12. 26.08 (czwartek) – Cortina d'Ampezzo - dolina Cadore (66 km, z góry) Cortina - królowej włoskich Dolomitów przedstawiać nie trzeba. Cudnie położona w samym sercu gór, nieco snobistyczna, piękna i zimą i latem. Jesteśmy tutaj pierwszy raz - chcemy wyjść gdzieś na szlak, zobaczyć góry nie tylko od podnóża. Miasteczko już o poranku tętni życiem: Tutejszy Mitoraj: Czy to jeszcze pies, czy breloczek do plecaka? Impresje po tegorocznych zawodach PŚ Tofany, Faloria, Cinque Torri czy Lagazuoi? Ech - osiołkowi w żłoby dano... Jest dylemat. Można by spędzić w Cortinie dużo, dużo czasu, ale cóż - na coś się trzeba zdecydować. Wybór w końcu padł na Falorię - podobno boskie widoki właśnie na Tofany (i nie tylko), można na szczycie zrobić krótki trekking, stacja kolejki jest tuż przy szlaku rowerowym, no i ... zawsze chciałam zobaczyć na żywo trasę olimpijską . Cortina z góry i Tofany, a w oddali po lewej widać Lagazuoi i 5 Torri: Narciarskie trasy w letniej odsłonie: Panoramy - fantastyczne: Jest i trasa slalomu: Na górze: Zwei Damen und Drei Zinnen: Przy schronisku: Ech, aż się nie chce wracać na dół. Ale cóż - trasa się sama nie przejedzie, więc wczesnym popołudniem ruszamy w dalszą drogę, doliną Cadore. Po prawej stronie góruje wybitny kolos Monte Pelmo (3.168 m npm.): Droga opada najpierw łagodnie w dół aż do Pieve di Cadore. Miejscowości z typowo turystycznych zmieniają się w coraz bardziej spokojne, górskie miasteczka. W Pieve zauważamy już trochę opuszczonych, starych domów. Krajobraz zmienia się jeszcze bardziej, gdy ostrymi serpentynami zjeżdżamy nad Piavę, na dno doliny - do Perarole di Cadore. Mamy wrażenie, że trafiliśmy do innego świata. Wyludnione miasteczko, zaniedbane budynki, zabite dechami okiennice - tylko w brudnawym, małym barze kilku tubylców smętnie sączy piwo. Co gorsza - zbliża się wieczór, zanosi się na deszcz i trzeba poszukać noclegu. W jednym B&B nikt nie otwiera ani nie odbiera telefonu, w drugim - babka nie ma miejsc, ale dzwoni gdzieś po znajomych i znajduje nam nocleg w odległym o ok. 10 km Ospedale di Cadore, w hostelu. Wieczorna jazda wśród miejscowości-widm, dnem głębokiej i ciemnej doliny, wśród pionowo opadających skał jest trochę niesamowita. Koledze pęka szprycha w tylnym kole, a mnie urywa się linka od przerzutki. Na koniec dopada nas rzęsista ulewa. Docieramy już po zmierzchu - przemoczeni, tuż przed tym, gdy ulewa zamieni się w gwałtowną burzę. Gospodarze są przemili - zamawiają dla nas gorącą pizzę i przywożą nam do pokoju. Sam hostel mieści się w wąziutkiej, zabytkowej kamienicy i oferuje dziesięć miejsc. Wszystko świeżo odremontowane, czyściutko, jest też mała ekspozycja o historii tego miejsca. Bardzo miłe i klimatyczne lokum. A taki mieliśmy widok z okna (już rano) [cdn.]
    2 punkty
  13. 25.08 (środa) – Kronplatz-Cortina d'Ampezzo (58 km, pod górę) Rowerowa kulminacja - krajobrazów, wysokości i wrażeń. Rano zjeżdżamy z Rasen w stronę rzeki Rienz, mając przed sobą widok na Kronplatz - jak na dłoni. Widoki będą jednak później jeszcze lepsze. W drodze: Zaporowe jezioro Olanger See: Takie tam, towarzyskie - na moście: Jedziemy w kierunku Toblach i wkrótce oczom naszym ukazują się kontury Dolomitów Sexteńskich: Relaksik w altanie po drodze: I jeszcze raz góry: Jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od źródeł Drawy, gdzie startowaliśmy rok temu. Zajrzymy? Koniecznie! 2021: 2020: Tym razem zamiast na wschód - jedziemy na południe, do Cortiny d'Ampezzo. Szlak rowerowy prowadzi wygodną i szeroką szutrówką wśród gór, przez przełęcz Passo Cimabanche, dawną trasą linii kolejowej. Dzięki temu nabieramy wysokości lekkim i stałym wzniosem. Mając rowery z bagażami - bardzo efektywna opcja. Dużo osób w różnym wieku jeździ tutaj rowerami, ale generalnie na szlakach przeważają elektryki - tak 80%, turystyczne i mtb. I to nie tylko wśród publiki w dojrzałym wieku, ale również sporo młodych jeździ ze wspomaganiem. Takie wygodne pokolenie. Większość ludzi jeździ na lekko, długodystansowych sakwiarzy zdecydowanie mniej niż w Austrii, ale są. A jakie tu się robi przewyższenia? Strava pokazuje tak średnio 700-1000 m verticala dziennie, a na odcinkach tak odczuwalnie "z górki" - około 400 m podjazdów. Jezioro Toblacher See: Przy trasie, w Nasswand, trafiamy na cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej, na którym pochowano ponad 1200 żołnierzy różnych nacji - między innymi 145 Polaków. I faktycznie - odnajdujemy kilka krzyży z polsko brzmiącymi nazwiskami. Miejsc upamiętniających zaciekłe walki między Austro-Węgrami a Włochami w tym okresie jest zresztą sporo po drodze. Dojeżdżamy do jeziora Dürrensee i kultowego miejsca z fantastyczną panoramą na Drei Zinnen/Tre Cime - z jednej strony, a Monte Cristallo z drugiej. Obowiązkowy foto-stop. Croda Rossa: Zbliżamy się do granicy prowincji Trydent-Górna Adyga z Wenecją Euganejską: I jest - jest przełęcz Passo Cimabanche! 1530 m! Jeszcze nigdy nie byłam rowerem na takiej wysokości, jeszcze nigdy nie wjechałam rowerem tak wysoko! Teraz jeszcze parę kilometrów przepięknego zjazdu do Cortiny. Zobaczcie sami! Tunel ... ... a za tunelem ... Tym razem spędzamy wieczór i nocujemy na bardzo ładnym kempingu International Camping Olympia w Fiames, zaledwie kilka kilometrów od Cortiny. Przydały się namiociki i śpiwory, wiezione na wszelki wypadek. [cdn.]
    2 punkty
  14. 23.08 (poniedziałek) – Goldrain-Klausen (105 km) Sakwy spakowane? No to ruszamy! Zasadniczo koncepcja była taka, żeby objechać dookoła główny masyw Dolomitów dolinami rzek: Adygi, Eisack (Isarco), Rienz, Boite, Piave i Brenty. Wiodą tamtędy szlaki Via Claudia Augusta, Pustertal-Radweg, Dolomiten-Radweg oraz Eisacktal-Radweg. Cała pętla liczyłaby ok. 400 km, przy czym dołożyliśmy odcinek z Vinschgau, wzdłuż górnej Adygi (ok. 70 km). Trasa mniej-więcej opracowana, noclegi ogarniamy na bieżąco - w zależności, dokąd dojedziemy. Odcinek do Bolzano przejechał się sam, bo było z górki, za to ostatnie 30 kilometrów jechaliśmy w górę doliny Eisack (w kierunku Brennera). Pierwsza ciekawa miejscowość to Kastelbell, ze średniowiecznym zamkiem obronnym. Kolarska metaloplastyka w Naturns: Charakterystycznym elementem krajobrazu są duże krucyfiksy w drewnianych kapliczkach o formie deltoidu: Jedziemy nad rzeką ... ... aż do elektrowni wodnej w Töll: Docieramy do punktu widokowego ponad Merano: Tym razem nie zatrzymujemy się dłużej w Merano, bo przed nami jeszcze spory kawałek drogi. Ale przy trasie rowerowej taka ciekawostka : Dość płaski odcinek do Bolzano, wzdłuż linii kolejowej i rzeki. Jedyną atrakcją jest zjawiskowy kontur masywu Rosengarten (?) na horyzoncie. Bardzo fajnym udogodnieniem w lecie są też gęsto rozmieszczone ujęcia wody pitnej - wprost przy ddr-ce lub w miejscowościach. Zimna, krystaliczna woda w upał - bezcenne! W Bolzano zaglądamy na starówkę - do katedry i na Walthersplatz. Stoi tutaj monumentalny pomnik Walthera von der Vogelweide - średniowiecznego minnesängera niemieckiego, najwybitniejszego poety aż do czasów Goethego. Statuę wykonano z białego marmuru w Laas pod koniec XIX w. z inicjatywy niemieckojęzycznej ludności miasta, na fali ruchów narodowościowych. A dlaczego akurat Vogelweide? Otóż jedna z hipotez, dotyczących miejsca urodzenia Walthera, głosi, że przyszedł na świat w pobliskim Lajen, w dolinie Eisack. Katedra: Od Bolzano zmieniamy dolinę - teraz będziemy jechać na północ, wzdłuż Eisack. Niestety za sąsiedztwo - oprócz rzeki i linii kolejowej mamy teraz również autostradę i starą szosę na Brenner. Obydwie głośne i bardzo ruchliwe. Gdzie się dało, to poprowadzono ddr-kę w oddaleniu od dróg samochodowych, ale nie wszędzie było to możliwe, bo wąwóz miejscami jest dosyć wąski. Jeden z kilku tuneli rowerowych na trasie: Eisack: Rzut oka na zegarek, na mapę i decyzja, że nocujemy w okolicach Klausen. W samym miasteczku niestety nic nie znalazłam w naszym budżecie, ale kilka kilometrów dalej, w stronę Brixen były wolne pokoje w sympatycznej agroturystyce, u właścicielki okolicznych jabłkowych sadów. Podwieczorne klimaty w Klausen: I nasze lokum na noc: [cdn.]
    2 punkty
  15. Po długim czasie zbierania funduszy i przeglądania ogłoszeń, wreszcie zakupiłem swój pierwszy w (dorosłym) życiu rower. Ostatni rower jaki miałem to jakiś składak bez przerzutek, w wieku 8 lat. Ponieważ interesuje mnie jazda w terenie a jeszcze nie wiem co dokładnie, wybrałem dość uniwersalną kategorię Trail i polecany na forum popularny model Giant Trance. Konkretnie udało się zakupić używany Giant Trance Advanced 1 2018 Specyfikacja: Rama: Carbon, tylny wahacz alu, zawieszenie maestro (4 zawias ??), (wymieniona na gwarancji na model 2019 - inna kolorystyka) Geometria: Rozmair M Kąt główk -i 67 stopni Kąt podsiodłowy - 73,5 stopnia Reach - 435mm Stack - 591mm Rozstaw kół - 1160mm Obniżenie supportu - 15mm Tylny wahacz - 435mm Mostek - 50mm Damper: Fox Float DPX2 Performance - 140mm skoku Widelec: Fox 34 Performance Elite FIT4 - 150mm skoku Koła: 27,5 Giant TRX 1 carbon szerokość 35mm, oś tylna 148x15mm, oś przednia 110x15mm Opony: Tył: Maxxis Minion DHR 2 27,5x2,6 (zmieniona) Przód: Maxxis High Roller 27,5x2,4 (fabryczna) Hamulce: Sram Guide RS z tarczami 180mm Napęd: Sram GX Eagle 32x10-50 Kierownica: Giant Contact SL alu 780mm Siodełko: Sanmarco Waga orientacyjna: 12,5kg. Niestety jak to z używkami bywa, stan roweru nie jest idealny. Do serwisu jest damper, jest też jakiś problem z przerzutką. W najbliższym czasie okaże się, czy nie trafiłem na minę. Zdjęcie z ogłoszenia:
    1 punkt
  16. 🤫jest noc ,pada deszcz a maraton dookoła Polski jedzie. Kibicujmy mocno bo za chwilę góry około 1200km. @johnny_narciarz ma za sobą ponad 1000km... link do strony https://mrdp.pl/
    1 punkt
  17. Pojeździsz trochę po górkach to ci się znudzi pompowanie watów w ziemię 😀
    1 punkt
  18. Jakieś ku.w.sko lub jakąś durną blacharę taki anons może zainteresuje. Zgadnij dlaczego?
    1 punkt
  19. Coś może być na rzeczy - czworo potencjalnych polskich satanistów na rowerach z sakwami, nic dziwnego, że nas nigdzie nie chcieli. A jak już wpuścili, to obsługa dostała histerii.
    1 punkt
  20. 1 punkt
  21. Dzięki za odpowiedzi Pod Kronplatzem niedawno zadział się rytualny mord na tle satanistycznym, którego dokonał nasz rodak na jednym z tubylców. Ciekawe czy to ma wpływ na ceny, dostępmość i czy nas tam będą witać z otwartymi ramionami.
    1 punkt
  22. Ja polecam kursy organizowane przez sitn. Szkolenie na dobrym poziomie a wieczorem towarzystwo mlodych instruktorek.
    1 punkt
  23. Co Wy gadacie, wyjazdy grupowe na narty są najfajniejsze
    1 punkt
  24. Harris ładnie rzucił butelką o kort ale i tak przegrał z Niemcem. zobaczymy czy powtórzy się półfinał olimpijski to prawda - w tej Warszawie to nawet porządnie gwizdać nie potrafią i potem taki marny wynik 1:1 Jak JA byłem osobiście wygwizdać Anglików w Chorzowie to wygraliśmy 2 :0
    1 punkt
  25. Mam pytanka: 1. Jak wyglądały ceny noclegów na waszej trasie i czy mieliście poczucie, że trudniej o nocleg w akceptowalnej cenie w stosunku do tego co było przed pandemią? 2. Jaki rejon na waszej trasie uznalibyście za najciekawszy dla (A) miłośnika ładnych widoków, (B) miłośnika zabytkowej architektury, (C) miłośnika jazdy na rowerze?
    1 punkt
  26. Chciałem spytać o kąt konta? ps Śpiochu szczerze zazdroszczę.
    1 punkt
  27. Mnie tam brak i nie wiem, czy będę. Wzbudzają we mnie strach i pożądanie. To pierwsze chyba straszniejsze...
    1 punkt
  28. Na kanale u bushcraftowegeo pojawił się bardzo fajny wywiad że zwycięzcą Pawłem Pieczką,
    1 punkt
  29. Terenówki są lepsze i gorsze ..ale jedna prawda jest uniwersalna - im lepszą masz terenówke tym dalej pewnego dnia będziesz "zapychał" po chłopa z traktorem..
    1 punkt
  30. Jest coś dla fanów terenówek: http://www.omm4x4.pl/pl/xtr-1/ Co prawda formalnie to traktor, ale jednak wrażenie robi.
    1 punkt
  31. Chyba zostają tylko Koreańskie. Inne kraje albo nas najechały albo były sojusznikiem najeźdźcy, albo nas zdradziły w czasie różnych globalnych układów. A Korea tylko u nas inwestuje i daje zarobić nawet ciut więcej niż miskę ryżu. Co prawda dla nich też jesteśmy ludem drugiej kategorii, ale nie ma się co czepiać szczegółów...
    1 punkt
  32. W Soldzie trwa budowa nowej 10 osobowej kolejki gondolowej która zastąpi 2 osobowe krzesełko Kanzel wybudowane w 1995 roku. Wysokość dolnej stacji: 1848m n.p.m. Wysokości górnej stacji: 2350m n.p.m. Przewyższenie: 502m Długość wyciągu: 1490m Nowa gondola skróci czas przejazdu z 11 minut do 4 minut 30 sekund. Koniec prac planowany na początek grudnia 2021. Kilka lat temu ogłoszono też plany rozbudowy ośrodka po przeciwnej stronie, z tego co czytałem to projekt aktualnie jest zawieszony i toczy się spór w sądzie z ekologami.
    1 punkt
  33. Pełny MRDP to tak naprawdę ultra maraton 4 letni. Składa się z 4 wyścigów rok po roku. W kolejności od 2018 do 2021r. ZMRDP, następnie GMRDP, kolejny WMRDP i zamykający i spinający pełną klamrą MRDP. Maciek jest jednym z 10 zawodników którzy ukończyli w limicie czasowym 3 ostatnie maratony Zachód, Góry i Wschód. Zachód w 2018r prowadził z Rozewia do Złotego Stoku. Góry w 2019 ze Świeradowa do Przemyśla i w 2020r Wschód z Przemyśla do Rozewia. Maciek wśród tej ekskluzywnej 10 ma 5 łączny czas 230.11 h. a poszczególne wyniki to w kolejności Z-82.20 , G-85.44 i W-62.07 Z tej czołówki znam 2 . Daniel to pomysłodawca i organizator MRDP, mega mocny zawodnik. W obecnym maratonie przejechał 200 pierwszych kilometrów i zrezygnował z dalszej jazdy bo obowiązki organizacyjne przy maratonie były zbyt duże, około 80 startujących kolarzy w różnej formule i musi to ogarnąć. Kazimierz z Krakowa codziennie pokonuje na rowerze około 100-200 km. Jego roczne przebiegi są rzędu 50000-60000 km. Z tego co mówił to rekord przebiegu rocznego na rowerze ma 100 000 km. I tego typu ludzie startują w MRDP. w obecnej chwili Kazik ma trzydzieści kilka kilometrów przewagi nad Maćkiem. @johnny_narciarz startuje w kategorii solo (najtrudniejszej) PS. Całkowite przewyższenie to jednak 31 723m. wcześniej mylnie podałem 25 000m
    1 punkt
  34. Eee, do leszcza to mi jeszcze brakuje. Wyrosłem na starego kiełbia, choć kiedyś, dawno, dawno temu, byłem młodym narybkiem w sekcji kolarskiej. Trener już wówczas przypuszczał, że nawet leszcz ze mnie nie wyrośnie, bo wysyłając na zawody polecał, abym swój dobry rower (Jaguar) odstępował koledze.
    1 punkt
  35. Przepraszam, na elektrycznych startują? A jeśli tak, to ile baterii można mieć na wyposażeniu?
    1 punkt
  36. Nic z tych rzeczy, zjazd mało wpływa na średnią. Zaraz Ci to pokażę. Powiedzmy, że masz 100 km podjazdu bardzo ciężkiego. Jedziesz go ze średnią 4 km/godz przez 25 godz. Twój kolega identycznie. Zaczynacie zjazd Ty jedziesz 50 km/godz czyli zjeżdżasz 2 godz. Kolega jest kozakiem i robi to w godz (jadąc 100 km/godz) Przejeżdżacie więc 200 km Ty w 27 godz kolega w 26. Twoja średnia to 7,4 km/godz, kolegi prawie 7,69 km/godz A teraz weźmy jeszcze trzeciego kozaka na podjeździe jest o 5% szybszy od Ciebie. Robi go w 23,75 godz. Zjazd ma gorszy za to o 5% od Ciebie. Czyli zjeżdża 2,1 godz. Łącznie pętla zajmuje mu 25,85 ze średnią 7,73 km/godz
    1 punkt
  37. Nie no @Mitek, dla mnie jest ogromna różnica w jeździe po płaskim, a po górach. Trasę pętlę 100 km po płaskim bez problemu średnie utrzymuje po 27-28, natomiast po górach czyli powiedzmy na tym dystansie 1500-2000m w pionie, średnia będzie pewnie maks. 21-22, a często w okolicach 20km/h w zależności czy podjazdów było raptem kilka, ale długich, czy wiele ostrych hopek po 2-3km jakich właśnie wiele w Polsce. Zresztą przecież średnia nie wynika z tego ile drogi jechałeś daną prędkością, a ile czasu. Więc choćby z tego powodu trudno utrzymać ją na podobnym poziomie co po płaskim. A już zupełnie abstrahuje tu od tego wyścigu, gdzie wjeżdżając w góry zawodnicy mają już 1300 km w nogach, generalnie jak czytam forum rowerowe, tam praktycznie wszyscy podkreślają, że przed górami trzeba zbudować odpowiedni zapas, a jesli jedziesz na granicy limitu to raczej nie ma szans na końcowy sukces.
    1 punkt
  38. Na przejechanie pierwszgo tysiąca Maciek potrzebował 2 dni i 7 godzin. Jedną z nocy Johnny spał. Tempo bardzo dobre, a do tego warunki atmosferyczne nie pomagają. Silny wiatr, deszcz i zimno. Teraz najtrudniejszy odcinek, ze wschodu na zachód przez góry. Po drodze możliwy śnieg. 3200 km w maksymalnie 10 dni. Ci co startują to nie są normalni ludzie. @johnny_narciarz powodzenia, oby sił mentalnych i fizycznych nie brakło.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...