Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
20.09.2021 - 20.09.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 20.09.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Praktyczne z pożytecznym Po około 15 minutach jazdy na rowerze w organizmie jadącego zaczyna spadać poziom kortyzolu, zwanego hormonem stresu. Mniej kortyzolu to łatwiejsze zasypianie, to lepszy metabolizm i wolniejsze odkładanie tkanki tłuszczowej. A to dopiero początek. Dalszy wysiłek oznacza spadek poziomu węglowodanów, a ich rezerwy w mięśniach są już niemal całkowicie wyczerpane. Organizm, żeby dalej aktywnie funkcjonować, zaczyna spalać tkankę tłuszczową. Mniej więcej w tym samym czasie mózg zaczyna produkować neuroprzekaźniki: endorfiny i serotoninę. Endorfiny, które często nazywa się hormonami szczęścia, są naturalnymi środkami przeciwbólowymi. Także serotonina odpowiada za dobre samopoczucie. Aktywność fizyczna zmniejsza ryzyko depresji o około 20 proc. Krótko mówiąc, jadąc na rowerze, czujemy się szczęśliwi. Dosłownie tak, jak gdyby ktoś dodał nam skrzydeł. Regularna jazda na rowerze powoduje, że wzrasta tzw. pułap tlenowy, czyli zdolność organizmu do przyswajania tlenu. Pułap tlenowy mocno zależy od genów, ale w pewnym zakresie możemy go sami wytrenować, odpowiednio ćwicząc. Po co dbać o wysoki pułap tlenowy? Po to, żeby mieć lepszą kondycję. Pułap tlenowy zmniejsza się wraz z wiekiem, ale także wraz z brakiem odpowiednich ćwiczeń fizycznych. Im jest on wyższy, tym więcej tlenu organizm jest w stanie dostarczyć mięśniom. Tym mniej się męczymy, tym większy wysiłek jesteśmy w stanie wykonać przy tej samej ilości energii. Najlepsi kolarze są w stanie dostarczyć 80–90 ml tlenu na minutę w przeliczeniu na kilogram masy ciała. U osób, które sportu nie uprawiają, pułap tlenowy jest o około połowę niższy. Czysta przyjemność Wracamy do amatorskiej jazdy na rowerze. Gdy to robimy, nasze serce pracuje wydajniej. Poprawiają się jego objętość wyrzutowa oraz pojemność minutowa. To wszystko wzmacnia układ krążenia i obniża ryzyko jego chorób w przyszłości. Przy okazji warto pamiętać, by przed fizycznym wysiłkiem przez pierwszych kilka minut jechać spokojnie, by rozgrzać mięśnie. Rozgrzany mięsień jest bardziej elastyczny i lepiej ukrwiony, a to oznacza, że jest mniej podatny na kontuzje. Z kolei po skończonym wysiłku dobrze zadbać o stopniowe obniżanie tętna. Nie schodzimy więc z roweru od razu po dłuższej jeździe, tylko jeszcze przez kilka minut uspokajamy organizm, jadąc wolniej. Podsumowując, jazda na rowerze czyni nas szczęśliwszymi i zdrowszymi. Dzięki tej aktywności rozwijamy przynajmniej kilkanaście rodzajów mięśni, zwiększamy gęstość kości i powodujemy, że naczynia krwionośne stają się bardziej elastyczne. To zestawienie dotyczy jazdy amatorskiej. Jazda zawodowa nie ma ze zdrowiem nic wspólnego. To ciągłe przekraczanie fizjologicznych granic, jakie wyznacza nam nasze ciało. To przekraczanie granic nigdy nie odbywa się bez konsekwencji, choć trzeba przyznać, że są one często odroczone w czasie. Na to, by to odroczenie trwało jak najdłużej, pracują specjaliści lekarze, dietetycy, psychologowie i trenerzy. Wspomagają ich inżynierowie i fizycy. Zawodowy kolarz ćwiczy w tunelu aerodynamicznym sylwetkę, a jego rower przypomina rower do jazdy amatorskiej tylko z wyglądu. Każdy element w rowerze wyczynowym jest dokładnie przemyślany. Odpowiednio wyprofilowane felgi oszczędzają na dystansie 40 kilometrów nawet 1,5 minuty. Odpowiednio zaprojektowana opływowa rama roweru daje kolejną minutę. Te wyliczenia były prowadzone dla płaskiego terenu w bezwietrzną pogodę. Gdy kolarz ściga się w górach, a wiatr wieje mu w twarz, odpowiednio zaprojektowany rower daje mu jeszcze większe fory. No ale tym ktoś, kto jeździ na rowerze amatorsko, w ogóle nie musi się przejmować. Bo w jeździe amatorskiej nie chodzi o to, by być szybciej i dojechać dalej, tylko by czerpać z aktywnego życia przyjemność, nie zapominając o zdrowiu.3 punkty
-
Wolę kupić buty od Zamberlan, które są robione we Włoszech niż buty od 4F, które są robione w Chinach i nie słyną z dobrej jakości. To gdzie zarząd siedzi mnie nie obchodzi.3 punkty
-
3 punkty
-
2 punkty
-
Nie wiem ilu z Was w najbliższym czasie zamierza kupić dobry😁 helikopter- myślę że niewielu😄. Może lepiej przyjrzeć się motoryzacji, jeśli chodzi o samochody to Niemcy kupują niemieckie, Francuzi kupują francuskie a Włosi - włoskie, w każdym razie jest taka tendencja. Tak po prawdzie wszyscy powinni kupować japońskie😉 Ostatnie wydarzenia związane z pandemią dobitnie pokazały, że każdy kraj "ciągnie" w swoją stronę, na nic zdały się traktaty i umowy. Jest raczej nieprawdopodobne, żeby człowiek przy wyborze kierował się pobudkami patriotycznymi wbrew własnym egoistycznym interesom, musi być produkt porównywalny i tylko wtedy jako drugie czy n-te kryterium można brać pod uwagę kraj pochodzenia, chociaż obecnie "kraj pochodzenia " może być wartością iluzoryczną.2 punkty
-
Zdania raczej nie zmienię, bo dalej nie umiem zrozumieć jaki sens ma tego typu prtariotyzm, czyli kupowanie ciuchów od 4F "bo polskie".2 punkty
-
Zakupiłem nowy rower, jako że ten rok jest dość dziwny i dostępnością sprzętu bywa raczej słabo, zdecydowałem się na to co było dostępne. Torpado Devon dzielnie daje radę, obsługa w ME raczej średnio zna się na sprzęcie, więc jeżeli komuś przyjdzie tak szalony pomysł jak mi by tam kupić rower, proponuję oddać go do regulacji do sprawdzonego serwisu w okolicy. Po pierwszych jazdach w okolicy mojego domu, jestem zadowolony. Tu trochę okolicznych lasów. Było trochę górek. Trochę szukania ścieżek. Trochę błota. Okoliczne lasy tną dość mocno. Jazda wałem Wiślanym. Trochę krzaczorów i lokalna wylęgarnia komarów (starorzecze Wisły). Tu pałacyk PAN. Rozlewisko Wisły. Była też nowa ścieżka rowerowa, prowadząca do szkoły moich dzieci.2 punkty
-
Post 6 Afganistan(Mazar-i Szerif) Wsiedliśmy na kuter, po odprawie celnej. Kuter miał zwyczaj płynąć raz na tydzień, na drugi brzeg Amudarii. W Afganistanie byli Rosjanie. Ściśle, obywatele Związku Radzieckiego. Nawet sporo. Specjaliści od geologii, wraz z rodzinami. Ta ziemia była nieznana. Kryła jeszcze sporo tajemnic. Kuter pełnił rolę mostu między brzegami. Nie było go wtedy między ZSSR i Afganistanem. Wystarczył kurs raz na tydzień. Ktoś z Rosjan tam jechał. Inny wracał. Lub też ktoś z rodziny. Zabrali nas na drugi brzeg. Kuter płynął około dziesięć kilometrów w górę rzeki i przybił do brzegu, na którym była goła ziemia. Poza kilkoma krzaczkami tamaryszku nie było tu nic. Z kutra na brzeg została rzucona długa deska, pełniąca rolę trapu i pomostu. Pasażerowie przeszli po desce na brzeg. Na którym stała drewniana buda. Pełniąca rolę posterunku granicznego. Oprócz tej budy stało tu także kilka namiotów. Nieco dalej widać było początki asfaltowej drogi i jakieś samochody. To była zupełnie nowa droga. Wcześniejsze wyprawy w Hindukusz jechały przez pustynię. Jak okiem sięgnąć była pustka. Urozmaicona kępkami roślinnymi. Nic się nie działo. Był upał i spokój. Pasażerowie na brzegu, czekający na kuter, weszli na pokład. Który odpłynął do Termezu. W dół Amudarii, która była szeroka i mętna. Była pełnia lata. W Hindukuszu i Pamirze topniały szybko lodowce. Wody w rzece o tej porze nie brakowało. Na tych Rosjan, co wysiedli, czekał mały autobus. Zabrali nas nim do Mazar-i Szerif. Przejście graniczne nazwało się Ajratan. Wcześniejsze wyprawy wyładowywały się w na brzegu Amudarii w różnych miejscach. Wyprawy, wyładowujące z kutra swój bagaż, podlegały kontroli celnej. To nic, że to są alpiniści. Porządek musiał być. Każdy kraj ma prawo kontrolować przyjezdnych. Praktyka, poprzednich wypraw wykazała, że drobne upominki, zwane potocznie „bakszyszem”, ułatwiają bardzo tu taką kontrolę. Herbata, cukier, rybki w konserwie. Broń Boże świnina! Każdemu celnikowi małą paczuszkę, od wdzięcznej ekspedycji za ciężką pracę. Ale to nie było nasze zmartwienie. My nie mieliśmy nic. Koledzy z bębnami się pomęczą. Przez okno autobusu, wpadał bardzo ciepły, pustynny wiatr. Jechaliśmy tą nową, asfaltową szosą do Mazar-i Szerif. Tam można było wynająć samochód, lub taksówkę. Z niego do Kabulu, poprzez łańcuchy Hindukuszu, prowadziła, też świeżo zbudowana szosa. Około 600 kilometrów, poprzez przełęcz Salang. Podobno częściowo budowana przez polskie firmy. Jechaliśmy idealną, nadamurską równiną. Zamkniętą przed nami, od południa, górska barierą. Za oknem pojawiło się kilka wielbłądów. Skubiących sobie suche, kolczaste roślinki. Wielbłąd nie ma unerwionych swoich warg. I dlatego może miażdżyć złośliwe kolce. Coś przecież musi jeść. Wiem to od Janusza, biologa. Dostarczał nam w czasie wyprawy sporo ciekawych informacji, o różnych zwierzęcych istotach. Drugim źródłem rozrywki był Maciek, chirurg. Ten z kolei opowiadał, jakie ciekawe przypadki spotykało się w szpitalu, wynikające z tzw. ludzkiej głupoty. Dojechaliśmy do szosy, prowadzącej do Kabulu. Skręciliśmy w przeciwną stronę i po kilkunastu kilometrach, przed miastem pojawiło się po lewej stronie osiedle, zbudowane z bloków, podobnych nieco do moich na Kozłówku w Krakowie. Dosyć spore. Metalowy, szczelny płot otaczał ten teren. Nawet były jakieś zielone miejsca, do wypoczynku między budynkami. Co to za osiedle? Rosyjskie osiedle, dla pracujących w tym kraju Rosjan wraz z rodzinami. Czuwał nad tym podobno generał. Teraz wyjaśniła się do końca rola kutra na Amudarii. Wjechaliśmy do miasta. Z kolei, z prawej strony drogi, ukazał się nam wspaniały duży meczet. Też otoczony metalowym ogrodzeniem. Tylko znacznie ładniejszym, niż rosyjskie. Będzie co fotografować-pomyślałem sobie! Jechał z nami Janusz, który tu już był wcześniej. Znał miasto. Kwaterujemy się w hotelu. Luksusów nie było. Spać się dało w jednej sali na łóżkach. Pościel mamy swoją. Śpiwory i materace. Był też kran z wodą. Ważny element wyposażenia. Musieliśmy wymienić zielone na Afgani. Miejscową walutę. Jedyny bank, gdzie można to było uczynić, był skromny. Pracownicy mieli swoje biurka, ale stojące na klepisku. Nie, nie wymieniają dolarów! Masz babo placek! Był kraj na świecie, gdzie nie chcieli zielonych! I to jeden z najbiedniejszych. Udaliśmy się do dyrektora. Miał gabinet ze znacznie większym biurkiem, ale też stojącym na gołej ziemi. Zgodził się na wymianę pięćdziesięciu dolarów. To była tu duża suma. Wystarczy nam na pobyt w poszukiwaniu jaskiń. Chodziłem po mieście, które było największe na północy Afganistanu. Położone na równinie baktryjskiej, która jest przedłużeniem pustyni Kara-kum Włóczyłem się z aparatem fotograficznym. Niestety meczet dla niewiernych był niedostępny. Tylko mogłem go sobie obejrzeć z zewnątrz. Meczet zwany Błękitnym. Święte miejsce dla szyitów. Obchodzą w nim Nowruz. Perski „Nowy Rok”, według kalendarza muzułmańskiego w Iranie. Z którym spotkaliśmy się tam, kupując kilka dni wcześniej bilet na autobus dalekobieżny. Według niego była na nim podana data odjazdu. Obchodziłem meczet dookoła. Fotografując go z różnych kierunków. Zaintrygowała mnie duża ilość białych gołębi siedzących na meczecie. Jeszcze więcej ich było na placu przed meczetem. Gdzie były karmione. Tysiące białych, identycznych gołębi. Jak się dowiedziałem, to podobno każdy gołąb, który przyleci do meczetu, z biegiem czasu bieleje. Przyglądałem się życiu ulicy. Fryzjer miał swój „gabinet” na ulicy, pod ścianą domu. Wodę mieszkańcom dostarczali nosiwodzi. W bukłakach z owczej skóry. Sporo ważył taki ładunek. Transport miejski odbywał się na przy pomocy dwukółek. Z daszkiem chroniącym przed słońcem Do dyspozycji były też dorożki, z końmi pięknie ozdobionymi. Sfotografowałem dość duży, niski budynek z szarej gliny. Jego dach złożony jest z szeregu kopułek. Nad nim sterczą dwie wieżyczki. Mniejsza z oknami. Większa z otworami. Można się było domyśleć, że dla muezzina. Wzywającego pięć razy dziennie do modlitwy. Budynek jest zapewne skromnym meczetem. Przed glinianym murem tego meczetu spotykam małego, bosego chłopca. Ze swoim skarbem w rękach. W innym miejscu, na pustym placu czekały na uwiecznienie w aparacie, dwie zalotne panny. Przeskoczę na chwilę w relacji, o niecałe dwa miesiące w przód, gdy wracaliśmy z gór i zatrzymaliśmy się w Mazar-i Szerif. Jurek urządził nam wycieczkę do miejsca, gdzie znajdowała się starożytna Baktria. Miejsce nie przypominało miasta Aleksandra Wielkiego. Ale skoro historycy i archeologowie tak twierdzą, to widocznie tu było. Założył je, po pokonaniu Persów i spaleniu Persepolis(p. Egzotyczny Iran). Dotarł tu, aż nad Amudarię. Dalej na wschód już były tylko zimne, wysokie góry. Nie miał wyboru. Postanowił, że skieruje się na południe, do Indii. Gdzie będzie ciepło i będzie co jeść. Nie była to prosta sprawa. Drogę do doliny Indusu, gdzie już jest płasko, zamykały ramiona Hindukuszu. Z Baktrii i z Mazar-i Szerif widać było je niedaleko na horyzoncie, w kierunku na południe. Są to pierwsze wzniesienia tych gór. Za nimi, kolejne wyższe. Przed Kabulem sięgające pięć kilometrów. Do Indusu było, w linii prostej, około osiemset kilometrów. I cały czas należało przekraczać przez grzbiety górskie, prostopadłe do kierunku marszu jego armii. To był wyczyn znacznie większy, niż przejście wojsk Hannibala przez Alpy. Moi koledzy odwiedzili też wtedy Polkę, mieszkającą kilkanaście kilometrów od miasta. Stęskniona była za Polakami, za naszą mową. Ah! Te polskie dziewczyny! Zakochała się. Chłopak był przystojny. Miał parę dolarów w kieszeni. Po kursie czarnorynkowym to była spora suma. Może opowiadał, że ma bogatą rodzinę. Piękny dom w rajskim ogrodzie. A tu jej mąż pracował w małej cementowni. Skończył na AGH wydział ceramiczny. Gdzie zawsze było dużo dziewczyn. Ceramika, to przecież porcelana, piękne zestawy na obiad. I wspaniałe kolory zdobień. Jednak na wydziale AGH „ceramika”, to były materiały ognioodporne(szamotowe), na wykładziny w piecach hutniczych. Cementownie. Wróciliśmy do naszego zadania. Szukania jaskiń. Pojechaliśmy wynajętym samochodem. Góry rosły. Horyzont był zamknięty. Przed nami wyrósł wysoki, skalny mur. Niemożliwe, aby tu był przejazd na południe, w stronę Kabulu. Ale pojawiła się szczelina między skałami. Którą mała rzeczka sobie wycinała sobie przez miliony lat. Piękny przełom. Przepiękny. Niedługi był ten wąwóz i teren się rozszerzył. Nad szosą pojawiły się suche zbocza. A jeszcze wyżej sterczały skały. Tu mieliśmy szukać jaskiń. Za tym przełomem. Było bardzo gorąco i sucho. Jedynym miejscem do biwakowania była kamienista plaża nad rzeczką. Kolor jej wody był jakiś podobny do mocno rozrzedzonego mleka. Skąd płynęła? Czort to wiedział. I co w niej płynie, to była rola następnego czorta. Gdzie płynęła, to się już niebawem dowiedzieliśmy. Sprawa biwaku była prosta. Materac plażowy rzucony na kamienie. Na to śpiwór, dobry na lodowe warunki. W nocy spałem na śpiworze. Deszczu tu w lecie nie zobaczymy. Woda, po przegotowaniu i wsypaniu do miski herbaty, dała się pić. Była wstrętna, ale nieszkodliwa. Rzeczka była płyciutka. Ledwie, by zamoczyć nogę do kostek. Noc była względna. Ale w dzień, w tym miejscu można się było usmażyć. Ratowaliśmy się chowaniem się w cieniu, w rozpadlinach z czerwonej, miękkiej ziemi. Wypłukanymi przez wodę. Nawet coś tu rosło. Czerwona ziemia, „terra rosa”. Znana z biwaków na południu Europy. Życie nasze się toczyło po jednej, lub drugiej stronie rozpadliny. W miarę obracania się słońca. Przerywane wypadami do przełomu. Gdzie był cień. Biwakować się tutaj nie dało, ponieważ między szosą i skałą było tylko miejsce na rzeczkę. Ale tu były wspaniałe rzeczy. Stało kilka wózków. Była to drewniana skrzynia na kółkach. W skrzyni była woda, a w niej pływały kawałki lodu i butelki koki, „seven up”. Boskie napoje! Siadało się na murku, z boku szosy i sączyło ten zimny eliksir. Niestety, tylko jedna buteleczka na dzień. Idąc za biegiem rzeczki, trafiliśmy na małe miasteczko Chulm. Z niskimi, glinianymi domkami. Istnienie swoje zawdzięczało rzeczce. Która mu dostarczała wody dla roślin i ludzi. Nie dopłynie do Amudarii. Zostanie wykorzystana ostatnia jej kropla. Mieliśmy szukać jaskiń. Nie mogliśmy zawieść kolegów. Mobilizujemy się. Na nogach mamy wysokogórskie, podwójne buty. Botek wewnętrzny, sznurowany, ze skórki. Używałem go potem w Koninkach, jako ciepłego pantofla. But z wibramem. Coś ogromnego i ciężkiego. Musi pomieścić botek. W którym też można było spać w wysokich górach. Nie pójdziemy w sandałach, w których można było chodzić nad rzeczką. Kamienie, ostre trawy, węże. Słońce prawie w zenicie. I czterdzieści parę stopni. Buty wzniecały kurz. Łaziliśmy po okolicznych stokach. Patrzyliśmy na skały. Są tu jaskinie, czy ich nie ma? Chyba nie było? Zdjęcia: Część z nich był zrobiona, gdy wracaliśmy po górach. Nic się w Mazar-i Szerif nie zmieniło w tym czasie. 1. Kuter. Kuter przewożący pasażerów między dwoma brzegami Amudarii. 2. Ajratan. Afgański posterunek graniczny. 3. Lutnia. Lutnia to był prosty i bardzo popularny instrument w Afganistanie. Począwszy od dwóch strun. Człowiek, z papierosem z filtrem w butonierce i sygnetem na palcu, chodzi boso. I ma uszkodzony duży palec u prawej nogi. 4. Autobus. Rosyjski autobus. W adidasach Janusz. Nasze plecaki czekają na załadownie. 5. Szosa do Mazar-i Szerif. Pasące się wielbłądy na pustyni, nad Amudarią. Na horyzoncie Hindukusz. Zdjęcie zrobione przez szybę autobusu. 6. Portal. Portal Błękitnego Meczetu. Na placu jest studnia z pompą. Dalej przy wejściu, pod ścianą leży bukłak z owczej skóry, napełniony wodą. 7. MS Błękitny Meczet. 8. Błękitny Meczet, szeroki widok. 9. Minarety. W głębi widać Hindukusz. 10. Gołębie. Każdy gołąb bielał, z przylatujących do meczetu. Naprawdę to raczej inne, niż białe, były zabijane. 11. Przechodnie. Ogrodzenie Błękitnego Meczetu 12. Mułła. Mułła z towarzyszami. 13. Meczet i chłopiec. Prawdopodobnie też meczet. Ale bardzo skromny. Bosy chłopiec ze swoim skarbem. 14. Panny. Tak ubrane chodziły dziewczynki w Afganistanie. Pantalony i chusta na głowie. Burka i „krata” na na oczach pojawiały się dopiero u mężatek. 15. Ulica w Mazar-i Szerif. Pięknie kwitnące rośliny. Zieleń musiała być nawadniana. Woda była wpuszczana okresowo do rowów w pobliżu roślin. W lecie przez wiele miesięcy nie spadała tu ani kropla deszczu. Nawet chmury na niebie były rzadkością. Afganistan jest położny na południu. Na wysokości północnej Afryki. 16. Mazar-i Szerif ulica. Inna skromniejsza ulica. Meczet i zaznaczające się łańcuchy Hindukuszu. 17. Dwukółka. Bardzo praktyczny pojazd w tym klimacie. 18. Dorożki. Zapewne do wynajęcia na większe uroczystości. 19. Nosiwoda. Człowiek ten dostarczał ludziom wodę. Bukłak, jak widać, jest zrobiony z owczej skóry. 20. Dwóch nosiwodów. Podejrzane jest stojące wiadro i bukłak postawiony na sztorc. Czyżby napełniony z tego rowu? Z tyłu kobiety w burkach. 21. Baktria. Tutaj dotarł Aleksander Wielki. Do Amudarii jest kikadziesiąt kilometrów. Dalej na wschód jest Hindukusz, coraz wyższy i po drugiej stronie rzeki Pamir. Musiał się wrócić do Persji, albo iść na południe do Indii. Nie było innej alternatywy. Tu była wokół pustynia. 22. Przełom. Nowa szosa do Kabulu. Niedawno zbudowana. Za tym przełomem mieliśmy szukać jaskin. Na stronie 85 w monografii „od Andów po Hindukusz” K. Seysse-Tobiczyka jest zdjęcie czarno białe tego przełomu, w czasie wyprawy w 1960 r. Droga jeszcze była bita. 23. Biwak. Biwakowaliśmy na tą rzeczką. Andrzej i Janusz(leży). 24. Rozpadlina. Nasze dzienne życie się toczyło w cieniu. Herbatka, zupka, czy też makaronik, wszystko było gotowane na wodzie z rzeczki. Na prymusie „Juvlu”. Leszek, Janusz, Andrzej. 25. Tamaryszek. Widoczek jest ładny, kolorowy. Nie oddaje jednak upału.. Wyżej, w tych skałach, mieliśmy szukać jaskiń. 26. Pola uprawne. Teren dalej nad rzeczką był bardziej płaski i przeznaczony na pola uprawne. Obok rzeczki widać asfaltową szosę do Kabulu.1 punkt
-
Tak dla jasności, wcześniej napisałem, że produkt ma być "porównywalny", przez co rozumiem, że niekoniecznie musi być nieskończenie doskonały. Czy jest miejsce dla tandety, jest i śmiem twierdzić, że zdecydowanie przeważa w globalnej ofercie. Ocena produktu zawsze będzie relatywna, weźmy np. taką Skodę, dla wielu będzie to spełnienie marzeń dla innych wspomniana wcześniej tandeta. Bardzo podobnie jest w podmiotowym przemyśle odzieżowym, elektronicznym etc.1 punkt
-
Dostałem GoPro 10 do testów, bezpośrednio od GoPro jeszcze przed premierą. Niestety minęliśmy się. Ja byłem w Alpach, kiedy kamera dotarła do mnie 😩. Dopiero dzisiaj ją rozpakowałem, zaktualizowałem oprogramowania i zacząłem używać. Pierwsze wrażenie - kamera działa dużo szybciej, a ekran dotykowy nareszcie działa jak powinien. W stosunku do GoPro 9 to duża zmiana na plus. Jak tylko trochę pokręcę, to przygotuję test, w odniesieniu do GoPro 9.1 punkt
-
1 punkt
-
Jak już piszemy o Wojasie, to ja nie polecam. Na mnie rozpadały się magicznie szybko. Na szczeście akurat firm obuwniczych w Polsce Ci u nas dostatek. Polecę za to Cohnpol - niektóre modele wygląd straszny jak z targu, ale z droższych zawsze znajdzie się coś ciekawego. Jakość: bardzo dobra. Z ciuchów: Tatuum. Tak, męskie. Świetna jakość, nie wiem czy jest do czego porównać z polskich firm.1 punkt
-
I to jest właśnie prawdziwy powód a nie jakieś bzdury o deptaniu dobra narodowego. Niestety realia są jakie są - firmy w Polsce tak jak na całym świecie mają trzy wyjścia albo ustawiają sie na zysk szybki robiąc tanie dziadostwo albo kupują znaną markę sprzedając dziadostwo pod jej logiem doprowadzając szybciutko do jej degradacji albo decydują sie na budowanie własnej marki latami lub pokoleniami. O ile to ostatnie wyjście jest dla nas klientów końcowych najkorzystniejsze o tyle już jedynie pasjonaci to robią w polskich realiach gdzie nie dość ze człowieka przedsiębiorczego traktują jak złodziej to jeszcze na każdym kroku starają sie wydusić z niego ostatnia złotówkę żeby sfinansować glosy swojego łasego na darmochę elektoratu - bo tylko tych są w stanie kupić za grosze. Nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na stabilność swojego biznesu w tym kraju. Nikt normalny tu nie zainwestuje bo sie boi ze "pójdzie z torbami" a nie da sie do garnka włożyć pieśni patriotycznej i okrasić jej Zenkiem...1 punkt
-
https://www.mediaexpert.pl/rowery/rowery-mtb/rower-torpado-devon-1-9-m20-czarno-zielony1 punkt
-
Ładny, gratulacje! Masz jakiś link do specyfikacji? Polecam na początek pedały platformowe PROX VPE-506(mają szeroki punkt podparcia na osi, później Dartmoor Stream z wkręcanymi bolcami, ale uwaga na bolce!1 punkt
-
Wg. mojej wagi domowej 13,1 kg - nie jest to jednak 100% dokładny pomiar.1 punkt
-
Przeszliście mega szkolenia, jesteście mega sprawnymi menadżerami, zarządcami domowych budżetów i jak też widzę socjotechnikami. Doskonale Was wyszkolono. Niemal każdy pisze, że kapitał czyli pieniądze (te prawdziwe) nie mają kraju, a patriotyzm lokalny czy krajowy to głupota ...To samo przekazujecie dzieciom. Po prostu gratuluję. Tylko jak się Wasze przekonania mają do tego co robią potentaci ? Dlaczego oni nie rezygnują z budowania potęg krajowych/międzynarodowych wspierając je w każdy możliwy sposób między innymi świadomie niszcząc gospodarki sąsiadów aby ich własne były potężniejsze ? A jeszcze nie tak dawno być może nawet część z Was walczyła z monopolami ... Dekadenckiej pikanterii dodaje fakt, że dzieje się to Waszym kosztem, z Waszą pomocą, a Wy tego nie widzicie, wręcz się z tego cieszycie. Macie wybór, ale nie korzystacie z niego ... To jest dopiero mistrzowski ruch socjotechników od globalnych marek, od których jak widać jeszcze możecie się sporo nauczyć. Nie lubię nikogo cytować bo nie zawsze jest to zbyt dobrze odbierane i zapewne część z Was zaraz napisze, że brak mi argumentów i stąd cytaty. Nic bardziej mylnego. Po prostu uważam, że nieźle się wpisuje w tę naszą dyskusję te kilka słów. "Naród bez dziejów, bez historii, bez przeszłości, staje się wkrótce narodem bez ziemi, narodem bezdomnym, bez przyszłości. Naród, który nie wierzy w wielkość, nie chce ludzi wielkich, kończy się." Od siebie dodam naród bez przemysłu bo w ziemi jeszcze coś tam mamy, ale czy możemy z tego korzystać ... ? Na kończę tę wymianę zdań. Miłego dnia. Udanego szusowania w nadchodzącym sezonie.1 punkt
-
1 punkt
-
Chyba nie masz racji. Reklamę telewizyjną realizują firmy o zasięgu ogólnokrajowym i z pełną dostępnością produktu w sklepach. Wtedy klient jest zachęcany do ich zakupu i znajduje go na półkach w swoim ulubionym sklepie. To co robi ORLEN, czyli inwestuje w reklamę F1 o zasięgu globalnym a sprzedaje lokalnie jest pod względem ekonomicznym pozbawione sensu, tak jak Twój przykład z reklamą tv dla kilku sklepów. Celem uruchomienia sklepu w centrum jest duży przepływ ludzi i duża szansa że nas odwiedzą. Jeżeli nie odwiedzą, to jest to z ekonomicznego punktu bez sensu. Firmy niemieckie czy francuskie działające na naszym rynku są firmami które działają również u siebie, czyż nie? Jeśli tak, to mają u siebie wynegocjowane dobre kontrakty na samochody i z nimi przychodzą do naszego kraju, więc to może być powód używania ich w firmie. W sprawach ekonomicznych nikt się nie zajmuje patriotyzmem tylko ekonomią, bo po to prowadzi się działalność. Kolega pracuje jako prezes w dużej francuskiej firmie, nie, nie jeździ francuskim autem:;) Ja już kupiłem do firmy pewnie z setkę aut, nigdy mi nie przeszło przez głowę aby przy decyzjach biznesowych myśleć patriotycznie :;) "Patriotycznie" to myślał policjant skarbowy jak zaczął kontrolę od słów "abym nie miał do niego żalu jak mnie puści w skarpetkach". Patriotyzm się kończy państwowych firmach, które rządzone przez nominatów politycznych w sposób wysoce nieudolny muszą być dofinansowywane z naszych podatków, tak to jest patologia. Tak że Mitek ma w 100% rację.1 punkt
-
Post 5 Jedziemy w Hindukusz Bębny zostały zapakowane. Średnio każdy ważył 33 kilogramy. W nich spis zawartości. Wszystko to co zabieramy, zapakowane w ten sposób, że stracenie jednego, czy kilku bębnów nie rozłoży wyprawy. Zostały zaplombowane przez celników. Mieliśmy ich trzydzieści. Każdy z napisami, jaki jest cel wyprawy. Bębnów nie wolno rzucać! Każdy z nas dostał od Jurka, powielony słownik z języka „farsi” na polski. Tym językiem rozmawiają w Afganistanie i rozmawiali w Iranie. Autorstwa Bolesława Chwaścińskiego. Na początku dedykacja -„kol. Staszkowi Bielowi z myślą o wspólnej wyprawie, B. Chwaściński 16.III.1960”. Słownik mi już blaknie. Odbity z kalki i wywołany w amoniaku. Jechaliśmy pociągiem z Krakowa do Warszawy i dalej do Moskwy. Do Moskwy przyjechaliśmy rano. Odjazd do Termezu, z dworca kazańskiego, nastąpił pod wieczór. Pociąg jechał do Duszanbe w Uzbekistanie, przez Termez. Jechał najpierw na wschód, w kierunku Uralu. A potem skręcił na południe. Za oknem przesuwała się kołchozowa Rosja. Patrzyłem, od rana przez okno wagonu, na przesuwający się krajobraz. Mijaliśmy wsie z kolorowymi, małymi, drewnianymi domkami. Między którymi biegła szeroka, zakurzona wiejska ulica. Mijaliśmy pola i laski. W których rosły białe brzozy. Pociąg się nie spieszył. Jechaliśmy w wagonie sypialnym. Każdy miał miejsce do spania, na własnej pościeli. Przedziały były otwarte. Na cztery „łóżka”. To nie był luksus w drodze do Iranu. Tu jechał zwykły radziecki człowiek. Z własnym wyżywieniem. Konduktor na zamówienie pichcił herbatę w samowarze. Kolejnego dnia jechaliśmy przez Kazachstan. Za oknem, jak sięgnąć wzrokiem, było płasko, czasem pojawiło się jakieś zafalowanie terenu. Trawa już rudziała. Jechaliśmy przez stepy. W różnych kierunkach biegły ślady opon. Pusto, żadnych domów, czy drzewek. Tylko ta trawa.. Czasem mignął stojący przy torze mały budynek. Wokół nie było innych domów. Linia była jednotorowa. Na łukach, wystawiałem głowę za okno, patrząc na wijący się długi wąż wagonów. Patrzyłem na te stepy i na myśl mi przychodzili nasi rodacy, których tu kiedyś wywieziono. I których dużo jeszcze tu żyje. Koledzy znający już tą trasę, poinformowali nas, że jak się zbliżymy do Morza Aralskiego, to w wagonach pojawią się ryby. I rzeczywiście, na jakiejś stacji, do wagonów weszło sporo osób z pęczkami wędzonych ryb. Wiszących na drucie, za skrzela. Wagon zapachniał. Widocznie wtedy jeszcze istniało Morze Aralskie. Termez Przyjechaliśmy po dwu i pół dniach do Termezu. Pociąg jechał jeszcze dalej, do niedalekiego Duszanbe. Byliśmy w Uzbekistanie. Czekała nas tu niemiła niespodzianka. Bębny nie przyjechały naszym pociągiem z Moskwy. Gdzie one są i kiedy przyjadą? Związek Radziecki jest bardzo duży. W Termezie się nie dowiemy, co się z nimi dzieje Na razie zakwaterowaliśmy się w jedynym hotelu w tym mieście. Hotel „Szark” z zewnątrz wyglądał nawet przyzwoicie. Ale do spania, w dziewiątkę, mieliśmy jeden duży pokój. Byliśmy już sporo na południu. Było bardzo gorąco. Na łóżkiem miałem mały termometr. W nocy wskazywał 32 stopnie. W dzień znacznie więcej. Hotel był z restauracją, ale siku się robiło na zewnątrz. W malutkim budyneczku, gdzie byla dziura w posadce. Teren wokół Termezu to prawie pustynia Siedzielismy w tym hotelu. Pytając na stacji o los bębnów. Pewnie były, gdzieś tam, w ZSSR. Może nawet jeszcze w Moskwie. A może jechały pociągiem w naszą stronę. A może jakiś Wania, wysłał je, przez pomyłkę, do Irkucka lub Władywostoku. Wszystko było możliwe. Na miejscowej stacji nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Co robić? Tak czekać, że kiedyś przyjadą. Pytać codziennie, czy już są? Czas płynie. Mamy urlopy z pracy. Bez tego bagażu wszystko inne przestało mieć sens. Prawie roczny wysiłek grupy ludzi poszedłby na darmo. W Związku Radzieckim nie było książek telefonicznych. Zresztą miejscowa centrala nie połączyłaby z wybranym numerem. Jedyną nadzieją była polska ambasada w Moskwie. Jak się z nią połączymy, to może tam, na miejscu u kolejarzy, coś się dowiedzą. Popchną sprawę do przodu. Nikt nie zlekceważy telefonu z ambasady. Ale nie mamy numeru. A zresztą gdyby nawet był, to nie połączą nas z nimi. Doświadczenie kierownictwa było bezcenne. Należy się udać do miejscowego sekretarza partii. I przedstawić sprawę. Kierownik i drugi kolega, najlepiej znający rosyjski, przedstawili sprawę wyprawy. Centrala telefoniczna połączy nas z ambasadą. I rozmawialiśmy. Będą interweniować! Jest więc nadzieja, że bębny przyjadą. Ale dokładnie kiedy, to dalej nie było wiadomo. Jurek postanawił, że szkoda tracić czasu bezczynnie. Kilkadziesiąt kilometrów od nas, za Amudarią w Afganistanie już zaczyna się Hindukusz. Jakieś jego długie ramiona sięgają, aż tak blisko, nad pustynną równinę nad rzeką. Hindukusz w tym rejonie to jeszcze niewysokie góry. Skaliste, wapienne. Przecięte licznymi dolinkami. Suche góry. Ale mogą w nich być jaskinie. Które się tworzą w wapieniu. To są znane zjawiska krasowe. Klub Wysokogórski to także taternicy jaskiniowi, grotołazi. Niektórzy, jak mój szwagier Paweł, to dwu-dyscyplinowcy. Podziemni i nadziemni. Sprzęt jest prawie taki sam, jeśli chodzi o wspinanie, czy zjazdy. Odkrycie jaskini, czy też jej „pogłębienie”, albo rozszerzenie w poziomie, to marzenie każdego taternika jaskiniowego. Więc gdyby jakąś taką dziurę odkryć, w tym wapiennym Hindukuszu, to byłby mały sukces. Koledzy z Klubu Wysokogórskiego mogliby zacząć ją penetrować. Nigdy nie wiadomo z góry, co się za tym kryje. Może dziesiątki kilometrów korytarzy. I dla turystyki wspaniałe stalaktyty, stalagmity i stalagnaty. Pojedziemy w kilku za Amudarię i spenetrujemy obszar w pobliżu małej rzeczki, która płynąc, gdzieś z dalszych miejsc w Hindukuszu, przecina ostatnie skały na swej drodze do Amudarii, tworząc przełom. Jurek go zna. Jechał tam, już nie jeden raz. Za tym przełomem, przeprowadzimy rekonesans w poszukiwaniu jaskiń. Czekając na przyjazd kolegów, w wynajętym samochodzie z cennymi bębnami. Jestem w tej grupce, czteroosobowej. To coś nowego, zamiast siedzieć w Termezie. Nieznośny upał. W knajpie trzeba było płacić. Wóda była. Miejscowi nawet zapraszali na kielicha. Nie zdradzę, ale jeden z kolegów miał na to ochotę. Miasteczko, gdzie dokoła jest tylko pustynia. Zresztą włóczenie się po ZSSR nie było mile widziane. Zdjęcie Hotel „Szark” w Termezie1 punkt
-
Wędkarz złapał złotą rybkę. Patrzy na nią i myśli sobie, -po co ja ją złapałem. Jestem bogaty, mam udziały w różnych biznesach, firmy mają się wspaniale, przynoszą ogromne zyski, domów, posiadłosci mam kilka w różnych krajach, zdrowie mi dopisuje... Rybka na to, _ puść mnie, spełnię każde twoje życzenie. Wędkarz, - tak wiem, tylko że ja nie mam życzeń, wszystko mam. No ale tak się zastanowił, pomyślał i mówi do rybki, - dobra rybko, spraw abym miał zawsze równocześnie orgazm razem z moją żoną. Zanim wrócił z ryb do domu spuscił się 5 razy.1 punkt
-
1 punkt
-
https://pl.mapy.cz/s/ferusejeve GMINA OLSZANICA. To jedno z zadań w ramach projektu „Bieszczad-ski - rewitalizacyjne koło zamachowe rozwoju Gminy Olszanica”. Cała inwestycja podzielona została na pięć zadań. Na razie Przedsiębiorstwo Rozwoju Infrastruktury Gminy Olszanica PRI Sp. z o.o. rozpoczęło poszukiwanie wykonawców. Część pierwsza zamówienia, to - „Budowa kolei linowej wraz z niezbędną do jej prawidłowego funkcjonowania infrastrukturą towarzyszącą oraz budynków obsługi przy dolnej i górnej stacji, stanowiących jej zaplecze funkcjonalne”. W ramach tego zadania powstać ma więc kompletna kolej krzesełkowa, jednolinowa z czteromiejscowymi krzesłami, o długości ponad 950 m. Różnica poziomów wyniesie 211 m. Kolejka będzie wyposażona w przenośnik taśmowy, ułatwiający wsiadanie, bramki taktujące, które powodują, że narciarze i inni pasażerowie wpuszczani są w odpowiednich przedziałach czasowych. Zbudowane zostaną również budynki obsługi (tzw. sterówki) przy dolnej i górnej stacji kolei linowej oraz perony do wsiadania i wysiadania pasażerów. Druga część zamówienia, to z kolei - „Budowa systemu naśnieżania stoku”. Będzie się składał m. in. z pompowni niskiego ciśnienia, kontenerowej pompowni wysokiego ciśnienia, studni hydrantowej, specjalnych filtrów i rurociągów oraz systemu komunikacji między armatką i pompowniami. Część trzecia zamówienia - "Budowa wielofunkcyjnego budynku użyteczności publicznej wraz z infrastrukturą towarzyszącą, budową stawu i przebudową linii SN". Tu zakres planowanych robót obejmuje m.in.: budowę samego budynku, wykonanie dojazdu, chodników i miejsc postojowych, kanalizacji sanitarnej, wykonanie odwiertów pod pompy ciepła, Powstanie również narciarska infrastruktura dla początkujących narciarzy. Część czwarta zamówienia - „Rozbudowa, nadbudowa i przebudowa części budynku użyteczności publicznej na budynek hotelowy "Wańkowa SKI" wraz z infrastrukturą towarzyszącą oraz przebudowa budynku stołówki szkolnej na budynek usługowy CIS”. Przy obiekcie powstanie też duży plac zabaw dla dzieci, siłownia plenerowa i sieć alejek spacerowych. Część piąta w ramach całej inwestycji, to „Remont zabytkowego kościoła w Wańkowej”.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt







