Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
03.12.2021 - 03.12.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 03.12.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
10 punktów
-
8 punktów
-
Stok przygotowany, -5,3stopni, twardo, równo. Uczę się nowych nart. Długość nie sprawia kłopotów. Zobaczymy jutro na znacznie dłuższym stoku. VID_20211203_084538.mp48 punktów
-
4 punkty
-
Wisła, ach ta Wisła. Dziś duży ruch na wałach, wzdłuż rzeki. Praktycznie jestem sam. Tu taka ciekawostka, wał poprzeczny. Co fala wezbraniowa, są z nim problemy. A oto i sam cel podróży. Jest i mój towarzysz. Liście opadły, z wału widać rzekę. Wisła raz jeszcze. Na polu golfowym, duży ruch, około 20 grających.4 punkty
-
3 punkty
-
To jest nieprawda, sporo z tym zamieszania jest w mediach. Problemem jest dawka przypominająca po Johnsonie gdzie rzeczywiście certyfikat jest nieważny, jeżeli miałeś wcześniej dwudawkową to certyfikat z wpisem 3/3 jest ważny od początku. Ważność certyfikatu może sprawdzić sobie każdy za pomocą darmowej aplikacji, czy to naszej: https://play.google.com/store/apps/details?id=pl.gov.cez.sws&hl=pl&gl=US Czy np włoskiej: https://play.google.com/store/apps/details?id=it.ministerodellasalute.verificaC19&hl=en_US&gl=US3 punkty
-
Takich zawodów jeszcze nie było, zimowe XTri wygląda tak: 10 km na skiturach z podwójnym wejściem na Czantorię. podjazd na Równicę na rowerach MTB lub podobnych, bieg szlakami do dolnej kolejki na Czantorię. Śnieg, przewyższenia i niezły wysiłek czeka każdego, kto zdecyduje się przyjechać do Ustronia 5 marca. O to co Was czeka na 10km trasie skiturowej, 6 km roweru i 8 km biegu : 900 metrów podejścia na Czantorię, na odcinku skiturowym 500 metrów podjazdu drogą na Równicę na odcinku rowerowym, 600 różnicy wzniesień na odcinku biegowym / głównie w dół / . Jedyna w swoim rodzaju zimowa multidyscyplinarna zabawa !!! Zapisy ruszają już 1 grudnia. TYLKO 150 miejsc dostępnych. Szczegółowe informacje: http://plxtri.com/2 punkty
-
Cały czas naśnieżają B oraz pole narciarskie. Trasa A też dostaje nowe cm białego z armatek. Info z FB odnośnie zjazdu na nartach z B/A: "Luxtorpeda będzie dostępna jedynie do wjazdu/zjazdu, po zakupie biletu. Trasy nie będą dostępne, ze względu na to, że nie są w 100% przygotowane. Jednak jeśli ktoś zjedzie z góry, nie będziemy go gonić 😉 ale robi to na własną odpowiedzialność!"2 punkty
-
Szwajcaria zmieniła zasady wjazdu. Od jutra znika lista krajów z kwarantanną, za to wymagany test PCR przy wjeździe niezależnie od statusu i drugi PCR/antygen w 4-7 dniu po przyjeździe. Szczegóły pod koniec tej informacji: https://www.bag.admin.ch/bag/en/home/das-bag/aktuell/medienmitteilungen.msg-id-86260.html2 punkty
-
2 punkty
-
Oj, daleko masz do tej biblioteki! Mamy takie same sakwy - czeskie, z Arsenala. Trochę już wypłowiały przez parę lat, ale dają radę na krótsze wyprawy.1 punkt
-
Ja robię jeszcze inaczej, jak chcę kupić coś z droższego wyposażenia (typu wiązanie, narty) to sprawdzam cenę w necie i podaję ją w sklepie (aby sobie sprawdzili). Jak chcą mieć obrót to często decydują się na obniżkę do takiej czy bardzo podobnej.1 punkt
-
Jeśli cene w necie i cene w sklepie dzieli przepaść to nie ma co sie dziwić. I nie bronie klienta bo sam jestem z branży i sam niekiedy "cierpię" przez nieuczciwych kontrachentów .... Wczoraj byłem u bootfitera żeby zmodyfikował but do mojej całkiem nowej nogi - rozmawialiśmy miedzy innymi o handlu- mówił ze zjawisko przymiarki w sklepie a zakupu w necie uderza w nich też ale co ciekawe w dużo większym stopniu dotyczy butów skiturowych niż narciarskich (tak 30/70%). Sam kupuje buty w necie - znam rozmiar (dlugosc i szerokość/objetosc) i kupuje w tym rozmiarze wszystko co dostępne i co mnie interesuje, potem mierze przez tydzień lub dwa (nikt nade mna nie stoi, moge pochodzić albo posiedzieć przed telewizorem) ..wybieram a resztę odsyłam - ewentualnie potem odbarczam (i za to płace ekstra) ale to po kilku godzinach na śniegu. Wg mnie tak jest uczciwie i nikogo nie robie w konia a duze sklepy internetowe sa przyzwyczajone bo jak kupujesz 10 par butów narciarskich to wiadomo ze ich sobie nie zostawisz a z drugiej strony sprzedawca wie ze faktycznie szukasz butów a nie tylko sobie mierzysz dla zabicia czasu bo właśnie przechodziłeś koło sklepu. (często renomowany sklep internetowy pozwala zwrócić towar w terminie 1-6 miesięcy ..czasem rok.....a nawet dłużej)1 punkt
-
Post 19 Komorin Siódmego września W Trivandrum plecaki zostawiamy na stacji w przechowalni bagażu i jedziemy na przylądek Comorin, po polsku Komorin, a tu zwany Kanyakomari. Jest do niego kilkadziesiąt kilometrów. Autobus jedzie przez zagajniki palm kokosowych. Na których, wysoko u góry, wiszą pęki zielonych owoców. Wzdłuż całej drogi stoją domy. Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów droga przypomina długą, miejską ulicę. Instalujemy się w miejscowym hotelu. Jak zwykle pada najpierw podstawowe pytanie, czy jest woda i czy jest bez przerwy. Nie jest podgrzewana, ale ciepła. Taka już jest w tym klimacie. W tej łazience był jeszcze kranik z umywalką, a nad nim nieco zdezelowane lustro. Byliśmy na przylądku. Powietrze jest chłodniejsze i wieje lekki wiatr od Oceanu Indyjskiego. Dość daleko w oceanie sterczą skały. Do równika mamy tylko osiem stopni szerokości geograficznej. Przelatuje mi przez głowę myśl, czy mi się jeszcze uda w życiu być dalej na południu? Na dużej skale, ze sto metrów od lądu, zbudowano mauzoleum hinduskiego filozofa i poety Swami Vivekanada. To wiemy z posiadanych prospektów. Miał podobno zwyczaj przebywać tu na przylądku i siadywać na skale, kończącej na południu subkontynentu jego ojczyznę. Od oceanu idzie silna fala. Po prawej stronie Zatoka Arabska, po lewej-Bengalska. Na wprost otwarty ocean. Za to na południu, najbliższy większy ląd, nie licząc Madagaskaru, to Antarktyda. Rano na morzu widać było masę łodzi. Rybacy przy brzegu pomagali sobie wiosłami. Potem rozpinali prymitywny, ciemny żagiel, przymocowany do reji zamocowanej u góry na bambusowym maszcie Po południu zwiedzamy wioskę rybacką. Na plaży leżą łodzie wykonane z powiązanych ze sobą pni palmowych,. Na uliczkach, między domami wiszą, przymocowane do pni palm porozciągane sieci. W jednym miejscu skupisko ludzi. Targ. Rybacy przynoszą połów. Na długim drągu niosą nadziane, wiszące ryby. Duże, nieznane z pyskami, w których sterczą zęby jak małe piły. Na brudnym piasku porozkładane są małe rybki, podobne do sardynek. Ludność miejscowa to Drawidowie. Drawidowie są zaliczani przez antropologów ras do rasy czarnej. Do której też są zaliczani Aborygeni z Australii. Wśrodku wsi stoi duży katolicki kościół. Pamiątka po kolonizacji. Tu najwcześniej docierały statki z Europy. Na horyzoncie widać słabo zarysy Cejlonu. Wieczór jest piękny. Księżyc oświetla ocean, z którego sterczy teraz więcej skał. Pora odpływu. Na skałach kraby, muszelki, jakieś małże w skorupkach. Próbuję je oderwać, ale są niesamowicie przyssane do skały. Brodzimy boso po wodzie. Zastanawiam się nad ewentualna kąpielą. Że w wodzie mogą być rekiny i inne grożne stworzenia to wiem. Ale tak tylko kawałeczek od brzegu. Po namyśle odrzucam ten zamiar. Może być silny prąd ciągnący w stronę oceanu. Falka jest spora. Tu nikogo nie będzie interesować, jak będę miał kłopoty w wodzie. Lepiej nie ryzykować. 8.09 Wracamy do Trivandrum. Hotel za pięć rupii z tym, że drugie pięć dodatkowo jako zastaw. Pisze się tu godzinę przybycia. Dokładnie o tej samej godzinie następnego dnia mamy się wynieść, aby nie płacić za dwie doby. Hotele w Indiach, jak się zorientowałem, dzielą się z grubsza na dwie kategorie: europeen style i indien style. W stylu europejskim i indyjskim. Nie wiem jak wygląda styl europejski, ponieważ zaczyna się od pięciu dolarów w górę. Co jest dla nas ceną abstrakcyjną. Może ma w ustępie europejski-sedes do siedzenia. Styl indyjski ma ustęp kucany, tak samo, jak w Iranie, Afganistanie i praktycznie wszędzie tu na wschodzie. Zresztą chyba lepiej kucać, niż trzymać własną pupę w miejscu, gdzie różne takie egzotyczne robiły sobie dobrze. Wszelki dotyk jest niebezpieczny. Hotel w Trivandrum jest taki typowy, indyjski. Pokój z ceratowymi leżankami. Wielki wentylator z dużymi czteroma łopatami pod sufitem. Na ścianie regulator biegów. Można sobie wolniej, lub szybciej mieszać powietrze w pokoju. Okno się otwiera do środka, bo na zewnątrz ma kratę. Zresztą, co jest za oknem, to nas zupełnie nie interesuje. Z pewnością nie jest to widok z hotelu pięciogwiazdkowego na Lazurowym Wybrzeżu. Najważniejsza jest woda. Mam kilka bawełnianych podkoszulków. Wychodzę z pod prysznicu, wkładam wyprany i zaraz piorę ten, co go zdjąłem. I tak w kółko, parę razy na dobę. "Wyższe" kategorie łazienek(taka jak na przylądku) mają coś w rodzaju umywalki, ze zdezelowanym lustrem. Ale to jest zbyteczny gadżet. Lusterko do golenia wożę ze sobą. Na nogach nosimy sandałki. Skarpetki to też zbyteczny i szkodliwy gadżet. To cała filozofia ubioru w klimacie, gdzie nawet w nocy, temperatura nie ma ochoty spaść poniżej trzydziestu kilku stopni. A w dzień osiąga na ulicach miast sporo ponad czterdziestkę, w cieniu. W słońcu przekracza pewnie pół setki stopni „C”. Po pytaniu o wodę oglądało się pokoje. O`key! Najważniejsza rzecz, cena za dobę – to było pierwsze pytanie przy wejściu. Nie powinna była przekraczać jednego dolara. Po południu jedziemy do akwarium morskiego. Rozczarowanie! Szumna reklama i trochę rybek. A przecież w tym oceanie żyją cuda. Chodzimy potem po plaży. Wzdłuż niej leżą łodzie. Południe i nikt nie łowi. Mężczyźni grają w karty w cieniu drzew. Co chwila spotykam gówna. Po prostu robią sobie kupy na plaży, licząc, że ocean to zabierze. Zaczepiają nas dzieci, pokazując na brzuchy. Znaczy, że są głodne i potrzebują pieniędzy. Nawet źle nie wyglądają. Ryb tu chyba nie brakuje. Są bezczelne. Nic tylko money, money. Pieniądze, pieniądze. A tak w ogóle to tu na południu wszyscy są strasznie natrętni. Pieniądze, wszyscy chcą pieniędzy. Dzisiaj, po raz pierwszy dałem małemu dziesięć pesa(rupia się dzieliła na pesa). Przyczepił się, powtarzając bez przerwy babu, babu. Trącał mnie i Andrzeja. W końcu ustąpiłem. Miał wypracowaną dobrą metodę, bo nazbierał całą garść drobnych. Trwa tu bez przerwy bezlitosna, straszna walka o byt. Kto jest słabszy, ma mniej szczęścia, jest spychany w dół. Aż w końcu, na zbyt wczesną starość, staje się szkieletem leżącym na ulicy, nie mającym już prawie sił do żebrania. Cholerny kraj. Spotyka się tu trędowatych. Pierwsze znamiona, to odbarwiona skóra, jasnoróżowa na nogach. Potem brak części ciała. Wracając z plaży widzimy takiego człowieka siedzącego na ulicy. Brak mu jednej nogi, a u drugiej – stopy. Zdjęcia: 1. Skały przylądka. Dalej na południe jest tylko Ocean Indyjski. Pierwszy większy ląd to dopiero Magdagaskar. 2. Łodzie na morzu. Poranny połów. Rybacy postawili trójkątne żagle. W takim domku może podziwiał ocean poeta indyjski Swami Vivekanada. 3. Przybicie do brzegu. Było pewnie łatwiejsze, niż wypłynięcie na połów. Wypłynięcie obserwowałem w Madrasie. 4. Łodzie z pni palmowych. Materiału na łodzie nie brakowało. Palmy koksowe mają nawet odpowiednio wygięte pnie, zdjęcie dalej. 5. Suszące się sieci. 6. Naprawa sieci. 7. Rybak. I jego sieci. Pod liścimi palmowymi leżą belki palmowe na łódź. 8. Domy rybaków. Domy pod palmami. Kryte jej gałęźmi. 9. Wioska rybacka. Na przylądku Komorin. To nie była biedna wieś indyjska z głębi lądu. Świadczą o tym widoczne domy. Łukowato wygięte, wysokie i gładkie pnie palm kokosowych. Widoczne zielone orzechy. Zbiór tych zielonych orzechów wymagał sporej ekwilibrystyki. Wyjść wysoko po gładkim pniu i odciąć orzechy. Miałem okazję się przyglądnąć tej pracy, gdy jechaliśmy z Trivandrum na przylądek. 10. Domy rybaków. 11. Połów. Nie wiem, co to za ryby. Wyglądają od ogona, jak małe rekiny. 12. Ryby na głowie. Może mamy na forum morskiego ichtiologa? I podpowie, co to za ryby? 13. Drawidowie. Rodzinka Drawidów. Nie wiedziałem przed wyjazdem do Indii, że tu też żyje rasa czarna - Drawidowie. O Aborygenach w Australi to już wiedziałem. 14. Chłopiec z piłką. Piłka co prawda bez powietrza. Ale to jest skarb dla malutkiego chłopca. 15. Kościół. Tą część Wybrzeża Malabarskiego(wybrzeże Indii od strony Zatoki Arabskiej), od Goa do przylądka, kolonizowali Portugalczycy. Została po nich pamiątka. Nie tylko ryby były tu podstawą utrzymania się. Na zdjęciu są krowy. Żyli tu zapewne chrześcijanie, więc nie było problemów, że krowa jest święta.1 punkt
-
Biały Jar startuje w sobotę: Winterpol - Rozpoczynamy sezon 2021 / 20221 punkt
-
Cieszę się Też mi się wydaje, że dobre dechy kupiłem. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że w przypadku nart Nordici nie można się pomylić. Podobno robią doskonałe deski. A te skusiły mnie z kilku względów: - design - osprzęt markera - cena A szukałem generalnie hybrydy z płytą zawodniczą. Narty zastępują SL FIS i będą uzupełnieniem dla GS FIS.1 punkt
-
Całkiem możliwe,że po 2 dniach na Kronplatzu,spotkamy się w środę na 3 Zinnen...1 punkt
-
Gospodarni, nie oszczędni hehe. Liczą na naturalne białe, wiec po co przepłacać z armatkami?1 punkt
-
Może we wtorek pojadę z Krk - ale zobacz jak z pracą bo końcówka jest i mamy sajgon.1 punkt
-
To podstawa, i dotyczy każdych harszli, choć rzeczywiście akurat dynafitowskie ciasno wchodzą do ATK. Warto dokładnie obrobić wloty i nity a nawet rurkę delikatnym papierem ściernym, aby sprawnie, z przyklęku, na stromym stoku założyć je szybko w grubej rękawicy. Ten element warto parę razy przećwiczyć. Po tych zabiegach zajmuje mi to przeważnie dosłownie moment.1 punkt
-
Arnold (Koenig Serwis) opowiadał mi taką sytuację. Przyszedł gość zainteresowany zakupem butów, miał określony typ na myśli. Przymierzył ale nie do końca było tak. Arnold doradził przymiarkę innych, jednych drugich, dobrał wielkość. Trwało to godzinę. Gość podziękował, wyszedł. Miesiąc później przyszedł z tymi butami (kupionymi w internecie) aby dopasować je do wiązań. Według mnie straszne dziadostwo ale niestety to codzienność. Dla tego nie dziwią mnie takie a nie inne reakcje sprzedawców.1 punkt
-
Może po prostu stwierdził, że nie sprawdził się na tym stanowisku (wiem, że trudno uwierzyć w taki powód)1 punkt
-
Słabo ci ta polityka wychodzi na forum. Ciągle się z czymś mylisz, próbując wciskać ciemnotę.1 punkt
-
5.12 Carezza 6.12 Obereggen 7.12 SeiserAlm 8.12 3 Zinnen 9.12 Klausberg i Speikboden1 punkt
-
1 punkt
-
Post 18 Góry Kardamonowe Piątego września Pożegnanie z Ryśkiem jest zimne. Robi mnie i Andrzejowi propozycje, aby z nim się zabrać. Wydaje się mu, że jak ma w kieszeni więcej zielonych i dużo czasu, to każdy ma te same możliwości. Zostaje na razie w Madrasie. Stąd w połowie września ma za sto dolarów zabrać się jakimś niewielkim stateczkiem handlowym do Singapuru. Załatwił sobie to już z kapitanem w porcie. Ma zamiar dotrzeć do Indonezji i wrócić przez Afrykę. Też bym tak chciał, gdybym miał dolary, nie pracował w biurze projektów, gdzie łaskawie zgodzono się na urlop bezpłatny, dołożony do zaoszczędzonego normalnego. W kraju została przecież Rysia z trzyletnim Darkiem. Za tysiąc dolarów można by było objechać świat. Do Indonezji statkiem, stamtąd do Japonii też stateczkiem. Przeskoczyć Ocean Spokojny do Ameryki. Na towarowym stateczku można coś tam robić, choćby czyścić i zarobić parę dolarów. W Stanach też można zarobić parę zielonych, jak twierdza bywalcy i do Europy. Robiłem sobie takie kalkulacje - marzenia w głowie. My(Andrzej i ja) natomiast jedziemy do Madurai. Do wagonu wpychamy się z Andrzejem na tak zwanego „chama”, ponieważ nie mamy rezerwacji. Proponują nam wagon typu „open”, (otwarty) - bez potrzeby rezerwacji miejsca do spania. Jest tu tyle ludzi, co śledzi w beczce. W tym klimacie jazda takim wagonem, to dla nas samobójstwo. Szczęściem współpasażerowie są mili i nie protestują, z wyjątkiem jednego typa w dziurawych skarpetkach. Pociąg wąskotorowy, zwany ekspresem Madras -Trivandrum jedzie przez kraj Tamilów. Na polach ryżowych wre praca. Po ścięciu ryżu zostały suche, twarde rżyska. Pokrywane są wodą, aby rozmiękły. Potem w tej wodzie brodzą bawoły ciągnąc swoje sochy. Na karkach rogatych, ciemnych zwierząt - zwanych indyjskim traktorem, zamocowano drewniane jarzmo. Od którego biegnie do sochy długi mocny drąg. Socha to kawał spiczastego kloca z zamocowanymi rączkami. Proste to narzędzie nie orze jak pług i nie odwraca skib. Tylko rozrywa namoczone korzenie ryżu i spulchnia ziemię. Z sochą mocuje się chudy człowiek, brodząc boso po kolana w błocie. Na innym miejscu, to niby zaorane sochą błoto, jest wygładzane długą deską, ustawiona na sztorc, którą też ciągną bawoły. Wyrównane w ten sposób błotko jest pokrywane cienką warstwą wody. Do tej wody kobiety wtykają wcześniej przygotowane sadzonki ryżu. Bardzo egzotycznie i kolorowo to wygląda. Ale tylko wygląda. Kilkanaście kobiet w kolorowych sari, z bosymi nogami w błocie, pochylone nad wodą w palącym słońcu, sadzi to zboże tropików. Sadzonki spięte w pęczki, roznoszą młodzi chłopcy. Każdą roślinkę należy w określonych odstępach wepchać w błotko ukryte pod wodą. Za rzędem przesuwających się kobiet rośnie stopniowo zielona ruń, zasadzonego ryżu. Przed nimi jest część dziewiczego poletka czekającego na swoją kolej. Tło dla tej grupy barwnych, ciemnych, pochylonych nad wodą kobiet stanowią zagajniki palm kokosowych i plantacje bananowców. Jedziemy równolegle do wybrzeża w kierunku przylądka Komorin. Gdzieś tam daleko za cieśniną powinien już być Cejlon. Na horyzoncie majaczą Góry Kardamonowe. Nazwa pochodzi od rośliny, która jest znaną przyprawą. Są to góry całkowicie pokryte roślinnością. Sięgają do niecałych trzech kilometrów nad poziomem morza. Żyją w nich, między innymi, tygrysy. Obrazki dokoła nas, jak z książki o tropikach. Niestety nie wszystko jest książkowo-różowe. Od okna leci gorący wiatr. Wieczorem jesteśmy w Madurai. Przyczepia się do nas chłopak i natrętnie proponuje hotel. Nie chcemy i chodzimy razem z gówniarzem od hotelu do hotelu. Nigdzie nie ma miejsc. Co u licha!? Domyślam się, że szczeniak daje jakieś znaki za naszymi plecami. Go! Zjeżdżaj ! I okazuje się, że w następnym hotelu jest już miejsce. Noc jest gorąca. Madurai to chyba najcieplejsze miejsce na południu Indii. Leży w głębi lądu i nie sięga tutaj wpływ morza. 6.09 Z nieba leje się żar. W banku wymieniamy forsę. Niestety nie chcą mi rozmienić przy tym pięćdziesięciu zielonych na mniejsze banknoty. Mam za duże banknoty i mogą być później kłopoty w tym sensie, że lepiej jest wymieniać mniejsze sumy, bo kursy się nieco różnią w różnych miejscach. Ważniejsze jest jednak to, że lepiej jest mieć przy sobie dolary, niż równowartość miejscowej waluty, mającą za granicą wartość papieru. Rupie są niewymienialne. Dlatego strzeżemy naszych zielonych, jedynego naszego zabezpieczenia. Bez pieniędzy człowiek, szczególnie tu, staje się nikim. Po południu zwiedzamy Tirumli Kayah. Pałac pochodzi z siedemnastego wieku. Niezbyt ciekawy. Potem Meenakshi Temple. Świątynia nie jest dziełem sztuki. Ciekawe jest jedynie to, że jest czynna. Wchodzi się do niej przez hall, gdzie jest mnóstwo kramów. Dalej jest basen rytualny. Centralny punkt stanowi sanktuarium, gdzie miejscowa dewotka nie chce nas wpuścić. Jakiś gość interweniuje i możemy spojrzeć do środka. W głębi widać posążek Boga a przed nim długi stół. Dłuższą częścią skierowany do wejścia. Wzdłuż jednej dłuższej strony stołu stoją wierni. Po drugiej – kapłan z dziwną lampką wykonujący jakiś obrzęd, Przechodząc przy tym od jednego Hindusa do drugiego. Przed wejściem czeka kolejka wiernych. Na wprost wejścia zamknięte ogrodzenie, w środku którego, na małym postumencie znajduje się posążek, jakby małego cielęcia. Ten motyw powtarza się prawie we wszystkich świątyniach. Oglądamy małe wewnętrzne kapliczki. Za ogrodzeniem są posążki przybrane szatami. W jednej kaplicy oglądam bardzo duży posąg. Od dołu budowa ciała kobiety z dużym gołym biustem i głową z trąbą słonia, siedzącej na tronie. Wierni przystają i mówią kilka słów modlitwy. W świątyni składa się ofiary. Na małych, płaskich koszyczkach znajdują się jarzyny, owoce, czy też specjalnie plecione wieńce. Niektóre sanktuaria są puste w środku. Filary ozdabiają maszkarony. Bramy wejściowe(Gopuram) są ozdobione niesamowita ilością rzeźb. Trafiamy na taką bramę już po restauracji. Posążki są jaskrawo kolorowe, takie jakie dawniej były na wszystkich Gopuram. Przedstawiają sceny, których treść jest mi zupełnie nie znana. Aby zorientować w tym wszystkim należałoby skończyć studia, ze specjalnością sztuka Indii. Nieco na ten temat poczytałem, ale to zdecydowanie za mało. Idąc z powrotem do hotelu spotykamy krąg ludzi. W środku człowiek stojący jakby na głowie, tylko jej nie widać, ponieważ do szyji jest zupełnie zakopana w ziemi. Facet klepie się po brzuchu, a towarzystwo dookoła wybucha śmiechem. Wieczorem przez ulicę obok obok hotelu przeciąga mała procesja. Niosą obraz oświetlony lampą i ubrany kwiatami. Nad obrazem parasol. Obraz poprzedzają osobnicy grający na wydłużonych bębnach. Rytm muzyki jest bardzo interesujący. Na kolację spożywamy ananasy. Chyba jeden z lepszych owoców na świecie. To jest bardziej jarzyna, bo rośnie na polu jak buraki. Odjeżdżamy do Trivandrum. Jakoś zdobyło się miejsce do siedzenia, a nawet do spania. Świeci księżyc w pełni. Pociąg jedzie do góry. Przekroczymy przełęcz w Górach Kardamonowych, zwaną Południową Bramą Indii. Zdjęcia: 1. Sadzenie ryżu. W tle człowiek z bawołem przygotowuje kolejne poletko do sadzenia. 2. Bawoły. Rozbawione towarzystwo kobiet na wozie, który ciągną przed światynią bawoły. 3. Kolory Gopuram. Takimi kolorami szczyciły się wieże po zbudowaniu. Setki lat i intensywne deszcze pozbawiły je kolorów. Tu kolory został odrestaurowane. 4. Płaskorzeźba. Nie wiem, gdzie zrobiłem to zdjęcie. Sądzę, że gdzieś w świątyni w Madurai. Płaskorzeźba jest ciekawa, ponieważ przedstawia człowieka z głową knura. Który trzyma na ręce młodą dziewczynę. Druga - niżej stoi z błagalnym gestem. W środku, u dołu jest być może zrozpaczona matka. Notka! Kupiłem sobie na koniec pobytu w Deli książeczkę, za równowartość 2,5 $, „Indian Art”. Wydaną przez Fratelli Fabri Editore, Mediolan – 1966 r. I przetłumaczoną w 1972 r na angielski, oraz wydaną przez Octopus Books Limited w Londynie. Kredowy papier, kolorowe zdjęcia. Obejmuje ona także - Cejlon, Afganistan, Nepal i Tybet, Tajlandię, Birmę i Indonezję. Fajnie się to czyta. Historię Indii tworzyli pierwotnie Ariowie(p. post nr 1), potem Persowie, Grecy i wyznawcy Islamu(Mogołowie). Pierwsz wzmianki o cywilizacji w Indiach pochodzą z czwartego tysiąclecia przed Chrystusem. Rozwinęła się wtedy bardzo zaawansowana cywilizacja w Dolinie Indusu(miasta Harappa i Mohenjo-daro). Która zniknęła nagle po ok. dwu tysiącach lat. Przypuszcza się, że przyczyną mogły być zmiany klimatyczne, na terenie na którym się rozwijała. Ariowie opanowali Indie tysiąc pięćset lat przed nową erą. Przynieśli ze sobą ich święte księgi „Wedy”. Które potem tworzyły podstawy Hinduizmu, Buddyzmu i Dźinizmu(Janism). Pod koniec ostatniego tysiąclecia przed nową erą dynastia Maurjów podporządkowała sobie liczne małe królestwa tego subkontynentu. Maurjowie wyznawali Buddyzm. I z tego okresu pozostało w Indiach wiele zabytków. Hinduizm, którego początki sięgają wierzeń Ariów, nigdy nie zaniknął z kontynentu, tylko był wyznawany przez niższe warstwy społeczne. Kilkaset lat po nowej erze mała, prowicjonalna dynastia Gupta z Biharu opanowała północne i centralne Indie. Guptowie wyznawali storoindyjską religię, w której główną część oddawano Wisznu, Krysznie i Sziwie. Zaczęły powstawać pierwsze świątynie hinduistyczne. Buddyzm stopniowo zaczął być wypierany w stronę Himalajów. W drugiej połowie, drugiego tysiąclecia po nowej erze północne Indie zostały opanowane przez najeźdzców z północy(Mogołowie), przynoszących islam. Powstały wtedy tak wspaniałe zabytki, jak Tadj Mahal w Agrze.1 punkt
-
1 punkt
-
W Białce pojawiły się ratraki, to dobry znak. Do otwarcia coraz bliżej. W Szczyrku, na górze, coraz bardziej zimowo.1 punkt
-
Post 17 Kanczipuram Czwartego września Postanawiamy zwiedzić świątynie w Kanchipuram(Kanczipuram) i okolicy. Praktycznie można to jedynie zrobić wykupując wycieczkę w jakimś biurze podróży. Tak też uczyniliśmy. Autobus do Kaczipuram odjechał punktualnie. Jest to jedno z siedmiu świętych miast Indii. Odwiedzenie ich jest marzeniem każdego Hindusa. Najpierw zwiedzamy pierwszą z brzegu świątynię. Wchodzi się na dziedziniec świątyni przez bramę wejściową z wysoką wieżą zwaną Gopuram. Wysoką na kilkadziesiąt metrów wieżę tworzą, kolejne piętra zapełnione rzeźbami. Takie piętro, ma jakieś pomieszczenia w środku i biegnący dookoła nich taras, na którym stoją rzeźby. Wyjście na niego odbywa się przez otwór, ze środka wieży, widoczny pomiędzy rzeźbami. Tarasy są dosłownie zatłoczone rzeźbami i kolejne piętra zwężają się w kierunku szczytu wieży, tworząc schodkową piramidę. W środku, po przejściu bramy, jest właściwa świątynia podparta filarami. Każdy filar jest ozdobiony płaskorzeźbą. Centralny punkt świątyni stanowi drzewo Mango, pod którym brał ślub, chyba Wisznu ze swoja wybranką. Jeden z panteonu bogów hinduskich. Kapłan zaprasza mnie do obejścia drzewa. Tylko w prawo. W lewo obchodzi się przy pogrzebach. Obchodzę. Daje mi jakąś sadzonkę, pyta o nazwisko, przykłada do głowy czarkę i żąda ofiary. Jest zaskoczony niską kwotą jednego dolara. Obok jest święty, rytualny basen. Woda w nim jednak nie zachęca do kapieli. Następna świątynia jest w podobnym stylu, tylko znacznie większa. Tu przed nią widzę po raz pierwszy w Indiach słonia. I to świętego, świątynnego. Pomalowany w różne wzory. Jedzie na nim kilka osób. Obok świątyni stały duże jakby wozy ze szpiczastymi wysokimi dachami. Miały prawdopodobnie jakiś związek z religią, bo wydawały się służyć do niczego. Postój na obiad. Obiad, niestety, nie wchodzi w koszty wycieczki, jak w przypadku Agry. Postanawiam z Andrzejem(Rysiek został w Madrasie) skorzystać z miejscowej restauracji dla Hindusów. Będzie na pewno taniej i dodatkowo poznamy, jak wygląda taka restauracja. Przy wejściu nad korytkiem mamy kilka kraników z wodą. Można sobie umyć rączki, ale mydło musi być własne. To i tak dużo. Siadamy na drewnianej ławie przy długim stole. Kelner w krótkiej spódniczce, z pod której stercza chude, brązowe, bose nogi, rozkłada przede nami umyty kawałek liścia bananowca. Stos, tych ociekających wodą „talerzy”, piętrzy się przy wejściu. W sporym, metalowym wiadereczku miał biały, sypki ryż. Nasypuje chochelką na środku liścia duży, biały stożek. Paruje on i wygląda bardzo apetycznie. Przybiega w spódniczce następny. W naczyńkach, które można nazwać nie dwojaczkami, ale szósteczkami, bo jest sześć takich sklejonych ze sobą czarek ze wspólnym uchem u góry, są różne, kolorowe sosy. Hindusi są jaroszami, więc nie ma tu śladu mięsa. Można sobie było zażyczyć do wyboru dowolny sos - przyprawę. Przy wyborze kierowałem się kolorem. Bardziej mi odpowiadały jaśniejsze barwy. I tak nie wiedziałem, co jest z czego. Polał wybranym przeze mnie kolorami mój stożek. Hindus je, ugniatając z tego stożka palcami kulkę ryżową, która następnie wkłada do buzi. Dałoby się i nam tak robić. Potrzeba nieco wprawy. Tylko te obawy? Choroby tropikalne! Tyle się czytało o nich w książkach. Prosimy więc o łyżki. Nie chcą nam dać łyżek. Wreszcie ustępują i po zamieszaniu w całej restauracji, przynoszą nam gdzieś z zaplecza dwie sztuki. Jaki z tego wniosek? Na przyszłość należy nosić własną łyżkę. Smacznie sobie podjedliśmy i tanio. Ostatnia miejscowość zwała się Mahabalipuram. Sławna ze swych świątyń nadbrzeżnych. Nadbrzeżne, bo położonych blisko morza(Oceanu Indyjskiego). Jedna stała nawet na plaży. Metoda budowania była prosta. Wybierało się odpowiednią skałę i obkuwało z zewnątrz, aby wyglądała jak świątynia. Wewnątrz skały wykuwano pomieszczenia. Powstawał więc kamienny budynek, bez murowania. Chodzimy po piasku wokół świątyni. Stoją przy niej rusztowania. Odbywa się tu konserwacja, bo czas jednak robi swoje i kamień jest już z zewnątrz zaokrąglony, rozmyty. Stoi w dodatku tuż przy słonej wodzie oceanu. Z kolei oglądamy relief skalny zwany Gangawatarana – zejście Gangesu na ziemię. Jest to ogromna płaskorzeźba. Z prawej strony, u dołu jest grupa słoni. Jeden maleńki stoi pod brzuchem matki. Po skale z płaskorzeźbą chodzą kozy. Przenosimy się dalej od brzegu oceanu w miejsce, gdzie stoją kolejne wykute z obłej, dużej skały świątynie, podobno Durgi i Sziwy. Na placu obok tych budowli leży sobie duży stos zielonych kokosów. Faceci sprzedają niedojrzałe kokosy. Mleczko ich gasi dobrze pragnienie. Mają coś w rodzaju krótkich sierpów, a może to forma maczety i zdecydowanym ruchami odcinają koniec. Robią dziurkę, podają i można pić. Smak kokosowego mleczka jest nieokreślony, ale w tym klimacie każdy napój jest dobry. W Dehli kupiłem raz orzech dojrzały. Z grubej zielonej skóry, które mają te na stosie, pozostały brązowe jakby włosy. Usunąłem je i dużym scyzorykiem z piłką chciałem się dobrać do środka. Wyjątkowo odporna skorupa. Ale w końcu rozłupałem go i w środku był kokos, w postaci grubej na centymetr białawej masy przylepionej od wewnątrz skorupy. Spróbowałem to jeść. Twardy i bez specjalnego smaku. Wysuszona masa, ze środku orzecha, zwana była koprą i wożona do Europy statkami żaglowymi. Zdjęcia: 1. Kanczipuram, Gopuram. Wieża świątynna, zwana Gopuram, lub Gopura. Stawiana na wejściu do świątyni hinduistycznej. 2. Thiruvannamalai. Świątynia Sziwy w tej miejscowości. Musiałem podejść wyżej, w stronę świętej góry Arunachala, by zrobić to zdjęcie kompleksu świątynnego. Kompleks zajmuje 10 hektarów, jeden z największych w Indiach. Był budowany między szesnastym a siedemnastym wiekiem. Ma cztery wysokie gopuram, z których największa ma 11 pięter i 66 metrów wysokości. 3. Szczyt Gopuram_1. Wykonany przez teleobiektyw. Gopuram nie były prostymi budynkami. Na każdym piętrze był szereg postaci wykonanych jako płaskorzeźba lub prawie rzeźba, związanych z religią, hinduizmem. 4. Szczyt Gopuram_2. Przykład innego szczytu. 5. Basen w Arunachalaleshwarar Temple. Taką nazwę nosiła ta świątynia Sziwy. Zawiera wiele osobnych „kaplic”(shrins) poświęconych Sziwie i jego małżonce Parvati. 6. Byk. Nani. Święty Byk. Umieszczany na fladze wyznawców Boga Sziwy. 7. Wozy. Dlatego taka nazwa? Ponieważ pod tymi szpiczastymi dachami był wózek, na którym się opierały. 8. Mahabalipuram. Świątynia nadbrzeżna w tej miescowości. Ósmy wiek. 9. Mahabalipuram, Gangawatarana. Płaskorzeźba skalna o wymiarach dziesięć na trzydzieści metrów. Gangawatarana(narodziny Gangesu). Ganges symbolizowała struga wody, płynąca z góry zagłębieniem(rowkiem) w skale do zbiornika. Wszystkie postacie z lewej i prawej strony tego zagłębienia skierowane są ku „Gangesowi”. 10. Słoń. Fragment Gangawatarana. Zagłębieniem z lewej strony słonia płynął „Ganges”. W wodzie pływały „ryby”. Jedna, wyższa, mająca głowę i tułów mężczyzny. Niższa - kobieta. To moja interpretacja. Nie wiem, co by powiedzieli eksperci od hinduizmu. 11. Rathas_1. Mahabalipuram. Nazwa”Rathas” oznacza „Ritual Chariots”(Rytualne Wozy). Wykuwane były ze stojącej skały. I mają trzynaście wieków. Nie wiadomo, czy służyły jako światynie. 12. Rathas_2. Tu miałem okazję spróbować mleczka kokosowego. Sprzedawca przygotował stos zielonych koksów. Przyjechała „wycieczka” z Madrasu, więc ludziom chciało się pić.1 punkt
-
Kiedy? Może dawno temu? Zrobić zakupy w Niemczech owszem opłaca się, szczególnie mieszkańcom CH, ale paliwo odkąd pamiętam jest w DE drogie.1 punkt
-
Szwajcarzy potwierdzili, że zakaz wjazdu nie będzie obejmował mieszkańców krajów ościennych. Co ciekawe - sami mają już trzy wykryte omikrony u siebie. Paliwo tańsze w Niemczech, niż w Szwajcarii? Pierwsze słyszę, raczej odwrotnie. Tym niemniej masowo odwoływane rezerwacje zaczynają być postrzegane jako problem dla turystyki: https://www.20min.ch/story/jetzt-sagen-auslaender-reihenweise-ihre-ferien-in-der-schweiz-ab-2732754485911 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Rower odzyskany z serwisu. Można znowu pojeździć zanim zaczną się narty. Korzystam z pięknej pogody. Miejscami słońce mocno oślepia. Nastawiali tych tablic. Moje lokalne ścieżki. Moje lokalne ścieżki cd.. Uwaga na szlabany (to informacja dla kolegi z sąsiedniego forum).1 punkt
-
1 punkt
-
Można zainstalować do Firefox dodatek który otwiera nowe okno w Strava. Podobno jest też na Chrome.1 punkt







