Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
30.01.2021 - 30.01.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 30.01.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Kazimierz - najbardziej fotografowana stacja narciarska w 2021? Po wczorajszym rozczarowaniu i powrocie do domu z powodu ilości narciarzy, rano ponownie dotarłem do Kazimierza. Na parkingu, szybkie przywitanie z @1mirinda, w kasie byłem pierwszy ...i na stok! 7:45, temperatura -2. Pustka: Trasy wyratrakowane, jeszcze mało światła. Tuż po poniższym zdjęciu Marek, robi zdjęcie mi Jesteśmy przy bramkach we dwóch - ruszamy w górę jako pierwsi Dzisiaj były krótkie narty. Kilka zjazdów w totalnej pustce Śnieg zmrożony, wolny. Jeździ się fajnie, krawędzie trzymają - zabawa! Z minuty na minutę narciarzy przybywa. Czynne były 4 trasy. Sprzęt do produkcji śniegu: Główna trasa: Stacja górna - w oddali gdzieś tam... Wisła Ścianka na najbardziej zewnętrznej trasie: Nie wiem jak to jest... przecież jechałem tą, dla mnie "nową" trasą kilka razy i nie zauważyłem, że jest tu wyciąg 😮 Wyrwirączka na płaskiej części... czyli Kazimierz ma: 3 talerzyki, taśmę i wyrwirączkę, razem 5 wyciągów. Chyba jestem jakiś ślepy na stare lata Jest też kawałek nartostrady Po godzinie jazdy ludzi już zrobiło się dużo, po półtorej godzinie już masa. O tej porze podejrzewam, że jest już armagedon 😮 Cóż? Piękna zima, stacje w Polsce pozamykane, to wszyscy zwalili do Kazimierza... Chyba przestanę te relacje pisać, bo sam już odczuwam dość wyraźnie popularność tego miejsca Po nartach miłe spotkanie z Markiem i Kolegą, który zagląda i czyta forum, a pochodzi z Puław. Powrót do domu w intensywnych opadach śniegu... na podjeździe mam dobre 10 cm puchu 😮 @lu5asz jutro mnie nie będzie - kolejne narty dopiero wieczorem we wtorek ale jeszcze nie wiem gdzie? Jesteśmy z Paulą umówieni na trekking ze znajomymi w Górach Świętokrzyskich Pewnie jutro będzie nowy wpis na blogu 22 dzień na deskach odhaczony. pozdrawiam marboru15 punktów
-
@marboru powiedzmy, że połowa w Kazimierzu, a druga połowa w Koninkach 😁 Dzisiaj ostatni dzień w Gorcach. O 8:30 ruszam z kwatery na stok, przy kasie i na pierwszy wjazd jestem w pierwszej dziesiatce. I, że tak powiem to był strzał w 10-kę, bo do 10:15 jeździłem na bieżąco, a ostatnie dwa wjazdy to czekanie 10 i 15 min. Jak kończyłem po dwóch godzinach to parking na dole pękał w szwach. Warunki na stoku dość trudne, śnieg ciężki, mokry. Na dole padał śnieg z deszczem, u góry śnieg. Niby mała gorka i trasa raptem 1400m, a przewyższenia prawie 350 m. Niektórzy pozytywni wariaci podjeżdżali na rowerach, szacunek w tych warunkach. I no cóż to już koniec jakże udanego pobytu w Koninkach.14 punktów
-
Zasypało,wszystko na biało.Leń wszedł po drabinie na dach garażu,by odśnieżyć fotowoltaikę,odśnieżanie podwórza i auta to już za dużo.Na szczęście znalazł jedno nieośnieżone dzieło muzealne,więc trening niezagrożony.Miało dwa napędy i blokadę,więc samo odśnieżyło podwórze. A w Rytrze już stoją bramki.Śniegu sporo,choć za miękko.Aż żal,że taki potencjał się marnuje.Kilka razy rozmawiałem z właścicielem,narzekał na brak ludzi.Radziłem postawić na sport,bo stok jest za ostry dla początkującego narciarza i dlatego frekwencja zawsze marna.Chyba tak zrobił,wybudował kort i lodowisko pod stokiem,mają być obozy sportowe. A na razie i tak funkcjonuje tylko treningowo...9 punktów
-
8 punktów
-
7 punktów
-
6 punktów
-
Dziś Klepki. Pobudka o 4 rano.. odśnieżanie...o 5 budze szarańcze i o 6 mykamy na Klepki. Po drodze mały epizod na antenie radia zet i jesteśmy. U nas -1 w ustroniu +4 a na klepkach +1 i deszczyk przeplatany ze śniegiem. Ja dziś bez nart z córką 2 latka na narto sankach na boczku a młodzi ruszają z instruktorem na nieznane wody snowbordu. Z ich relacji i mojej obserwacji trasa ok jak na tą pogode to nawet bardzo dobrze. Ludzi bez przesady a nawet z czasem nie wpuszczano śpiochów wiec jak do śmigania ludzi nie za dużo. Zagrożeń typu covid i policja nie spotkałem albo nie widziałem bo oba to ostatnio tajniaki. Do klepek miałem zawsze mało przychylny stosunek bo trasa mało ciekawa czesto tak sobie przygotowana i dużo gawiedzi... ale w tym roku mają mój szacun...mają jaja poukładali to sobie i działają a i trase przygotowali dobrze. Szacun i brac przykład reszta Beskidu a nie biadolić☝️5 punktów
-
4 punkty
-
Cześć A my dzisiaj biegówki. Wróciliśmy już o zmroku. Bardzo fajna zabawa... Pozdrowienia3 punkty
-
Soszów otwarty. Ale uwaga w ruchu turystycznym, tzn. można wjechać na góre z nartami ale nie na nogach, trzeba trzymać na kolanach 😂🤣😂 A jeden wyja... d 10zł3 punkty
-
3 punkty
-
O super. Ja z koleżanką wybieramy się jutro na biegówki do Jakuszyc...liczę właśnie na dobrą zabawę. pozdrawiam🙂2 punkty
-
Ten sezon dla właściciela będzie "syty". Oby nie pomyślał o modernizacji:). Za bajtla jeździłem tam"hutniczym ogórkiem". Bardzo wesoły autobus:).2 punkty
-
Dzisiaj przeczytałem połowę z Twoich relacji, i niebawem dokończę pozostałe. Są one dla mnie o tyle ciekawe, że Ty (oprócz tego że widziałeś Iran w latach 70tych) widziałeś Iran ze schyłku panowania dynastii Pachlawich. Ja widziałem dwa razy Iran, ale już ten inny Iran - Islamską Republikę Iranu (w Iranie byłem ponad miesiąc łącznie). Ten Iran wygląda inaczej - bo jest naznaczony wszechobecną martyrologią. Stąd wychwytuje pewne cechy z opisu charakterystyczne dla tamtego okresu. Swoją drogą, szach jeździł na nartach. 🙂 Mam wiele przemyśleń na temat Iranu, społeczno-gospodarczo-kulturowych i chętnie podyskutuję z Tobą jak już przeczytam wszystko. Jedną z takich przemyśleń jest wpajany przez wieki kult jednostki, który trzyma się świetnie. Niezależnie od obozu rządzącego, dworzec kolejowy w Teheranie zawsze miał wymalowane czyjeś portrety. To moje zdjęcie z 2014 roku (dworzec kolejowy Teheran).2 punkty
-
Biorąc pod uwagę, że na Klepkach, NO i Skolnity są eleganckie kursy ..... no to .... Soszów sorry.2 punkty
-
2 punkty
-
ZImowa wędrówka po Puszczy Bukowej w trzeciej odsłonie. Zapraszam na relację w blogu z dzisiejszej wycieczki:1 punkt
-
Dzisiaj znów zawitaliśmy do Puszczy Bukowej - tym razem oprócz Darka towarzyszyły mi dwie koleżanki. Przepiękna pogoda na wędrówkę - po nocnych opadach śniegu nastał słoneczny dzień, z temperaturą w okolicach zera stopni. Wyruszyliśmy z obrzeży Szczecina, przy osiedlu "Nad Rudzianką". Pierwszy etap to żółty szlak, tzw. Droga Górska i faktycznie klimat taki trochę jest. Moi towarzysze wycieczki: Dochodzimy do imponującego głazu narzutowego "Serce Puszczy" przy Drodze Kołowskiej. Tutaj pod wiatą robimy krótki postój na drugie śniadanie. Drogą Kołowską wędrujemy wgłąb puszczy, gdzie niedaleko od Bukowca jest miejsce pamięci ofiar katastrofy lotniczej, która wydarzyła się tu prawie dokładnie 85 lat temu. Wieczorem 31 stycznia 1935 roku niewielki samolot pasażerski Ju 52 lecący z Królewca do Berlina rozbił się w lesie przy złej pogodzie. W wypadku straciło życie 11 osób, a ofiary upamiętniają dwa pomniki - przedwojenny głaz z nazwiskiem jednego z pasażerów (Albrechta Rudelsdorffa) oraz obelisk z r. 2012 z nazwiskami wszystkich ofiar i krótkim opisem katastrofy. Dziś jednak niebo nam sprzyjało, a jego błękit pięknie kontrastował z bielą śniegu w lesie i na polach pod Kołowem. Spotykamy nawet kilka osób na biegówkach - warunki faktycznie są dzisiaj wymarzone na taką aktywność. Maszt radiowo-telewizyjny na Lisicy (140 m npm.) na skraju Kołowa: W stronę Szczecina wracamy niebieskim szlakiem przez urokliwy wąwóz, czyli Królewskim Brukiem, teraz skrytym pod warstwą śniegu, a potem Drogą Kiełpińską. Strava "urwała" mi trochę km, ale wycieczka i tak była bardzo udana. Zima pokazała się nam dzisiaj od najpiękniejszej strony. Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Szykuje się problem z podróżą do Szwajcarii przez Niemcy, a raczej z ewentualnym powrotem ze Szwajcarii do domu. Ponieważ stwierdza się coraz więcej nowych mutacji wirusa w CH, Niemcy rozważają wpisanie Szwajcarii na listę krajów wysokiego ryzyka. Wtedy tranzyt przez DE raczej nie będzie możliwy. https://www.tagesanzeiger.ch/laesst-deutschland-schweizer-bald-gar-nicht-mehr-einreisen-810978457426 Ech, już miałam wpłacać w poniedziałek zaliczkę, ale chyba jednak tego nie zrobię. Waham się, czy jednak nie odpuścić wyjazdu, albo zdecydować w ostatniej chwili, bo siedzenie jak na szpilkach w obawie, że mnie nie wpuszczą z powrotem, albo będę musiała jechać kilka godzin dłużej jakimś objazdem, niespecjalnie mi się uśmiecha.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Czwartego sierpnia. Budzę się ze snu, który składa się z chwilowych drzemek. Ktoś wychodzi na Demawend. Jest niewiele po północy. Zaczyna się. Teraz będą wstawać i wychodzić, grupami aż do rana. Jacek zmienia miejsce. Kładzie się przede mną, od strony wejścia. Altruista - czy co? Jest teraz ciaśniej dla mnie, ale za to cieplej. Jakiś Irańczyk zajął jego miejsce i musiał się przenieść. Tamten był prawowitym właścicielem tego miejsca. Zasypiam znowu. Budzi mnie duży szum. Wstają prawie wszyscy. Moi współtowarzysze niedoli też się obudzili. Patrzymy z przerażeniem, jak towarzystwo ubiera ciepłe gacie, owija się szalikami i wkładają co tylko mają ciepłego. Liczyliśmy, że w dzień, w miarę pogodny, nie powinno być tak piekielnie zimno na górze. A gdyby pogoda się popsuła, zrobiło nagle zimno, mgła, śnieżyca to i tak byśmy zrezygnowali z wyjścia na szczyt. Wstajemy o szóstej. Jesteśmy prawie sami, nie licząc jednego z miejscowych, który zresztą za chwilę wychodzi. Wychodzę na zewnątrz. Mgła, ale nie jest zbyt zimno. Obok schronu leży kilkucentymetrowa warstwa świeżego śniegu. O siódmej wychodzimy. Po kilku krokach Ryśka wymiotuje. Całe śniadanie - zresztą zjedzone z samozaparciem - na śniegu. Poczekajcie - wołam. Wracam do schronu i biorę dodatkowo paczkę pumpernikla. I konserwę rybną. Moja dama ma zawsze, w takich momentach, opory psychiczne. Ona może zostanie, bo nie wyjdzie. Trzeba ją przekonywać, że da sobie radę. Na pewno później będzie żałowała, że nie była na Demawendzie. A przed nami prawie tysiąc siedemset metrów podejścia. Małymi zakosami idziemy wolno w górę. Mgła zanika i robi się cieplej. Przed nami - a wydaje się to tak blisko - idzie grupa Irańczyków. Doświadczenie mówi mi, że pomimo tej „bliskości” mają nad nami godzinę przewagi. Do jedzenia mamy we dwójkę, oprócz wspomnianego pumpernikla i konserwy, ciastka, cukier, orzechy, glukozę i kardiamid, który zawsze nosimy, gdy ktoś idzie na jakiś szczyt. Kończy się piarżysko i zaczyna małe skalne żeberko. Śniegu przybywa. Nasze pudełeczko, schron jest coraz mniejsze. Doganiamy grupkę idącą przed nami. Idziemy wolno, ale systematycznie. Oni idą bardzo nierównomiernie. I co chwilę odpoczywają. Demawend to narodowa góra Irańczyków. Widocznie każdy młody człowiek musi tu wejść. Z góry schodzą pierwsi zdobywcy. Obok po polu śnieżnym, siedząc na kawałku folii, mknie w dół nasz sąsiad ze schronu, władający francuskim. Skała jest dla mnie dość dziwna. Coś w rodzaju brązowego pumeksu. Nie jestem geologiem i nie znam się na tym. Opisuję tylko to, co rzuciło mi się w oczy. Zaczynają mi marznąć nogi. Śnieg jest sypki. Od czasu do czasu pokazuje się słońce. Jesteśmy już na wysokości pięciu kilometrów nad poziomem morza. Jestem po raz pierwszy w życiu tak wysoko. Kto nie był osobiście na takiej wysokości, nie bardzo zdaje sobie sprawę, jak tu się oddycha. Opis nie zastąpi całkowicie osobistego doświadczenia. Gdy idę równomiernym rytmem, to tylko czuję lekki ucisk w klatce piersiowej. I to wszystko. Jestem już zaaklimatyzowany pod Alam Kuh. Więc nie czuję, na przykład, bólu głowy. Dopiero zmiana rytmu, przez przyspieszenie, lub osunięcie się nogi, powoduje uczucie słabości, braku sił. Ucisk w piersiach rośnie i mam wrażenie, jakby brakowało mi powietrza. Stan ten trwa chwilę. Serce wolno się uspakaja i znowu zaczynam wolno kontynuować marsz w górę. Warstwa śniegu staje się coraz grubsza. Na szczęście poprzednicy wydeptali ścieżkę i ta niewdzięczna praca została nam zaoszczędzona. Dolatuje nas zapach siarki, której pierwsze ślady pokazują się w miejscach, gdzie wiatr wydmuchał śnieg. Jesteśmy przecież na wulkanie. Jednym z najwyższych na świecie. Szczyt już jest blisko. Wystarczy przejść jeszcze duże pole śnieżne i będziemy na szczycie. Nasze panie dzielnie się trzymają. Niedobrze. Skończył mi się film w aparacie fotograficznym. Na wszelki wypadek wziąłem zapasowy. Mocuję się dłuższą chwilę z aparatem, zanim film jest założony. Na polu śnieżnym dopada nas huraganowy wiatr. Wieje z siłą podmuchów halnego. Tylko tam są porywy. A ten jest ciągły i znacznie zimniejszy. Idący przed nami Irańczycy się wywracają. Słychać wycie wiatru i łopotanie naszych skafandrów. Ryśka chce wracać. No, nie żartuj przejdziesz jeszcze sto metrów - mówię. Choć przyznam się szczerze, że rezygnacja i mnie przyszłaby bez trudu. Szczyt. Olbrzymie bloki siarki i cisza. Wydrapuję się na nie i patrzę na krater. Równiutka płaszczyzna śnieżna otoczona wokół blokami, które widać na załączonym zdjęciu naszej piątki. Pod śniegiem jest lodowiec. Lodowy korek, który się utworzył, gdy wulkan przestał być aktywny. Może sięgać nawet kilkaset metrów w dół, do skały, ze zastygniętej lawy. Kiedyś to może wszystko wystrzeli ze straszliwym hukiem na kilkanaście kilometrów w górę. Ale teraz wulkan śpi. Pod nami i nad nami kłębią się obłoki. W przerwach między nimi, gdzieś tam daleko w dole pojawia się jeden, czy drugi szczyt Elbursu. Znajdujemy tablicę z napisem Demawend 5678. I fotografujemy się wszyscy razem z nią. Jestem szczęśliwy. Mamy swój rekord wysokości. Może to jest dziwne? A jednocześnie chciałbym już schodzić w dół. Taka podświadoma potrzeba. Czy dziwne? Siedząc w fotelu i oglądając album ze zdjęciami, nieraz marzyłem, aby wyjść na wysoką górę, posiedzieć, pokosztować się widokiem. A tu nic, tylko chęć schodzenia. Człowiek żyje jednak nastrojem chwili. I tylko świadomość przyszłości, nakazy rozumu zmuszają go do innego działania, niż działanie instynktowne. Schodzimy dużymi polami śnieżnymi. Pola się ciągną prawie do samego schronu. Znakomity sposób schodzenia. Jeszcze lepiej by się zjeżdżało na nartach. Oszczędza się siły, jest to sposób szybki i przyjemny. Rozbawiona piątka mknie w dół. Jedni na butach. Drudzy na tej części ciał, która się zaczyna na literę „de”. W ręce czekan, jeśli zaszłaby potrzeba hamowania. Błyskawicznie jesteśmy w schronie. Na górze byliśmy wpół do pierwszej. Godzina upłynęła od tego czasu. W schronie nowa pielgrzymka. Z dołu przyszła kolejna grupa. Ci, co przyszli z góry, zakładają plecaki i wędrują w dół. Na bardziej zasobnych czekają muły, albo konie. My też powędrujemy, tylko musimy coś zjeść. O czwartej schodzimy do Rineh W międzyczasie przydarzyła mi się nieprzyjemna sprawa. Zaginęła mi, pozostawiona w schronie moja horolezka ze śpiworem. Dopiero legionista nam przyszedł z pomocą. Janusz się niecierpliwi. Chce zejść jak najszybciej i jeszcze dzisiaj być w Teheranie. Mało to jest prawdopodobne. Zresztą po co się tak spieszyć? Opuszczamy ścieżkę, którą podchodziliśmy do góry. Zbiegamy na przełaj do Rineh. Razem z nami zbiega kilku Irańczyków. W dole pod nami mgła, a gdzieś pod nią Rineh. Pogoda taka sama jak wczoraj o tym samym czasie. Warstwa mgły nad górami. Nad nią co wyższe szczyty i nasz już Demawend. Którego szczyt co chwilę otula na krótko jakaś chmurka. Najlepiej się zbiega, skacząc z jednej kolczastej poduszki na drugą. Poduszkami są oczywiście traganki. Oby tylko się nie potknąć i nie wpaść gołymi łydkami na tę poduszeczkę, najeżoną tysiącami drobnych kolców. Roślinność na tym stoku nie jest nadzwyczajnie bogata. Poza tragankami i kępami lichej trawy nie ma tu właściwie nic więcej,. Rosną maki o wyjątkowo dużych i pięknych kwiatach. Tak grupka jest celem mojej pasji fotograficznej. Czerwone maki na przednim planie, w tle biały stożek góry i granatowe niebo. Wchodzimy we mgłę. Ostatnie spojrzenie na Demawend. Już go więcej nie zobaczymy, jak pojedziemy dzisiaj do Teheranu. I znowu odczuwam tęsknotę za czymś, co ucieka, co zostaje tylko wspomnieniem. I znowu zmęczenie, i zimno, tłok, i brud w schronie - odrealnią się. Zostaną w pamięci maki na stoku Demawendu, błyszczący śnieg w promieniach zachodzącego słońca i głęboki granat nieba. Błąkamy się we mgle. Rysia z Elżbietą obawiają się, czy trafimy na ścieżkę do Rineh. Czy też sobie pójdziemy w dół w stronę doliny. Mijamy niewysokie murki ułożone z kamieni. Pełnią rolę ogrodzenia. Trafiamy wreszcie na ścieżkę. Mgła rzednie i zostaje teraz nad nami. Widać już Rineh, ale i nogi też już coraz cięższe. Bądź co bądź nie byliśmy tacy najgorsi. Trzy i pół kilometra w górę w czasie jedenaście i pół godziny. Te same trzy i pół - w niecałe cztery w dół. Idziemy prze wieś dyskutując. Janusz chce koniecznie dzisiaj jechać do Teheranu. Ja proponuję, żeby przespać się w Polemunie pod namiotami i jutro rano pojedziemy dalej. Ryśka proponuje, żeby zostać w Rineh. Wykąpać się. Pierwszy raz po dwunastu dniach i zrobić małą przepierkę. Nie uzgodniwszy dokładnie stanowisk dochodzimy do stacji IMF. Jest mikrobus - krzyczy Janusz. Rzeczywiście na drodze stoi mały mynybasik. Biegiem wynosimy plecaki z budynku i ładujemy do mikrobusu. Całej operacji przygląda się pan Abullohi. Co za dziwni ludzie - zapewne sobie myśli. Przyszli wczoraj w południe, wyszli na Demawend i dziś już znikają. To ten nasz ciągły pospiech. Czasem dobry, czasem zły. To po części sprawka naszego kierownika in spe - Janusza. Ma ten człowiek energię. Janusz z Elżbietą wpisują nasze wyjście do książki IMF i już jedziemy do Polemunu. Gdzieś w dole błyszczą światła tej miejscowości. Szosą Amol –Teheran, wiodącą przez Polemun, ciągną sznury aut. Ich nie widzimy, tylko ich reflektory. Nasz mikrobusik powoli zjeżdża w dół. Wyładowujemy nasz bagaż obok małego budynku, który okazuje się być posterunkiem policji. Przesuwamy się trochę, bo zatarasowaliśmy całe przejście dla „władzy”. Janusz poszedł szukać autobusu do Teheranu. Wraca za chwilkę z wiadomością, że jest autobus - dziś już ostatni. Siedzimy w piątkę na tylnym siedzeniu. Jacek usiłuje otworzyć okienko, aby wpuścić nieco świeżego powietrza. Po autobusie chodzi boy i z dużego dzbana, do tej samej szklanki, nalewa pasażerom wodę z lodem. Zdejmuję buty i wyciągam nogi. Silnik warczy jednostajnie. Część pasażerów drzemie. Jakiś chłopak przygląda mi się ciekawie od dłuższego czasu. Dla niego jesteśmy kimś egzotycznym. Na pewno nie wie z jakiego jesteśmy kraju. Za oknem błyskają światła mijanych wsi i miasteczek. W pewnym momencie, gdzieś w dole są ich tysiące. Dojeżdżamy do Teheranu. Błyskawice rozświetlają niebo. Czyżby deszcz? Kończymy jazdę, obok znanego już nam dworca autobusowego Iran Peymy na ulicy Amir Kabir. Sklepy zamknięte. Dzisiaj jest piątek, a też jest już dziesiąta wieczór. Zrywa się silny wiatr, a za chwilę ulewa. Pierwszy nasz deszcz w Teheranie. Chowamy się pod wystający balkon. Wściekam się na Janusza, że nie zostaliśmy w Polemunie. Teraz stoimy tu i mokniemy. Trudno się będzie dostać na camping w ichnią niedzielę i o tej porze. Nie potrzebnie się wściekam. Nie mam zresztą racji. Za chwilę jedziemy, za piętnaście tomanów, do Gol-e-Sahra. W miarę oddalania się od miasta, w stronę campingu, ulice są coraz suchsze. Przy campingu wcale nie padało. Camping leży na południe od Teheranu w stronę pustyni. Burza szalała nad Elbursem, który otacza miasto od północy. Stoję w kabinie pod prysznicem i resztkami mydła, jakie nam pozostały, usiłuję zmyć z siebie grubą warstwę, dziesięciodniowego brudu. Ze zdziwieniem spoglądam na swoje ręce. I nogi, które zrobiły dziwnie cienkie, choć do ułomków nie należę. Klatka piersiowa przypomina, ze względu na żebra, urządzenie z blachy zwane w mojej rodzinnej wsi praczką. Przyjemnie jest wyciągnąć się na śpiworze, popatrzeć na znajome teherańskie niebo. Zasypiam w poczuciu, że jestem czysty i jest mi ciepło. Zdjęcia: 1. Startujemy na szczyt. Jest godzina siódma. Pogoda nas nie zachęca. 2. Mgła znikła. Widać wyraźnie wierzchołek wulkanu. 3. Coraz wyżej. Z góry schodzą pierwsi "zdobywcy". 4. Rysia i Jacek. 5. Krater już "blisko". Kawałecek paniusiu! Jak mawiano w Zakopanem. 6. Nasze panie w towarzyskiej pogawędce. 7. Zdobywcy szczytu zawsze sobie robia takie "rodzinne" zdjęcie. Na nim jest jego wysokość. Z tymi wysokościami, niektórych gór to jest cały cyrk. Wysokość Demawendu "zaczynała" się od 5604 metrów. Która jest prawdziwa? 8. Wyszedłem na te żółte bloki, by zrobić sobie zdjęcie. Najbardziej mi się spodobała wypiętrzona chmura. Ale załapało się coś dziwnego. Duża tablica z napisem w języku farsi, ale napisana alfabetem arabskim. Jakaś staroć. Może dla uczcenia pierwszych zdobywców...? 9. Roślinność poniżej śniegów. Kolczaste poduchy - traganki. Skok z jednej na drugą. Mocny but chronił nogę. Szybkość "schodzenia" i amortyzacja znakomite. No i te ładne maki. Rosnące na wulkanicznej glebie. 10. Skała w Elbursie mnie zawsze intrygowała. Ta, bardzo czarna pod Alam Kuh, to zapewne czarny bazalt. Tu był ciemno brązowy. Nie bedę tego dalej analizował, ponieważ mogę się, jako laik, narazić geologom. Ale jako ciekawostkę dodam, że Aleje Trzech Wieszczów w Krakowie były wyłożone kostka bazaltową. Dużą, śliską. Na tej kostce rozegrano wyścig motocyklowy. Potężne maszyny. Smród eteru, etanolu(?). Jeden nawrót przed Mostem Dębnickim. Drugi - na wysokości Parku Krakowskiego. Na nawrotach bele słomy. To utkwiło w głowie piętnastolatka. Kto to pamięta?1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Ooo,będzie mini spot 😃 @moruniek @1mirinda i ja @lu5asz Ktoś jeszcze? @marboru @Mitek?1 punkt
-
Od 30 stycznia na Nowej Osadzie rozpoczną się zajęcia sportowe! Pozwolą na podniesienie Twoich umiejętności jazdy na nartach, lub snowboardzie. Udział w zajęciach, to nie tylko gwarancja świetnej zabawy, ale również aktywnie spędzony czas na świeżym powietrzu. 𝗖𝗵𝗰𝗶𝗮ł𝗯𝘆𝘀́ 𝘄𝘇𝗶𝗮̨𝗰́ 𝘂𝗱𝘇𝗶𝗮ł? Jeżeli Twoja odpowiedź brzmi „TAK”, to zapraszamy Cię od 30 stycznia na trasy Nowej Osady. Lekcje będą odbywać się codziennie od godz. 8:00 do godz. 22:00. https://zima.nowaosada.pl/blog/2021/01/29/zapraszamy-na-zajecia-sportowe/1 punkt
-
Twoją logikę rozbije w sekundę. W zeszłym sezonie w Łodzi nie miałem grama śniegu, a na nartach spędziłem 24 dni. Jak ktoś kocha narty to pojedzie gdziekolwiek i kiedykolwiek.1 punkt
-
1 punkt
-
Nie chcę Was zbytnio denerwować ale jak już przestało padać to było tak... 👌 https://pasteboard.co/JLVLic0.jpg1 punkt
-
Idąc 1 lutego o godz. 18.00 NA NARTY LUB DESKĘ DO CENTRUM HANDLOWEGO zdecydowanie nie chcemy wyrazić naszego niezadowolenia z otwarcia galerii. Wręcz przeciwnie! My cieszymy się, że nareszcie są uruchamiane setki firm, które nie mogły pracować, a z rekompensatą za zamknięcie było różnie. 👉Idziemy na zakupy, aby wspomóc Najemców. A zrobimy to w strojach narciarskich, czy snowboardowych, aby inni zauważyli, że #CHCEMYNANARTY, #CHCEMYNADESKĘ, #CHCEMYNASTOK 👉Skoro sytuacja epidemiczna pozwala otwierać zamknięte przestrzenie na zakupy, to chcemy otwarcia wolnej przestrzenie na uprawianie sportu i nabywanie odporności 👉Jednocześnie, co najważniejsze, NIE KWESTIONUJEMY EPIDEMII i zasad sanitarnych. Pokazujemy, że na stoku jesteśmy zabezpieczeni strojem, maską, goglami, rękawiczkami i kaskiem. 👉Nie grupujemy się! Pojedynczo, przejedziemy się schodami ruchomymi, zrobimy zakupy, zjemy coś na wynos. Chcemy w ten sposób zrozumieć istniejący paradoks 👉Jeśli spotkamy media nie będziemy się wypowiadać politycznie, nie będziemy nawet używać słowa "Rząd", "partia" itp. Nie jest to nam do niczego potrzebne 👉Koniecznie odwiedzimy sklep sportowy w CH i zrobimy choć drobne zakupy solidarnościowe 👉A gdyby ktokolwiek zabronił nam wejść do CH ze sprzętem, poinformujemy go grzecznie, że mamy takie prawo, chociażby idąc do serwisu lub sklepu sportowego, aby dopasować np. buty do nart 👉Narciarze i snowboarderzy łączcie się i przestrzegajcie zasad. Do zobaczenia na stoku ⛷🏂❄️ Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne kochamy Was ❤️ i jesteśmy solidarni1 punkt
-
1 punkt
-
Rozumiem tę narrację, to znaczy rozumiem tok myślenia, niemniej się z nią nie zgadzam. Proszę mi pozwolić zachować takie prawo, do niezgadzania się. Niemniej szanuję, że inni mogą myśleć inaczej. Czytam to tak, że ZAMIAST decyzji o zakazie podróżowania, który byłby niekonstytucyjny, zamknęli PRETEKST do podróżowania. Tyle, że na miejscu właścicieli tego PRETEKSTU to dostałbym szału! Takie coś to tylko i wyłącznie za PEŁNYM odszkodowaniem - bez tego cyrku z kodami PKB, spadkiem przychodów w trzech kwartałach, zatrudnieniu na 30.09.2020 (która stacja zatrudnia na 30 września!), itp. Ponadto, cytuję "Oczywiście założenie o ruchu międzywojewódzkim jako czynniku propandemicznym może być błędne, ale to chyba nie mamy kwalifikacji do takiej oceny." A kto ma kwalifikacje? Bo dotychczasowe opinie "ekspertów" nie wytrzymują próby czasu. Oni błądzą i my błądzimy. Zamykamy całe miejscowości turystyczne na zasadzie, że BYĆ MOŻE (!) to coś da. Tylko czy dla tego błądzenia warto bankrutować? Dlaczego Szwajcaria uważa, że decyzja o otwarciu ośrodków okazała się słuszna?1 punkt
-
Dodajemy do listy Sport Dolinę w Bytomiu. Kurs :). Gastro na wynos.1 punkt
-
Mamy bardzo sprawnie zorganizowane punkty szczepień, ludzie chcą się szczepić - nie mamy czym, z grubsza wiadomo, dlaczego.1 punkt
-
Byłem w środę od 15 do zamknięcia. Żadnej policji nie zaobserwowałem. Wszystko otwarte łącznie z wypożyczalnią i restauracją (na wynos).1 punkt
-
Dwudziestego siódmego lipca. To nie była spokojna noc. Gwałtowne szarpanie namiotem przez wiatr. Hałas kamiennych lawin i piekielny jazgot blach, które przykrywały schron, trzymających się resztek konstrukcji. Do których przywiązaliśmy namioty. Wydawało się nocy, że się na nas zwalą. Choć wieczorem je sprawdzaliśmy. Ubieram się w namiocie i wychodzę na zewnątrz. Słońce świeci jasno, ale jest jeszcze chłodno. Biorę plastykowe bańki, worek na wodę i kieruję się do wanty, aby nabrać wody na śniadanie. Śnieg jest jeszcze zamarznięty. Dwadzieścia metrów podejścia i dostaję zadyszki. To nie są Tatry. Inna sprawa, że brak mi aklimatyzacji. Na śniadanie jemy nieśmiertelną zupę mleczną. Zupełny brak apetytu i to u wszystkich. Przełknięcie kilku łyżek zupy i zjedzenie kawałka pumpernikla wydaje się być zadaniem ponad siły. Po śniadaniu rozpoczyna się dyskusja, której bohaterami są nasze kobiety. A zwłaszcza Elżbieta. Janusz twierdzi, że Elżbieta powinna zejść niżej, bo czuje się bardzo źle. Co ci jest - pytam się? Pytanie raczej zbędne, bo i tak wszystko widać. Ryśkę też boli mocno głowa. Gdzie chcesz iść na dół - zwracam się do Janusza. Do Sarczal. Posiedzimy tam ze dwa dni, a jak się poczuje lepiej, to wrócimy. Obawiam się, że takie rozbicie grupy, może doprowadzić do tego, że nigdzie w tych górach nie wyjdziemy. W tym stanie psychicznym, w jakim się znajdujemy, łatwo nam może przyjść rezygnacja z ambitniejszych, jak na naszą skalę, planów w tych górach. Czuję to wyraźnie, bo poza niechęcią, do jakiegokolwiek wysiłku i czymś w rodzaju chęci znalezienia się jak najszybciej na dole - nie odczuwam nic więcej. Sądzę, że inni to samo czują. A Ryśka i Elżbieta szczególnie. Później nas ocenią w klubie nie po tym, że kogoś bolała głowa, że miał dosyć tego słońca, śniegu, pumpernikla, konserw i gór w ogóle. I tak dalej. To są rzeczy chwilowe, nieuchwytne i prawie niezrozumiałe dla tego, co ich nie przeżył. Ja proponuję - zwracam się do wszystkich - aby przeczekać jeden dzień. Jeżeli Elżbiecie się nie poprawi, pójdziecie jutro w dół. Mnie się wydaje, że musimy w tych górach coś zaliczyć. Moglibyśmy z Jackiem iść dzisiaj na Szadeh Kuh(4450 m), a potem granią do Mian Sehczal(4250 m). Zaliczylibyśmy w ten sposób dwa czterotysięczniki. Idziemy więc we dwójkę. Próbuję namówić Ryśkę, ale stanowczo odmawia. Bierzemy linę - tak na wszelki wypadek, glukozę, ciastka i kardiamid. Podchodzimy stromym polem śnieżnym w stronę przełęczy między Szadeh Kuh i Mian Sehczal. Podest zostaje w dole. Do szczytu Szadeh Kuh mamy trzysta metrów podejścia. Śnieg jest miękki i bez trudności wybijamy butem stopnie. Kończy się pod samą przełęczą. Przed nami wyrasta wielka kopuła Tacht-e-Sulejman, leżącego po drugiej stronie lodowca Sarczal. Na przełęczy „maliniaki” o odcieniu brązowo-czarnym. Ty jesteś geologiem - mówię do Jacka - co to za skała? Nie geologiem, tylko geofizykiem -protestuje, a to jakaś skała wulkaniczna. Niewiele się od niego dowiedziałem. Robimy kilka zdjęć. Jackowi przy tym wpada, między kamienie, osłona obiektywu. Janusz się będzie wściekał - bo to jego aparat. Idziemy w stronę Szadeh Kuh. Pod szczytem okazuje się, że nie wyjdziemy na niego bez „problemów”. Słowa tego używa się często przy wspinaniu się, gdy pojawiają się na drodze wspinaczkowej miejsca trudniejsze do pokonania. Wyciągam z plecaka linę. Mnie to jest raczej nie potrzebne, ale ze względu na Jacka. Nie wspinał się nigdy. Wiążemy się liną. Ściśle to ja przywiązuję linę do niego. Siadaj na kamieniu i asekuruj. Wiesz - mówię. Na wspinaczce stosuje się komendy. Mogę iść? Ty odpowiadasz - idź! Ja z kolei - idę. Kilkanaście metrów wspinania i jestem na szczycie. Na pierwszym moim szczycie ponad cztery tysiące metrów. Nie jest to wybitna góra, ale liczą się te metry! Kiedyś, leżąc przy źródełku w Karniowicach, słuchałem wyliczania jakiejś wspinającej się dziewczyny, ile ma za sobą czterotysięczników w Alpach. Pode mną dolina Tacht-e-Czal i dalej, bardziej na południe, jakieś łańcuchy górskie pokryte śniegiem. Jacek, z kolei, „zdobywa” Szadeh Kuh. Za nami gramoli się cała grupa Irańczyków. Uśmiechamy się wzajemnie do siebie. Z powrotem, na przełęcz, zjedziemy po śniegu. Jedź Jacek, ja cię będę asekurował liną z czekana. Zabawa w alpinistów. Idziemy dalej granią w stronę Mian Sehczal. Intryguje mnie ten ciemny kolor skały. Ale Jacka jeszcze bardziej. Znalazłeś coś ciekawego? W skale, jak rodzynki w cieście, tkwią czarne, nie granatowe, okruchy. Co to jest? Może granaty. Granaty? Jacek stuka dziobem czekana po kamieniu, usiłując coś wydłubać. Ja też zaczynam stukać, aż rozbijam jeden kamień z „granatami”. Ee, to nie są granaty. Ale skała jest ładna. Do plecaka zabieramy trzy kawałki. Początki programu „naukowego” mamy zrobione. Każda praktycznie wyprawa, w tym okresie naszego kraju, miała w oficjalnym programie, zgłaszanym władzom, program „naukowy”. Ułatwiało to starania o paszport, generalnie o wyjazd z Polski. Odkrywamy dziurę w grani. Co, może jaskinia? O ile wiem, to nikt o tym, z poprzednich naszych polskich wypraw pod Alam Kuh, nie wspominał o jaskiniach. Jacek wchodzi tyłem. Masz latarkę. Mam w plecaku. Poczekaj chwilę. No i co? Co widzisz? Niewielka - ma ze trzy metry. Idziemy dalej, nie będziemy odkrywcami jaskiń. Przed nami szczyt Mian Sehczal. Ten cały szczyt to niewielki występ w grani, która biegnie jeszcze dalej. Ale dalej nie chce nam się iść. Wyjmuję z plecaka pomarańczowy woreczek, w którym mam kawałki cukru, orzechy i precelki - wymieszane razem ze sobą. Jemy to bez przekonania. Herbata z plastykowej bańki jest wstrętna. Robię zdjęcia panoramy. W dole widać schron Sarczal. Z którego ten szczyt wyglądał bardziej imponująco. Zjedziemy może tym polem śnieżnym na nasz lodowiec - proponuję Jackowi, pokazując mu to pole. Tak będzie najłatwiej i najszybciej będziemy w domu. Czekan pod pachę i jazda w dół po śniegu. Kilkanaście minut drogi i jesteśmy przy namiotach. Widzieliśmy jak byliście pod Szadeh Kuh i słyszeliśmy, jak uczyłeś Jacka asekuracji. Nasze panie czują się trochę lepiej. Może pójdziemy jutro na Tacht-e-Sulejman? Droga jest bardzo łatwa. Pięćset metrów różnicy poziomów dzieli od nas od szczytu. Przy okazji wyjdziemy na Szadeh Kuh. Nasze żony nie zdradzają zbytniego entuzjazmu. Spróbujemy je jutro przekonać. Obiado-kolacja przypomina znowu drogę przez mękę. Zupa, trochę konserwy, kawałek chleba i herbata - to wszystko. Piątka młodych i zdrowych ludzi zjada na dzień kilka kromek chleba, lub niecałą paczkę pumpernikla. Obiad wygląda w ten sposób, że za zasłoną z płyt styropianowych, pozostałych po schronie, stoją dwa Juvle. Płyty chronią prymusy przed wiatrem, który potrafi w nieskończoność wydłużać gotowanie, pozbawiając nas w szybkim tempie cennego paliwa. Obiad przygotowuje, przeważnie, męska cześć ekipy. W zależności od tego, który z nas trzech dysponuje największą ilością energii. Pozostali siedzą z obojętnymi minami, na kawałkach płyt styropianowych i bez specjalnego zainteresowania czekają, aż się coś ugotuje. Płyną wolno toczące się rozmowy, przerywane lawinami kamiennymi, na które prawie nie zwracamy uwagi. Może tylko wtedy, gdy zejdzie jakaś większa z nich. Zapada zmierzch, na niebie pokazują się pierwsze gwiazdy. Robi się chłodno. Zupa gotowa! To zupa dla Gienka i Ryśki - oznajmia Janusz, który ją gotował. Siadam z Rysią na kawałku płyty i usiłujemy coś zjeść z jednej aluminiowej miski kochera. Jedz Jacek z nami. Nie dziękuję, będę jadł z nimi. Prawdziwie dantejskie sceny rozgrywają się przy jedzeniu makaronu z konserwą. No, stary! Zjedz jeszcze trochę, troszeczkę! Zachęcamy się wzajemnie. Obiad, czy kolacja - wszystko jedno jak to się nazwie, kończy się. Janusz umocował piekielna blachę, która nam tak dokuczyła minionej nocy. Pora spać. Mój nocny ubiór składa się z kalesonów, skarpet, piżamy, swetra, podkoszulka i czapki narciarskiej. Śpiwory mamy liche. Dobre do Jugosławii, ale nie w zimne góry. Dodatkową ochroną jest coraz większa warstwa brudu, pomieszanego na twarzy z Dermosanem. Zdjęcia: 1. Na pierwszym planie lodowiec Jachczal. Wyżej długa, prawie pozioma grań do szczytu Mian Sehczal -4250 m npm. W lewo, od grani, widoczne skały szczytu Szadeh Kuh - 4450 m npm. Szczyt dalej w lewo, poza kadrem. W tle piramida Tacht-e-Solejman - 4650 m npm. 2. Szczyt Szadeh Kuh - 4450 m. Widok z drogi Steinauera. Po jego prawej stronie pole śnieżne, którym podchodziliśmy z naszego biwaku na podeście. 3. Jacek i autor postu.1 punkt
-
Dwudziestego szóstego lipca. Długo spałem. W schronie półmrok i cisza. Która to godzina? Dziewiąta. Co tak ciemno? Wstajemy - już późno! Wychodzę przed schron. Mgła. Cholera, zdjęcia diabli wzięli! Odkąd przyjechałem do Iranu to nie mam apetytu. W górach zupełnie go brak. Dzisiejsze śniadanie też nie jest wyjątkiem. Po śniadaniu kolej na pakowanie. Kto nigdy nie pakował plecaka, lub czyni to bardzo rzadko - pomyśli sobie - ee, co to jest pakowanie plecaka. Dziesięć, piętnaście minut. Przyznam się szczerze, że zwinięcie niewielkiego obozu, składającego się z jednego namiotu i spakowanie wszystkiego do plecaka, nigdy nie udawało mi się w czasie krótszym, niż w granicach jednej godziny. Pakować trzeba umieć. Rzeczy cięższe na dno plecaka, sprzęt biwakowy też na samym dnie, bo dopiero wieczorem będzie potrzebny. Na samej górze żywność na drogę, coś co w pewnej chwili może być koniecznie potrzebne, bez wywalania całej zawartości. Musi się wszystko zmieścić, co już w nim było i ma powstać zgrabny, dobrze wyważony wór. To jest sztuka, zdobywana przez lata. A wydaje się to takie proste. A tu w Iranie, przy tej masie rzeczy, jakie mamy, trwa to w nieskończoność. Szczególnie na tej wysokości. Tempo pakowania jest bardzo wolne. Zabieramy wszystko, z wyjątkiem konserw, części spleśniałej kiełbasy i jeszcze kilku produktów. Przeznaczone to jest na działalność w rejonie Demawendu. Ładujemy to do jednego z bębnów, który wpychamy na mały stryszek nad schronem. Obawiamy się, że zostawiony na dole, może paść łupem mulników, lub w te strony zapuszczających się pasterzy owiec. Mija dwunasta, gdy wychodzimy. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na tle mgły, która spowija nasz schron i karawana rusza dalej po przygodę. Po dwustu metrach wychodzimy na lodowiec. Krótkie podejście polem śnieżnym i zaczyna się rumowisko skalne, pokrywające ukryty pod nim lód. Janusz prowadzi. Szedł tu przecież wczoraj i ustawiał kopczyki. Najprostsza i stosowana zapewne na całym świecie metoda wytyczania szlaku w górach. Jakoś tych kopczyków nie widać. Zapewne kładł tylko parę kamyków, ułożonych na siebie i trudno je dostrzec w tym rumowisku. Widać długie śnieżne pole. Wydaje mi się, że tędy będzie lepiej. Ze mną idzie Ryśka i Jacek. Potem drugie pole. Mgła rzednie. Wyżej jest słońce. Niesamowicie wygląda zębata grań szczytu Rostam Nisht, ze snującymi się po niej mgłami. Krótki odpoczynek. Muszę ustawić na kamieniu tak nosiłki z przyczepionym worem, aby można je było później łatwo podnieść. Ważą, według mojej oceny, ze czterdzieści kilogramów. Nigdy nie przypuszczałem, że tak łatwo będzie się mi niosło ten ciężar na takiej wysokości. Pomagam Ryśce przy zdejmowaniu plecaka. Pijesz herbatę - pytam się jej? Tak - a ty Jacek? Nie - dziękuję. Janusz z Elżbietą gdzieś zniknęli. Poszli chyba bardziej w lewo pod stoki Siah Kaman. Skaczę z kamienia na kamień, bo chcę zobaczyć, będąc nieco wyżej, jak będzie najwygodniej iść dalej. Kierunek jest jasny, w stronę dużych pól śnieżnych, rozpoczynających lodowiec Jachczal. Tylko trzeba tak wybrać drogę, żeby nie łazić z kilkudziesięcioma kilogramami na plecach po tych kamieniach. Które w Tatrach nazywane są - nie wiem dlaczego - maliniakami. Nazwa zresztą podobno błędna. Idziemy dalej - zwracam się do mojej damy. Na tych kamieniach, idąc z ciężkim plecakiem musi się bardzo uważać. Jedno nieostrożne stąpnięcie, noga wpadnie między głazy, plecak pociągnie w bok i koniec z górami w Iranie. Koniec ze zwiedzaniem kraju. I to nie tylko dla mnie, ale i całej grupy. Ktoś musi mnie znieść na dół. Przetransportować do Teheranu, a potem do Polski. Nieszczęście jednego uczestnika, w takiej sytuacji, jest nieszczęściem wszystkich. Znalazł się Janusz z Elżbietą. Bardzo wygodnie im się szło długimi polami śnieżnymi. Gruz się już kończy. Jeszcze ze sto metrów i zaczną się duże pola śnieżne podchodzące pod tę, jak się nam wydawało wczoraj, przełęcz. Spacerujemy już prawie półtorej godziny. Należy nam się mała przerwa. Wśród nas krąży baczek z herbatą i posklejane landrynki. Świeci jasne, oślepiające słońce. Mgła została za nami i pod nami. Tylko pojedyncze kłaczki docierają do nas. Wkładamy ciemne okulary. Blask od śniegu jest silny, ale nie oślepiający. Niemniej należy być ostrożnym. Tu, na tej wysokości, jest bardzo silne promieniowanie nadfioletowe. Każdy z nas słyszał o ślepocie lodowcowej. Długie pole śnieżne i jeszcze dłuższe podejście do góry stromym stokiem śnieżnym. Świetny firn na narty. Stok też jest znakomity - jak w Kotle Gąsienicowym pod Kasprowym. Przypomina mi się wiosna na nartach. Zawsze najlepiej jeździ mi się w kwietniu. W Krakowie jest już zielono, kwitną drzewa. Ludzie dziwnie patrzą na człowieka z nartami. Wyjeżdżając na Obidową, nagle w głębi wyrasta potężny, biały mur, który rośnie coraz bardziej w miarę zbliżania się do Zakopanego. W Kuźnicach sucho. Zaczynają się zielenić pierwsze rośliny i pusto. Szumi wezbrany wodą potok, z szybko topniejącego śniegu. Na peronie kolejki tylko kilku narciarzy wystawia głowę do słońca, czekając na zjeżdżający z góry wagonik. Jest ciepło, leniwie i strasznie fajnie. A potem szczyt i Kocioł, z którego dochodzi na górę nieustanny szelest malutkich kryształków lodu, przesuwanych z miejsca na miejsce przez dziesiątki nart. Podskakujące na każdej podporze krzesełko, przy jeździe na górę. I obłędna karuzela w dół i w górę. A wieczorem cudowne zmęczenie, które zna każdy narciarz. Taki był dla mnie powszedni dzień kwietniowy, jeszcze kilka lat temu. Teraz jest gorzej i wygląda to, że będzie jeszcze gorzej. Idę do góry tak - rozmyślając. Zakos w lewo, zakos w prawo. Po kilkudziesięciu metrach wbicie czekana, pochylenie do przodu, aby ręce oprzeć na głowicy i odpoczynek. Za mną w dole Ryśka, gdzieś z boku reszta. Jeszcze kilkanaście metrów i koniec podejścia Przede mną prawie płaski lodowiec Jachczal. W niektórych miejscach, białą płaszczyznę śniegu mącą niewielkie skupiska kamieni, wśród których królują duże wanty. Widać stąd dobrze słynną, północną ścianę Alam Kuh. Wydaje mi się, że taki powinien być typowy, alpejski widok. Jeszcze tych wyższych Alp, poza Słowenią, nie widziałem na własne oczy. Ciemna skała, biel śniegu, oślepiające słońce i granatowe niebo. Górski matecznik. Długimi susami zbiegam do podchodzącej Ryśki. Dawaj plecak! Sama poniosę - ty jesteś zmęczony. Dawaj! Nie ma o czym gadać. Na górze już siedzą pozostali. Jeszcze z półgodziny - mówi Janusz. Prawie płasko - bez podejścia. Idziemy dopiero trzy godziny. Całkiem nieźle. Szczyt Mian Sehczal, dosyć imponująco wyglądający ze schronu Sarczal, zmalał do niewielkiej kupy kamieni. Wszystko zmalało. Przekroczyliśmy wysokość czterech tysięcy metrów. Siedzimy na kamieniach, z pod których dochodzi szum wody. Obok jest szczelina lodowca. Z niej gdzieś, z głębi dochodzi ten szum. Lodowiec żyje. Płynie i się topi. Ale tu, to życie jest spokojne. Nie ma seraków, ani potężnych szczelin, tylko łagodne pola firnowe, przysypane miejscami gruzem skalnym. Pod polami lód. Może gruby na kilkadziesiąt, a może na sto metrów. Glacjolodzy mówią o miąższości lodowca. Nie wiem jaka jest. Ale tego lodu jest dużo. Nie jest , oczywiście, to gigant Baltoro z Karakorum. Pierwszy raz jesteśmy na lodowcu. Byliśmy na nim pod Triglavem w Alpach Julijskich. Ale tamten to było maleństwo. Po każdym postoju plecak jest cięższy. Tempo znacznie zmalało. Wypoczywam, co kilkadziesiąt metrów. Góry mi dają do zrozumienia, że na tej wysokości i z tym ciężarem tak łatwo się nie chodzi. Jakiś człowiek w czerwonym swetrze idzie w moja stronę. To pewno jeden z Irańczyków. „Hallo”- gestem pokazuje, abym dał mu mój plecak, to poniesie. Thanks you - dziękuję. Idziemy razem - uśmiechając się do siebie - w stronę schronu, z którego pozostały pogięte resztki na kamiennym podeście. Góry, góry - jesteście może ostatnim miejscem na ziemi, gdzie idea braterstwa międzyludzkiego, nazywając to nieco górnolotnie, jeszcze się krzewi. Choć zapewne nie wszędzie. Cóż człowiek może przeciwstawić siłom natury. Tylko swoja odporność fizyczną i psychiczną, w których podstawą jest świadomość, że nie jest się samotnym, że są inni, którzy pomogą. Niestety, niepoprawny romantyku górski, dobrze wiesz, że coraz bardziej szerzy się biznes w górach. Na podeście stoją trzy namioty Irańczyków, przywiązane do resztek poskręcanego żelastwa, jakie zostało ze schronu. Kiedyś to była ładna, półokrągła budowla - schron Alamczal. Namęczymy się trochę, aby to zrzucić i zrobić sobie miejsce pod namioty. Ach! Co za miła niespodzianka - miejsce gotowe. For you - dla was. Pada z grupy witających nas czarnych postaci. Pokazuję na palcach. Three men - trzech mężczyzn i two women - dwie kobiety. Oni jeszcze idą. Zostawiamy plecaki i idziemy z Jackiem z powrotem, pomóc naszym dziewczynom. Ryśka już nie oponuje. Noszenie przez kobietę plecaka o wadze ponad dwadzieścia kilogramów, na wysokości czterech tysięcy metrów, nie jest raczej rzeczą łatwą. Nasze panie spisały się jednak dzielnie. Przyczepiamy namioty do resztek konstrukcji. Powstaje z tego plątanina, krzyżujących się we wszystkich kierunkach, linek. Water - woda, zaczepiam któregoś? Pokazuje na dużą wantę, z pod której coś cieknie. Robi się zimno. Gotujemy obiado - kolację. Tempo ruszania się znów spadło. No, cóż dodatkowe pół kilometra w górę. Namiot napchany do granic możliwości. Konserwy zostały na zewnątrz. One mogą zmoknąć, gdyby zepsuła się pogoda. Resztę trzeba było upchać do środka, łącznie z butami. Zrywa się lekki wiatr. Po niebie przewalają się chmury. Oby tylko pogoda się nie zepsuła. Namiot trzepocze. Zaczyna mnie znów boleć głowa. Z zewnątrz dochodzi monotonny, i jak mi się wydaje, smutny Irańczyków. Przerywany co pewien czas grzmotem kamiennych lawin, spadających z północnej ściany Alam Kuh. Pierwsza w życiu noc na wysokości cztery tysiące sto pięćdziesiąt metrów. W powietrzu jest tylko ze sześćdziesiąt parę procent tlenu z tego, co mam w Krakowie. Zdjęcia: 1. Nasza ekipa. Janusz, Elżbieta, Jacek i Rysia(idzie). Nie rozpieszczaliśmy naszych pań. 2. Te kilogramy niesione na plecach. Ustawić nosiłki i podstawić plecy. Minimum wysiłku. 3. Lodowiec Jachczal i nawet szczelina brzeżna się "załapała" w kadrze. 4. To co zostało ze schronu Alamczal - 4150 m npm. Jacek i nasze namioty.1 punkt
-
Dwudziestego piątego lipca Budzę się. Na zegarku godzina dziewiąta. W schronie panuje półmrok. Tylko przez małe okienko, z rozbitą szybą, wpada trochę słońca do środka. Czuję się lepiej. Ból głowy się zmniejszył. Z Elżbietą jest dalej źle. Na śniadanie gotujemy zupę mleczną i jeszcze coś innego. W pamięci została mi tylko zupa, bo ją tylko można było, z jakim takim apetytem, zjeść. Słońce przygrzewa. Nad Doliną Sarczal unoszą się mgły, ciągnące się hen daleko w stronę Morza Kaspijskiego. Snujemy się dookoła schronu i próbujemy ustalić nazwy szczytów, porównując je z mapką. Co do Alam Kuh to wszyscy jesteśmy zgodni. Ten nad nami, po drugiej stronie lodowca to chyba Siah Kaman(4480 m) - twierdzę. Skąd wiesz? To chyba jasne, nie! Zorientujemy mapkę. Jest niewielka i pochodzi z jakieś czasopisma, gdzie był artykuł opublikowany przez jakąś polską wyprawę. Chyba tak, to jest Siah Kaman. A ten w środku to Mian Sehczal(4250 m). Za tą granią, która odchodzi z niego w prawo, w stronę Alam Kuh powinien być schron Alamczal – do którego chcemy dojść, bo stamtąd będziemy mieli znacznie bliżej na okoliczne szczyty. Jest znakomita, fotogeniczna pogoda. Śnieg, słońce i chmury. Nie chce mi się jednak wyjąć aparatu. Jutro - myśle sobie. Usiłuję coś porządkować w schronie. Do bałaganu, jaki tu panował, dołożyliśmy swój. Powyjmowałem żywność z bębnów i dalej nie chce mi się nic robić. Nachodzą mnie jakieś wojskowe przyzwyczajenia. Mam ochotę wygrzebać latrynę w śniegu. Siadam jednak przed schronem na skrzynce, pozostawionej przez poprzedników. Musimy coś robić - mówi Janusz. Oczywiście, że musimy. Trzeba by było zrobić rekonesans lodowca i zobaczyć jak wygląda Alamczal. No i znaleźć najlepszą do niego drogę. Jest do niego około sześciu kilometrów i pięćset pięćdziesiąt metrów różnicy poziomów. Warszawiacy - jak czytałem w „Taterniku”- mówię - szli siedem godzin. Chodziło mi o wyprawę, Klubu Wysokogórskiego z Warszawy, z zeszłego roku. Poszlibyśmy z Jackiem - mówi Janusz. Pokaż mapę - ustalimy drogę. Gdzie jest Alamczal? No tam, za tą grania od Mian Sehczal. Trzeba by było iść zboczem, obok lodowca do takiej małej, zielonej buli, tam pod tymi skałkami - pokazuję ręką. A stamtąd trawers w lewo, przez lodowiec, w stronę takiej jakby przełęczy między Mian Sehczal a Siah Kaman. Ale to nie jest przełęcz, to tylko tak stąd wygląda. Tam za tym powinien być lodowiec Jachczal i na nim pod Alam Kuh, gdzieś tam jest schron. Weźmiemy trochę konserw. Pomagamy im pakować się. Biorą konserwy, Juvel i czekany. Jak nie dojdziecie do Alamczal, to wróćcie przed zmrokiem tutaj. Zostawcie konserwy po drodze i wracajcie. Tylko zaznaczcie dobrze to miejsce. Dobrze, dobrze. Poszli, objuczeni plecakami. Niedaleko od schronu cieknie trochę wody ze śniegu. Ryśka poszła się myć i zamierza coś przeprać. Jeśli w takiej zimnej wodzie można mówić o praniu. Patrzę przez lornetkę, gdzie zniknęli panowie J. Nic nie widać. Nie wiadomo, jak ten lodowiec wyżej wygląda. Może jest jakiś uskok, szczelina i gdzieś tam się skryli. Mamy około siedmiu litrów benzyny. Wydaje mi się, że zostaniemy tu dziesięć do dwunastu dni. To braknie. A to nie byłoby najlepiej. W schronie stoją jakieś bańki po poprzednikach. Może w którejś jest benzyna? Benzyny nie ma, ale jest nafta i prymus naftowy. Historia odkryć geograficznych, to także historia prymusa. Strasznie kopci to urządzenie, ale za to oszczędzamy benzynę. Menażka z zupą mleczną jest już prawie czarna. Nie ma ich! Systematycznie przeszukuję lornetką lodowiec. Kawałek, po kawałku. Jdź się umyć. Poczujesz się o wiele lepiej - mówi moja dama. Do wody trzeba zejść trochę niżej, jakieś sto metrów. Dookoła schronu rosną kolczaste kule - traganki. Woda jest zimna. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego przy myciu się zimną wodą marzną, przede wszystkim ręce, a nie reszta ciała. Jeszcze mycie ząbków i koniec tej pańszczyzny. Schron wygląda stąd jak mała kamienna budka. Drzwi z desek, niewielkie okienko z wybitą szybą, niewielki podest na którym teraz stoją teraz puste bębny, służące nam jako fotele i stoliki. Dach z płytek łupka, obciążonych dodatkowo kamieniami. Na ścianie żółta tablica z logo JMF. To jest teraz nasza baza - tak go dumnie nazwaliśmy. Baza stoi na małej buli kończącej ramię spadające ze szczytu Siah Gug - tak się domyślam. Ponieważ trudno z dołu ustalić to dokładnie. Następnie myje się Elżbieta, a ja powracam do poprzedniego zajęcia, oglądania lodowca przez lornetkę, z podziałką w tak zwanych tysięcznych. Jest to sprzęt wojskowy, jeden okular, zagięty. Ciekawy jestem w jakiej wielkości będą Jacek i Janusz na lodowcu na polu podziałki, w porównaniu z leżącymi na nim dużymi głazami. W Tatrach takie głazy nazywają wantami. Taka wanta będzie miała ze sześć metrów - mruczę sobie pod nosem. Do niej będzie ze dwa kilometry w linii prostej. Oj! Nawet przez lornetkę trudno ich będzie dostrzec. Wraca Elżbieta po skończonych ablucjach. Widzisz ich? Nie. Szukam bez przerwy i nic. Dziewczyna czuje się znacznie lepiej. Siada obok na skrzynce i teraz ona próbuje szczęścia z lornetką. Na prymusie - smarowniku gotuje się makaron. Potem podgrzewamy konserwę. Trzeba włożyć masę wysiłku, aby to zjeść. Herbata jest trochę lepsza. Z kolei Ryśkę zaczyna boleć głowa. Musi widocznie złożyć haracz górom. Dotychczas trzymała się dzielnie. Kładzie się w schronie do „łóżka”. Elżbieta ogląda góry przez lornetkę, a ja piszę swój pamiętnik. Mgły nad doliną wiszą sobie dalej. Słońce skryło się za granią i nasz schron jest w cieniu. Chłodno. Przez lornetkę, oglądam po raz, nie wiem który, lodowiec. Są! Prawie jednocześnie wykrzykuję z Elżbietą. Mignął mi gdzieś w obiektywie ruchomy punkcik. Oo, jeden się rusza, drugi stoi. Szukam po znanym mi polu śnieżnym. Jest! Rzeczywiście. Widzę wyraźnie jak jeden idzie - to chyba Janusz, a drugi – przystanął, a potem zaczyna zbiegać. Chyba doszli do Alamczal – dzielne chłopaki! Gotujemy z Elżbietą budyń. Rysia leży. Jest godzina siódma. Powinni tu być za godzinę. Gotujemy dla nich herbatę. Pierwszy idzie Jacek. Co z Januszem? Kopczykuje drogę przez lodowiec. Za chwilę zjawia się Janusz. No, jak tam? Schron jest zburzony i kupa Irańczyków. Śpią w kilku namiotach, postawionych na podeście. Pokazywali nam zdjęcie panoramy Alam Kuh, ale nie było tam polskich dróg na szczyt. Tylko niemiecka, irańska i włoska. Francuska - wtrącam. Tak - francuska. Da się nasze namioty postawić? Da. Ale gdzie? No! Na podeście - tylko go trzeba uprzątnąć. Do góry szliśmy trzy godziny, a w dół półtorej. Przyszlibyśmy wcześniej, tylko Janusz ustawiał kopczyki - wtrąca Jacek. Prawidłowo. Konserwy zostawiliśmy pięć minut od schronu - kontynuuje dalej Janusz. Mam nadzieję, że nikt się do nich nie dobierze -wtrącam. Wcinają zasłużony obiad, będący też kolacją. Świetnie się spisali. Dokładnie nad szczytem Siah Kaman jest widoczna jasna gwiazda. Ryśka się wczoraj pytała, czy tam jest obserwatorium. Tu - obserwatorium! Za jego granią świeci księżyc, który jakoś nie może z za niej wyjść. Grań biegnie ukosem górę i księżyc też tak się porusza. Stoki, szczyty nad nami i warstwa szczelnej mgły nad doliną - wszystko jest oświetlone światłem księżyca. Tylko nasz schron jest cieniu. Ogarnia mnie w takich chwilach jakiś romantyzm. Najpiękniejsze rzeczy, że użyję takiej nazwy, tworzy natura, Stwórca tego świata, a nie człowiek. Jestem czuły na to piękno. Śliczny mam przed oczami widok. Trwaj jak najdłużej. Zostaniesz w pamięci, w wyobraźni ty czarna piramido, nazwana Siah Kaman, z bielejącymi pasemkami śniegu w żlebach. To co jutro wyruszamy wszyscy pod Alam Kuh? Szef grupy Janusz mąci ten nastrój. Bierzemy sprzęt, żarcie i tylko zostawimy trochę konserw na Demawend. Gwiazda - światełko znad szczytu przesunęła się w prawo i w górę. Z dołu dochodzi słaby szum potoku. Pora iść spać.1 punkt
-
Kolejne zdjęcia - do postu cd13: 1. Na pierwszym planie blok kamienny- Wanta. W głębi szczyt Szadeh Kuh(4450 m). Szczyt ten sterczał trzysta metrów nad podestem. Podchodziliśmy na niego widocznym polem śnieżnym. 2. Resztki schronu Alamczal(4150 m). Zburzonego przez lawinę śnieżną. Wyżej ten wzmiankowany śnieżny stok. 3. Siah Kaman(4480 m) i w prawo grań w stronę szczytu Czalun. Grań ta nam towarzyszyła z lewej strony, w czasie podejścia lodowcem w górę.1 punkt
-
Dwudziestego czwartego lipca. Budzik zaczyna się wściekać o piątej. Mamy godzinę czasu do wyruszenia. Upychamy, wyjęte z plecaków rzeczy, z powrotem do nich. Jacek gotuje herbatę, a dziewczyny przygotowują kanapki z pumperniklem. O szóstej pojawia się pierwszy muł. I zaczyna się obciążanie tego zwierzaka. Na grzbiecie ma coś w rodzaju grubej maty, sięgającej do połowy brzucha. Po obu stronach grzbietu mulnicy mocują plecaki, wiążąc je sznurami i mocując pasami, przechodzącymi pod brzuchem muła. Jeden muł zabiera około osiemdziesięciu kilogramów ładunku. Potem kolej na drugiego i trzeciego. Biegam dookoła z aparatem fotograficznym, aby uwiecznić ten dla nas „doniosły” moment, formowania „karawany”. Czytało się o tym dotychczas tylko w książkach. Teraz to jest naszym udziałem. Ranek jest szary. Nad wsią snują się mgły. Gór nie widać, za wyjątkiem najbliższych stoków. Dokładnie szósta trzydzieści karawana wyrusza w drogę. Mamy do pokonania prawie dwadzieścia kilometrów pod Alam Kuh. Założymy obóz pod północną ścianą tego szczytu, na wysokości ponad cztery kilometry. Rudbarak leży na wysokości tysiąc dwieście metrów. Ubrani jesteśmy bojowo, w ciężkie górskie buty i w aparaty fotograficzne. Nastrój znakomity. Mgła rzednie. Obok drogi szumi, przelewając się na kamieniach, Sardab. Na przedzie muły, za nimi dwóch mulników. Na końcu my. Starszy z nich ma około czterdziestu lat, młodszy ze dwadzieścia. Na nogach mają coś w rodzaju kaloszy. Ceremonia kierowania mułami jest prosta. Używa się do tego patyka i cmokania. Pojawia się żółta tablica z napisem - Hesarczal, Alam Kuh. Skręcamy w kierunku, który wskazuje. Po drugiej stronie potoku, u wylotu trawiastego żlebu, leży duży płat brudnego śniegu. Śnieg w lipcu na tej wysokości? To prawdopodobnie pozostałość po dużej lawinie. Niezłe tu muszą być w zimie opady! Widzimy jakieś ogromne zielska, nieco podobne do naszych łopianów. Stoki gór są porośnięte dość gęstym, liściastym lasem. To przeważnie buki. Ale spotyka się tu dęby, wiązy, jesiony, wierzby a nawet bukszpany. Sosny włoskie, cyprysy i tuje rosną na niższych wysokościach. Przechodzimy obok prymitywnej chałupki. Posiada tylko trzy ściany, z których czołowa jest ułożona z kamieni, a dwie pozostałe stanowi skalne zacięcie. Dach jest wykonany z płytek łupkowych i obciążony kamieniami. Na którymś z zakrętów doliny Hesarczal, którą idziemy, ukazują się w głębi potężne ośnieżone szczyty. Tacht-e-Sulejman -pytam się przewodnika. Yes – tak! To daleko. Dwadzieścia kilometrów i dwa tysiące czterysta metrów do góry. Jeszcze dzisiaj przed nami. Pod samą Alam Kuh muły nie dojdą. Jak się czujesz-pytam Ryśki? Za szybko idą - nie mam kondycji. Nie dobrze - myślę. To dopiero początek. Na kamieniu leżą dwie kozice. Jedna z poderżniętym gardłem. Obok kilku Irańczyków. Jeden z nich ma lornetkę. Szakal – mówią. Tu są więc szakale. Moment odpoczynku, ponieważ i mulnicy się przyglądają. Tylko muły poszły swoja drogą. Ryśka coraz bardziej wysiada. Postój będzie w Vandaraban, do którego dojdziemy - według informacji pana Nagavi - około dwunastej. Teraz jest dziewiąta. Moja dama nie wytrzyma jeszcze trzy godziny tego tempa. Swoje trzy grosze zaczyna dorzucać słońce. Zrobiła się pogoda i tylko gdzie, niegdzie włóczą się po szczytach mgły. Tapol, tapol - wykrzykuje młody mulnik. What`s – tapol? Z mimiki można się domyślić, że będzie tam postój. Przekraczamy Sardab i Tapol okazuje się być pojedyńczą chałupą. Muły dostają siano, a nam mała dziewczynka zaofiarowała herbatę. Nie bardzo chcemy z niej korzystać, bo mamy własną, a poza tym nie mamy drobnych rialsów. Z drugiej strony gospodarz, prawdopodobnie ojciec dziewczynki, może się obrazić. Otoczenie domu wskazuje, że właściciel utrzymuje się tylko z pasterstwa. Trudno bowiem uważać za źródło utrzymania kilka słoneczników rosnących na marnej grządce. Nasze panie, a szczególnie Rysia, są solidnie zmęczone. Komu w drogę, temu czas. Zaczyna się dyskusja. Musimy chyba zapłacić za herbatę? Nie! Ile im damy? Dziesięć herbat -pięćdziesiąt rialsów. To za dużo. Nie mam zresztą drobnych. A z doświadczenia wiem, że pieniędzy się często nie wydaje. Przynajmniej w takich okolicznościach. Mogą zresztą nawet, gdyby chcieli rozmienić, tu nie mieć możliwości, bo nic nie mają. Wezmą to, co im damy. Ile - zwracam się do Janusza? Który nosi wspólną kasę. Grzebie w portmonetce i wyciąga dwadzieścia rialsów. Daj ty - mówi do mnie. On uważa, że to jest za dużo. Ja - za mało. A gospodarz uśmiecha się tajemniczo. Ba! Kto miał rację? Późniejsze doświadczenia wykazały, że Janusz. Dwadzieścia rialsów, to trzydzieści centów. A w tym kraju tak łatwo się pieniędzy nie zarabia. Może, z wyjątkiem, gdy to są cudzoziemcy. Tacy jak my. Muł zaczepił o ogrodzenie moją nową horolezką. Ciągnie bydle i zaczynają w niej pękać paski. Cmokanie przywołuje go do porządku. Góry łysieją coraz bardziej. Ich szczyty już są pozbawione drzew, tylko niżej pozostały pojedyncze ich grupy. Słońce dopieka. Nad potokiem Sardab miejscami są śliczne łączki. Oh! Żeby tu rozbić biwak, posiedzieć tu trochę - wyrywa się Ryśce. Nie potośmy przyjechali do Iranu, aby siedzieć nad potokiem - mówię do żony. Kolejny dom z dużym polem słoneczników. Na tym pustkowiu to prawie pałac. Nasz mulnik chce od nas „cigarets” - papierosów. Nikt z nas nie pali. Ale je mamy. To tylko, jak wynika z doświadczeń różnych wypraw, dobry środek służący do ułatwienia załatwienia różnych spraw. Są głęboko w plecaku - informuje Elżbieta. W Vandaraban - mówię do niego. Częstuje nas podpłomykiem. Kurtuazja nakazuje jeść, choć każdemu z nas na pewno przypominają się - dżuma, cholera, ospa i diabli wiedzą co. Na stokach pasą się konie. Vandaraban. Kolejna osada. Jest nią gliniany dom w kształcie litery „L”, który od zewnątrz, na dłuższym boku, ma krużganek. Do słupów krużganka można by przywiązać konie i byłoby ranczo. Tym razem honory gospodarza pełni kobieta. Zauważyliśmy, że po tej stronie gór, kobiety nie noszą czadorów. Góry Elburs są nie tylko granicą klimatyczną, ale i etniczną. Na dywanie, po turecku, siedzi grupka miejscowych, do których dosiedli się nasi mulnicy. A wśród nich starzec z siwą brodą. Nad małym ogniskiem, w czajniku gotuje się woda. Siadamy na drugim dywanie. Jak ludzie dobrze wychowani, zdejmujemy buty. Nawet, gdybyśmy nie byli - to i tak zdjęlibyśmy, bo nogi nasze tego wymagają. Zapowiada się dłuższy postój. Muły zostały pozbawione swojego ciężaru i spokojnie zajadają sobie siano. Pijemy podaną nam herbatę, gotujemy swoją i podgrzewamy konserwę. Obok płynie Sardab, mulnicy zaciągają się otrzymanymi od nas papierosami i płynie spokojna rozmowa na sąsiednim dywanie. Tylko my jesteśmy dysonansem, w tym spokojnym i jakby leniwym obrazie, ze swoim pośpiechem. Ludzi cywilizowanego świata. Którzy tu przyjechali, aby zaliczyć jeszcze jeden kraj, jeszcze jeden szczyt, jeszcze jedno miasto. Starzec pokazuje Elżbiecie, że boli go głowa. Ci ludzie widocznie wierzą, że potrafimy leczyć. Z tym leczeniem to miały nieraz kłopot ekspedycje himalajskie. Dostaje dwa proszki na ból głowy. Oby tylko za nim nie poszli inni, bo apteczkę mamy skromną. Możemy rozdawać co najwyżej witaminy. Wyruszamy w samo południe, płacąc pięćdziesiąt rialsów. Tak dużo, bo nie mieliśmy drobnych. Droga wiedzie teraz Doliną Sarczal. I potok też się tak nazywa. Drzewa kończą się definitywnie, wyżej będzie trawa, jeszcze wyżej śnieg i lód. Zostało nam jeszcze tysiąc sześć set metrów podejścia. Mamy wyjść na wysokość trzy tysiące sześć set metrów do schronu Sarczal. Leżącego powyżej moreny czołowej lodowca o tej samej nazwie. Wszystko tu nazywa się Sarczal. Zbliża się do nas z góry mikro karawana, złożona z jednego muła i kilku ludzi. Na grzbiecie niesie narty. Uprzejme „helou” i pytania z obu stron - kto, skąd i dokąd? Przed nami mamy mistrza narciarskiego Iranu. Champion wraca z treningu pod Alam Kuh. My też jesteśmy narciarze. Charakterystyczne ugięcie nóg w kolanach, ręce w lekko bok. Znana sylwetka. I rozumiemy się doskonale. By - część, do widzenia i idziemy dalej. Ostatni dom na trasie, jak wynika z mapy. Dookoła niego pełno owczego łajna i sfora psów. Kończy się to, szczęśliwie dla nas, tylko na głośnym – hau , hau. W miejscach, gdzie ścieżka jest kamienista, muły zwalniają. Żeby tych kamieni było jak najwięcej - mówię do Jacka. Ja też wysiadam - odpowiada. Kilkadziesiąt metrów za nami idzie Ryśka, a kawałek dalej Elżbieta i Janusz, który jej towarzyszy. Potok Sarczal, który szumiał daleko w dole, pojawił się znowu obok nas. Musimy go przekroczyć, bo ścieżka biegnie dalej po drugiej stronie. Z góry pędzi prąd wściekłej wody. Pierwsze przechodzą muły, potem mulnicy, a na końcu skacząc po kamieniach Jacek. Ja zostaję i poczekam na Ryśkę, bo sama tu nie przejdzie. Nie jestem już też w stanie wytrzymać tempa mulników. Widzę jak Jacek stoi na zboczu po drugiej stronie i wymachuje rękami, coś krzycząc. Zdaje mi się, że do nadchodzącej Ryśki. Nic nie słychać, bo ten wściekły ryk wody zagłusza wszystko. Wydaje mi się, że jej widocznie chce pokazać, gdzie jestem. Na stoku powyżej pasą się owce. Są różnokolorowe, białe, czarne, brązowe. Czekam na Ryśkę, a wyżej, po drugiej stronie potoku, czekają na nas mulnicy z Jackiem. Pomagam jej się przeprawić. Mulnicy poszli dalej. Prawdopodobnie już ich dzisiaj nie dogonimy. Dostrzegamy Elżbietę i Janusza. Są jeszcze dość daleko od nas. Machamy do nich rękami, wskazując dalszy kierunek drogi. Janusz nas dojrzał i możemy iść spokojnie dalej. Ciężko się nam idzie. Potok został w dole. Siadamy na kamieniach. Wyciągam mapkę doliny Sarczal. Jeszcze jakieś siedemset, dziewięćset metrów w górę. Rozglądam się dookoła. Ten szczyt to chyba Siah Kaman, ma prawie cztery i pół kilometra. Tam po drugiej stronie grani powinna być dolina Naft-e-Czal. Turnie, turniczki - bez nazwy. To nie Tatry, gdzie prawie każdy kamień jest nazwany i pomierzony. Po kilkuset metrach znowu siedzimy. Jesteśmy bardzo zmęczeni i chce nam się pić. Widać morenę czołową lodowca Sarczal. Tam gdzieś obok niej powinien być schron. Odpoczywamy już nie siedząc, a leżąc. Sto metrów i kładziemy się gdzieś w cieniu pod kamieniem. Następne sto i znowu leżymy. Jestem przerażony. Chcę w przyszłym roku jechać w Hindukusz, a tu na wysokości niewiele ponad trzy tysiące metrów jestem zupełnie do niczego Dysponowałem zawsze dobrą kondycją w Tatrach. Pocieszam się, że się zaaklimatyzuję. Ryśka czuje się trochę lepiej ode mnie. Dopadamy wody wypływającej z lodowca. Piję i się polewam. A ameby - mówi jakiś głos we mnie? Bzdura - ameby! Jaka ta morena wysoka! Teraz odpoczywamy, co kilkanaście metrów. Gdy wychodzimy na morenę dostrzegam schron Sarczal, a głębi wymarzona panorama Alam Kuh. Jakoś to wszystko nie robi na mnie wrażenia, z wyjątkiem faktu, że schron jest blisko. Idziemy przez małą łączkę, na której rosną śliczne, malutkie, niebieskie kwiatki. Od strony schronu w naszą stronę idą muły. Wracają. Młodszy wręcza mi kartkę od Jacka. Daj im jeszcze pięćdziesiąt rialsów. Opłata za muły wynosiła siedemset pięćdziesiąt rialsów. Czyli jakieś niecałe dziesięć zielonych. Obawiamy się z Rysią, że Janusz z Elżbietą nie dojdą dziś do schronu. Patrzyliśmy w dół moreny i nie było ich widać. Jest prawie piąta. Za dwie godziny będzie ciemno. Wydrapuję scyzorykiem- ponieważ nie mam długopisu - na kamieniu napis ”pomoc przyjdzie”. Owijam to w kartkę Jacka i daję mulnikom. Na pewno ich spotkają. W schronie Jacek pichci herbatę. Nalewam ją do kubka i do tego dwie łyżki glukozy. Wiesz co - zaczynam? Patrzyliśmy z Ryśką długo w dół moreny. I nie widzieliśmy nigdzie Janusza i Elżbiety. Sądzę, że oni dzisiaj nie dojdą. Elżbieta wysiadła zupełnie. Należałoby wziąć śpiwór, coś do żarcia, Juvel. Naszą machinę do gotowania i iść w dół. Może byś ty poszedł - mówię do Jacka. Bo ja jestem zupełnie „lewy”. Dobrze - pójdę. Ładujemy plecak i Jacek schodzi. Popijam herbatę i patrzę jak Jacek schodzi. Ee, ee - odbija mi się i cała herbata z glukozą użyźnia ziemię. To skutki picia lodowatej wody w czasie podejścia. Zaczyna mnie boleć głowa. Jacek zniknąl mi z oczu. Szukam lornetki. Może przez nią go dostrzegę. W lornetce widzę Elżbietę i Janusza wychodzących na morenę. A gdzie jest Jacek? Oby się nie rozminęli! Już mam zamiar krzyczeć, gdy Jacek ich dostrzega. Wloką się razem przez łączkę, ze ślicznymi kwiatkami. W kamiennym schronie brud. Stalowe łóżka z poukładanymi w poprzek deskami. Materace z gąbki, leżące na betonie. Znajduję lampę naftową, kilka świeczek, jakieś woreczki napchane pestkami ze słonecznika. Jest jeszcze cały szereg rzeczy, które zwykle zostawia się po sobie w schronach górskich. Pichcimy z Rysią herbatę. Trójka jest już blisko. Biorę miskę od kochera z herbatą, kubek i schodzę do nich. Elżbieta idzie resztką sił. Pije i siada na kamieniu. Imponuje kondycją Jacek. Siedzimy przed schronem i gotujemy. Zapada wieczór i robi się chłodno. Elżbieta leży. Jest całkowicie wykończona. Ja nie mam zupełnie apetytu. Nawet pić mi się nie chce. Inni też apetytem nie imponują. O Elżbiecie nawet nie ma co mówić. Zimno mi i coraz bardziej boli mnie głowa. Wkładam sweter, skafander i czapkę narciarską. W rzeczywistości to nie jest tak znowu zimno. Objawy te są oznaką zmęczenia organizmu i braku aklimatyzacji. W schronie pali się lampa naftowa. Kładę się do „łóżka”, to znaczy na materac gąbkowy. Ubieram piżamę, bo i taki luksus mamy. Na to sweter. Na nogach mam skarpetki, a na głowie czapkę narciarską. Dostajemy z Elżbietą, jako „chorzy”, gorący barszcz do łóżka. Pozostali jeszcze coś tam jeszcze gotują. Zapada noc na wysokości trzy tysiące sześćset metrów. Latarka leży obok głowy. Wiecie co? Może ostatni wyniesie lampę do przedsionka, bo jak ktoś w nocy ją uderzy, to spłoniemy. Dookoła nas pustka. Ostatni ludzie zostali półtora kilometra niżej. Jak to inaczej wygląda - myślę - gdy się siedzi w domu i planuje taką wyprawę. W wyobraźni jawią się wtedy potężne szczyty, obsypane iskrzącym się w słońcu śniegiem i spadające z pod nich lodowce. A niżej zielone doliny, pokryte lasem i cudowne potoki. Wyobraźnia nas umieszcza, siedzących przed obiektywem aparatu fotograficznego, na jednym z tych szczytów. Za plecami mamy wspaniałą panoramę górską. Drugi obrazek - leżymy leniwie, po trudach „zdobywania”, obok namiotu, który powinien być w lasku i nad potokiem. Taką ma się czasem wyobraźnię, ukształtowaną na podstawie książki, albumu. Głos rozsądku, powstałego z doświadczenia, jednak mówi - uważaj bratku! Góry to piekielne zmęczenie, to brud, to zimno i mokro. I to, że za łyk gorącej herbaty, oddało by się wszystko, co się posiada. Aby tego doświadczyć, nie trzeba być koniecznie wybitnym alpinistą. A cudowne, ośnieżone szczyty i głębokie, zielone doliny, to raczej widzi się później, we wspomnieniach. Dzisiaj też nie widziałem nic cudownego, tylko rozpadające się szczyty, ciemne kamienie i brudny śnieg. Wiem jednak, że jak wrócę do domu, to po latach góry wyładnieją, a śnieg będzie bardziej biały. Ból głowy, lepkie od brudu ręce i skurcze żołądka będą odległym i jakby nieprawdziwym wspomnieniem. Zdjęcia 1. Przed domem pana Nagavi. Rysia, muł i mulnik, Elżbieta. 2. Nasza karawana. Droga wiedzie wzdłuż potoku Sardab. 3. Gdzieś w głębi doliny powinny się pojawić ośnieżone szczyty. Sterczące trzy kilometry nad nami. 4. Schron Sarczal - 3600 m npm. Janusz, Rysia i moja skromna osoba. Pogoda, w czasie robienia zdjęcia, była równie ponura, jak schron. Otaczała nas przed wieczorna mgła.1 punkt
-
Dodatkowe zdjęcia -do postu- ...cd12; 1. Ten majdan obok schodków, do załadowania na muła. Procedurze przyglądają się domownicy. 2. Błona fotograficzna zarejestrowała ośnieżone góry. Sterczące trzy kilometry nad nami. Do których mieliśmy jeszcze dwadzieścia kilometrów. Warto porównać, otaczający nas krajobraz, ze zdjęciami z postu - cd10! 3. Biedna kozica. Symbol skalistych gór. 4. "Ranczo" Vandaraban. Starzec z siwa brodą, którego bolała głowa. Po prawej Elżbieta ordynująca środki przeciwbólowe. 5. Jeszcze jedno zdjęcie schronu Sarczal. Nieco lepsze. Była mgła, to i trudno było o jakość. 6. Z tarasu schronu widać było wyraźnie bliski już lodowiec Sarczal. Wypływał z niego potok, który sprawił nam nieco kłopotu przy przeprawie. Zaledwie parę metrów szerokości, ale prąd wody był bardzo silny. No i ta temperatura...1 punkt
-
to nie licz na cud tylko wybierz się do śwajcarowa PS. @michalbFajne zdjęcie Tatr w profilu1 punkt
-
Cześć Myślę, że przełom stycznia i lutego da odpowiedź na sporo pytań. Z pewnych (pewnych, pewnych) wiem, że więksi nie są wcale tacy skorzy do otwierania ośrodków wbrew obowiązującym rozporządzeniom. Musimy czekać i cieszyć się tym co mamy choć... warunki trudne. Pozdrowienia1 punkt
-
1 punkt
-
<dzień 3> ultimo To ostatnie wejście, nie będzie dużo czytania, będą głównie zdjęcia tras, ogólne widoczki i kilka ciekawych rzeczy. Jutro rano stąd wyjeżdżamy, więc nastrój nam się pogarsza z godziny na godzinę. Można wyróżnić dwa piętra tego ośrodka. Na górny wyjeżdża nowa gondola. Stamtąd prowadzi jedna oznaczona jako czerwona dość wąska trasa, która łączy się z szeroką znakomitą czerwoną trasą podzieloną podporami asymetrycznie na jakby dwa pasy. A wracając do tej, która prowadzi z samej góry: Orczyki są dwa. To w zasadzie najlepsze miejsce narciarsko. Szeroko, nachylenie złamanie dwukrotnie. Po lewej stronie patrząc z góry miejsce do ustawiania tyczek. Całość prezentuje się tak: Gdzieś w 2/3 górnych jest odbicie w lewo wąską nitką do włoskiej knajpy, skąd odchodzi krótka czerwona trasa, która szybko za dolnymi stacjami orczyków wpada do niebieskiej trasy łączącej górną część ośrodka z dolną. Niebieska trasa dojeżdża po kilku zakrętach do dolnej stacji gondoli, stamtąd jest view na dolną część tej niebieskiej i 6-osobową kanapę Doppelmayera, która odchodzi poniżej stacji gondoli: Kanapa prowadzi nad dwie czerwone dość długie świetne trasy i wytyczony po jednej ze stron skipark. Obie, razem ze skiparkiem łączą się z niebieską z góry i wspólną nitką docierają do dolnej stacji gondoli: No i to wszystko jeżeli chodzi o trasy poza sezonem. Ale zaręczam, że nie tylko dobrze wyglądają. Trochę widoczków bez słów kluczowych: Na koniec jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Plan górnej stacji gondoli: TestCenter Stöckli na Trockener Steg: Matterhorn przecinający chmurkę: Kryształki Swarowskiego w oparciu kanapy gondoli. Tych oparć jest 22: Tam są już Włochy: To tyle ode mnie. Dzięki za komentarze😀. Mam nadzieję, że jeszcze wiele relacji będzie nam dane czytać i przygotowywać. Jak również chętnie wybiorę się na spotkanie forumowiczów, jeżeli do takiego będzie mogło dojść. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia Waldek1 punkt
-
<Dzień 2> revisited Dzisiaj nieco zimniej z powodu wiatru, ale za to żadnej chmurki. Jedyną krzywdą, którą spowodował były trudności w nagraniach dźwięku, ponieważ zajmowałem się raczej filmowaniem, stąd zdjęć mało. O kilku rzeczach, które wydawały mi się ciekawe, czy ważne starałem się opowiedzieć w filmie, który wrzucę po powrocie, bo jak tutaj na miejscu chciałem zrobić jakiś montaż, to laptop chciał odlecieć. Mam nadzieję, że @JC nie weźmie mi tego za złe i nie odbierze jako zniewagę moich prób vlogowania☺️. @marboru i @marcinn, jutro wrzucę większą ilość zdjęć, chociaż tak jak @Jeeb napisał, jest ich tu kilka😀. Ale za to są raczej zacne. Chyba dwa lata temu została uruchomiona piękna, nowoczesna gondola Leitnera, do której projektu przyłożył się Pininfarina. Wyjeżdża na wysokość pod 3900 metrów npm. Przyznam, że jadąc tutaj miałem pewne obawy na temat wydolności na takiej wysokości. I muszę powiedzieć, że u mnie nie miało to jakichś istotnych konsekwencji, chociaż około 80 metrowy spacer z nartami korytarzem skalnym na górnej stacji do wyjścia na zewnątrz mógł spowodować zadyszkę. Natomiast Gabrysia, moja żona, przy wzroście 153 cm generalnie nie certoliła się podziwianiem widoków, tylko szybko zjeżdżała niżej, gdzie ciśnienie parcjalne tlenu jest wyższe. Prawdopodobnie przy złej pogodzie, a zwłaszcza we mgle byłoby dużo gorzej. Widoki są takie: Tutaj z nowym kolegą: A tu kolega sam: Z Matterhornem sprawa jest taka, że z racji wysokości jest widoczny praktycznie z każdego miejsca ośrodka. Można mieć wrażenie, że wszystko widzi. Wiem, że dziesiątki zdjęć tego samego jest monotonne, ale w końcu to trademark tego miejsca. Jeżeli chodzi o jeżdżenie to pisałem wczoraj, można się wyhasać po sufit. Dzisiaj było więcej ludzi, ale to i tak nic. Generalnie warunki są takie by pociągnąć długim skrętem i chociaż najbardziej stroma część czerwonej trasy wzdłuż orczyka dużo ma jeszcze do czarnego koloru, to owszem można się rozpędzić. Wierząc trackerowi zmierzył mi 95 km/h (ale dokładność takich aplikacji wiadomo, że jest kontrowersyjna). Można też korzystać z dużej ilości wolnego miejsca i pojechać mocno slalomowo wysyłając nogi do sąsiedniej doliny. Generalnie większość narciarzy jest dobrych i bardzo dobrych. Z ciekawostek w głównej części ośrodka mieszczą się dwie wypożyczalnie. Jedna ma w ofercie takie marki jak: Fischer, Atomic, Salomon, Kästle, Elan, Blizzard i jeżeli dobrze pamiętam Völkl. Natomiast bliżej sklepu z pamiątkami jest test-center Stöckli. Wszystkie znane mi modele można sobie wypożyczyć. Koszt takiej zabawy od 20 franków za dzień. Jutro trzeci, ostatni dzień. Przyznam, że to w zupełności wystarczy. Już dzisiaj miałem wrażenie, że znam to miejsce od lat. Obiecuję dokumentację tras. Pozrdawiam W.1 punkt
-
Dzisiaj głównie obsługiwałem gopro. Jutro zrobię fotki tras i wrzucę, przy czym nie ma tych tras tu oszałamiająco dużo😀. Jak zmontuję film to też wrzucę oczywiście.1 punkt
-
<Dzień 1> właściwy Pierwszy narciarski dzień sezonu, zawsze taki trochę "na wejście", poza tym nowe miejsce, nowe trasy. Tym razem w ogóle cała otoczka okołonarciarska na styku "House Of Cards", "Rodziny Soprano" i "The Punisher". Pamietam dobrze te brednie, że "narciarze przywieźli do Polski to gówno z Włoch". OK. Zameldowaliśmy się wczoraj wieczorem, więc nic nie widziałem. Rano okazało się, że mieszkamy, no nie wiem, 20 metrów od dolnej stacji gondoli (potem wieczorem przyszło tego pożałować, bo do najbliższego supermarketu trzeba drałować około 900 metrów.........., a potem wrócić do góry). W każdym razie to i tak super, do sklepu chodzi się rzadziej. Widok z balkonu, godzina 06.30, ciemno po lewej budynek stacji gondolowej: Obrazek z boardingu do gondoli i od razu widać, że obostrzenia higieniczne są przestrzegane, maski na twarzy, dystans społeczny również. Gondola, która jako jedyna wiezie narciarzy na tereny narciarskie (jest jeszcze kret na Sunnegga 2288 m npm), zbiera wszystkich z miasta, którzy zamierzają jeździć na Matterhorn Glacier Paradise (całoroczny, lodowcowy teren narciarski), w okolicy Schwarzsee i Hirli, a także tych, którzy przez Theodulpass, chcą się dostać na włoską stronę do Breuil-Cervinia (w sezonie). Zimą ten przejazd dokonuje się przez Plateau Rosa Testa Grigia, nie teraz, póki Włosi są zamknięci. Ogólnie cały ośrodek Matterhorn Ski Paradise oferuje w sezonie 360 kilometrów tras obsługiwanych przez 52 wyciągi. Teraz, przed sezonem, w ogóle 365 dni w roku, jeździ się tylko na wspomnianym Matterhorn Glacier Paradise, gdzie jest 26 kilometrów tras (10 wyciągów). Kabina gondoli mieści 8, albo 10 osób. W obecnych okolicznościach spełnia się zwykle schemat 2+2 osoby. Z zewnątrz prezentuje się następująco: Skojarzenia ze słowem ekspres są przypadkowe, nie jest ekspresem. Polityka tego połączenia jest taka, że wyjeżdżamy nim z wysokości 1620 m npm- miasto. Dojeżdżamy do stacji Furi 1867 m npm, dalej Schwarzsee 2583 m npm, w sezonie można wysiąść i jeździć, teraz nie ma po co wysiadać. Potem jest jeszcze Furgg 2432 m npm. Tak, gondola jedzie na dół, żeby potem wspiąć się ostatecznie na wysokość 2939 m npm. Proszę miłej wycieczki, dojechaliśmy do bazowej stacji lodowca Trockener Steg. To tak jak Alpicenter dla Kitzsteinhorn. Teraz można w końcu założyć narty i coś sensownego z nimi zrobić. Ale lepiej jeszcze poczekać. Lepiej przejść korytarzem, pochylnią, karnąć się schodami ruchomymi żeby stanąć przed taką oto gondolą: Piękne i nowoczesne połączenie. Efekt współpracy Leitnera i Pinifarina. Przepiękna gondola z pośrodkowym pasem siedzeń, szybka i elegancka. Zawozi nas na najwyższy w Europie punkt, gdzie można dojechać w charakterze narciarza- 3883 m npm. Jest to tam: Prawdę mówiąc, można jeszcze orczykiem ukraść kilka metrów i wjechać na Gobba Di Rollin 3899 m npm. Na górze wygląda tak: Teraz już trzeba założyć narty, bo nic innego nie ma większego sensu. Widok z dół jest taki (prawdę mówiąc trasy są trochę po lewej): Jeżeli chodzi o trasy to niebieskie (mniej) i czerwone (dużo więcej). To wg oficjalnych informacji ośrodka. Tak po naszemu, to większość jest czymś pomiędzy. Ale, żeby nie było. To szerokie, równe autostrady. Jako, że ludzi jest tam mało, bardzo mało, to praktycznie przez cały dzień można śmigać na pełnej pycie. Tylko nie zróbcie błędu i nie bierzcie slalomek jak ja, bez sensu. To miejsce, gdzie na długiej narcie można te trasy męczyć cały dzień. Naprawdę czasem spotkacie człowieka. Tylko jedna uwaga na temat widoczności. Mamy koniec listopada, słońce jest nisko, poza tym chowa się szybko za otaczającymi terem czterotysięcznikami. Dzisiaj o 15.20 większość tras była zacieniona. Aczkolwiek trasy pozostały niezdegradowane, bez odsypów i dalej można było śmigać, ale uważać zawsze trzeba. Wszystkie trasy są fajne i wygląda to tak. Z samej góry leci czerwona trasa, która przecina dwie fantastyczne równe jak stół szerokie czerwone armaty obsługiwane przez dwa długie orczyki. Przechodzi ona w długą niebieską trasę, aż do dolnej stacji, tylko ma dwa upierdliwe wypłaszczenia. Jeżeli się nie rozpędzisz, to użyjesz kija. Od dolnej stacji gondoli jedzie 6-osobowa kanapa, która oferuje dwie czerwone trasy. Patrząc z dołu ta po prawej nieco ostrzejsza, z dwoma przełamaniami, ta po prawej równa jak szklany blat. Na obu można odkręcić to, co się ma w nartach i butach. Naprawdę jest bezpiecznie, to trasy, które chwyta się na raz. Kilka ujęć tej okolicy: A to jeszcze garść widoków: Na koniec dwie rzeczy. Ceny karnetów i jedna rada, którą otrzymałem przed wyjazdem. Otóż ceny karnetów są, jak by to powiedzieć, niemałe. Dla osoby dorosłej karnet na trzy dni kosztuje 204 franki z doliczonymi 15 frankami ubezpieczenia, o które nie prosiłem. Dużo. Teraz dobra rada: Jak się wciągniecie na samą górę, zjedziecie trochę w dół, by się skrzyżować z dwoma orczykami, pojedźcie małą przecinką w lewo i do góry (rozpęd!). Zatrzymacie się we włoskiej restauracji. Tam jest włoskie menu, włoskie ceny, płaci się w euro i to, co robi różnicę: łapiecie tam Vodafone.it i olewacie Helwetów. Polecam, tak zrobiliśmy i było ekstra. Pomniejsza rada jest taka, żeby nie pchać się na drugie piętro do baru, tylko na pierwsze do ristorante. Teraz przepisy są takie, że jemy i pijemy na dworze. W barze jest mały balkonik, w ristorante duży taras. Normalnie z tej knajpy zjeżdża się do Cervinii, nie teraz, tylko ekipy. Galeria włoska: I to byłby koniec pierwszego dnia, tylko został jeszcze jeden drobny szczegół. To kolega Matterhorn, towarzyszył nam cały dzień. Od kiedy wyszliśmy z domu wystarczyło się obrócić w lewo. Potem ciągle się przypominał, nie da się o nim zapomnieć. Zatem: : Pierwowzór w dalszym tle :). Aha i jeszcze ostatnia rzecz: tylko naturalny śnieg. Wiem, że to truizm. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, mam nadzieję, że coś z tego sezonu będzie jeszcze można wycisnąć. W.1 punkt







