Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. marcinn

    marcinn

    VIP


    • Punkty

      19

    • Liczba zawartości

      5 316


  2. Zagronie

    Zagronie

    VIP


    • Punkty

      18

    • Liczba zawartości

      511


  3. marboru

    marboru

    VIP


    • Punkty

      9

    • Liczba zawartości

      7 223


  4. tanova

    tanova

    VIP


    • Punkty

      9

    • Liczba zawartości

      2 774


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 06.01.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Wyprawa Wreszcie jedziemy! Na razie tylko tramwajem do stacji, ale jedziemy. Tramwaj pusty. Kto by o tej porze nim jeździł. Chyba tylko tacy, jak my, wariaci. Gdy wysiadamy pod dworcem zaczyna padać. Za chwilę formalnie leje. Chowamy się pod dach, obok baru „Smok”. Kilka kroków od nas jest waga. Stawiam najpierw na wagę plecak Ryśki. Dwadzieścia pięć kilogramów. Potem mój-trzydzieści cztery. Deszcz przestaje padać. Idziemy na dworzec. Na zegarze dworcowym jest dokładnie północ. Zaczyna się trzynasty lipca. A ja lubię trzynastkę. Trzynasty lipca. Pozostałej trójki jeszcze nie ma. Mamy godzinę czasu do odjazdu. Zobaczę, co się dzieje z nami „bębenkami”. Zaglądam do bagażowni i…-co u licha! Gdzie są? Pojechały do Warszawy. Sprawdzam w rozkładzie jazdy, jaki pociąg pojechał w tym czasie do stolicy. Kilkanaście minut temu był osobowy. Przyjeżdża cztery minuty przed nami. Chyba ich gdzieś po drodze nie wyładują. Ale kto je wysłał? Może Janusz. O wpół do pierwszej przychodzą Janusz, Jacek i Elżbieta. Odprowadza ich mama Jacka i Janusza. Janusz wyjaśnia, że rzeczywiście był na stacji wieczorem, kupił bilet bagażowy za trzysta złotych. Skąd taka duża suma? Ale sądził, że bębny pojadą naszym pociągiem. Nic może się nie stało. Może dojadą do Warszawy. Ale od tej chwili musimy przestrzegać zasady. Wszyscy razem i nasz bagaż z nami. W przedziale pociągu, oprócz nas, jedzie jakiś pan. Może jedzie na delegację. Dobrze, że mamy miękkie siedzenia. Usiłuję spać, ale nie za bardzo mi to wychodzi. Myśli leniwie przepływają przez głowę. Powinniśmy po przyjeździe szybko uwinąć się z wizą i biletami. Potem pociąg do Moskwy i jeszcze cztery dni spania do Teheranu, do którego mamy prawie sześć tysięcy kilometrów. Jest szósta dwadzieścia, gdy wysiadamy na Dworcu Głównym w Warszawie. Nawet dobrze, że tak wcześnie przyjechaliśmy. Spokojnie teraz sobie przewieziemy nasz bagaż na Dworzec Gdański, skąd pojedziemy do Moskwy, ale przed tym poszukamy naszych bębnów. Przyjechał właśnie nasz wspomniany osobowy z Krakowa. Idziemy z Januszem próbować złapać jakiś samochód „na fuchę”. To zawsze taniej. Ale nie stają. Pojedziemy taksówką bagażową. Szefie! Pięć osób z bagażem na Dworzec Gdański. Ile? Sto dwadzieścia. Stówa. Dobra-wsiadajcie. To nie tu-szefie. Podjedź pan pod wyjście. Przyjemnie się jedzie w takich okolicznościach nawet taksówką bagażową. Ludzie idą do pracy a my mamy urlop. I to jaki urlop! Na gdańskim bagażownia jeszcze zamknięta. Widocznie kolej nie przewiduje podróży nocą z bagażem. Zostawiamy bębny na rampie obok. Plecaki zanosimy do przechowalni bagażu. W informacji kolejowej dowiadujemy się, że tak łatwo do Moskwy nie dojedziemy. Nie ma mowy o żadnych miejscówkach-raczej biletach sypialnych. To nie wyjazd do Bułgarii, gdzie się zawsze weszło do wagonu, choć był z miejscówkami. Tu jeżdżą tylko wagony sypialne. Pozostaje tylko jazda do Brześcia. A stamtąd będzie może jakiś radziecki pociąg do Moskwy. Janusz z Elżbietą powinni już jechać do ambasady irańskiej, aby być tam jak najwcześniej. Nie mamy jeszcze wypełnionych „druczków”, potrzebnych do otrzymania wiz. Po trzy druczki na osobę w języku francuskim. Na każdym z nich należy nakleić swoją podobiznę. Robimy to parapecie w poczekalni. Ryśka, Jacek i ja jedziemy do Orbisu na Bracką, obstawiać kolejkę po bilety, a Janusz a Elżbietą –do ambasady. Kolejka w Orbisie niezbyt długa. Na wszelki wypadek sprawdzamy dokładnie, gdzie sprzedają bilety do krajów kapitalistycznych. Bo wprawdzie na każdym okienku jest wyraźny piękny napis, czym się zajmuje dana pani za szybą, ale czasami lubią się pojawiać małe karteczki, na których się pisze, że ta kasa jest otwarta do tej, a tej godziny, albo że będzie jakaś przerwa. I w ten sposób nagle zostajemy na „lodzie”. Tak więc stoimy sobie w kolejce, czekając na Elżbietę i Janusza. Ale po co mamy wszyscy stać. Jacek postoi godzinkę, później my. I tak dalej. Idę z Ryśką do domu towarowego „Centrum”. Chcemy kupić linę tak zwaną podciągową. Bo nasza jest już stara i zużyta. Liny nie ma. Wracając, wstępujemy do „Lotu”. Pytam się o bilet z Erewania do Kijowa. Nie, nie można kupić, bo jednym z punktów podróży musi być Warszawa. To może być i Warszawa. A z Warszawy też można dostać? Ile się płaci za bagaż? Po siedem złotych za kilogram. Szybko obliczam opłatę za bagaż, dodaję do tego opłatę za bilet, wynoszącą około osiemset złotych. W sumie taniej, niż za bilet kolejowy! Znakomicie! Ale nie to jest najważniejsze. Nie będziemy musieli się męczyć tyle dni. I wreszcie na pewno pojedziemy a raczej polecimy, bo są bilety. Świetnie! Idziemy na śniadanie, a potem do Jacka. Opowiadam mu o takiej możliwości podróży. Choć coś mnie niepokoi. Dlaczego poprzednie wyprawy do Iranu nie korzystały z tak znakomitego pomysłu. Spostrzegam, że w tym samym hallu na Brackiej są kasy „Lotu”. Ciekawe co tu mi powiedzą. Kasjerka szybko oblicza cenę i podaje ponad dwa tysiące złotych dewizowych. Proszę!? Pytam. To ponad sto dolarów. Rzednie mi mina. Okazuje się, że poprzednio pytając o cenę biletu nie powiedziałem, że jedziemy do Iranu. A miłej informatorce nie wpadło do głowy, żeby nas spytać dokąd jedziemy. A to jest subtelna różnica-bo gdy się leci do Erewania i zostaje w Związku Radzieckim to płaci się za bilet lotniczy z Warszawy do Erewania siedemset złotych. A gdy się leci do Erewania i dalej jedzie do Iranu, pociągiem, to płaci się za bilet ponad sto dolarów. Teraz mi się wyjaśnia, dlaczego wszystkie poprzednie wyprawy do Iranu korzystały tylko z pociągu. Czekamy z niecierpliwością, kiedy wrócą Elżbieta i Janusz. Przychodzą około dziesiątej. Z daleka po minach widać, że coś nie bardzo jest w porządku. Najpierw natknęli się, na znaną nam z okresu starania się o wizy, starszą panią, prawdopodobnie sekretarkę sekretarza ambasady. Owa pani oświadczyła, że wizy będą w sobotę. A potem- po prośbach i tłumaczeniach, że mamy tylko jeden pociąg w tygodniu - w piątek! Widząc, że tą drogą nic nie wskórają E i J postanowili się dostać do sekretarza ambasady. Po pewnych trudnościach stanęli, a raczej usiedli przed jego obliczem. Tak siedząc i pijąc herbatę oraz powtarzając znane argumenty, że pociąg, że raz na tydzień, wytargowali-bo tak to można nazwać-ostateczny termin otrzymania wiz, godzina szósta wieczorem. Opowiadam Januszowi o biletach lotniczych. Potem idziemy wszyscy do „Inturistu” dowiedzieć się, kiedy dokładnie odjeżdża pociąg do Dżulfy. Mamy rozkład jazdy kolei radzieckich, ale sprzed trzech lat, ale przypuszczamy, że nic się nie zmieniło. I faktycznie wszystko się zgadza. Pytamy miłego młodego człowieka(okazuje się, że jest z Krakowa) jak przedstawia się sprawa miejsc w pociągu z Moskwy do Dżulfy. W odpowiedzi proponuje nam, aby telegraficznie zarezerwować sobie miejsca. Należy nadać telegram do Inturistu w Moskwie, który znajduje się na prospekcie Marksa, albo do Inturistu na dworcu Kurskim, z którego odjeżdżamy do Dżulfy. Informacja, że jest Inturist na dworcu Kurskim okazała się potem nieprawdziwa i narobił nam trochę kłopotu. Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie jesteśmy w Warszawie. Teraz postanawiamy iść do „Areofłotu” z pytaniem, czy jak będziemy na terenie ZSRR, to czy będziemy mogli kupić bilety lotnicze za ruble, pomimo posiadania wiz irańskich. Okazuje się, że można. Zależy szczególnie na tym Elżbiecie i Januszowi, bo chcą wcześniej wrócić do Polski, lecąc z Erewania do Kijowa, albo do Lwowa. Samolotem. Jeszcze tylko przyjemna wizyta w barze Praha i umawiamy się, że Jacek stanie o wpół do czwartej w kolejce w Orbisie, potem go zmienimy ja i Rysia. Janusz z Elżbietą pojadą do ambasady, aby tam być o piątej. Może uda się nam otrzymać wizy jeszcze przed szóstą. Kontynuuję z Ryśką poszukiwania za liną podciągową w sklepach sportowych. Widać, że ten artykuł jest w warszawskich sklepach raczej nieznany. W jednym z nich przynoszą nam jakiś gruby sznur, w innym facet warszawską gwarą proponuje-kup sobie pan sznur do bielizny. Pół godziny po czwartej zmieniamy Jacka w Orbisie. Mija godzina piąta, w pół do szóstej, szósta. Widocznie pan sekretarz nie ugiął się. Jeżeli otrzymali wizy punktualnie o szóstej, to powinni za chwilę tu być. Skorzystają na pewno z taksówki. Jestem pierwszy przy kasie. Ale pierwszy ciagle nie mogę być. Przepuszczam jakąś panią. Jeżeli zaraz przyjadą, to powinniśmy załatwić sprawę biletów do ósmej, do której Orbis jest otwarty. Dwadzieścia po szóstej. Wreszcie są! Mają wizy za jedyne siedem dolarów każda. Przywiózł ich osobiście sekretarz ambasady. Dostali wizy dokładnie o szóstej. Oczywiście były już znacznie wcześniej załatwione, ale zasada jest zasadą-jak o szóstej, to o szóstej. Pierwsza reakcja kasjerki-nie wypiszę biletów, nie zdążę do ósmej. Ale my tak łatwo teraz nie ustąpimy. Wyciągamy swoje znane argumenty, że nie będziemy tygodnia czekać na następny pociąg i tak dalej. Za chwilę nowy kłopot. Nie ma voucherów. Vouchery posiadają tylko starsze kasjerki, które pracują do południa. Bez tych voucherów-choć na razie nie wiemy co to jest-nie dostaniemy biletów z Dżulfy do Teheranu. Co nas to wszystko obchodzi! Jeszcze do południa pytaliśmy się kierowniczki kas biletowych, czy dostaniemy bilety do Teheranu i czy nie ma jakiś przeszkód. Teraz są! Vouchery są zamknięte w kasie pancernej, za którą odpowiada starsza kasjerka. To może pojedziemy po nią taksówką. Dajcie nam adres. Cały Orbis jest zagażowany w tą sprawę. Wreszcie otwierają kasę i wyjmują feralny voucher. Ale to nie koniec kłopotów. Na Dworcu Gdańskim mamy przecież pięć bębnów, które muszą mieć bilet bagażowy. Kasa bagażowa jest otwarta do wpół do ósmej. Żeby kupić ten bilet należało najpierw posiadać bilet normalny. A nasze bilety są jeszcze nie gotowe. Angażujemy w tą sprawę panią z informacji Orbisu. Telefonuje na Dworzec Gdański z prośbą, aby sprzedali nam bilet bagażowy, a potem przedstawimy im nasze bilety do Moskwy. Przy okazji wychodzi, że tylko na Dworcu Gdańskim i tylko w dzień sprzedają międzynarodowe bilety bagażowe. Tylko taksówką zdążymy jeszcze przed zamknięciem kasy na Dworcu Gdańskim. Jacek jakoś załatwia taksówkę-co nie było takie łatwe. Szybciej! Taksówkarz jedzie rzeczywiście szybko. Wyskakuję z taksówki, zostawiając Jackowi sprawę należności za przejazd i biegiem do kasy bagażowej. Niech to cholera!!! Zamknięta! W bagażowni zatrzymuję jakiegoś faceta. Panie-załatw to pan! Będzie coś z tego. Panie-nawet za pięć stów, słyszę w odpowiedzi. No to adres tej pani z kasy. My pojedziemy po nią taksówką. Panie-ona ma imieniny poza Warszawą, nie wiadomo, czy jest w domu. Wreszcie jakiś młody-poczekajcie panowie. Ja spróbuję zadzwonić. Tylko mi bigos stygnie. Szefie! Odgrzewany bigos jest lepszy. Ha! Ha! No, to facet jest obłaskawiony, może coś załatwi. Załatwił. Ściągnął ją podobno z imienin. Będzie za godzinę. Wychodzę z Jackiem przed dworzec, może przyjedzie reszta. Przyjeżdżają taksówki, tramwaje a ich nie ma. Minęła już dziewiąta. Co u licha! Coś się znowu zacięło? Idę do kasy bagażowej. Jest kasjerka. Głupia historia, kobieta czeka a ich nie ma. I oczywiście nie ma biletów. Telefonuję do Orbisu. W odpowiedzi słyszę, że tam już nikogo nie ma. Więc chyba wszystko w porządku. Gdzie oni są? Co się z nimi dzieje? W tym momencie przypominam sobie, że mieliśmy wysłać telegram do Moskwy. Szybko szukamy w książce telefonicznej numeru telefonu Poczty Głównej, bo tylko taka może być otwarta o tej porze. Proszę przez telefon, ażeby przez głośniki ogłosili, że taki a taki pan-tu wymieniam nazwisko Janusza jest natychmiast proszony na Dworzec Gdański. Wreszcie są o dziesiątej. Okazało się, że mieli cholerne kłopoty, bo podobno z Dżulfy do Teheranu jest tylko pierwsza klasa. A my mamy opłaconą w dolarach tylko drugą. Należałoby dopłacić czterdzieści pięć dolarów. To i tak okazało się niewykonalne dzisiaj, nawet gdybyśmy mieli ochotę uszczuplić nasz bardzo skromny zapas dewiz. Tą sumę można jedynie było wpłacić w banku. Spisali się jednak dzielnie. Za pomocą miłej załogi Orbisu, podpisując specjalne oświadczenie, że Orbis nie bierze odpowiedzialności za cenę biletu, otrzymali wreszcie bilety do Teheranu. Feralny voucher okazał się zleceniem na wypisanie biletu z Dżulfy do Teheranu i który należało zrealizować w Moskwie. Nowy kłopot. Potem jeszcze pojechali na pocztę nadać telegram i stąd to opóźnienie. Szybko załatwiamy bilet bagażowy. Kosztuje nieco więcej niż sześćset złotych. Daję pani osiemset. Reszty już nie otrzymałem. Świetnie! Mamy jeszcze około dwóch godzin czasu do odjazdu pociągu. Możemy jeszcze coś zjeść w restauracji, uporządkować dokumenty, wypełnić deklaracje celne. Co też robimy. Jeszcze tylko kartki do mojej mamy i rodziców Ryśki z wiadomością, że jedziemy, co nie było, jak widać, do ostatniej chwili pewne. Po odebraniu plecaków z przechowalni wychodzimy na peron. Przy okazji załatwiania różnych spraw robię spostrzeżenie, że wiele spraw można niesłychanie szybko załatwić dysponując na przykład trzema kieszeniami. W jednej banknoty dwudziestozłotowe, w drugiej pięćdziesiątki, w trzeciej stuzłotowe. W zależności powagi sprawy i powagi załatwiającego, wyjmuje się odpowiedni banknot. Spostrzeżenie może trochę gorzkie, ale fakt jest faktem. I co ciekawsze, ci co załatwiają daną rzecz robią to zgodnie z prawem, tylko że za wolno, nieraz strasznie wolno. Taki bakszysz ich uskrzydla. Widzimy jak wózek akumulatorowy przywozi na peron nasze bębny. W składzie socjalnym pasażerów na peronie dominuje wojsko. Widać, że pociąg jedzie w stronę granicy. Czternasty lipca. Za kilka godzin przekroczymy granicę Polski a z nami nasz bagaż, składający się z pięciu potężnych plecaków, wypchanych do granic możliwości. Oprócz nich, kłopotliwe już na samym początku podróży, bębny. W nich żywność zawierająca około czterdziestu pięciu kilogramów chleba w postaci panwitu, pumpernikla i sucharów. Oprócz chleba mamy ze czterdzieści kilogramów konserw, sześć kilogramów mleka w proszku, sucha kiełbasa, ser żółty, makarony, płatki owsiane i ryżowe, ciastka i tak dalej. Łącznie dwadzieścia kilka pozycji. Żywność jest tak wyliczona, że powinno nam starczyć na każdy dzień. Teoretycznie nie powinniśmy nic kupować, z wyjątkiem może pomidorów, cebuli, papryki i owoców. Jak to praktycznie wypadnie, to się dopiero okaże. Cały nasz bagaż waży ponad trzysta kilogramów. Wypada po sześćdziesiąt kilogramów na osobę. Nadjeżdża pociąg. Jedzie z Legnicy do Brześcia. Gonimy po peronie, a potem po wagonach, aby zająć miejsca siedzące. W końcu mamy trzy miejsca. Będziemy na nich siedzieć na zmianę. Jeszcze tylko sprawdzenie, czy bębny zostały załadowane do wagonu bagażowego i możemy spokojnie jechać. Spokój to jednak jest pozorny. W głowie kłębią mi się myśli tak, że mimo potężnego zmęczenia, przeżycia ostatnich dni nie pozwalają zasnąć. Mijamy Siedlce i Łuków. Miejscowości znane mi tylko nazwy. Nigdy tu jeszcze nie byłem. Terespol. Normalne polskie formalności graniczne. Kontrola celna i paszportowa. Przechodzę po kontroli do wagonu bagażowego, żeby zobaczyć co się dzieje z bębnami. Poza tym mam przy sobie zwolnienie od cła i bilet bagażowy. Za chwilę przychodzi też Janusz a za nim celnik. Spojrzał na bębny, popatrzył na pismo i to była cała kontrola. Czekamy aż pociąg ruszy. Nigdy nic nie wiadomo. A nuż ktoś wpadnie na pomysł, aby wyładować bębny. Pociąg rusza. Wracamy do naszego wagonu. Tuż, tuż powinna być granica. Jest! Słupek w biało-czerwone pasy, i orzeł, i rzeka Bug. Jesteśmy więc po drugiej stronie. Pociąg jedzie jeszcze kawałek i staje. Otaczają go z dwóch stron żołnierze radzieccy. Inna grupa wchodzi do pociągu. Kontrola paszportów, ale inna niż nasza. Tu paszporty zabierają. Obok toru rośnie śliczna pałka wodna. Dalej między zabudowaniami migają jakieś męskie korpusy. Zdaje się, że to żołnierze na porannej gimnastyce. Tak, to już godzina szósta. Musimy przesunąć nasze zegarki o dwie godziny do przodu. Jedziemy dalej. Po kilku minutach stacja, trochę w stylu naszego Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Czekamy, co dalej będzie. Na razie z pociągu wysiadają Rosjanie, a raczej obywatele radzieccy. Bagaż niektórych wskazuje, że nieobcy im jest polski handel detaliczny. Patrzcie! Jadą na wózku nasze bębny. Przejechały i zniknęły. Teraz my wysiadamy. Cały tłum z pociągu został zgromadzony w dużej sali. Odnoszę wrażenie, że można ją by było szybko przerobić na kaplicę. U góry wisi jakby świecznik, tylko że zamiast świec są żarówki. Podłoga jest wykonana z ciemnych i jasnych płyt, ułożonych w szachownicę. Tylko okna stanowią dysonans. Są nie bardzo kościelne. W dodatku zamalowane farbą do połowy. Wyjście na peron mamy odcięte przez pilnujących nas żołnierzy. Po drugiej stronie coś się dzieje. Otwierają się jakieś drzwi i część naszego tłumu-liczącego kilkaset osób-znika za tymi drzwiami. Łatwo się domyślić, że czekamy na odprawę celną. Wcześniej, jeszcze w pociągu, dostaliśmy radzieckie deklaracje celne. Nie mają zbyt skomplikowanej formy. Radzieckie władze celne interesuje przede wszystkim, czy nie przewozimy dewiz, złota, a bagaż jest mniej ważny. Dostajemy nasze paszporty i za chwilę, jako jedni z ostatnich, znikamy za wspomnianymi drzwiami. Jesteśmy w świątyni Boga Ceł. Jego kapłani stoją przy długich stołach, obitych blachą, a przed stołami pokorny tłum. Stajemy i my. Nasza kontrola celna odbywa się gładko, bo – po pierwsze jedziemy tranzytem, po drugie jesteśmy alpinistami. Drogi Czytelniku! Nie sądź, że przewróciło nam się w głowie. Nie! My raczej uważamy siebie za turystów wysokogórskich. Ale turystami wysokogórskimi, czy taternikami, to możemy sobie być w Polsce. Ale za granicą? Jak nazwać człowieka posiadającego ogromny wór-inaczej plecak, a do niego przypięty kask i czekan. Oczywiście, że alpinistą. Miało to dla nas później dobre, ale i złe strony. Tak więc odprawę celną mamy za sobą. Poszukamy teraz naszych bębnów. Pociąg do Moskwy mamy o godzinie jedenastej. Teraz jest po dziewiątej. Bębny znajdujemy szybko. One też podlegają kontroli celnej. Z tym nie ma kłopotu. Całą sprawę załatwiam z Jackiem. Najlepiej z nas rozmawia po rosyjsku. Poza tym był już kilka razy w ZSRR. Mówimy celnikowi, że jedziemy do Iranu. Twierdzi, że nam nie przyjmą bębnów do pociągu. Ale dlaczego? Za chwilę wszystko się wyjaśnia. On sądził, że w bębnach są chemikalia. A w „baczkach”, bo taką nazwę dostały po rosyjsku są „produkty”- po ichniemu, czyli żywość. Możemy teraz spokojnie poszukać kasy biletowej, aby kupić ewentualne miejscówki na pociąg do Moskwy. Mamy i kasę. Pociąg owszem jest, ale za dwadzieścia pięć minut. Są w nim nawet miejsca sypialne. Ważne, bo do Moskwy mamy tysiąc kilometrów. Nie ma natomiast żadnego pociągu o jedenastej. Dopiero o czwartej po południu. Musimy tym pociągiem jechać, aby zdążyć na pociąg do Dżulfy. Kupujemy bilety sypialne, płacąc po pięć rubli za osobę. Teraz znów zacznie się gonitwa. Do odjazdu zostało około dwudziestu minut. Szybko plecaki do wagonu, bo jeszcze czekają bębny do załadunku. Teraz po bębny. W bagażowni oświadczają nam z obojętną miną, że ten pociąg nie ma wagonu bagażowego. Oni, owszem, wyślą je do Dżulfy, bo mamy bilet bagażowy. Mamy w nosie takie rozwiązanie. Do Dżulfy jest parę tysięcy kilometrów, kto będzie szukał bębnów po całym Związku Radzieckim, gdy coś pokręcą. Jak nie pojadą z nami, to nie ma żadnej możliwości, aby były w tym samym czasie w Dżulfie, kiedy i my tam będziemy. Bez nich wyprawa nie ma najmniejszego sensu. Mamy tylko po pięćdziesiąt parę dolarów w kieszeni na osobę. Na najbardziej niezbędne wydatki. Kupowanie żywności w Iranie nie wchodzi w rachubę. Szybka decyzja Janusza. Może da się je wstawić do przedziału. Tylko trzeba załatwić z konduktorką. Załatwił. Czasu mamy bardzo mało, ale jeszcze powinniśmy zdążyć, choć bębny trzeba będzie nosić po schodach i przejść kawałek tunelem. Niestety to nie koniec kłopotów. Nie wydadzą nam bębnów bez zwrotu kwitu bagażowego, który jest jednocześnie międzynarodowym biletem bagażowym. Jak my bez niego pojedziemy z Moskwy do Dżulfy? Znowu będzie trzeba płacić za bagaż. Nie mamy czasu, aby w Moskwie załatwiać znowu sprawę biletu bagażowego, ani nie mamy najmniejszej ochoty wydawać po raz drugi pieniędzy i to w rublach na bagaż. Mamy na wszelki wypadek pół litry „wyborowej”. Facet, wydający bagaż, trochę się waha, zobaczywszy butelkę. Ale nie! Nie wyda bez kwitu bagażowego! Daremne prośby, że to opóźni naszą podróż o tydzień. Przybiega Janusz. Słuchaj! Rzuć mu ten kwit. Bierzemy bębny. Tunelem już nie zdążymy. Tylko przez tory do wagonu. Chwytam bęben w ręce. Drobnostka-trzydzieści sześć kilo. Następnie skok z rampy na tor i biegiem do wagonu. Zamknięty z tej strony! Niech to szlag trafi! Pociąg lada chwila odjedzie. Zaczynam walić pięścią w drzwi. Pierwsza zorientowała się Elżbieta. I otworzyła drzwi, ale na drugim końcu wagonu. Wrzucam bęben do wagonu, za mną swoje - Jacek i Janusz. Jeszcze dwa bębny i teraz pociąg może sobie odjeżdżać. Jesteśmy wykończeni, jak po biegu na setkę na poważnych zawodach sportowych. Ponadto bardzo brudni, nieogoleni od wczoraj, bo nie było gdzie i nie było czasu. W dodatku napisy na bębnach zostały namalowane, z braku możliwości, farbą akwarelową. I teraz to wszystko puszcza. Ręce, spodnie, koszula-wszystko na czerwono. A wyjeżdżając z Warszawy wydawało się nam, że do Moskwy powinniśmy dojechać bez większych kłopotów. Może to brak doświadczenia. Jeżeli tak, to go właśnie zdobywamy. Ale chyba każdy z nas wolałby to doświadczenie zdobywać w inny sposób. Pierwsze myją się w ustępie dziewczyny. One będą przygotowywać śniadanie. Potem męska trójka. Po śniadaniu ustawiam bębny jeden na drugim i przymocowuję to wszystko kawałkiem liny do łóżek. W Moskwie będziemy o czwartej po północy. Możemy ten cały okres przespać, z małą przerwą na obiad, albo kolację. Zależy od tego kiedy się obudzimy. Powinienem zasnąć. Nie spałem przecież już dwóch nocy. Za dużo wrażeń. Nie tak sobie wyobrażałem wyjazd do Iranu. A to dopiero się zaczyna. Pociąg co chwila przecina jakąś rzeczkę. Podlasie, czy Polesie? Kraina nizinnych równin i błot. Miga nazwa Bierieza. Aha! Bereza Kartuska. Potem duża stacja Baranowiczi. To chyba Baranowicze. Skąd ja to znam? Może z Sienkiewicza? Nie mogę sobie przypomnieć. To były chyba te przedwojenne kresy. Mińsk. Po Mińsku wydaje mi się, że trochę zasnąłem. Oglądam mapę ZSRR. Przed Smoleńskiem powinniśmy zobaczyć z pociągu Dniepr. Rzeka płynie wolno. Woda ciemno-zielona. Dużo kąpiących się. Jest ciepło, a w przedziale nawet duszno. Może to jedna z przyczyn, że nie mogę spać. Widać duże miasto. To chyba Smoleńsk. Po drugiej stronie Dniepru, na wzgórzu duża ładna cerkiew. Z daleka widać, że raczej nieużywana. Obok toru stoi malutka. Ta jest w stanie śmierci klinicznej. Potem, to z pewnością była kolacja. Przed snem nastawiłem budzik na godzinę trzecią po północy. Godzina powinna nam wystarczyć na pakowanie. Zasypiam błyskawicznie.
    7 punktów
  2. Odkrywanie zapomnianych miejsc, pełnych historii, to coś co uwielbiamy robić. Dzisiaj przenieśliśmy się do VIII wieku i liznęliśmy nieco chlubnych lat, gdy w Polsce stworzono akt prawny, który stał się wzorcem dla wielu państw i narodów - Konstytucję 3 Maja. Góry Świętokrzyskie nadal pokazują nam, jak mogą być piękne, ciekawe i z punktu widzenia historii, jak były ważne. Ruszyliśmy na szlak w szóstkę Ja z Paulą, Andrzej z Martyną, Ania i Gosia - super ekipa! Pierwszy cel? Ruiny pałacu Hugo Kołłątaja, jednego z twórców wymienionego wyżej dokumentu. Wólka Kłucka, zapomniana przez świat wioska...i taka perła architektury i historii 😮 Spójrzcie: Niestety z budowli pozostały jedynie ruiny Gdzieś w internetach wyczytałem, że jest projekt odnowienia i odbudowania obiektu. Oby osobom, które o to walczą się powiodło! Wnętrze budowli przypomina stos cegieł i kompletnie upadło. Coś, co przykuwa wzrok, to kolumny... ...są niesamowite, monumentalne i w dobrej kondycji. Trzymam kciuki, by ten obiekt nie przepadł w odmętach historii i teraźniejszości. Wokół obiektu park: Po pół godzinnym zwiedzaniu, ruszamy w stronę naszego dzisiejszego szlaku, do miejscowości Kuźniaki. Już tutaj kiedyś byliśmy. W tym miejscu rozpoczyna się główny, czerwony szlak świętokrzyski. Wówczas naszym celem były Perzowa Góra i Sieniawska. Na blogu "Nogi bolo" znajdziecie na ten temat wpis "Świętokrzyskie ścieżki nieznane". Tym razem ruszamy w przeciwnym kierunku, szlakiem niebieskim. Po minięciu urokliwej rzeczki, Łososinki... ...wchodzimy do lasu i już zaraz za wsią, na początku szlaku, trafiamy na niewielkie wzniesienie pełne skał. Klimatyczne miejsce i na dodatek ktoś tutaj najwyraźniej zrobił sobie szałas 😮 Ciekawe, czy nocował? Po wypiciu ciepłej herbatki ruszamy na dalszą wędrówkę. Jest mokro, jest błoto, ale jest również głusza, cisza i piękny las. Po kilku kilometrach trafiamy nad Wierną Rzekę Tak, tak - to ta sama, z kart zapisanych przez Stefana Żeromskiego Piękna! Pewnie jeszcze ładniej tutaj wiosną, latem gdy atakuje zielone. Przechodzimy przez drogę asfaltową i teraz nasza ścieżka prowadzi skrajem lasu. Widoki? Proszę Tak, tak - za laskiem jest cel naszej podróży Góra Dobrzeszowska. Duże przestrzenie międzyleśne, to również zaraz masa ambon. Na jedną z nich się wdrapuję Ekipa: Widok w stronę, z której przyszliśmy: Zbliżamy się, zbliżamy... ...a widoki z jednej i drugiej strony w klimacie GŚ Wchodzimy ponownie do lasu. I docieramy do Rezerwatu. Zbliżamy się do sanktuarium naszych przodków i klimat robi się mroczny 😮 Ostatni fragment podejścia jest dość eksponowany (aparat wypłaszcza): Wspinacze I jesteśmy. @Mitek, @mifilim tysiące kamieni poukładanych w wały, bramy, ołtarze ofiarne, stanowiska na olbrzymie ogniska rytualne... wiedzieliście, o takim miejscu? Dla wszystkich podaję link - warto poczytać o pracach archeologów i ich tutejszych odkryciach. O GÓRZE MILCZENIA – Strawczyn od Nowa Wiślanie, ofiary dla Bogów - jakich? Świątynia pustki, ciemności i milczenia... Magiczne miejsce. Ślady niczym po cywilizacji majów 😮 A to tylko nasi przodkowie z roku 796, a pewnie i z wcześniejszych lat... Gdyby @Bumerwówczas się urodził, albo ja? To być może złożono by nas w ofierze Przynajmniej mnie, bo Andrzej pewnie byłby kapłanem Trzy wały po ponad 200 metrów, w okręgach, z tysięcy kamieni i monolitów, wysokie (ostatni na ok 2 metry)...a teraz? Po prawie 1300 latach? Kupa kamieni i tajemnicze, widoczne okręgi... Ekipa w świątyni: Oraz na szczycie liczącym sobie 365 m npm Klimaty... Zielone mchy tu teraz rządzą. Ostro jest również z drugiej strony grani: Tablica informacyjna na temat stanowiska archeologicznego: Na tym kamieniu składano ofiary? Idziemy dalej. Wychodzimy z mroku i mgły, z tajemniczego miejsca i wychodzi słońce - tak jakby coś się zmieniło... Jak w bajce!!! Jeszcze może dwa kilometry i docieramy na skraj lasu. Przed nami wieś Gruszka oraz widoczek na wzniesienia, po których biegnie dalej niebieski szlak w stronę miejscowości Sielpia Wielka. W tym miejscu zawracamy. Chwilę rozmawiamy o tutejszym starciu wojsk niemieckich z oddziałami partyzantki AL z września 1944. 1200 Polaków i Rosjan przeciwko 6000 Niemców. Wynik starcia? Poległych hitlerowców 200, z drugiej strony 50. Bitwa pod Gruszką – Wikipedia, wolna encyklopedia Proszę, oto widok... Pora na obiad Wszyscy strasznie zgłodnieli. Ruch i świeże powietrze robią swoje. Co jemy? Tradycyjnie. Po wypaleniu patyków z prowizorycznego ogniska oczywiście wszystko porządnie gasimy i zakrywamy liśćmi. Miejsce zostawiamy w takim stanie, w jakim je zastaliśmy. Ruszamy do ostatniego już dzisiaj punktu wartego odwiedzenia - wieży. Niestety jest to obiekt, który leśnikom służy do obserwacji lasu (pożary) i jest zamknięty Ruszamy w drogę powrotną i przyśpieszamy kroku, by nie wracać po ciemku. W okolicach góry ponownie mgła i klimat grozy... Fotka w kukurydzy: Spojrzenie na Górę Kuźnicką... ...i to jest znak, że kończy się nasza, kolejna przygoda w Górach Świętokrzyskich. To był świetny dzień, w super towarzystwie! Niebawem wrócimy na tutejsze szlaki, bo już są takie plany Pozdrawiam serdecznie marboru
    6 punktów
  3. Piętnasty lipca. Słychać stukanie do drzwi. To konduktorka chodzi po wagonie i budzi pasażerów. Za chwilę terkocze budzik. Zaspani, przecieramy oczy. Tak, to już trzecia godzina. Świetnie mi się spało. Zaczynamy pakowanie. Niewiele powyciągaliśmy z plecaków, a zabiera nam to prawie godzinę. To częściowo wina tłoku. Pięć bębnów, cztery duże plecaki i cztery osoby w jednym przedziale. Jacek spał kilka przedziałów dalej. Konduktorka zwraca nam bilety, które nam zabrała w Brześciu. Od pół godziny jedziemy przedmieściami Moskwy. Brzask. Pociąg wolno wjeżdża na Dworzec Białoruski. Po peronie bagażowi jeżdżą malutkimi wózeczkami na trzech kółkach. Na dwa takie wózki wchodzi cały nasz dobytek. Prosimy, żeby podjechali do postoju taksówek bagażowych. Jedziemy przez obszerny plac przed dworcem, w stronę jakiegoś pojazdu, który przypomina mikrobus. To ma być taksówka bagażowa? Kierowca zwęszył interes. Chce dziesięć rubli do Dworca Kurskiego. To za dużo. Wytargowaliśmy sześć. Jeszcze Ryśka skoczyła rozmienić dziesięć rubli na drobne. Posiadanie drobnych jest ważne, bo na świecie istnieją bardzo częste zwyczaje nie wydawania reszty, mimo umówionej kwoty. Jedziemy, przed tym zapłaciwszy bagażowym cztery ruble, za podwiezienie wózkami. Szerokie moskiewskie ulice. Puste. Moskwa jeszcze śpi. Dworzec Kurski. Szybko wyładowujemy nasz bagaż i ustawiamy to wszystko na chodniku przed dworcem. Pierwsze wrażenie-ogromny budynek dworcowy. Ściany ze szkła. Ale co u licha! Wzdłuż czołowej ściany na chodniku, leżąc na gazetach, śpią dziesiątki ludzi. Twarze tych osób są doskonałym potwierdzeniem faktu, że Związek Radziecki jest krajem wielonarodowościowym. Widok ten jest w pewnej sprzeczności z moją świadomością o ZSRR, kształtowaną przez tak zwane „źródła informacji” od chwili, gdy nauczyłem się czytać. Spojrzawszy na to okiem człowieka dorosłego i bez uprzedzeń-to znacznie lepiej jest spać nawet na gazecie, niż męczyć się całą noc na ławce. Najlepiej o tym wie ten, kto miał okazję z takich, czy innych powodów przespać noc na dworcu kolejowym. A poza tym co robić z tą całą masą ludzką, ze wszystkich republik, która przyjeżdża codziennie do Moskwy. Hotele dla wszystkich? Absurd! Po tych pierwszych przelotnych wrażeniach zabieramy się do roboty. Robię szybko-bo podobno nie wolno-„rodzinne” zdjęcie na tle dworca. Nie mieliśmy dotychczas czasu, aby się wszyscy razem z naszym ekwipunkiem sfotografować. Teraz poszukamy Inturistu, gdzie powinien spokojnie leżeć nasz telegram o zarezerwowanie miejsc w pociągu do Dżulfy i gdzie zrealizujemy nasz voucher. Niestety życie bez kłopotów byłoby zbyt piękne. Nie ma żadnego Inturistu na Dworcu Kurskim. Informacja uzyskana w Inturiście w Warszawie, że jest takowy na tym dworcu okazała się bzdurą. Pociąg do Dżulfy, owszem, jest dzisiaj, o dziewiątej czterdzieści pięć, peron trzeci. Nasz voucher zrealizujemy w Inturiście na Placu Rewolucji. Wszystkie te informacje uzyskujemy w informacji kolejowej. Zbliża się szósta. Dworzec coraz bardziej się zapełnia. Robi się coraz cieplej. Jest już nawet prawie duszno. Krótka narada. Co robimy dalej. Musimy najpierw przenieść nasz bagaż na peron trzeci. Poszukiwania za bagażowym nie przynoszą rezultatu. Tu na perony dochodzi się skomplikowanymi tunelami. Do których, aby zejść, trzeba przemierzyć plac pod dworcem, a potem zejść po schodkach. Bagażowi działają tylko we wspomnianych tunelach. Tak, że korzystając z bagażowego, musielibyśmy sami przenieść nasz bagaż większą część drogi na peron i w dodatku zapłacić. Przeniesiemy sami. Z plecakami uporaliśmy się szybko. Gorzej będzie z bębnami. Dobrze, że mam nosiłki. Niosę pierwszy bęben. Ciągnie mnie potwornie do tyłu. Gdy dochodzę na peron, zaczynają mi się uginać nogi. Jeszcze muszę przenieść jeden, a następne przeniosą Janusz i Jacek. Bębny mamy na peronie, plecaki też. Ryśka zostanie z bagażem. Ja z Jackiem pojedziemy na Plac Rewolucji. Elżbieta i Janusz kupią coś do jedzenia na drogę. Chce nam się wszystkim bardzo pić. Jest duszno. Odkrywamy na dworcu automaty ze świetną, gazowaną wodą. Za kopiejkę woda czysta, za trzy - z sokiem. Niestety nikt nam nie chce rozmienić pieniędzy. Na szczęście Jacek ma jeszcze z Polski parę kopiejek i to nas ratuje z opresji. A teraz pojedziemy obydwaj na Plac Rewolucji. Jacek jest moim „cicerone”. Voucher jest wypisany na moje nazwisko. Na Plac Rewolucji jedziemy metrem. Jak mieliśmy się okazję później przekonać, to znakomity środek lokomocji. Pięć kopiejek wrzuca się do szczeliny, jak w automacie telefonicznym, bramka się otwiera i można wejść do podziemi Moskwy. Za te pięć kopiejek na upartego można tam przebywać cały dzień, przemieszczając się z jednego końca na drugi tego ogromnego miasta. Jeszcze raz, niestety, jesteśmy ofiarą błędnych informacji. Inturist na Placu Rewolucji jest, ale nic nie wskazuje, że tu sprzedają bilety kolejowe. Ktoś nam radzi, aby iść na Prospekt Marksa. To niedaleko, pójdziemy piechotą. Przed sobą mamy Plac Rewolucji. Po drugiej stronie mury Kremla. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że Kreml powinien być na wzgórzu. Widać słynne baszty kremlowskie a na nich pięcioramienne ogromne czerwone gwiazdy. Z tej odległości wydają się być niewielkie. W głębi widać jakąś śliczną cerkiew z mnóstwem kolorowych kopuł. To na Placu Czerwonym-mówi Jacek. Zaczekaj-mówię. Zrobię sobie zdjęcie. Mam nadzieję, że jak kupimy bilety to się z godzinkę powłóczymy po Placu Czerwonym. Przechodzimy obok Teatru Wielkiego. Fronton teatru w remoncie. Nie ma tu Inturistu. Mieści się w hotelu „Metropol”. Teraz sobie przypominam, że gdzieś tą nazwę słyszałem. Może to chodziło o hotel „Metropol” w Warszawie. Nie wiem. Krążymy dookoła budynku. Wszystko zamknięte. Gdzie się zrealizuje ten przeklęty voucher. Dzisiaj jest sobota i dzień dla moskwian wolny od pracy. Ale chyba Inturist pracuje? O może tu! Na szybie są namalowane wagoniki. Już stoi kolejka ze sześć osób. Ale co to? Otwarte od dziewiątej! A my mamy pociąg o dziewiątej czterdzieści pięć. Nikła nadzieja, że zdążymy. Sześć osób przed nami i w dodatku nie wiadomo dokładnie, czy to tu. Jesteśmy z Jackiem zrezygnowani. Nie ma sensu stać i tak nic nie załatwimy. Odkrywam w pobliżu automaty z wodą sodową. Jacek grzebie w kieszeni i wyciąga jedno i trzykopiejkówkę. Będą dwie wody. Pojawia się Janusz z Elżbietą. Mają do nas pretensje, że nie stoimy w kolejce. No, dobrze, staniemy, tylko że w dłuższej, bo już urosła. Musimy się kogoś spytać, gdzie realizuje się ten voucher. Ktoś z obsługi otwiera drzwi i zastawia je krzesłem. Jednocześnie pojawia się milicjant. Zwrócił uwagę na nas wcześniej, niż zdążyliśmy się go spytać. Co my tu robimy? Pada pytanie. Myśmy chcieli kupić bilet do Teheranu i tu pokazujemy mu voucher. Pierwsza brama-pada odpowiedź. Zbliża się ósma. Idziemy do tej bramy. J i E tu byli, ale nie sądzili, że tu można kupić bilet do Teheranu. Tu też już jest kolejka. Jak tylko otworzą drzwi to wtargniemy pierwsi do środka. Innego wyjścia nie mamy. Gra idzie przecież o cały tydzień. Dziś, albo w przyszłą sobotę? Zajmuję strategiczna pozycję przed zamkniętymi drzwiami wejściowymi. Czekający, będący wcześniej przede mną, nie protestują. To dobrze. Czekam tu z Januszem. Elżbieta - którą boli żołądek i Jacek gdzieś sobie poszli. Otwierają się drzwi i milicjant, podobny do poprzedniego, zastawia je krzesłem. My chcemy bilety do Teheranu, czy to tu? Tak, to tu. Tylko gdzie sprzedają? Pomieszczenie jest duże, a my nie możemy sobie pozwolić, aby chodzić później i dopytywać się, gdzie sprzedają bilety.. Jak ten czas potwornie wolno i jednocześnie szybko - myśląc o godzinie odjazdu pociągu - leci. Wolno, bo czekamy na godzinę dziewiątą, od której zaczną tu pracować i szybko, bo do odjazdu pociągu zostało nam niewiele ponad godzinę. Zaczynają się schodzić pracownicy Inturistu. Zaraz za drzwiami zajmuje miejsce młoda dziewczyna. To na pewno informacja. Wykorzystując chwilę, gdy nasz cerber w policyjnym mundurze gdzieś się zawieruszył, wpadam do środka i pokazuję dziewczynie voucher, pytając gdzie to się załatwia. Wskazuje ogólnie kierunek. Ale dopiero o dziewiątej. Oczywiście! I wycofuję się na moją strategiczną pozycję. Do bramy wjeżdża duży samochód ciężarowy. Wywołuje to małe zamieszanie i cała kolejka się przemieszała. Nieźle, dla nas, bo może nikt nie wpadnie na myśl, że podeszliśmy. Ustalamy najkrótszą drogę na Dworzec Kurski. Biegiem do najbliższej stacji metra. I na szczęście to tylko jeden jego przystanek. Pięciokopiejkówki na metro ściskam cały czas w kieszeni. W ręce trzymam voucher i bilety z Warszawy do Dżulfy, bo może będą potrzebne, za chwilę. Dziewiąta! Krzesło się odsuwa i wpadamy z Januszem do środka. Mamy szczęście. Trafiliśmy na właściwą kasę, tylko…, że ona nie zdąży wypisać biletu. No, nie! Wyciągamy nasze oklepane argumenty, że przecież nie będziemy siedzieć w Moskwie do przyszłej soboty. Zabiera się do roboty, tylko musimy dopłacić czterdzieści pięć rubli. A więc jednak pierwsza klasa z Dżulfy do Teheranu. I tak na tym dobrze wyszliśmy, bo dopłacamy zamiast po dziesięć dolarów, jak żądano w Warszawie, tylko po dziewięć rubli na osobę. Pojawił się Jacek z Elżbietą. Proponujemy im, aby jechali na Dworzec Kurski, gdzie siedzi przy bagażach Rysia i przenieśli nasz dobytek w pobliże wagonu do Dżulfy. Świetnie się dziewczyna spisała. Jest dwadzieścia po dziewiątej i mamy bilety. Oby tak pracował nasz krakowski Orbis. Teraz wszystko zależy od naszych nóg. Do odjazdu pociągu zostało niecałe dwadzieścia pięć minut. Biegniemy do metra. Widok w Moskwie chyba nie często spotykany. Bieg w dół po ruchomych schodach. Nadjeżdża metro. Wchodzimy do środku i za chwilę wyskakujemy na stacji Kurskaja. Skaczę po dwa, trzy stopnie do góry po ruchomych schodach. W ferworze przebiegam, zamiast przez wyjście, przez automatyczne wejście do metra. Słyszę tylko silny trzask zamykających się automatycznie ramion. Urządzamy z Januszem sprinterski slalom między ludźmi. Pomyśleć- jeszcze kilka godzin temu na Dworcu Kurskim było spokojnie a teraz przewalają się tłumy. Trzeci peron. Pociąg już stoi. Za pięć minut odjazd. Bagaż też stoi, w tym samym miejscu, co stał. Jacek z Elżbietą przyszli dopiero przed chwilą i ktoś, wyglądający na kolejarza, powiedział im, że wagon do Teheranu jest z tyłu pociągu. Pobiegli tam, ale okazało się, że to był wagon do Ankary. Do Teheranu jest z przodu pociągu. Przenosimy błyskawicznie nasze trzysta kilogramów. Są dwa wagony, ale tylko do Dżulfy. Nie do Teheranu. Dobra! Może być do Dżulfy. Konduktor wagonowy ogląda bilety. Nie pojedziemy-stwierdza. Jak to nie pojedziemy! Kupiliśmy dopiero bilety w Inturiście. Zaczynamy się na niego wszyscy wydzierać. Nie pojedziemy, bo miejsca, które mamy wypisane na bilecie, on ma zajęte.(Tu trzeba przyznać, że mieliśmy trochę szczęścia, otrzymując miejscówki do Dżulfy). Atmosfera robi się gorąca. Do akcji włącza się dyżurna peronowa. Telefonuje do Inturistu. Jak zwykle w takich przypadkach, nie może się połączyć. Prosimy konduktora sąsiedniego wagonu, który jedzie tylko do Erewania, aby nas wpuścił. Dalej sobie jakoś poradzimy. Zrozumiał naszą sytuację-wsiadajcie! W takich przypadkach ciężary kilkudziesięciokilogramowe stają się dziwnie lekkie. I za chwilę wszystko ląduje w wagonie. Pociąg rusza. Pojawia się Janusz. Wszystko się wyjaśniło. Inturist -prawdopodobnie w pośpiechu- pomylił się. Przenosimy się do tego wagonu, do którego mieliśmy wsiąść. Wagon jest prawie pusty. Konduktor nagle robi się słodziutki. Niech cię diabli! A przed chwilą zostawiłby nas na peronie, nie zastanawiając się. A może wiedział co robi? Licho go wie! Jedziemy! Marzyłem o tej chwili. Właśnie najbardziej o tej, że będę siedział w wagonie Moskwa-Teheran. Tu kilka słów wyjaśnienia- sądziliśmy, że jak wsiadając w Moskwie do wagonu, dojedziemy nim do Teheranu. A jak było w rzeczywistości - to później. Jak to dobrze, że człowiek szybko zapomina złe chwile. Wszystko, co się działo dosłownie przed momentem, staje się nieważne, odsuwa w tył. Oglądamy ciekawie przedział. Pierwsza klasa. I rzeczywiście pierwsza klasa. Klimatyzacja, prysznic i perspektywy znakomitego wypoczynku przez cztery dni. Zajmuję z Rysią przedział dwuosobowy, który posiada łóżko piętrowe, pod oknem stolik a obok niego fotel. Z przedziału bezpośrednio wchodzi się do łazienki, gdzie jest umywalka, prysznic i sedes. Łazienka ma połączenie z sąsiednim, identycznym przedziałem, gdzie jedzie Janusz z Elżbietą. Drzwi do łazienki z przedziałów są wzajemnie blokowane. W takich luksusach jeszcze nie podróżowaliśmy. Jacek jako samotny dostał za towarzysza podróży jakiegoś młodego człowieka, który jedzie na wczasy do Kirowakanu. Pociąg opuszcza Moskwę. Upychamy nasze rzeczy. Plecaki na górę. Bębny pod stolik. Teraz prysznic. Jesteśmy brudni i spoceni. W Moskwie też potrafią być upały. Dowód na to mieliśmy dzisiaj rano. Ktoś- już nie pamiętam kto - odkrywa, że konduktor robi herbatę. Zamawiamy po dwie. Są mocne i gorące. Duże szklanki stoją w metalowych koszyczkach, z szerszą podstawą. Lubię taką herbatę. Jest świetna. Równie dobry jest nastrój naszej piątki. Za oknem pociągu krajobraz podobny do naszego Mazowsza. Tak więc wygląda Rosja. Według mapy rzeka, która teraz widzimy, to Oka. Rzeka Oka, płynie jak Wisła szeroka… Tak nas uczono w dziecięcych latach. Była wtedy czysta i szumiała jak Wisła. Dzisiaj też jest podobna do Wisły, bo równie brudna. Miasto Tuła. Stąd pochodziły słynne samowary tulskie. Orzeł, Kursk. Miasta, które są związane z najbardziej ponurym okresem w historii ludzkości-drugą wojną światową. Po drodze, z okna pociągu, oglądamy jeszcze pogrzeb kołchoźnika, jadącego w trumnie na samochodzie ciężarowym. Nieboszczyka poprzedza niewielki tłum jego pobratymców. Cały ten pochód otwiera chorąży ze sztandarem w barwach narodowych i czerwona gwiazdą na szczycie. Tak nam upłynął kolejny dzień podróży do Iranu.
    6 punktów
  4. Kasina Ski & Bike, to najlepszy moim zdaniem, ośrodek narciarski w pobliżu Krakowa. Odwiedziłem Kasinę Wielką kolejny raz, aby sprawdzić jak "daje sobie radę" przy tak niesprzyjającej aurze. Nie zawiodłem się. Stok był bardzo dobrze przygotowany, a ilość chętnych do jazdy na zboczach Śnieżnicy dobitnie świadczy, że ośrodek w Kasinie Wielkiej to najlepsza opcja na narty w okolicach Krakowa.
    5 punktów
  5. Akcja wywołuje reakcję. Zmieniłem dyscyplinę sportu, jak ... wielu, bardzo wielu ... środa, 6 stycznia 2021 Ekonomia. Akcja wywołuje reakcję — Zostań w domu — radzą nam różne telewizje, i ta rządowe, i te nierządne - o pardon - nierządowe. Przepraszam, ale od dawna nie stosuję się do tego, hmmm, apelu! Podobnie ma chyba wielu rodaków. W konsekwencji rząd wprowadził ferie bez ferii! Skutek? Nigdy nie widziałem tylu adeptów saneczkarstwa, skiturów oraz zwykłej turystyki pieszej skumulowanych razem w najpopularniejszych miejscowościach górskich województwa śląskiego - zarówno w jego części małopolskiej (Szczyrk), jak i śląskiej (Wisła). A przejazd przez Salmopol był niełatwy, oj niełatwy - tyle samochodów usiłowało tamże zaparkować. Zresztą zjawiska ekonomiczne są od lat podobne: załamanie się działalności jednego biznesu napędza drugi - inny biznes. Tak jest i tym razem. Słyszałem wcześniej, że pewna grupa skiturowców odwiedza Szczyrk. Niemniej to, co zobaczyłem na własne oczy, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Od godziny 8:00 pewnie do zmroku, a może i po zmroku (są organizowane wieczorne i nocne wejścia na Skrzyczne) stale ciągnie tłum ... narciarzy, tyle, że wchodzących pod górę po to, aby zjechać ... jeden raz z góry. Tłum zresztą, to ... delikatne określenie. Sam widziałem takich amatorów (a byłem jednym z nich) tysiące, grube tysiące. Tłum narciarzy z kolei mieszą się z tłumem saneczkarzy oraz tłumem turystów pieszych. A wszyscy ... idą na Skrzyczne! Taki jest efekt idiotycznych przepisów i decyzji. Więcej: http://ekonomiaplussport.blogspot.com/2021/01/ekonomia-akcja-wywouje-reakcje.html
    4 punkty
  6. Lycamobile 35zł 4.5 GB W ROAMINGU UE/EOG i jest w tym Szwajcaria Od 01 styczeń 2021 roku Klienci, którzy zakupili jeden z naszych polskich pakietów (WSZYSTKO W JEDNYM S, M, L, XL, XXL,XXXL), mogą z nich korzystać w roamingu we wszystkich krajach UE i EOG. Zaleca się klientom, aby w UE/EOG maksymalnie ograniczali przesyłanie danych roamingowych i przypominamy o obowiązujących limitach. Jeżeli aktywowałeś INTERNET (XS) limit wynosi 0.1 GB, INTERNET (S) limit wynosi 0.3 GB, INTERNET (M) limit wynosi 1 GB , INTERNET (L) limit wynosi 1 GB , INTERNET (XL) limit wynosi 1.5 GB , INTERNET (2XL) limit wynosi 2 GB , INTERNET (3XL) limit wynosi 3 GB , INTERNET (4XL) limit wynosi 4.5 GB . Kraje UE i EOG: Austria, Belgia, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Grecja, Hiszpania, Holandia, Islandia, Irlandia, Litwa, Liechtenstein, Łotwa, Luksemburg, Malta, Niemcy, Norwegia, Polska, Portugalia, Rumunia, Słowenia, Słowacja, Szwecja,Szwajcaria ,Węgry, Wielka Brytania, Włochy.
    4 punkty
  7. @idealist, @marcinn - bardzo dziękuję za rzeczowe odpowiedzi . Co do innych propozycji, to powiedzmy, że mnie trochę zdziwiły. Zadałam dość konkretne pytanie o internet, wyjaśniłam dlaczego, bo ktoś pytał, a otrzymałam uwagi towarzysko-socjologiczne i garść wspomnień . Kończąc temat - nie jeździmy na narty, żeby siedzieć z nosem w komórce na stoku, ale ludzie mają różną specyfikę pracy - jedni biorą wolne, inni mają elastyczny czas pracy, ale czasem przed albo po nartach trzeba ogarnąć jakiś temat. Porozglądam się jeszcze za innymi kwaterami, może znajdę coś z wifi i problem się rozwiąże. Oby w lutym można było bezpiecznie wyjechać w Alpy, reszta się ułoży.
    4 punkty
  8. Witaj na forum, ładny awatar 1. Całość kwoty przeznacz na buty. Muszą być idealnie dopasowane (ciasne) i z 4 klamrami. Twardość mało istotna, ale te najbardziej miękkie możesz ominąć. 2. Odwiedź sklep ski-fanatic w W-wie. Nie musisz u nich nic kupować (jest drogo) ale zobaczysz jak się profesjonalnie dobiera buty. W żadnym innym sklepie w Polsce, czegoś podobnego nie spotkałem. Potem poszukaj dobranego modelu gdzieś taniej. 3. Nadal dbaj o formę i zacznij jeździć na rolkach, to bardzo pomaga w narciarstwie. 4. Korzystaj jak najwięcej z instruktorów. Na dalszym etapie warto też rozważyć kursy grupowe. Szczególnie tzw. kurs kwalifikacyjny dla przyszłych instruktorów. Jest to tańsza i lepsza forma szkolenia niż "zwykłe" kursy. http://nartus.pl/kursy-kadrowe/#kwalifikacyjny 5. Jeździj na narty z pasjonatami Np. tu na forum. Pomogą Ci poprawić umiejętności, poznać rożne przydatne triki a także dobrać odpowiednie narty. Jeśli chcesz, napisz do mnie na priva. Chętnie spotkam się na stoku i pomogę w kwestii techniki.
    4 punkty
  9. Szczyrk to obecnie prawdopodobnie stolica polskiego skituringu. Wyjść i zjechać się da bez żadnej szkody dla sprzętu. Podczas wspinaczki można od 1000 m n.p.m. zejść ze stoku w las i iść w tylko po naturalnym śniegu. Na przełomie roku zaliczyliśmy z Maćkiem i kolegami trzydniówkę skiturową. Jutro także wypad w góry.
    4 punkty
  10. Kolejna, dzisiejsza wędrówka po Górach Świętokrzyskich Tym razem odwiedziliśmy sanktuarium kultu Wiślan...oraz Pałac, z pewną historią... Zapraszam do nowego wpisu na moim blogu, pod poniższym linkiem: Pogańska Góra Dobrzeszowska - 365 m npm, ruiny pałacu Hugo Kołłątaja. - Nogi bolo - skionline.pl - forum narciarskie Pozdrawiam marboru
    3 punkty
  11. Taki śnieg we Włoszech w Passo San Pellegrino - Falcade / Trevalli:
    3 punkty
  12. Zdecydowanie bym się jeszcze wstrzymała z ogłaszaniem otwarcia stoków w IT od 18.01 i szykowaniu wyjazdów. Obserwuje profil Dolomiti Superski i od początku roku nie padło ani słóweczko o otwarciu stoków. Niemalże do końca grudnia pisali o 07.01, a teraz cisza, w moim odczuciu nieprzypadkowa, i zamieszczają tylko zimowe impresje bardziej śnieżnych niż kiedykolwiek Dolomitów
    3 punkty
  13. Val Gardena ogłosiła właśnie na FB, że otwiera 18.01. Bez szczegółów dla kogo otwiera, po prostu, że otwiera. To o tyle ciekawe, że do tej pory przy żadnej przewidywanej dacie, nie ogłaszali oficjalnie otwarcia. Może coś z tego będzie 🙏
    3 punkty
  14. Wstęp do dalszego ciągu... Mam mnóstwo zdjęć i opisów związanych z trzema pobytami: - wyjazd i pobyt w Iranie -1972 r, główny cel-góry Elburs, -wyprawa alpinistyczna do Afganistanu, Hindukusz Wysoki-1973 r, -trekking w Himalajach, na północ od stolicy Indii, oraz objazd subkontynentu pociągiem-1976 r. Prowadziłem dziennik w Iranie i w Indiach. Na podstawie tych zapisków, mając w pamięci, pojawiające się obrazy, spisywałem na nowo swoje wspomnienia. W pewnym okresie miałem nawet zamiar napisać jakąś książkę podróżniczą. Czytało się czasem coś takiego. Tylko proste relacje z czynności dnia bieżącego. Był to okres, gdy już wyjazd w Alpy, był marzeniem. Nie tylko z powodu braku zielonych. Pierwsze pytanie, przy staraniu się o paszport, wisiało w powietrzu. "Po co chcecie tam jechać" ? Zarejestrowani sportowcy mieli przywileje. Jechali na zawody. Z rzadka ktoś jechał służbowo. Ale indywidualnie, turystycznie można było tylko do "demoludów". Coś z relacji, z szerokiego świata, się wtedy jednak pojawiało. Były wyprawy alpinistyczne, czy też w innych dziedzinach(żeglarstwo). Ale to się podciągało pod wyczyn, rozsławiający imię Polski Ludowej na całym świecie. Czytałem "Poznaj Świat". Tam się czasem pisało o dalekich podróżach indywidualnych. "Orbis"-owszem - umożliwiał wyjazdy daleko w świat. Nie tanie i porządnie zorganizowane, bezpieczne. Egzotyka głównie się ograniczała do paru zabytków i kultury w wydaniu cepeliowskim. W wspomnianym periodyku czytałem relacje pewnego autora, którego później poznałem osobiście. Rysiu-mówię, jak to pisałeś. Tyle wiadomości o kraju, kulturze, zabytkach. Rozmowy z ludźmi spotkanymi na ulicy. Stary! Ja mam dobrą Practikę. Robi się parę zdjęć na miejscu. Idziesz do Biblioteki Jagielońskiej i szukasz materiałów o tym kraju. Rozmowa na ulicy jest dziecinnie prosta. Jak masz nieco wyobraźni to bez trudu tworzysz taki dialog. Ja nie jechałem z Orbisem. Sam ze swoimi kolegami organizowaliśmy taki wyjazd. Zdobywało się wcześniej informacje o danych górach, kraju,...Maksymalnie ile się da. Na ulicy nie robiłem reportażu, ale w ścisku, z miejscowymi, siedziałem w telepiącym się gruchocie. Zwanym autobusem. Lub też przez dwa tygodnie, objeżdżając Indie i docierając do przylądka Komorin - zmieniałem pociągi. Było wystarczająco dużo czasu na rozmowy ze współpasażerami. Więc sobie myślałem - moja książka będzie bardziej prawdziwa. W zapiskach nie jestem jedynym bohaterem. Raczej unikam pisania o sobie. "Selfi" to można policzyć na palcach jednej ręki. Zawsze mnie interesowali ludzie. Jak żyje przeciętny człowiek. Bez upiększeń dla celów propagandy tyrystycznej. Geografia - czyli teren, pogoda, zabytki. To się samo przez się rozumie. Książek przygodowych czytałem w tym okresie, jak wyżej, sporo. Ja zawsze szukałem w takiej literaturze nie tylko "reportażu". Przykład - to jest takie miasto, takie zabytki itp. Szukałem bardzo osobistych przeżyć autora. Strachu, zwątpienia, wyrzutów(po co się w to wkopałem?). Jeśli chodzi o góry to mam osobisty pogląd, że generalnie jest to marna "literatura". To są reportaże. Alpiniści cierpią z zimna, z braku powietrza. Ale gdyby zarejestrować im wszystkie te myśli, które przelatują przez ich głowę, w bezsenną noc, gdzieś w namiocie, oczekujących na wątpliwą pomoc...A dostajemy opis trudności technicznych ze wspinaczki. I że jest to osiągnięcie. Jest. Chwała za to! Ale to nie jest literatura. I teraz się kiwam. Wykorzystać serwer "Online" na archiwum. Napisać w odcinkach "książkę". Będzie ich sporo. Stąd perfida. Materiału mam dużo. Jest napisany i sfotografowany. Drobne korekty, jak opisanie publikowanych zdjęć(kolor). Co, gdzie, kiedy? Nie będzie to wielki wysiłek z mojej strony. Więc bez żalu mogę to zawsze przerwać. Nie potrzebuję "lików". Nie wszystkim moja relacja musi się podobać. Ale czasem jakieś "thanks" może świadczyć, że ktoś z ciekawości to przeczytał. Zagronie
    3 punkty
  15. Dziękuję za dobrą radę, ale nie takiej oczekiwałam. Nie ma to, jak obcy ludzie mówią, jak mamy żyć i jak pracować.
    3 punkty
  16. Chłopaki @mirekn @marcinn @christof @krzysio1226 ja do was nie dołączę ale kibicuję i życzę takiej pogody jak dziś. Znając dobrze topografię wokół Skrzycznego jestem wstanie dotrzeć blisko tras żeby móc zjechać choć raz przy zamkniętych kolejkach. Dziś dzięki uprzejmości mojej żonki, trzeba było podejść tylko 300m żeby znaleźć się na polanie Suche. Dla mnie to i tak spory wysiłek ale jazda w dół rewelacja. Ludzi sporo, rozwija się nowy rodzaj wypoczunku w polskich górach - skitury. @krzysio1226 nie ma się nad czym zastanawiać, podejście to żaden problem poza tym że mi np. za pierwszym razem zdażyło się nie przepiąć podstawki pod buta. Po kilku zablokowaniach buta zorientowałem się ale i tak pod Golgotę wygramoliłem się na pierwszym stopniu podstawki zamiast na trzecim. Kilka fotek dla zoobrazowania mojej frajdy: Do zobaczenia, HEY
    3 punkty
  17. Przestań. Nie popadajmy w paranoje
    2 punkty
  18. Cześć Spiochu dobrze pisze. Jak jesteś z Warszawy to PMSport ProShop też polecam, zniżki się załatwi. Nakreślona powyżej droga jest optymalna a propozycja pomocy bardzo wartościowa i polecam skorzystać bo znam kolegę i tylko z szacunkiem mogę o nim pisać. Pozdro
    2 punkty
  19. Te narty Vertical będą raczej słabo jeździć. Lekka narta, która coś tam już pojedzie to: 85 pod butem i 1300g przy długości 170cm. To jest dla mnie wyznacznik uniwersalnej narty turowej. Uniwersalna narta freeturowa to 1500g i około 95 pod butem, albo ciut więcej.
    2 punkty
  20. To jest po prostu ironia losu! No cóż, przyroda po raz kolejny próbuje pokazać człowiekowi, kto tu rządzi.
    2 punkty
  21. TPN dopuścił ruch narciarski na swoim obszarze. Dzisiejszy komunikat zniósł zakaz. Całość komunikatu na stronie TPN. "(...)Warunki do uprawiania turystyki narciarskiej powyżej górnej granicy lasu nadal są trudne. Na szlakach w wielu miejscach wystają kamienie. Przypominamy, turystyka narciarska może być uprawiana pod warunkiem występowania pokrywy śnieżnej, zabezpieczającej roślinność i glebę przed oddziaływaniem narciarstwa.(...)"
    2 punkty
  22. Poczytaj sobie komentarze pod tym postem o Gardenie na FB. Jednak dominuje pesymizm. Doprawdy nie wiem czemu Val Gardena tak tryska optymizmem, jeżeli jeszcze dwa tygodnie temu Sasslong zapowiadał brak otwarcia sezonu. Wiem, że Val Gardena potem ostro reagowała, ale twardych faktów ciągle brak. Raczej skłaniałbym się do tezy, że AT, IT i FR razem i wspólnie zdecydują.
    2 punkty
  23. Nasze przyzwyczajenie do bycia w łączności jest z pewnością znakiem czasów, ale są też ważne okoliczności życiowe, których nie sposób zignorować. W moim przypadku są to starsi rodzice, z którym w obecnym czasie po prostu muszę się codziennie kontaktować i mieć opracowaną sieć pomocy w razie gdyby coś się wydarzyło. Z tego, co widziałam przeszukując ogłoszenia w CH większość kwater ma wifi. My chyba będziemy jedynymi wynajmującymi apartament w budynku wiec mam nadzieję na sprawną sieć wifi. Otrzymaliśmy już PINy do bezobsługowego zameldowania i odbioru karty. Póki co wszystko przedstawia się mocno obiecująco.
    2 punkty
  24. Wyprawa do Iranu 13.07-20.08.1972 r Prolog-czyli jak zorganizować wyprawę. Pytanie-jak zorganizować wyprawę? Odpowiedź na nie jest w zasadzie bardzo prosta. Trzeba mieć; bardzo, bardzo dużo entuzjazmu, odpowiednią odporność psychiczną, szczęście - no i pieniądze. Reszta jest prosta. Nas było pięcioro: Ryśka - moja żona, Elżbieta żona Janusza i Jacek, jego brat. Pasją naszą były góry. Jeździliśmy w Tatry. Schodziliśmy Riłę i Piryn. Udało nam się wyjechać w Alpy Julijskie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, w tym przypadku w miarę wzrostu doświadczenia i poznawania nowych miejsc. Spotykaliśmy w każdą środę w Klubie. Na ulicy Basztowej w Krakowie w budynku, w którym była szkoła muzyczna, jedno piętro zajmował Oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego(PTTK). Pod jego skrzydłami działały kluby. Nasz nazywał się Tatrzański . Czasami w czasie walnych zebrań z udziałem przedstawicieli, czy oficjeli z wyższego szczebla „peteteku”, ktoś z zarządu klubu, liczącego teoretycznie kilkudziesięciu członków podkreślał, że jesteśmy jak odwrócona litera T. Na dole są szerokie masy turystów górskich, na górze „wyczynowcy”, czyli członkowie Klubu Wysokogórskiego, który zresztą był obok nas. PTTK łaskawie przydzielił im jeden pomieszczenie, na zebrania i niezbędne papiery potrzebne do działalności. My turyści wysokogórscy byliśmy między nimi. Dotychczas monopol na wyjazdy w góry, nazwijmy je egzotyczne, choć mogły być w Europie, ale w strefie dolarowej, mieli tylko wyczynowcy. Więc marzyliśmy. Marzyć jest łatwo. Może Alpy, a może poza Europę. Wszyscy marzą. No i co z tego ? Gdzieś około dwóch lat temu Janusz rzucił hasło - pojedziemy do Mongolii. Dlaczego nie! Może być Mongolia. W Mongolii nie trzeba było mieć dewiz. Góry są wysokie, posiadają lodowce, co było moim marzeniem, aby wreszcie przejść się po prawdziwym lodowcu. Są wprawdzie „lodowczyki” w Tatrach, ale i tak większość wspinaczy w to nie wierzy. W rzeczywistości jest to zlodowaciały śnieg, który, wprawdzie rzadko, ale jednak topnieje całkowicie. W ten wyjazd, po prawdzie nikt nie wierzył, może z wyjątkiem Janusza. Ale jak się tylko gada co środa i marzy, to oczywiście nigdzie się nie pojedzie. Na wiosnę dopingowani przez Janusza oraz zbliżającymi się wakacjami zebraliśmy dwunastkę chętnych na wyjazd. Zespół, może nie całkiem odpowiedni, ale lepszego nie było. Program wyprawy przewidywał wyjazd pod najwyższy szczyt Mongolii Moenche Chajchran Uuł, położony w Ałtaju Mongolskim.. Przewidywano wyjście na ten szczyt, akcję eksploracyjną w jego otoczeniu i badania biologiczne potoków górskich. Wśród środowych dyskutantów, przy rarytasie klubowym-kawie, były dziewczyny zajmujące się naukowo takimi badaniami. Rozpoczęły się starania o paszporty i wizy mongolskie. Paszporty otrzymaliśmy, po wizycie Elżbiety u zastępczy komendanta wydziału paszportów MO. Miała widocznie jakiś dar przekonywania. Gorzej niestety było z wizami. Strona mongolska, bo tak oficjalnie wtedy nazywano kraj udzielający nam łaskawie wiz, odpowiedziała na pismo Klubu uprzejmie, ale stanowczo, że wiz w tym roku nie będzie. Między wierszami, czytało się wtedy, że mamy za małe poparcie. Gdyby jakiś ważny sekretarz partii poparł naszą wyprawę? Wszyscy tak robili. Bo bez - znaczącej w naszej ludowej ojczyźnie figury - wyjazd był praktycznie niemożliwy. Nasz zespół się rozleciał. Przy tej okazji wyciągnęliśmy smutny wniosek, że w przyszłości należy staranniej dobierać ludzi. Niezmordowany Janusz zaproponował Iran. Rzecz wydawała się jeszcze mniej realna niż Mongolia. Tym bardziej, że w „Taterniku”- organie Klubu Wysokogórskiego można było przeczytać relacje z wypraw, z których wynikało, że na zorganizowanie takiej wyprawy potrzeba nawet dwóch lat. I znów w ruch poszły marzenia. Grupa Tacht-e-Sulejman, Alam Kuh, Demawend – to nazwy szczytów w Elbursie, gdzie chcieliśmy jechać. Góry te znane były u nas pod nazwą Alborz. Poza nimi marzył nam się Isfahan, Sziraz, Persepolis – jako piękne kulturalne dodatki do gór. Na razie w wymienionych czterech elementów, potrzebnych do zaistnienia wyprawy, mieliśmy tylko jeden - entuzjazm. Entuzjazm ten rósł lub malał w zależności jak dana sprawa się przedstawiała. Co do pieniędzy, to istniała nadzieja, że coś się załatwi. Pozostałe dwa elementy, odporność psychiczna i szczęście były wielka niewiadomą. Na początku maja Janusz wysyła pismo do Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki(GKKFiT) podając zasady na jakich będzie zorganizowana wyprawa. A były one, w pewnym skrócie takie, osiem osób, każda z nich będzie posiadać pięćdziesiąt dolarów na koncie wywozowym, działalność w grupie górskiej Tacht-e-Sulejman i wyjście na Demawend. Cały maj łudzimy się, że coś z tego będzie. Przy końcu maja wysyłamy pismo do ambasady irańskiej z prośbą o wizy. Początek czerwca to nowe rozczarowanie. GKKFiT jest zainteresowany tylko wyjazdami sportowymi. A więc tylko wyczyn. Widocznie nie nadszedł jeszcze czas, aby zainteresować się turystą, który nie jest wyczynowcem, i nie chce, i nie zawsze może korzystać z Orbisu. Dostajemy od nich radę, że należy się starać o wyjazd na zasadach turystycznych. Co te zasady znaczą w przypadku Iranu, tego nikt z nas nie wie. Można się domyślać, że powinniśmy tam jechać z Orbisem zwiedzać zabytki. Był więc już początek czerwca, a wyprawa, aby miała jakiś sens powinna trwać minimum pięć tygodni. Elżbieta, Ryśka i Janusz, powinni być, ze względów zawodowych już na początku września z powrotem w Polsce. Z tego wypływał wniosek, że powinniśmy wyjechać najpóźniej na początku drugiej połowy lipca. A my jesteśmy w punkcie zerowym. Bo poza zdobyciem pewnego doświadczenia, sprawa wyjazdu nie ruszyła z miejsca.. Do tego wszystkiego ubywa nam Janusz, który wyjeżdża do Włoch.. Powróci pod koniec czerwca. Przy tej okazji załatwia dla mnie i dla Rysi delikatną sprawę konta dewizowego. Nie mamy dolarów i nikogo za granicą, który by nam przysłał kilka zielonych, koniecznych do wypuszczenia nas z kraju do strefy dolarowej. Kupiłem więc u konia setkę, którą Janusz zabiera ze sobą. Ma zorganizować przesyłkę. Zdołaliśmy ustalić, w przybliżeniu, zasady wyjazdu turystycznego a więc przede wszystkim dolary - potrzebne na podróż od granicy radziecko-irańskiej i na pobyt w Iranie. Dalej program działania w Iranie, przedstawiony przez Zarząd Klubu i poparty przez Krakowski Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki(KKFiT). Około dziesiątego czerwca posiadamy - to znaczy Ryśka i ja - konto dewizowe. Z Włoch nadeszła informacja do Narodowego Banku Polskiego w Krakowie na ulicy Basztowej, że na moje nazwisko i mój adres nadeszło sto dolarów, jako darowizna. Przy tej informacji otrzymałem list od nieznanej mi pani, z którego treści wynikało, że jest moją daleką krewną i że daruje mi tę skromną sumę zielonych, na jakieś tam potrzeby. List ten był wystarczającym dla banku dokumentem, że darowizna jest legalna i pochodzi od mojego krewnego. Jako dokument został dołączony do moich akt w NBP. Janusz dobrze to załatwił. Mamy więc z Rysią po pięćdziesiąt zielonych. Jako małżeństwo mogę się podzielić moim kontem z żoną. W międzyczasie telefonujemy, co pewien czas, do ambasady irańskiej, aby się dowiedzieć jak przestawia się sprawa naszych wiz.. W czasie którejś z rozmów dowiadujemy się, że nasze pismo z prośbą o wizy zaginęło. Może zostało wysłane do Teheranu - zmienili w tym czasie sekretarza ambasady - a może nie. W każdym razie nie ma w ambasadzie po nim śladu. To nic, nie załamujemy się. Bo załamanie oznaczałoby rezygnację z wyjazdu. Kolega z pracy Ryśki, jadąc na delegację do Warszawy zabiera kopię pisma, szybciej dotrze do ambasady. Postanawiamy jak najszybciej złożyć kwestionariusze paszportowe w Biurze Paszportów Komendy Wojewódzkiej MO w Krakowie. Mamy paszporty, ale do Mongolii. Na nie da się na nie jechać do Iranu. Iran to strefa dewizowa, a zresztą składaliśmy podanie o wyjazd do Mongolii, więc nie możemy tak sobie zmienić kraju docelowego. Aby uzyskać paszporty do Iranu musimy mieć poparcie KKFiT. W tej sprawie do „kakafitu” idzie Hanka, koleżanka klubowa i Ryśka. Kakafit bardzo przychylnie ustosunkowuje się do naszych zamierzeń i po dwóch dniach mamy gotowe pismo popierające nasz wyjazd. Sprawa ta jest załatwiana przed Jasiem prezesem Klubu, ponieważ były między nami różnice zdań na temat organizowania wyprawy i chcemy go postawić przed faktem dokonanym. Organizujemy tą wyprawę nie tylko dla siebie, ale i dla klubu. Byłaby to, według naszego rozeznania, pierwsza w dziejach PTTK wyprawa polskich turystów górskich w tak wysokie góry. Tym bardziej, że dla uczczenia stulecia turystyki polskiej, Klub zamierza w przyszłym roku zorganizować wyprawę eksploracyjną w Hindukusz. W tej wyprawie mamy wziąć udział Janusz i ja. Dobrze byłoby sprawdzić siebie na wysokości cztery, pięć tysięcy metrów ponad poziomem morza. Nasze największe dotychczas wysokości to niecałe trzy tysiące na Triglavie w Alpach Julijskich. Środa - dwudziestego pierwszego czerwca. Przychodzę z Elżbietą do klubu, licząc że da się nam przekonać Jasia i uzyskamy jego podpis na piśmie, popierającym naszą wyprawę, do biura paszportowego. Elżbieta, przezornie przygotowała wcześniej jego projekt. Dyskusja z Jasiem w tej sprawie trwa prawie dwie godziny. Przez półtorej Jasiu mówi nie i nie, obawiając się, że możemy nie dostać wiz, że może się powtórzyć historia Mongolii. Żąda od nas promes wizowych. Udaje nam się przekonać najpierw Adama, członka zarządu klubu, który uczestniczy w dyskusji, i w końcu Jasia. Mamy więc już pismo naszego klubu i pismo z KKFiT-u. W pracy mój szef, podpisuje mi po raz trzeci kwestionariusz paszportowy. Najpierw Mongolia, po tym Jugosławia, która w międzyczasie wypłynęła - a teraz Iran. Pyta się – gdzie pana tak nosi? Pozostaje do załatwienia sprawa promes bankowych, że posiadamy odpowiednią ilość dewiz na podróż i pobyt w Iranie. Ale na załatwienie tej sprawy, jak się okaże za chwilę, mamy jeszcze kilka dni czasu. Dwudziestego trzeciego czerwca Elżbieta i Ryśka idą do biura paszportowego, gdzie dowiadują się, że musi być indywidualne poparcie przez „kakafit” każdego uczestnika wyprawy. Może to wydawać się proste uzyskać poparcie, ale kakafit nas nie zna. I tu rodzą się wątpliwości, czy będą mieli do nas zaufanie, że nie zostaniemy za granicą demoludów - korzystając z wyjazdu. Mieliby wtedy spore przykrości. Rysia zajmuje się tą sprawą i załatwia ją pozytywnie. Na razie mamy pierwsze małe sukcesy. Dwudziestego szóstego czerwca kolejna wizyta Elżbiety i Ryśki w biurze paszportowym. Mają przy sobie plik kwestionariuszy i wszystkie wspomniane wyżej pisma. Oprócz tego moją i Ryśki promesę dewizową z banku. Brakuje promesy Elżbiety, Janusza oraz Jacka. Promesę Elżbiety i Janusza musi on załatwić, ponieważ tylko on ma konto dewizowe. Biuro przyjmuje część kwestionariuszy, polecając uzupełnić promesy. Jednocześnie robią nam nadzieję, że możemy dostać paszporty dziesiątego lipca. Całe konto dewizowe musi być podzielone na dwie części. Pierwsza część jest potrzebna na pobyt w Iranie, natomiast druga-na opłacenie kosztów podróży, czyli na bilety kolejowe od granicy radziecko-irańskiej do Teheranu. Bank oczywiście nie orientuje się jakie są ceny biletów. Trudno im się dziwić, są instytucją przeznaczoną do czego innego. Natomiast powinien tereny znać dokładnie Orbis-instytucja zajmująca się organizowaniem wyjazdów za granicę i wszystkim tym, co jest z tymi wyjazdami związane. I my też tak myśleliśmy. Poszła Ryśka do Orbisu na Rynku Głównym i tu nastąpił ciekawy dialog: „Ryśka do kasjerki, sprzedającej międzynarodowe bilety kolejowe - proszę panią, proszę mi podać adres Orbisu w Warszawie zajmującego się sprzedażą biletów kolejowych do Teheranu -nie znam adresu - to może dyrektor będzie znał - dyrektora nie ma, ale ja pani podam prywatnie adres: hotel „Metropol”. Wcześniej, oczywiście dowiedzieliśmy się, że biletów nie można kupić w Krakowie, bo nie mają cennika. Informacja, że bilety sprzedaje Orbis w hotelu „Metropol” okazała się błędna, bo robił to oddział Orbisu na ulicy Brackiej. Zresztą adresy wszystkich oddziałów Orbisu znaleźliśmy w kolejowym rozkładzie jazdy, dostępnym w każdym kiosku „Ruchu”. Tak więc ustalenie ceny biletów kolejowych do Teheranu, wymagało będzie wyjazdu do Warszawy. Zrobi to Janusz, który tymczasem wrócił z Włoch. Przywiózł z Orbisu na Brackiej - gdzie zresztą zdziwiono się, że tak prostej sprawy nie można załatwić w Krakowie - świstek papieru z wypisaną ceną biletu z Dżulfy(Julfa) – miejsce przekraczania granicy radziecko-irańskiej do Teheranu. Cena biletu była wypisana złotówkach dewizowych, mówiąc prosto w dolarach. Cała ta operacja był potrzebna, aby Orbis dał nam zaświadczenie do Biura Paszportowego, że przeznaczona na koszty podróży cześć naszego konta wywozowego wystarczy na pokrycie ceny biletów z Dżulfy do Teheranu i z powrotem. Zaświadczenie to było potrzebne, aby uzyskać paszport za tysiąc - a nie za pięć tysięcy złotych. Na co Ryśka i ja nie mogliśmy sobie absolutnie pozwolić. W międzyczasie pojawiły się kłopoty z kontem wywozowym Janusza. Miał on konto w banku Peko. A promesy do Biura Paszportowego wydawał Narodowy Bank Polski. Należało więc przelać posiadane dewizy z banku Pekao do NBP. Normalnie na decyzję w tej sprawie czeka się podobno kilka tygodni, co w naszym przypadku przekreśliłoby cały nasz wyjazd.. A my mamy już koniec czerwca. Dwudziestego ósmego czerwca pierwszy większy sukces. Telefon z ambasady irańskiej do oddziału PTTK, że Klub Tatrzański otrzymał wizy. Janusz tymczasem pomyślnie załatwił przelanie swoich dewiz do NBP. Tak więc najważniejsze sprawy formalne mamy z głowy. Wizy będą, paszporty też, otrzymamy zezwolenie z banku na wywiezienie dolarów. Pozostało nam skompletowanie sprzętu i żywności. Ustalamy wstępny termin wyjazdu na trzynasty lipca. Następny za tydzień. Różnice te są dlatego tak duże, bo pociąg z Moskwy do Teheranu jeździ raz na tydzień i granicę radziecko-irańską można przekroczyć tylko raz w tygodniu. Jeżeli wyjedziemy trzynastego lipca rano z Krakowa, to jadąc przez Warszawę, zdążymy na pociąg , który wyjeżdża piętnastego lipca rano z Moskwy do Teheranu. Do wyjazdu zostało nam więc niecałe dwa tygodnie. Mama Ryśki, Rysia i ja bierzemy pożyczki w swoich miejscach pracy. Poza tym pożyczamy pieniądze od mojej mamy, mamy Rysi i od mojej siostry. W zasadzie nie mamy więcej źródeł pożyczek. Zgromadzona suma pieniężna powinna wystarczyć. W wolnych chwilach w pracy robię spisy sprzętu i żywości. W górach przewiduję, że każdy uczestnik powinien skonsumować około 3500 kilokalorii, a na dole, w czasie podróży dwa tysiące pięćset na dobę. Nie jest to dużo, ale na więcej nie możemy sobie pozwolić, ze względu na ciężar bagażu, który według moich obliczeń powinien się zawrzeć od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu kilogramów na osobę, licząc, że wyprawa będzie trwała około pięć i pół tygodnia. Całe popołudnia spędzam z Ryśką na kupowaniu żywności i sprzętu. Brakuje nam skafandrów przeciwdeszczowych. Ryśka nie ma odpowiednich butów. Brak nam czekana, jeden mamy, raków, dużego plecaka ewentualnie nosiłków. I całej masy drobnych rzeczy. Poza tym istniejący sprzęt wymaga reparacji. Staramy się wszyscy także zdobyć maksimum wiadomości o Iranie, rejonie górskim, w którym będziemy działali. Zakupujemy dla wyprawy w „Polfie” bębny po lekarstwach. Są zrobione ze sklejki, lekkie i sztywne. Wieko ma obręcz nadającą się do plombowania. Z takich bębnów korzystają prawie wszystkie polskie wyprawy górskie. Załadujemy do nich naszą żywność. Pięć bębnów przewożę z Rysią do mieszkania Elżbiety i Janusza.. Mieszkanie ich jest naszą „bazą”. Prawie codziennie spotykamy się tu w piatkę, robiąc narady, pakując żywność do bębnów. Jeszcze z ważniejszych spraw zostało załatwienie zezwolenia w Urzędzie Ceł na wywiezienie żywności z kraju. Pismo z Klubu w tej sprawie musiało być poparte prze Oddział PTTK i KKFiT. Prawie zapomniałbym, ale musieliśmy mieć świadectwa szczepień przeciwko ospie i cholerze. Aby się zaszczepić należało mieć zaświadczenie od lekarza, że nie ma się przeciwwskazań, co wymaga z kolei badania krwi. Pierwsze szczepienie jest przeciwko cholerze, następnie za tydzień cholera i ospa i jeszcze tydzień oczekiwania na wynik. A jak będzie ujemny, to szczepienie trzeba powtórzyć. To też robimy w ostatniej chwili. Ale trudno się szczepić wcześniej, gdy nie wiadomo, czy się pojedzie. Szczepienia nie są przecież obojętne dla organizmu. Dziesiąty lipca. Paszportów jeszcze nie ma, ale mają być jutro, to znaczy we wtorek. W mieszkaniu Elżbiety i Janusza odbywa się pakowanie bębnów. I malowanie na nich napisów: „Iran-Teheran, Alborz Mountains Expedition Klub Tatrzański PTTK Kraków Poland”. U nas w domu góra bagażu, leżąca dotychczas w kącie pokoju, zaczyna znikać w plecakach. Jedenasty lipca. Paszporty są. Niestety nie wszystkie. Jacek nie dostanie paszportu, bo nie przepracował trzech lat po studiach, a wyjazd jest do kraju kapitalistycznego. Może wyjechać, ale pod warunkiem, że w przypadku gdyby nie wrócił, odpowiednia suma, będąca ekwiwalentem za studia, zostanie wpłacona do skarbu państwa. Na tę sumę trzeba znaleźć poręczycieli. Rzecz do załatwienia, ale niemożliwa w ciągu kilku godzin. Tyle jedynie godzin możemy jutro na to poświęcić, ponieważ dzisiaj jest już późno. Jest wtorek wieczór, jedenasty lipca. Mamy spakowaną żywność w bębnach. Plecaki w zasadzie też. Elżbieta nie ma jeszcze butów. W czwartek rano chcemy wyjechać ekspresem do Warszawy. Śpimy coraz krócej. Czym bliżej wyjazdu, tym bardziej jesteśmy zmęczeni. Chwilami mam tego dosyć!. Ale już tak daleko zabrnęliśmy, że musimy wyjechać. Zgodnie z teorią - zresztą bardzo słuszną - ostatnie tygodnie przed wyjazdem powinno się poświęcać na zdobywaniu kondycji, a ostatnie dni na wypoczynek. Pytanie tylko - ile wypraw tak robi? Albo ile wypraw na to stać? I tak nadszedł dzień dwunasty lipca. Dzień , w którym ilość załatwionych spraw sięgnęła szczytu. Dzień, który miał decydować, czy wyjedziemy jutro i czy rozpocznie się największa przygoda w dotychczasowym naszym życiu. Że wyjedziemy, to wiedzieliśmy już właściwie na pewno. Ale względy zawodowe Elżbiety wymagały jak najszybszego powrotu do kraju i byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy wyjechali w ten czwartek. Poprzedniego dnia umówiliśmy się, że Janusz zniesie bębny z żywnością z czwartego piętra, na którym mieszka, i zostawi je w bramie domu. Bębnów ma pilnować najmłodszy brat Janusza. Dalszym ich losem mam się zająć ja z Ryśką. Ważą w sumie sporo ponad sto kilogramów. Umawiamy się też, że spotkamy się wszyscy o dziewiątej czterdzieści pięć przed Biurem Paszportów na Placu Szczepańskim. Przychodzę rano o wpół do ósmej do pracy. Zjadam śniadanie i już mnie nie ma. O ósmej piętnaście umówiliśmy się z Rysią pod domem Janusza. Mamy być z bębnami o dziewiątej w Urzędzie Celnym na Kamiennej., aby mogli je sprawdzić i zaplombować. Jak było umówione pilnuje ich brat Janusza. Wynoszę je na chodnik ulicy Karmelickiej. Usiłujemy z Ryśką zatrzymywać samochody, może nam ktoś to podrzuci do Urzędu Celnego. Sto metrów od nas stoi ciężarówka, która przywiozła towar do sklepu. Wysyłam do kierowcy Rysię - w myśl, stosowanej w takich przypadkach przeze mnie zasady. Kobieta załatwia z mężczyzną. Mężczyzna z kobietą. Za chwilę jedziemy na Kamienną. A w tym czasie Elżbieta, Janusz i Jacek załatwiają sprawę poręczenia za tego ostatniego. Rzecz wymaga wizyty w miejscu pracy Jacka. To znaczy w Administracji Akademii Górniczo-Hutniczej. Uzyskanie zaświadczenia(czy też zaświadczeń - szczegółów dokładnie nie pamiętam), znalezienia poręczycieli, wizyty u notariusza, wizyty w urzędzie zatrudnienia.. To wszystko mieli załatwić w ciągu dwóch godzin. Znając tempo pracy w naszych urzędach-rzecz mało prawdopodobna. Do tego większość urzędników ma zwyczaje przyjmować interesantów o godzinie dziewiątej, dziesiątej - różnie to bywa. W każdym razie nie za wcześnie rano. Jeszcze jedna osoba jest bohaterem tego dnia - mama Janusza.. Zajmuje ona od godziny wpół do dziesiątej kolejkę do Biura Paszportowego. A kolejki teraz w wakacje są duże. Dwie, trzy godziny czekania. My tymczasem jesteśmy na ulicy Kamiennej. Wytaczamy bębny z samochodu na rampę. Kierowca dostaje cztery dychy a Ryśka idzie do celników z prośbą, aby czynili swoje. Wraca po piętnastu minutach z wiadomością, że w naszej sprawie nie ma decyzji szefa urzędu. Który ma zdecydować, czy zwolnią nam żywność od cła. Decyzja ma być około dwunastej. Mimo, że dzisiejszy termin był dokładnie umówiony z nimi kilka dni wcześniej. Im się nie spieszy, tylko nam. Jest już po dziewiątej. Do dziewiątej czterdzieści pięć mamy niewiele czasu, a my mamy jeszcze wpłacić do banku na ulicy Pijarskiej pięć tysięcy złotych, jako opłatę za pięć paszportów. W banku, na szczęście, nie ma kolejki. I uporaliśmy się z tym bardzo szybko. Idę z Rysią do Biura Paszportów. Jest wpół do dziesiątej. Mama Janusza jest trzecia w kolejce. Dzisiaj kolejka jest nawet nie taka duża jak zwykle tu bywa. Dziewiąta czterdzieści pięć - umówiona godzina, o której mieliśmy wszyscy tu się spotkać, aby odebrać paszporty i następnie załatwić w banku odbiór dolarów i wykupienie rubli na podróż przez ZSSR. Dziewiąta czterdzieści pięć minęła, potem dziesiąta, wpół do jedenastej, jedenasta, a bank załatwia wspomniane sprawy tylko do dwunastej. Wreszcie są! Janusz i Elżbieta, ale bez Jacka, który za moment powinien wpaść. Przyjechali taksówką. Od tej chwili najmodniejszym u nas środkiem transportu stała się taksówka - z konieczności. W kolejce jesteśmy pierwsi. Cały czas tak manewrowaliśmy z Rysią, przepuszczając kolejnych ludzi, aby jak przyjdzie wspomniana trójka od razu wejść po paszporty. Elżbieta i Ryśka znikają za drzwiami. Wystarczą tylko one do odebrania paszportów. Wychodzą za chwilę z wiadomością, że paszporty będą za dwadzieścia minut. To znaczy za pięć wpół do dwunastej, ale bez paszportu Jacka. Paszport Jacka ma być o drugiej. No to pojedziemy do Teheranu we czwórkę z bagażem Jacka. Jacek nas dogoni samolotem w Erewaniu. Biegniemy z Januszem do banku na ulicę Basztową, aby zająć kolejkę. Tam też są godzinne kolejki. Gdy przybiegamy na miejsce do zamknięcia kas zostało tylko dwadzieścia pięć minut. Ale nas chyba załatwią byle mieliśmy paszporty w ręku. Stoimy w jednej kolejce, potem w drugiej. W końcu okazuje się, że załatwiamy w dwóch różnych miejscach i powinniśmy stać w dwóch różnych kolejkach. A minuty płyną nieubłaganie. Czy nasze dziewczyny zdążą z paszportami? Jest za trzy dwunasta, gdy Janusz opuszcza swoją kolejkę i idzie zobaczyć, czy czasem nasze panie nie biegną. Ja tymczasem proszę urzędniczkę, żeby nas załatwiła po dwunastej, bo my jedziemy z wyprawą do Iranu i mamy raz na tydzień pociąg. Zgadza się. Zegar ścienny, wiszący w dużej sali gdzie obsługuje się klientów wskazuje już minutę po dwunastej. No to cześć! Strażnik na pewno zamknie bramę i pojedziemy za tydzień. Ależ nie! Otwierają się wahadłowe drzwi z hallu wpada zaczerwieniony Janusz, a za nim Elżbieta i Ryśka, trzymające w rękach paszporty. W końcu wpada Jacek. Świetnie. Jest nawet paszport Jacka. Okazuje się, że Janusz w ostatniej chwili przytrzymał strażnikowi drzwi wołając: - jeszcze te panie, które właśnie przyjechały taksówką.. Jesteśmy w komplecie i mamy paszporty. A przed nami w kolejce jeszcze kilka osób. Najpierw załatwiam ja i Rysia. Pozostała trójka robi to w innym okienku i mają tam jakieś „sęki”. Inkasuję od kasjera, który się krzywi, bo jest sporo po dwunastej, dolary i ruble. Teraz na Kamienną, gdzie powinniśmy być o dwunastej a jest już pierwsza. Oni tam pracują do trzeciej mogą więc poczekać. Najpierw pojechała na Kamienną Ryśka, bo ja jeszcze stałem w kolejce do kasy. Następnie jadę i ja. Przyjeżdżam do urzędu i zostaję mamę Janusza, jego brata, który pilnował bębnów od rana i Ryśkę. Celnicy sprawdzają już drugi bęben Każdy ma włożoną listę zawartości. Jest to kopia przedłożona szefowi z prośbą o zwolnienie od cła. Otwieram następne i zaczynam pakować te już sprawdzone. W domu spokojnie można było wszystko ułożyć i było ułożone. Ale tu nie mamy czasu. Trzeba pewne rzeczy dopychać kolanem. Najgorzej na tym wychodzą ciastka. Nie szkodzi-wszystko się zje. Zjawia się nasza pozostała trójka. Bębny sprawdzone. Jeszcze tylko na wagę. Pięć bębnów waży sto siedemdziesiąt dwa kilogramy. A więc po trzydzieści sześć kilogramów na głowę. Mamy już godzinę drugą. Ustalamy, że Elżbieta pojedzie do San-Epidu, gdzie do trzeciej mamy odebrać zaświadczenia o szczepieniu ospy cholery. Później dołączy do niej Ryśka, która tymczasem idzie do biura Urzędu Ceł, aby odebrać decyzję o zwolnieniu od cła. Bo sprawdzenie zwartości bębnów i plombowanie sobie, a wypisywanie decyzji sobie. Ja z Januszem zawieziemy bębny na stację kolejową. Rozlatująca się ciężarówka wiezie nas z bębnami na stację. Przy okazji stwierdzamy, że drobne dziesięciozłotowe bakszysze znakomicie ułatwiają sprawę. Na stację nas nie zawiózł. Zakaz wjazdu dla takich pojazdów. Bębny zostawił przed przychodnią lekarską na ulicy Pawiej. Nie będziemy nosić kilkaset metrów tych prawie dwustu kilogramów. Janusz dostrzega na dworcu autobusowym, położonym obok przychodni, wózek pocztowy. Znajdujemy właściciela wózka, który za dziesięć złotych pozwala łaskawie skorzystać z tego pojazdu. Bębny mamy więc już na stacji. Za pół godziny zamkną nam San-Epid. A więc taksówka. Tu już są dziewczyny i Jacek. Bez sensacji odbieramy żółte książeczki, świadczące o szczepieniu. Biegnę jeszcze do biura projektów, gdzie pracuję. Na szczęście bardzo blisko San-Epidu i składam podanie o urlop. Wcześniej nie mogłem, bo nie wiedziałem, kiedy pojedziemy. Żegnam się z kolegami z pracy dołączam do mojej czwórki. Uff! Mamy teraz trochę czasu. Orbis sprzedaje bilety kolejowe do godziny ósmej wieczorem. Uwzględniając kolejkę, wystarczy jak tam będziemy o czwartej. W tym miejscu małe wyjaśnienie. Sądziliśmy, że jak krakowski Orbis wydał nam zaświadczenie do Biura Paszportów stwierdzające, że posiadana przez nas złotych dewizowych wystarczy na pokrycie kosztów podróży z Dżulfy do Teheranu to i powinien nam taki bilet wypisać. O naiwni!!! Ale o tym co było w Orbisie to za chwilę. Tymczasem idąc ulicą 18 Stycznia robimy szybko krótki kosztorys. Ile nas będą kosztować bilety i ile jeszcze mamy pieniędzy. Stwierdzam, że może nam w dwójkę zabraknąć około tysiąca. W grę wchodzi tylko wujek Rysi. On jeszcze może pożyczyć. Pożyczymy jak się da dwa tysiące. Ryśka idzie więc do wujka. Ja do Orbisu z Jackiem. Janusz i Elżbieta na obiad. Po czwartej jesteśmy wszyscy w Orbisie. Biletów z Dżulfy do Teheranu nam nie wypiszą. Półgodzinna dyskusja z kierownikiem, po której nie dostajemy nawet biletów do Dżulfy. Trudno, będziemy musieli kupić bilety jutro w Warszawie. Jeszcze tylko wizyta w „Locie”, bo wykombinowaliśmy sobie, że z powrotem zamiast wracać pociągiem przez Moskwę, polecimy z Erewania do Kijowa samolotem. A Kijowa do Krakowa pociągiem. Nie będziemy mieli bagażu możemy sobie na to pozwolić, tym bardziej że poinformowano tu właśnie Janusza, że taki bilet nam sprzedadzą. Nic bardziej naiwnego, jak święta wiara w informację. Dzisiaj nam oświadczają, że takiego biletu nie dostaniemy. Przyjmiemy to spokojnie. Przyzwyczailiśmy się, że jeden pracownik danej instytucji mówi tak, a drugi właśnie- że nie tak. Celował w tym krakowski Orbis, gdzie uzyskaliśmy rekordową ilość błędnych informacji. Wobec tego nie pozostaje nam nic innego jak jechać do Warszawy. Jutro rano załatwimy wizy, potem bilety kolejowe, a po południu pojedziemy do Moskwy. Pozostaje nam tylko jeden pociąg o godzinie pierwszej zero cztery. Będąc jeszcze w Orbisie, usiłowaliśmy kupić bilety z miejscówkami na ranny ekspres, ale miejscówek nie było. Kupujemy dzisiejszą, krakowską popołudniówkę „Echo Krakowa”. Ma coś być tam o naszej wyprawie. Załatwiła to Elżbieta ze znajomym redaktorem. Jest! Duży tytuł „Elburs 72 Pierwsza wyprawa Klubu Tatrzańskiego PTTK w góry Iranu” i dalej - „Kontynuując tradycje małych wypraw w góry Bliskiego i Środkowego Wschodu Klub Tatrzański PTTK w Krakowie zorganizował pierwszą w dziejach PTTK polską wyprawę….. Dalej z ważniejszych zamierzeń napisano- „ Uczestnicy będą prowadzić działalność w górach Elburs, ze szczególnym uwzględnieniem masywu Tacht-e-Solejman, miedzy innymi wejdą na najwyższy szczyt Iranu – Demawend… Uczestnicy wyprawy maję w planie ponadto przeprowadzenie pewnego programu naukowego, obejmującego badania geologiczne i przyrodnicze oraz przywiezienie bogatej dokumentacji fotograficznej. Wyprawa ma duże znaczenie dla krakowskiego środowiska turystycznego, stanowi bowiem…”. Wszyscy, którzy nam sprzyjali będą mieli spokojne sumienie przed władzą, że wypuścili z kraju niewłaściwych ludzi. Tak trzeba pisać o wyprawach zwariowanych zapaleńców, by kolejni mieli szanse w przyszłości wyjechać. Wszystko tu jest, i wyczyn, i program naukowy. Tak trzymać! Umawiamy się o dwunastej w nocy na dworcu. Wracam z Rysią na Kozłówek, gdzie mieszkamy. Po drodze kupujemy większą ilość biletów tramwajowych, bo pojedziemy w nocy, gdy wszystkie kioski „Ruchu” są zamknięte. Mamy kilka godzin czasu do wyjścia z domu. Zleciały błyskawicznie. Należało dokończyć pakowania plecaków. Zrobić sobie kąpiel, bo nie wiadomo, gdzie będzie znowu okazja. Mocna kawa i jesteśmy prawie gotowi do wyjścia. Jeszcze tylko sprawdzenie, czy wszystkie okna są zamknięte, czy gaz wyłączony…i wychodzimy. Minęła przed chwilą godzina jedenasta. Dołączam zdjęcie z przed dworca w Teheranie. To my i nasze bębny. Radośni, że są wreszcie z nami. Ale między moim i żony wyjściem z domu na Kozłówku w Krakowie(p. wyżej) było jeszcze dużo ciekawych wydarzeń, które nas czekały. Wydarzeń zupełnie nieprzewidywanych.
    2 punkty
  25. W Lauterbrunnen jest polsko działający pensjonat (z restauracja na dole,choc pewnie teraz jest zamknięta) z ekipa rodaków z twojego regionu.Jest w klimacie hostelu (jeżeli ktoś lubi chodzić po górach i zna klimat PL schronisk to ten na miejscu jest 5 gwiazdkowy, z oddzielnymi pokojami, kuchnia na każdym pietrze ,wystarczający na wypad narciarski ). Ceny przystępne jak na Swiss czy solo czy ze znajomymi,powiem szczerze ze na krótki pobyt śmiało z rodzina mógłbym się tam zatrzymać .Ciepło i czysto co najważniejsze . Trzy min drogi do stacji kolejowej z której o każdej 37 odjeżdża pociag do stacji K.S. Bilet w cenie skipassa.Do Wengen co 20 min.Sklep spożywczy obok. Wioska ciekawa na spacery . Szum wodospadów powalający.Region na śmiało 5 dni narciarsko żeby się nie nudzić.Ja,nie zwiedziłem Grin.First tu pewnie @Jeeb by się więcej wypowiedział jak również Murren z Schilthorn(4min spacerem od pensjonatu jest kolejka). Dojazd autem rewelacyjny nawet przy dużych opadach śniegu sadze ze łańcuchy nie będą potrzebne .Parking na miejscu. W Wengen,20 min jazdy pociagiem wioska cicha,czysta,bajkowa na spacery,duże lodowisko na wieczory,brak motoryzacji jedynie melexy. Każdy znajdzie coś dla siebie w regionie. ON świetnie przygotowany. A w małych odległościach jazdą autem z tego co wiem kolejne ON. Wiec,warto się wybrać,polecam!
    2 punkty
  26. Moja dzisiejsza perygrynacja narciarska na Skrzyczne wygląda dużo bardziej zimowo. Przydałoby się i tak dużo więcej, ale przynajmniej piękna zimowa aura.
    2 punkty
  27. Szczyrk Dziś trzeba było nieźle pogłówkować żeby znaleźć troszkę przestrzeni Ludzi jak na Krupówkach. Ale zjazd Fisem do Jaworzyny wszystko wynagradzał.
    2 punkty
  28. Nowy Rok przywitanie na Skrzycznem opis Decyzja spędzenia Sylwestra w górach obwarowana była warunkiem braku mgły, bo jazda na nartach w nocy we mgle to nie najlepszy pomysł, od rana zerkałem na kamerę Skrzyczne i już to było huśtawką emocji- rano pięknie Skrzyczne ponad chmurami, w południe góra cala we mgle, na szczęście wieczorem mgła kończyła się w Solisku. Dodatkową atrakcją był przejazd w Sylwestra przez puste Bielsko i Szczyrk, na parkingu Solisko byliśmy 20 :30 Trasa z Soliska na Halę Skrzyczeńską to betonowy pas śniegu szerokości ratraka i tu pierwszy błąd bo nie wzieliśmy harszli i zapadła decyzja - na butach skrajem do Gościńca Polana Suche, tutaj miła rozmowa z właścicielką, poczęstunek i zaproszenie na prywatną imprezę Sylwestrową Od strony Soliska podchodziliśmy sami w świetle księżyca (nie było potrzeby używania czołówek) trasą 4 aż do połączenia z trasą 3 z pod gondoli gdzie podchodził ,,peleton" skiturowców (parking pod gondolą zapełniony w połowie) cale towarzystwo poszło na Skrzyczne a my na Małe. Było warto choć z problemami, a zjazd w dolnej części był ciężki - beton i wąsko. Na rogatkach Szczyrku o 01:00 szybka kontrola trzeźwości kierowcy- bez zbędnych pytań i sprawdzania dokumentów Księżyc w pełni,gwiazdy, brak wiatru i lekki mróz stworzył atmosferę wyjątkową, takiego Sylwestra będziemy długo pamiętać.
    2 punkty
  29. Dzisiaj miałem pierwszą wyprawę skiturową. Narty majesty superwolf z wiązaniami pionowymi. Buty roxa. Kpl z wypożyczalni ale praktycznie nowy. Narty ekstremalnie lekkie przynajmniej dla mnie. Pochodzenie pierwszy raz, więc nie komentuje. Zjazd szokująco dobry. Nawet trochę w puchu przy FIS udało się przejechać, i narta szła zupełnie inaczej niż moje 2 pary do Free. Lekkość prowadzenia zadziwiająca. Na pewno wezmę je jeszcze raz. Wiązanie pinowe, któremu nie ufałem delikatnie poprawilo notowania. Nic się nie wypięło. Reakcja bardzo dobra, i szybka. Choć na każdym płacie lodowym miałem dreszczyk emocji czy nie puści. @christof mój kompan do wszystkich challangów jak zwykle na medal😀 spoko ponad 13km w nogach, wyjscie z parkingu o 7 co było mega dobrym wyborem. Zobaczymy co będzie dalej.
    1 punkt
  30. Cześć Jak zwykle super wycieczka. Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich/nowych uczestników. Rybelek z bratem na dzisiaj wymyślił taki temat: Zdjęcia robione zegarkiem niestety. Ale fajna sprawa. Pozdrowienia serdeczne
    1 punkt
  31. Super, jak zawsze... Na dzisiaj Rybelek z bratem wymyślili taki temat:
    1 punkt
  32. Super się czyta takie wspomnienia. Miałem jechać parę lat temu do Iranu pociągiem Ankara - Teheran, ale przez zamieszki w Kurdystanie kursowanie zostało zawieszone (i już nigdy nie wznowione). Ostatecznie poleciałem samolotem. Wagony bezpośrednie Moskwa - Teheran były włączane do różnych pociągów. Aż do wybuchu wojny w Abchazji i wysadzenia mostu w Zugdidi jechały włączone do pociągu Moskwa - Erewań. Przejeżdżały przez późniejsze regiony zapalne na Kaukazie - Abchazję i Nachiczewan. Potem wagony włączano do składu Moskwa - Baku, a ostatecznie zlikwidowano. W jednym z rozkładów (żółty screen) te wagony stały na stacji Dżulfa Sowiecka ok 10 godzin. 😄
    1 punkt
  33. Rozumiem, że tranzyt przez Niemcy przebiega bez większych utrudnień? Ze zdziwieniem przeczytałam na jakiejś grupie na FB, ze jadący do Samnaum zostali poinformowani przez austriackiego celnika o zakazie zatrzymywania się i tankowania w AUT, to ostatnie zwłaszcza jest niezrozumiałe 🤔
    1 punkt
  34. Tak zapowiadał, że już kilka dni temu się z tego wycofał pisząc, że jeśli ilość przypadków będzie spadać, a oddziały ortopedyczne wrócą do bycia ortopedycznymi (bo sporo z nich jest przekształcone na covidowe), to jednak otworzą. Wpisuje się to w to co wspomniał mój Gospodarz z Val Gardeny - że to tylko takie straszenie, celowo opublikowane podczas Pucharu Świata na Sasslongu, żeby ściągnąć na siebie trochę uwagi. Podobno większość tamtejszej społeczności obstawia, że jak wszystko ruszy to Sasslong potrzyma zamknięte przez 1-2 tygodnie, a potem otworzy ogłaszając, że już wszystko jest pod kontrolą, a ośrodek trzyma się środków ostrożności. Edit: to wszystko oczywiście przy założeniu, że w ogóle otworzą. Bardzo na to liczę, choć nie wiem czy to realne.
    1 punkt
  35. Za to w niektórych rejonach Austrii od dawna nie padało. Np. w Ischgl śniegu malutko co widać na kamerach. Wynika to z tego, że wszystkie fronty nad Alpy docierają z południa i południowego zachodu i zatrzymują się na Alpach Pennińskich i Dolomitach, tam chmury wyciskane są z wody jak cytryny.
    1 punkt
  36. Niektóre inne ośrodki też mniej lub bardziej dosłownie mówią o tej dacie, inne wykazują dyplomatyczne maniery pod tytułem "data otwarcia uzależniona jest od decyzji władz", jeszcze inne w ogóle na swoich stronach nie mają żadnych wzmianek o dacie otwarcia.
    1 punkt
  37. 1 punkt
  38. to prawda, cały rejon jest fantastyczny, między 15 a 17 styczna będą wyścigi narciarskie FIS na słynnej trasie z Lauberhornu do Wengen, cieszę się że kilka dni temu mogłem pokazać 10 letniej wnusi to legendarne miejsce
    1 punkt
  39. Najtaniej jest w sieci Play,bez kombinacji,nawet jak byś miała kupić kartę w Polsce Ja mam w Orange i wykupuje dodatkowo usługę za 50 zł nazywa się Go 150 i znacząco obniżam koszta,choć nie aż tak jak w Play na kartę dzwoniąc i odbierając bezpośrednio bez pakietów ☺️
    1 punkt
  40. Tanova przecież musi relacje zrobić 🙂 Jeeb specjalista od Szwajcari, pomóż konkretnie a nie psioczysz 🙂
    1 punkt
  41. i żyje w przekonaniu że jest niezastąpiony ? niech sobie odpocznie, wyluzuje - świet się nie zawali
    1 punkt
  42. I kolejna makabryła na szczycie w polskich górach. Jak dla mnie wszystkie te wieże i inne ścieżki w koronach wybitnie szpecą krajobraz. W dodatku zanosi się, że niedługo coraz więcej będzie miejsc, gdzie narciarstwo jest tylko mało istotnym dodatkiem do tego typu atrakcji. Z drugiej strony zimy w Polsce są coraz słabsze, latem mało kogo już bawi sam przejazd kolejką, ogólnie klientela coraz bardziej wybredna i wymagająca, więc musi to wszystko jakoś zarabiać na siebie...
    1 punkt
  43. zazwyczaj zaparkujesz na posesji gospodarza jak w Zermatt to prawda i na dosyć drogim parkingu
    1 punkt
  44. Dzisiaj cudowny warunek na Black Glacier Sienna. Całe 5cm świeżego śniegu, nawianego więcej. Piękny offpiste na trasie C. 🙂 Ładne widoki na Jesionik, widzieliśmy narciarzy na trasach Ramzovej 🙂 Praded cały biały. Chodziła kolej, sporo ludzie z saneczkami i jabłuszkami. Dzieci miały duzo zabawy. 🙂 Zjazdy całą trasą B. P.S. Połowa szerokości tras w grudach po ratraku, niefajnie 😞
    1 punkt
  45. Pewnie szkolenie to dibra opcja ale ja dzis bylem 3 raz tak ze ten.. 😀 wg mnie skitury w osrodku narciarskim na trasie tak jak to robie na razie w SMR to na spokojnie mozesz sam. Skitury poza trasami ja bym poszedl z kims doswiadczonym zdecydowanie.
    1 punkt
  46. Jak ktoś uwielbia rowerek w wydaniu górskim to może wybrać się do Ischgl/Samnaun - jest tam największa Bike Arena w Alpach - 1100 km tras http://ischgl.at/en-mountain-biking-tyrol-tyrol.htm - jeśli zamieszkasz po szwajcarskiej stronie w Samnaun - rezerwujac apartamenty otrzymujesz za darmo w ramach "karty gościa" korzystanie za friko z wszystkich kolejek i wyciągów po austriackiej (Ischgl) i szwajcarskiej stronie (Samnaun) + za darmo basen kryty i inne atrakcje,korzystanie z komunikacji w całym regionie itd... http://samnaun.ch/en/navpage-AllinCl...AMN-42111.html .Podobna oferta jest po stronie austriackiej (Ischgl)-ale tu jest jeszcze większy pakiet, rozszerzony o całą dolinę i płaci się za to tylko 36 e za 7 dni (za to apartamenty po austriackiej stronie są tańsze-więc na jedno wyjdzie- w Kappl można zamieszkać za 7 euro/os/dzień )- tzw. Silvretta Card http://ischgl.at/en-silvretta-card.htm Co ważne - za darmo jest również transport kolejkami roweru-co jest rzadkością w Alpach-w innych miejscach trzeba za to dodatkowo płacić - a przewyższenia są tu konkretne - można wjechać i/lub zjechać rowerem z prawie 3000 mnpm w dolinę (1400 mnpm).Można również wziąć udział w największym maratonie IRON BIKE - wspina się tu rowerem z Ischgl (1350 mnpm) przez Idalpe na Greitspitze (2800 mnpm) - potem zjazd do Samnaun (1600 mnpm) i powrót górami z powrotem do Ischgl -impreza 08.08.2009 http://ischgl.at/en-ironbike.htm Na zwycięzcę czeka 20000 euro Oczywiście Samnaun to strefa wolnocłowa jak by kogoś to interesowało...-zresztą jedna z tras nosi nazwę "Schmugglertour"
    1 punkt
  47. Rower jako przygotowanie do sezonu zimowego. Rower to jedna w głównych form przygotowania do sezonu. Byłem swego czasu w centrum treningowym we Flachau, gdzie Hermann Maier przygotowywał się do powrotu na stoki po wypadku. Jego osobisty trener powiedział mi, że Herminator większość czasu spędzał na rowerku (za kotarą), gdzie oglądał telewizję ... tłukąc tysiące kilometrów! Jak rozmawiałem z Eberharterem powiedział mi to samo. Rower to jedno z najlepszych "narzędzi" do budowania wytrzymałości nóg i organizmu dla narciarzy.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...