Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
13.11.2021 - 13.11.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 13.11.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
5 punktów
-
5 punktów
-
No niestety, nie udało się. Komentator liczy na jeszcze trzeci przejazd😄. Domański powinien już dołaczyć do Szpakowskiego i razem na emeryturę...5 punktów
-
4 punkty
-
Maryna 13 w kwalifikacjach i tym samym zapewniła sobie udział w finałach. Finały zaczyna od rywalizacji z Niemką Leną Duerr (4 para): https://www.fis-ski.com/DB/general/results.html?sectorcode=AL&raceid=109237 Transmisja w ES1 od 16:30.4 punkty
-
W ubiegłym roku w Lech/Zuers Maryna była 9. Jeśli pokona w Swojej parze Lenę, będzie już wyżej.3 punkty
-
I bombardino. W ogóle picie bombardino w Austrii powinno być surowo zabronione...3 punkty
-
"Kłótnię", "jedną i drugą stronę"? Ja tam raczej widziałem ożywioną dyskusję i odmienne zdania, nie jakieś dwie strony. Każdy widzi co chce zobaczyć. Dyskusja dotyczyła jednej z najważniejszych spraw obecnie, mianowicie szeroko rozumianych obostrzeń sanitarnych, które dotykają także narciarzy i wpływają na zachowania, a nawet możliwość uprawiania tego sportu/rekreacji. A że miała miejsce w temacie obostrzeń w Austrii, to tylko przypadek. No ale porządek musi być, więc zamiast czegoś do myślenia i zrozumienia będziemy mieli zdjęcia kotletów, frytek, piwa, - austriackiego, a jakże, w zgodzie z tematem o obostrzeniach.3 punkty
-
Dzisiaj ludzi więcej, ale po kolei... O 8.45 w zasadzie zajęliśmy jedno z ostatnich rozsądnych miejsc parkingowych. Główna gondola zabita ludźmi. Na zewnątrz uformowane już spokojnie półtora składu (to dość duża kolej). Przeważają zawodnicy, instruktorzy, amatorów niewielu (to się okazuje po godzinie 14.00). Na każdej trasie, a na niektórych całkowicie je wypełniając, poustawianie slalomy i giganty. O ile na trasach 1 i 8 są z boku, o tyle na trasy 3 i 9 w zasadzie nie ma wjazdu. Ale i tak jest gdzie jeździć. Po godzinie 12.00 z trójki znikają tyczki i można pojechać, cudowna trasa, nie za długa, ale bardzo ciekawie ukształtowana. Z dziewiątki można skorzystać po kolejnej godzinie. Ósemka cały czas dostępna dla wszystkich, też fajna. Cały czas funkcjonuje najdłuższy zjazd z samego szczytu 3250 m npm, do górnej stacji gondoli 2610 m. Nominalnie jest to trasa niebieska, ale faktycznie to prawie 5 kilometrów falującego stoku z kilkoma ostrzejszymi ściankami. Zapewniam, że przy uczciwej jeździe na dole nogi palą. Między 14.00, a 15.00 kluby zjeżdżają i ośrodek pustoszeje. Co prawda trójka i dziewiątka wyratrakowane z poustawianymi tyczkami na jutro są zamknięte, ale cała reszta dla nas. Szeroko, twardo i pusto, puuuusto. A przy tym ciąg dalszy pięknej pogody, co będę gadać... Kilka razy w ciagu dnia korzystałem z krzesła Madritsch, do którego wsiada się po wyjściu z głównej gondoli i cały czas od budynku stacji podjeżdżali nowi narciarze, ale nie na tyle dużo, żeby się stworzyła kolejka. W każdym razie do około 9.30 gondole przyjeżdżały pełne. Pełne klubów. Poza tym na tę część ośrodka wwozi jeszcze oddana w tym roku gondola Kanzel (nowa 10-osobowa gondola). Rusza z samego miasta. Wjazd na główny teren dużą gondolą jest trochę poza miastem, jakieś 2-3 kilometry. To jeszcze zostawię kilka zdjęć:3 punkty
-
Nie lepiej daj ostrzeżenie, a po drugim występku bana? Zawsze to będzie lepsze rozwiazanie niż sianie spustoszenia.3 punkty
-
Odkrywanie piękna świętokrzyskiej ziemi, to zawsze jakieś miłe, malownicze niespodzianki. Na dzisiejszym, 17 kilometrowym szlaku poznaliśmy Grząby Bolmińskie, zdobyliśmy trzy górki: Jedlnicę 304 m npm, Górę Bolmińską 313 m npm, Czubatkę 327 m npm, odkryliśmy ruiny dworu obronnego w Bolminie, podziwialiśmy malowniczą rzeczkę Łososinę oraz Zalew Zakrucze. Nie mogło obyć się bez ogniska i pysznej kiełbaski oraz oscypków. Zapraszam do krótkiej fotorelacji. Nasz główny cel...przecież zawsze musi jakiś główny być, choć dzisiaj było ich kilka Czubatka 327 m npm: Niestety przez całą naszą dzisiejszą wyprawę towarzyszyła nam mgła. Widoki były...ale nie takie jakbyśmy chcieli - za to klimat dnia dzisiejszego? Świetny! Okolice Jedlnicy 304 m npm: Widok z Grząbów Bolmińskich za naturalną firaną... Na szczycie Góry Bolmińskiej 313 m npm (z Jackiem): Widok w stronę Kościoła w Bolminie: Jesień... Dochodzimy do ruin dworu obronnego w Bolminie. Powstał w XVI w, więc jest dosyć stary... trochę podreperowany szpetną czerwoną cegłą, z świetnym klimatem opuszczonego i kompletnie nie odwiedzanego miejsca. Wchodzi się na dziedziniec rozbitą w murze dziurą po lewej stronie z powyższej fotki. A w środku? Kamienie, zarys pięknych łuków i wszędzie chaszcze. W lato byłoby trudno tu się poruszać. 😮 Ruszamy dalej przez Nowiny nad brzeg rzeki Łososiny... ...oraz Zalewu Zakrucze, który ponoć obfituje w piękne ryby: Wchodzimy na niebieski szlak i idziemy wzdłuż rozlewisk tego małego, urokliwego cieku wodnego. Robimy przerwę i tradycyjnie, małe ognisko z obiadem Zaczynamy podejście pod Czubatkę 327 m npm. Jest dość ostro w górę, po czym wchodzi się na grań. Tutaj sporo skałek Kilkaset metrów i jesteśmy na szczycie. Zaczyna się robić ciemno...w sumie już grubo po 16stej. Schodzimy w dół - świeci nam Księżyc Po opuszczeniu lasu próbuję zrobić fotkę Czubatki a aparat nie radząc sobie ze światłem... maluje fajną "akwarelę" 😮 Dochodzimy do wsi i dalej idziemy już asfaltami do auta. Po drodze jeszcze jeden świętokrzyski folklor... Kończymy dzień 17 kilometrów fajnej trasy. Płuca przewietrzone, kolejna przygoda zaliczona. Pozdrawiam marboru2 punkty
-
2 punkty
-
W zasadzie cały czas tak lodowo - w końcu to lodowiec 😉. Jestem tu od czwartku i zarówno ludzi jak i stan tras podobny. Pewnie będzie lepiej jak dosypie naturalnego śniegu, chyba że to znany problem na Stubai. Na każdym trochę bardziej stromym wychodził lód ok 11 godziny, co gorsza na płaskim też są zdradliwe place żywego lodu. Trzeba być bardzo uważnym. A jutra czekam z niepokojem - opady śniegu i wiatr powyżej 40km/h w prognozie. Nie wiem czy w ogóle da się jeździć. Ale to się okaże o 8 rano.2 punkty
-
2 punkty
-
Dzięki za info, Petra też odpuściła. Ciekawe czy obie dziewczyny koncentrują się na olimpiadzie, czy jednak chcą zgarnąć kryształową kulę w generalce. Lena odpadła z Martą. Może jednak powinna startować bez kijka, a rację mają polscy mistrzowie narciarstwa pędzący po stokach na goryla bez kijków. Pamiętam jak kiedyś na zawodach w drugim przejeździe startowała Janica Kostelič i zaraz na początku straciła kijek, problem miała wiekszy bo nie tylko straciła kijek ale i rękawicę, do tego był to slalom. Zawody jednak wygrała, choć skończyło to się poważną kontuzją dłoni... Janica to była jednak najtwardsza zawodniczka w pucharowej stawce...2 punkty
-
Trzecia dawka szczepienia. Resort zdrowia wydłuży ważność certyfikatów covidowych Ministerstwo Zdrowia wydłuża ważność certyfikatów covidowych dla osób, które przyjęły trzecią dawkę szczepienia przeciwko COVID-19. Certyfikat będzie miał ważność przez rok od momentu przyjęcia trzeciej dawki. - Wydłużenie okresu ważności certyfikatu dokonujemy w oparciu o rekomendację Rady Medycznej – tłumaczy szef resortu zdrowia Adam Niedzielski. https://wiadomosci.wp.pl/trzecia-dawka-szczepienia-resort-zdrowia-wydluzy-waznosc-certyfikatow-covidowych-6704268452932576a2 punkty
-
Na W. Domańskiego można liczyć, w ogole się nie zorientował, że komentuje już przejazdy rewanżowe. Masakra.2 punkty
-
2 punkty
-
Łojtam, łojtam..nie kłuć sie - Szczyrk jest bezwzględnie najlepszy wiec zapraszamy wszystkich do Szczyrku..im więcej wiary tym lepiej.. .2 punkty
-
2 punkty
-
No właśnie - czy zdjęcia kotleta i frytek są zgodne z tematem "obostrzenia"? A jak ze zdjęciami piwa? I czy zdjęcia piwa powinny znaleźć się na forum o tematyce sportowej? :p2 punkty
-
Obstawiam, że od założenia tematu, nie więcej niż +/- 1 kg, w stosunku do tego co podał.2 punkty
-
U mnie i u Żony proces aktualizacji statusów na IKP (kwarantanna, wyniki testów etc.) trwał 7 dni. Tak, że sprawdź dokładnie. Pozdrawiam mirekn2 punkty
-
W drodze do Rawenny wpadliśmy na trzy dni do Soldy. Jeżeli miałem jakieś wyobrażenie o tym ośrodku, to już po pierwszym dniu mam zupełnie nowe. Spodziewałem się cichego, schowanego "na końcu drogi", miejsca, gdzie "ci, co wiedzą" itd. Prawda jest taka, że teraz ponad połowa narciarzy to kluby, szkoły, szkółki, ekipy mniej lub bardziej profesjonalnych zawodników. Oczywiście, że to wszystko jest zupełnie jasne z uwagi na porę roku i przedsezon, ale widocznie musiałem do tego dojść. Ośrodek jest bardzo w porządku. Długie, wystarczająco szerokie trasy. Pomimo, że parkingi wyglądały na niebezpiecznie obłożone, to przez cały dzień nie czekałem do wyciągu więcej, niż 10 sekund. Pomimo dodatniej temperatury (piękna, słoneczna pogoda) o godzinie 15.00 trasy były twarde, równe, bez odsypów, ani żadnych niespodzianek. Oczywiście po zlikwidowaniu tyczek, gdzieniegdzie pozostały wyrzeźbione rynny, miejscami wylodzone, ale w większości warunki były perfekcyjne. Poranne espresso pod Ortlerem (3905 m npm): Górna stacja głównej gondoli: Góra: Koło Rif. Madriccio: Czerwona 8: Trasa nr 1, wzdłuż krzesła Madritsch: A tak wygląda sytuacja w gondoli (dystansu nie ma, ale maseczki wszyscy):1 punkt
-
Post 5 Indie Dwudziestego ósmego lipca Jestem dzisiaj mocno osłabiony. Od dwóch dni nic nie jem. Brudas załatwił nam autobus do Lahore. To już blisko granicy z Indiami. Po drodze co chwila się psuł. Jechały w nim ciekawe typy ludzkie, mające ufarbowane na rudo włosy. Wieczorem byliśmy w Lahore. To duże pakistańskie, milionowe miasto. Bagaż oddajemy do przechowalni. Przyplątał się do nas agent hotelowy i wiezie nas do hotelu, bez wody i światła. Potem do drugiego i wreszcie do trzeciego. Ten jest znośny. Chce od nas trzy dolary za usługę. My dajemy pół dolara. Hotelarz straszy nas, że to zły człowiek i nas wykończy. Dostaje dolara i się odczepia. Trzeba było być czujnym przy negocjacjach w hotelu. Woda musiała być i to na bieżąco, ponieważ mogło się okazać, że jest, ale od czasu do czasu. Woda potrzebna była, aby sobie zrobić prysznic i to nieraz kilka razy w czasie doby. Człowiek w tym mokrym upale był ciągle spocony. Trzeba też było robić często małe przepierki. Cała bielizna „desouss” była u mnie maksymalnie ograniczona. Wszystko było dokładnie analizowane, aby zmniejszyć maksymalnie ciężar plecaków. Nie mogliśmy rezygnować z różnych konserw, które były podstawą pożywienia w górach i nie tylko w nich. Wreszcie nie żywiliśmy się wyłącznie po drodze w „barach”, czy „restauracjach”. Miało się prymus, nieco benzyny w butelce, menażki, konserwy. Jarzyny(pomidory, cebula, papryka) kupiło się tanio. Jakiś miejscowy placek też nie był drogi. Bo to było podstawowe wyżywienie ludności. I gdzieś w hotelu, w sposób nie rzucający się w oczy, robiło się pyszne danie obiadowe. Zielone banknoty przeznaczone były na ważniejsze rzeczy. 29.07 Rano awantura z Ryskiem. Nacięli go na dziesięć dolarów i chce zostać w Lahore. Nie przejmując się jego humorami, Janusz, Elżbieta i ja zwiedzamy przepiękny meczet z czerwonego piaskowca Badshahi(Badszahi). Jest ogromny i ma piękne białe inkrustacje z jakiegoś kremowego kamienia. Może to był marmur. Potem zwiedzamy grób króla Jahangi(Dżahangi). Nic bliżej o nim nie wiem . Wiadomości o miejscowych zabytkach czerpiemy głównie z prospektów, których jest pełno w miejscowych biurach informacyjnych dla turystów. Należy tylko takie biuro odszukać. Zresztą na ogół były w pobliżu dworców kolejowych, czy autobusowych. Ledwo zdążyliśmy na pociąg do granicy z Indiami. Przed wejściem do pociągu musimy formalnie opuścić Pakistan. Na dworcu odbywa się odprawa paszportowa i celna. Wypełniamy odpowiednie karteluszki do odprawy paszportowej. Należy podać na nich różne dane, z których ważniejsze jest wyznanie. Ostrzegano nas w kraju, że należy wpisać wyznanie. Nie lubią ludzi, którzy nie podają wyznania. Katolik im nie przeszkadza, ale brak wyznania pozwala domniemywać, że to komunista. Wpisujemy wszyscy zgodnie - po angielsku - wyznanie katolickie. Celnik zauważył, że trzymam w ręce portfel. Wyrwał mi go i zaczyna przeglądać jego zawartość, zainteresował się dolarami, przeliczył i skrzywił się z dezaprobatą. Doliczył się czterdziestu pięciu. Gdzie ten facet z taką mizerną sumą się wybiera? Mam więcej, ale ukryte, bo nigdy nie wiadomo, co przez taką granicę wolno przewieść. Nie znamy przepisów celnych obcych krajów. A szczególnie bardziej egzotycznych. A mogą być te przepisy nadzwyczaj ciekawe i nieprzyjemne dla podróżującego. Nagle można być poproszonym o zdeponowanie do depozytu jakiejś sumy pieniędzy, nawet nie koniecznie miejscowej waluty. No i jesteśmy załatwieni. Kiedyś tak nas załatwili z żoną przy wyjeździe z Węgier. Skończyło się to dodatkowym wyjazdem na Węgry po odbiór naszej waluty. Przy okazji zrobiliśmy sobie wtedy zwiedzanie puszty. Pociąg jechał przez „no man`s land”, czyli ziemię niczyją. Tak nazywa się teren przy granicy dwóch krajów, które się bardzo kochają. Szerokim pasem takiej ziemi niczyjej był oddzielony Pakistan od Indii. Wagonów pilnowało wojsko pakistańskie, aby nikt nie dał drapaka. Potem nagle znikło i za dobrą chwilę pojawiło się hinduskie. Pociąg wjechał na stację graniczną w Indiach i do wagonu wpadły „czerwone diabły”. Tak ich potem nazwałem od koloru ubiorów. Byli to tragarze walczący o bagaż pasażerów, aby zarobić parę rupii. Na nas nie zarobili. Na peronie w eleganckich mundurach spacerowali sobie wojskowi. W rękach mieli małe laseczki. Zapewne było to dalekie echo angielskich dżentelmenów. Celnik bezczelnie wpisuje mi do paszportu numer aparatu fotograficznego. Co za dziwne zwyczaje? Do paszportu! Będzie kłopot, bo nie da się go później sprzedać. Zawsze to kilkadziesiąt dolarów, za ten ruski wyrób. Przesiedliśmy się na indyjski pociąg. Jechaliśmy nim tylko do Amritsaru. Amritsar jest stolicą Sikhów, mieszkających w stanie Punjab(Pendżab -Pięciorzecze) w Indiach. Pendżab – to kraina pięciu rzek, dopływów Indusu – Bias, Chenab, Dźhelam, Ravi i Satledź. Tędy wszedł do Indii Aleksander Wielki, Mongołowie i inni najeźdzcy. Nacja Sikhów, mimo że bardzo nieliczna, opanowała indyjskie wojsko, jako wyższe szarże. Jak widziało się później Sikha, na przykład w grupie robotników na drodze, to był albo nadzorcą, albo jeździł maszyną. Ale nigdy nie pracował łopatą. W Kabulu opanowali handel. Sikh siedział w swoim sklepiku, elegancko ubrany. Warkoczyki włosów, nigdy nie ścinanych, miał gustownie upięte na głowie. Na tym mały turbanik w kształcie jakby furażerki. Miejscem kultu Sikhów jest Złota Świątynia w Amritsarze. W Amritsarze w nocy mamy mieć przesiadkę na pociąg do Dehli. Jedziemy teraz czymś w rodzaju salonki. Mamy bardzo obszerny przedział z fotelami, pokrytymi skórą. Obok jest duża łazienka z dziurą w podłodze, ale też i z prysznicem! Bomba! Tego się nie spodziewaliśmy.Potem dowiedzieliśmy się, że koleje indyjskie mają podobno cztery klasy. Ta nasza była pewno najwyższa. Korzystamy wszyscy z ochotą, z zupełnie przypadkowej możliwości kąpieli w pociągu! Zdjęcia Meczet Badshahi. Zbudowany z czerwonego piaskowca, jak niżej na zdjęciu. Był ogromny. Nie dało się zrobić jego zdjęcia, nawet fragmentu. Otoczony szczelnie budynkami. Wewnątrz upolowałem tylko takie dwa ciekawe motywy zdobnicze. 1. Inkrustacja. 2. Motyw roślinny1 punkt
-
Skoro tam są "pączuszki" to imaginuj sobie waćpan jak w Poznaniu wyglądać muszą rogale świętomarcińskie..1 punkt
-
Lodowiec Pitztal, "najwyższy" z lodowców w Austrii. To drugi z austriackich ośrodków narciarskich jakie odwiedziłem w trakcie mojego wyjazdu do Tyrolu. W trakcie mojego pobytu, czynne były wszystkie koleje i wyciągi, oraz główne trasy, na których warunki były bardzo dobre. Pojeździłem, pokręciłem i oczywiście odwiedziłem najwyższą kawiarnie w Tyrolu. W trakcie pobytu miałem okazję testować nowość firmy Atomic na sezon 21/22 - narty Redster X9s Revo S1 punkt
-
Pan Domański nawet po finałowym przejeździe nie ustrzegł się błędu widząc zwycięstwo Norweżki. Wielkie brawa dla triumfatorki Andreji Slokar.1 punkt
-
Miała ostatnio jakieś problemy z plecami, ale już trenuje w Kolorado. W Levi raczej będzie startować.1 punkt
-
Polski komentarz na eurosporcie pojawił się z opóźnieniem i już głupoty lecą... eh standard.1 punkt
-
Jaworzyna z 8km tras to na razie II liga, mniej więcej na równi z Czarną Górą w Kotlinie Kłodzkiej. Szczyrk nokautuje konkurencję, tak samo jak robi to Chopok na Słowacji, czy Szpindlerowy Młyn w Czechach. Słotwiny to mniej więcej 1/4 Białki, zresztą nawet bez wspólnego karnetu (chyba, że coś się zmieniło).1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Janusz, to jest fizycznie niemożliwe! Nie mam takich możliwości, aby zatwierdzać każdy post. Po drugie, jeżeli ktoś nie jest w stanie zaakceptować zasad tu panujących, mimo wielokrotnych próśb, a mamy do są tu dorośli ludzie, to nie ma innej możliwości jak zastosować "opcje atomową" - jak to ktoś nazwał.1 punkt
-
My zawsze jeździmy z początkiem grudnia,zawodników już dużo mniej i więcej tras chodzi po drugiej stronie,o 12 jak znikają szkółki luz totalny.Wtedy u nich jest też święto Adwent woche i karnety 6-cio dniowe w cenie 4 dniowych.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Jedziemy dalej. Kamerzysta ogarnął.. zawodniczka hmm .. [wycięte - spoiler, trzeba zobaczyć do końca ;)] YouCut_20211112_214519999.mp41 punkt
-
Jakby jeszcze ktoś, z kimś się dogadał, i połączył Słowiny z Jaworzyną, co nie jest nierealne i niemożliwe, to mamy ośrodek narciarski nr 1 w Polsce (urozmaicony, duży, z licznymi miejscami parkingowymi, o różnym stopniu trudności, z nowoczesną infrastrukturą).1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Trzecia dawka, jest już w systemie i przedłuża certyfikat. W mObywatelu też, tylko trzeba odświeżyć.1 punkt
-
Fajna trasa i piekne tereny. Mam blisko z Polski, bede sie musial wybrac w tamte strony. Macka trzeba bedzie zwerbowac po raz kolejny1 punkt
-
1 punkt
-
Post 1 To już ostatni z trzech moich blogów o podróżach, na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Głównym ich motywem były góry i alpinizm. Ale też byłem zawsze ciekaw jak żyją ludzie w danym kraju i jaka jest ich kultura, historia. Więc jak była możliwość, to po górach udawało się nieco poznać ten kraj. Indie Subkontynent, rozciągający się od zimnego Tybetu po przylądek Komorin, leżący w na ósmym stopniu szerokości północnej, w strefie tropiku. Liczba ludności ok. 1,4 mld, niewiele mniejsza, niż sąsiada z za łańcucha Himalajów. Indie są znane na świecie, jako społeczeństwo kastowe. Każdy, kto się rodzi przynależy do jakiejś kasty. Nie ma wyboru. Nie ze swojej woli. Nie może już tego zmienić w życiu. Drugą wyróźniającą cechą tego kraju jest religia. Nie ma w tej religii jednego Boga, jak w chrześcijaństwie, islamie, czy buddyzmie. Trzecia cecha to ogromna nędza. Nie są wyjątkiem na świecie, ale tu nędza dotyka setek milionów. To jest prawdziwy ocean nędzy. Indie to kraj o bardzo starej kulturze i historii. Która sięga do czasów Ariów, ludu koczowniczego żyjącego na terenie dzisiejszej Europy, od Karpat po Kaukaz. Ariowie skolonizowali kilka tysięcy lat przed nowym wiekiem Iran i Indie. W Indiach żyje wiele narodów mówiących językami, które są niezrozumiałe dla sąsiadów. Jest to jednocześnie kraj bardzo rozwinięty. Jeden z najszybciej rozwijających się na świecie. Zwiedziłem Indie w 1976 roku. Poznałem nieco „sześciotysięczne” Himalaje. I odbyłem podróż okrężną tego subkontynentu pociągiem na trasie 7500 km. W czasie tego pobytu prowadziłem dzienniczek. Opisując codziennie ciekawsze wydarzenia. Rozszerzyłem go bezpośrednio po powrocie, mając świeżo w pamieci przeżyty okres. Z tej podróży pozostało mi ok. 200 zdjęć, wykonanych na filmie Orwo Color. W Himalaje Pradeszu Jechaliśmy w piątkę. Janusz z żoną Elżbietą, znani czytelnikom mojego blogu „Egzotyczny Iran”. Andrzej i Rysiek, których można było poznać czytając kolejny mój blog „Afganistan(Hindukusz 73)”. Na tym mógłbym skończyć, dlaczego pojechaliśmy do Indii, ponieważ w „Taterniku” nr 3 z 1977(str. 114) jest jednostronnicowa relacja „ Eugeniusz B. – w Himalajach Pradeszu”, napisana przeze mnie po powrocie z Indii. Taternik ten jest dostępny w sieci. Wyjaśniłem tam, jaki był cel naszego wyjazdu. Ponieważ jest to pewien kłopot, więc króciutko opiszę, dlaczego wyjechaliśmy w ten rejon Himalajów? Byliśmy członkami Klubu Tatrzańskiego z Krakowa. Klub ten zorganizowal już dwie wyprawy w góry, w poprzednich latach(p. powyższe moje blogi). Jako Klub mogliśmy zorganizować taki wyjazd. Wyjazd indywidualny, bez instytucjonalnego poparcia, był wówczas praktycznie niemożliwy. Mając takie poparcie można było dostać promesę dolarową(130 dolarów), zakupić je w NBP, po kursie o wiele niższym, niż na „czarnym rynku”. I legalnie je zabrać za granicę. Zamierzaliśmy jechać w Himalaje, w tę ich część, która leży na północ od stolicy Indii Deli(New Dehli). Mieliśmy informacje, że tu dość głęboko w góry można się dostać transportem publicznym. A więc bardzo tanio, jak na wyprawę w tak wysokie i odległe góry. Zamierzaliśmy wyjść na jakiś dziewiczy szczyt powyżej 6000 m. Niedawno(1973 r) w rejonie, który braliśmy pod uwagę, działała wyprawa z Lublina. Zaliczyli dziewiczy „sześciotysięcznik”. Niestety skończyło się to dla nich nieszczęśliwie. Zginęły dwie osoby. Nasz bardzo skromny zasób dolarów zmusił nas do tego, aby absolutnie wszystko zabrać ze sobą. W tym żywność na cały okres pobytu w górach, dojazd, oraz na powrót. Na szczyt o wysokości, w granicach sześciu kilometrów, nie wejdzie się ot tak sobie, bez odpowiedniej aklimatyzacji i sprzętu. Jak na Himalaje to jest może mizerna „górka”. Ale to przecież były szczyty znacznie przekraczające najwyższe szczyty Alp. Były tam też już spore lodowce. Po wyprawie w Hindukusz zostało w naszym Klubie sporo sprzętu. Kurtki puchowe, śpiwory, czekany, raki oraz drobniejszy sprzęt wspinaczkowy. W górach zamierzaliśmy biwakować w namiotach. Nie mogliśmy zabrać tego wszystkiego do bębnów, których używaliśmy w Iranie i które były standardem naszych wypraw w Hindukusz. Nie mogliśmy, ponieważ w transporcie, tak zwanym – publicznym, czy też wynajętym(taksówka) nie tolerowali sztywnych opakowań. Zresztą przenoszenie nawet bardzo ciężkiego plecaka jest znacznie łatwiejsze, niż bębna. Natomiast zaobserwowaliśmy, w czasie poprzednich wyjazdów, jak w tym rejonie Azji taszczy się ze sobą czasem niesamowitą ilość bagażu w pakunkach, czy jakichś miękkich opakowaniach. I to wszystko ładowane jest na dach autobusu, taksówki. Czy też upychane na półkach w pociągu. Da się więc przewieść i nasze potężnie wypakowane plecaki. Nie mieliśmy lekarza. Więc osobnym zagadnieniem była dobrze wyposażona apteczka. Z kilkudziesięcioma lekami, łącznie z antybiotykami i na choroby tropikalne. Było też i lekarstwo na ameby. Zawierała również środki do odkażania wody. Dobór jej zawartości był konsultowany z lekarzem, znającym się na chorobach w klimatach i otoczeniu do których zdążaliśmy. Załatwiła to Elżbieta. Mogliśmy się prawie sami leczyć. Jednak tam, w razie choroby o ile się dało, należało szybko zmykać do własnego kraju. Wyprawa Osiemnastego lipca. Budzimy się z żoną około drugiej w nocy. Moja Rysia jedzie ze mną i z plecakami Syreną na stację kolejową w Krakowie. Potem przywożę Elżbietę i Janusza. Jedziemy wszyscy w piątkę pociągiem do Przemyśla i po czterech godzinach jesteśmy na miejscu. Bałagan przy odprawie celnej. Po południu docieramy do Lwowa. Rysiek załatwił nam nocleg u swojej znajomej. Przywozimy ze sobą parę podarunków z Polski. Do wieczora zwiedzamy nieco miasto. Między innymi zniszczony kościół Świętej Elżbiety i ładny zespół cerkiewny Iljuja. Wieczorem znajoma Ryśka urządza, nieco zakropione, małe przyjęcie. 19.07 Chwilowo, najbliższym celem naszej podróży, jest miasto Termez w Uzbekistanie nad Amudarią. Gdzie znajduje się jedyne przejście graniczne do Afganistanu od strony Związku Radzieckiego. Jak dalej pojedziemy do Indii, to będzie się szczegółowo wyjaśniać po drodze. Ogólne zarysy znamy - po przejechaniu przez Afganistan, do Peszawaru(Peshavar) w Pakistanie. Stąd do Lahore w tym kraju i dalej pociągiem, przez granicę pakistańsko-indyjską, do New Dehli w Indiach. Do Termezu dotarliśmy w czasie wyprawy w Hindukusz-koleją, przez Moskwę i Taszkient. Z Krakowa podróż do Termezu zabrałaby prawie tydzień jazdy pociągiem uwzględniając, że można było dojechać tu tylko z Moskwy. Teraz chcielibyśmy tam dolecieć samolotem, szybciej i wygodniej. Bilety lotnicze w Związku Radzieckim były wówczas na liniach krajowych dosyć tanie. Z Lwowa do Termezu było kilka tysięcy kilometrów. Szukamy w Lwowie samolotu lecącego w „kierunku” Termezu. W biurze radzieckich linii lotniczych ”areofłocie” rysuje się jedynie możliwość otrzymania miejsc w samolocie do Baku. Ale nie chcą nam zrealizować „voucherów”. Inturist też nam odmawia. Musimy jechać dalej na wschód pociągiem. Janusz z Ryśkiem załatwili bilety na nocny pociąg do Kijowa. Mając przed sobą cały dzień do dyspozycji, zwiedzaliśmy Lwów. Najpierw zwiedzamy kościół(katedrę) łacińską. Potem poszliśmy na wzgórze zamkowe. Widok Lwowa stąd był bardzo ładny, szczególnie starego miasta. Miał on coś z widoku z Kopca Kościuszki w Krakowie. Obiad jemy w ładnej knajpie, obok ratusza. Po obiedzie nastąpiło zwiedzanie Cmentarza Łyczakowskiego. Oprowadzała nas Polka, która niedawno pochowała tu trzynastoletnią córkę. Pracuje na tym cmentarzu. Pokazuje nam polskie groby - Grottgera, Zapolskiej, Konopnickiej. Rzeźby orłów polskich mają poubijane głowy. Wandalizm! Widzimy krzyże powstańców z 1863 roku. A tu jest miejsce pochówku powstańców z 1830 roku – wskazuje przewodniczka. Ten cmentarz jest Polską Nekropolią. Podobnie jak Rakowicki w Krakowie. Między rozsypującymi się grobami, gdzie niegdzie, widać było małe czerwone obeliski z desek. Z czerwoną gwiazdą u góry. Nowoczesny teraz sposób chowania zmarłych towarzyszy partyjnych. Pytamy - gdzie leżą Orlęta Lwowskie? Pani prowadzi nas w kierunku dziurawej siatki i znika. Wychodzimy poza obręb oficjalnego cmentarza. Po lewej stronie mamy jakieś garaże i kręcącą się tam ludzie. Po prawej - wysoka sucha trawa i dalej sterczą resztki czegoś, co było kiedyś łukiem triumfalnym. Wchodzimy w zakurzoną trawę. Leżą w niej ledwo widoczne kamienne płyty. To są groby „Orląt Lwowskich”! Na płytach zostały wyryte napisy, ale prawie zupełnie niewidoczne. Ktoś zadał sobie wiele trudu i płynnym betonem pojechał po literach. Wyraźna chęć zmazania z powierzchni ziemi tej części cmentarza. Pani, u której spaliśmy, stawia nam na pożegnanie wspaniałą kolację. Niestety spóźniamy się do pociągu, którym mieliśmy jechać do Kijowa. Był następny, ale dopiero o północy. Czekam z Andrzejem przy plecakach, na peronie. Potem idziemy sobie do kawiarni przy ratuszu na kawę i wino. Tanio jest u przyjaciół ze wschodu. Wagon sypialny do Kijowa był typu „śmierdziel”. Tak nazwaliśmy wagon sypialny z otwartymi przedziałami, którym już podróżowaliśmy do Termezu, w czasie wyprawy w Hindukusz.1 punkt
-
Sprzęt leciwy ale nie zajechany: narty Hagan Devil (mojego wzrostu, dość wąskie i lekkie) z fokami + wiązania stare piny dynafita- suma 680 zł. Po zrobieniu serwisu jestem bardzo zadowolony. Zakup nad wypożyczeniem ma tą przewagę, że masz sprzęt i idziesz. Nie musisz planować tury pod dostępność wypożyczalni (choć tych jest już więcej) no i nie kalkulujesz: "Może bym poszedł ale stówę trza dać za wypożyczenie to idę na wyciąg, bo taniej.." No i z 5 planowanych wyjść może zrobić się 20 (jak u mnie) To moje doświadczenie (na razie małe).1 punkt
-
Ma szanse być niejako następcą Hirschera. 5 złotych medali (w tym 4 indywidualnie) na MŚ Juniorów w 2018 roku przypadkiem nie było.1 punkt
-
W tym roku klasyfikacja generalna raczej dla Marco Odermata. Obecnie jest najwszechstronniejszym zawodnikiem, do tego młodym i głodnym sukcesów.1 punkt







