Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. marboru

    marboru

    VIP


    • Punkty

      25

    • Liczba zawartości

      7 223


  2. JC

    JC

    Administrator


    • Punkty

      16

    • Liczba zawartości

      16 752


  3. surfing

    surfing

    Użytkownik forum


    • Punkty

      13

    • Liczba zawartości

      4 038


  4. Gacek1964

    Gacek1964

    Użytkownik forum


    • Punkty

      11

    • Liczba zawartości

      287


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 22.01.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Gdzie Wy żyjecie? Trochę jesteście chyba oderwani od rzeczywistości. Ja z tarczy prawdopodobnie dostanę 18 000. Komuś może się wydawać dużo, ale... Cały sezon mam w plecy... o tym, że przychodów praktycznie nie mam od marca 2020, nie wspomnę. Być może zacznę uzyskiwać przychody na poziomie poprzednich lat dopiero w październiku 2021. Jadę na tym samym wózku co stacje narciarskie i cała branża turystyczna.
    10 punktów
  2. Narty koło mego domu. Wiem, wiem, że to mój happening ale na narty idę z buta, mam te 200 - 300 metrów mikro zjazdu, nie spotykam osób postronnych. Zdjęcia z ostatnich dni. Dziś śniegu już jak na lekarstwo. By dojść na miejsce zjazdu, czasem trzeba przejść przez jakieś kłody. Zjazd. Zjazd "dolna część trasy".
    8 punktów
  3. @fredek321 może zacznij się udzielać bardziej w wątkach narciarskich, bo Twoja wiedza i wypowiedzi w sprawach ekonomicznych są żenujące. Dzisiaj się zastanawiałem po co tu wogóle jesteś? Na forum. Pytam serio, bo o narciarstwie nie wypowiadasz się praktycznie wcale.
    6 punktów
  4. Kazimierz dla wszystkich coraz bliżej - i dojazd z W-wy się poprawił, a przede wszystkim stacja działa. Poniżej zdjęcia z wczorajszego poranka. Mimo kilku stopni na plusie, jak opuszczałem ośrodek 11:30 na trasie cały czas twardo. Trasy przygotowane bardzo dobrze (z małymi nierównościami na krótszej trasie). Po drobnych modyfikacjach teraz na prawdę da się poćwiczyć w Kazimierzu. Wybierając jeden z dłuższych orczyków i wyjście na prawą stronę i zjazd przy krótszym orczyku (2 ujęcia na tę trasę poniżej). Początek na delikatne łuki i rozpędzenie, aby na krótszej trasie założyć kilka na prawdę fajnych skrętów przy nachyleniu, które Ciebie nie wyhamowuje. 2 minusy jednak: - karnet na 2h - trochę mało (dla mnie w tym ośrodku 3h jak nie ma ludzi to idealne rozwiązanie). To na pewno nie tylko moje zdanie. Teraz żeby pojeździć 3h muszę zapłacić 100 zł (2 karnety po 50). Sorry, ale to grube przegięcie. Nie rozumiem czemu nie można wprowadzić szkolenia na 3h za 60, jak było w poprzednim roku. - bar/restauracja otwarte od godziny 13:00. Dla takich osób jak ja, które chcą rano przyjechać i pojeździć w b. dobrych warunkach zostaje własny bidon.
    6 punktów
  5. @fredek321 przepraszam, piszesz głupoty. Masz również ograniczoną wiedzę na temat wsparcia Państwa. Nie wszyscy się na to łapią, i Ci walczą o życie. To co napisałeś powiedź właścicielom Niestachowa (patrz mój post z dzisiaj), którzy właśnie ogłosili, że sprzedają interes, bo rząd ich "zamordował". Podejrzewam, że właściciele Tumlina, czy Telegrafu w Kielcach podzielą ten los 😕 Zastanów się czasami co wypisujesz na tym forum.
    6 punktów
  6. @Bumer dokładnie, zaraza ma tu kluczowe znaczenie. Działania rządu, to "tylko" dokopanie leżącego by zszedł z tego świata. A... czy tak powinno być? Nie. Poczynania tej ekipy, to zwyczajnie - kompletne dno.
    4 punkty
  7. tylko u tej pani kolejność była odwrotna. Najpierw treningi, potem licencja. Ale to może dlatego, że dzieci musiały sprawdzić czy polubią ten sport? 😉
    4 punkty
  8. Szklana Góra w Harbutowicach, obie stacje w Suchem, Litwinka (Grapa) w Czarnej Górze, Palenica, Remiaszów - wszystkie prowadzą treningi SL/GS
    4 punkty
  9. Tak na szybko z pamięci oraz lektury tego wątku, otwieram listę tego co działa oraz z jakimi ograniczeniami: Koninki - członkostwo w partii lub licencja zawodnicza, Bałtów - udział w edukacji narciarskiej, Kaziemierz - udział w edukacji narciarskiej, Jurgów - licencja zawodnicza, stacje PKL - tylko KNy, Myślenice - wywóz "turystyczny" bez nart, stok zamknięty, Kaniówka - KNy, a jak z resztą, ktoś coś wie? Dopiszecie ?
    4 punkty
  10. Powyżej szablony odpowiedzi Fredeka na zwykle proste pytania. Jacku czy zamierzasz dalej tolerować ustawiczne obrażanie forumowiczów przez Fredek, on zamiast podjąć dyskusję dając czerwieńce i inwektywy zachowując się na poziomie przedszkolaka pokazującego język. Chyba mogę zapytać Fredek który całymi dniami jest aktywny na naszym forum czy musiał zrezygnować z teleporad i zająć się bezpośrednio pacjentami? Czy jego aktywny udział na forum w pracy przekłada się na dobro pacjenta? Po za tym jak mam poważnie traktować gościa co potrafi minusować posty z przed kilku miesięcy? Niestety arogancja i butność Fredka może skutecznie zniechęcać do szczepionki, na szczęście nie znam takich lekarzy jak on, dlatego ze zdziwieniem obserwowałem jego zachowanie na forum. Diagnozę dla Fredek już mam, ale dobre wychowanie nie pozwala mi na komentarz. Równocześnie chciałbym podziękować @nicram za fachowe porady pisane dostępnym językiem w wątku o szczepieniach.
    3 punkty
  11. no popatrzcie jeszcze niedawno krytykowaną panią, która wysłała dzieci na trening a teraz wszyscy idą tym tropem
    3 punkty
  12. Z tarczy dostaną więcej niż mogliby zarobić.
    3 punkty
  13. Cisowa (Jura Krakowsko-Częstochowska) - szkolenie. 550m Czerwona i 700 niebieska. 9-21, week 8-21. Klepki - Wisła. Jeden wyciąg. Jutro od 16-21, pozostale dni 8-21. SZKOLENIE.
    3 punkty
  14. Powtórka z Kazimierza Jestem w Kazimierzu często... rozmawiam z właścicielem, myślę, że znam tą stację na wskroś... a tu taka niespodzianka 😮 Dzisiaj odkryłem nową trasę, która podobno była czynna już rok temu - jak mogłem to przeoczyć? WOW Zameldowałem się na stoku ok 17:30. Mimo temperatury +3, było bardzo twardo i szybko - tak jak lubię, bomba! Karnet na 2 godziny, 50 PLN i w górę! Na początek mały orczyk: Knajpka z jedzeniem i napojami na zewnątrz, działa. Ognisko rozpalone Uwielbiam ten zwyczaj z ogniem w tej stacji. Rzut oka na nowość, którą testowałem dwa dni temu po raz pierwszy - dzisiaj tyczki ustawione były jedynie wzdłuż małego orczyka. Widok w dół: Jak widzicie na powyższym zdjęciu, po prawej stronie - pojawiły się oznaczenia tras 😮 Dzisiaj było ich czynnych aż 4. Wszystkich, w ON jest 5. Ta ostatnia nie ma odpowiedniej ilości śniegu - w tym roku chyba jednak nie ruszy. Działa jar, przedwczoraj jeszcze nie działał: Świetlne punkty na zdjęciach, na niebie - to nie UFO, to rozświetlone Puławy w oddali. Główna trasa poniżej - z niej przy drugiej lampie, po prawej stronie wychodzi wąskie gardło do trasy, o której nie wiedziałem, że istnieje 😮 Jej początek, to stroma, krótka ścianka, potem ostry zakręt w lewo. Następnie część szeroka i płaska - na nią wjeżdża się na pełnej prędkości: Widok w dół: Koniec tej trasy, to wąskie i płaskie gardło po lewej stronie na poniższym zdjęciu, przy dolnej stacji dwóch orczyków. Kto by pomyślał, że mnie stałego bywalca jest coś w stanie tutaj zaskoczyć pozytywnie... a jednak Mój faworyt, to jednak poniższy wariant zjazdu z samej góry - jest dynamika, jest prędkość - można pocisnąć! Prawda, że fajnie te Puławy widać jak świecą? Dzisiaj był świetny dzień i super jazda! Powtórka w sobotę!!!! Uwaga!!!! Stacja będzie czynna od 8:00 (rozmawiałem i dopytywałem właściciela), @Mitek inni chętni - jak się wybieracie, to zbiórka w sobotę pod kasą o 7:45 Kto będzie? 17 dzień na nartach odhaczony! Pozdro! marboru
    3 punkty
  15. Trzydziestego lipca. Budzę się kilka minut przed piątą. Z sąsiedniego namiotu dochodzi głos Janusza - wstajemy! Tak - wstajemy. Słońca jeszcze nie ma. Ranek jest chłodny. Sprzęt przygotowaliśmy jeszcze wczoraj wieczorem. Gotujemy zupę mleczną i herbatę. Zabiera nam ta prosta czynność ponad godzinę. Gdy wyruszamy w stronę przełęczy, między Szadeh Kuh i Alam Kuh, słońce wychyla się za grani, po drugiej stronie lodowca. Z tej przełęczy zaczyna się droga Steinauera. Steinauer był Austriakiem i przeszedł tą drogę jeszcze przed wojną w 1936 roku, ze swoim partnerem Gorterem. Zaczyna się na małej grani, biegnącej od szczytu Szadeh Kuh. Grań w przechodzi w filar oddzielający północną ścianę Alam Kuh od północno -zachodniej. Grań się wyżej wyraźnie zatraca w tej ścianie. Jest to regularna „czwórka’ w naszej tatrzańskiej, taternickiej gwarze. Taką liczbą, oznaczane są w Tatrach, w przewodniku taternickim W. Paryskiego, drogi wspinaczkowe „bardzo trudne”. Skala jest sześciostopniowa. Przewodnik zawiera drogi bez trudności, które nie są wspinaczkowymi, tylko trudniejszymi szlakami turystycznymi. Ponieważ są często na skale, to i trudno je nazwać ścieżkami. Pierwszą wspinaczkową drogą jest jedynka - czyli nieco trudna. Dwójka - dość trudna. Kończy się skala szóstką - skrajnie trudną. Przed nią jest nadzwyczaj trudna. A jeszcze przed nią jest Steinauera. Są tu na tej ścianie piękne drogi, zrobione niedawno przez naszych, ale nadzwyczaj trudne. Wspinałem się już po takich trudnościach, na drodze klasycznej, na Zamarłej Turni w Tatrach. Ale tu, z naszej piątki, tylko ja i Janusz nieco wspinaliśmy się w Tatrach. Gdyby pozostali byli doświadczonymi taternikami, to w ich towarzystwie można było by spróbować. A tak nie możemy za bardzo ryzykować, by nie niepokoić naszych żon i Jacka. Śnieg jest jeszcze twardy. Dobrze, że tą drogą przeszła wczoraj grupa Irańczyków, ponieważ zrobili nam stopnie, w teraz zamarzniętym śniegu. Inaczej musielibyśmy korzystać z raków, albo rąbać stopnie czekanem. Lodowiec zostaje pomału w dole. Przełęcz wita nas lekkim wiaterkiem, wiejącym z doliny Tacht-e-Czal. Idziemy wznoszącą się łagodnie granią w stronę Alam Kuh, w stronę tego filaru. Imponująco stąd wygląda północna ściana Alam Kuh. Strome pole śnieżne pod północną ścianą przechodzi w potężne, pionowo skrzesane płyty. Pole jest poryte setkami śladów po spadających kamieniach. Ślady te kończą się nagle w szczelinie brzeżnej, oddzielającej lodowiec od pola. Tylko największe lawiny kamienne przezwyciężyły ta przeszkodę i potoczyły się w dół lodowca. Może się zwiążemy - zwracam się do partnera. Chodźmy jeszcze kawałek. Zwiążmy się i pójdziemy dalej z lotną asekuracją. Wyjmuję z plecaka linę, młotki, karabinki, haki, kaski i pętle. Za chwilę z normalnych ludzi zmieniamy się w taterników. Pamiętam, jak raz w Tatrach wspinałem się z moim tatrzańskim partnerem - Wackiem, na Kozie Czuby. Droga kończyła się na małej przełączce, przez którą wiodła „Orla Perć". Bardzo znany w polskiej części Tatr - trudny szlak turystyczny. Podchodziliśmy, po ukończeniu wspinania, w górę rodzajem trawiastego żlebu, gdy nagle gdzieś wysoko, nad nami, za skały wychyliło się kilka głów, należących chyba do wycieczki szkolnej i chór głosów zawołał - ooo, taternicy. Wybuchnęliśmy śmiechem, ale i poczuliśmy pewną dumę. I tak się śmiejąc, doszliśmy wtedy do przełączki. Jaki to ma związek z dzisiejszą wspinaczką. Jakiś ma na pewno . Przed nami wyrasta potężny blok skalny siedzący na grani. Oględziny wskazują, że go nie obejdziemy. Środkiem bloku biegnie do góry rysa. Tu dopiero zaczyna się droga Steinauera. Janusz siada sobie wygodnie, przekłada linę przez biodra. A ja obwieszam się wszystkimi karabinkami i hakami, jakie posiadamy. Przyglądam się rysie i widzę, że to nie jest czwórka. Droga jest czwórką alpejską. To nie to samo, co w Tatrach. Nasza tatrzańska czwórka ma najtrudniejsze miejsca właśnie „ czwórkowe”, czyli bardzo trudne. W Alpach uśrednia się trudności drogi. I mogą być miejsca trudniejsze od średniej. Mamy tego przykład. Tu na początku jest piątkowa rysa. No jak tam, dopytuje się partner. Nienadzwyczajnie. Ciężko będzie. Spróbuj w lewo od rysy. Wyżej nie da rady - odpowiadam. Rysa zaczyna się małą przewieszką. Podciągam się trochę do góry. Tu też nie będzie łatwo, ale może jakoś dam sobie radę. Na szczęście w rysie tkwi drewniany kołek z pętlą. Można mu zaufać. Zapinam na pętli karabinek i do niego wpinam linę. Schodzę niżej i odpoczywam. Podciągam się znowu i zaczynam obmyślać plan działania - lewą rękę trzeba będzie zaklinować w szczelinie, lewa noga „na tarcie”. Podciągnę się na lewej ręce i trochę wyżej jest dobry chwyt na prawą. Prawa noga na mały stopieniek. Podciągnięcie się na prawej ręce i…, powinno być po trudnościach. Schodzę znowu. Kilka głębokich oddechów, kilkakrotne strzepnięcie rękami, aby je rozluźnić. Głębokie westchnienie ulgi oznajmia Januszowi, że już po trudnościach. Zakładam stanowisko asekuracyjne i ściągam partnera. Coraz szybsze oddechy, docierające do mnie z dołu, informują mnie doskonale o jego sytuacji. Napinam lekko linę. Westchnienie i głos - dobrześ to zrobił. Dalej już jest łatwiej. Na grani ukazuje się piątka Irańczyków. To ci, co mieli po nas wyjść. Docieramy pod małą ściankę. Wiszący na niej kawałek liny i powbijane haki zdradzają, że można ją przejść tylko przy pomocy, tak zwanych sztucznych ułatwień. Do tkwiącego już w ścianie haka wpinam karabinek, linę, pętlę i zaczyna się gimnastyka. Jeszcze jedna pętla i ściankę mam za sobą. Za chwilę przechodzi Janusz i oznajmia, że zrobił to w łatwiejszy ode mnie sposób. Świetnie stary. Kolejna przeszkodą jest małe, zawieszone w ścianie, pole śnieżne. Próżność ludzka każe mi poprosić mojego towarzysza o zrobienie efektownego zdjęcia, dzielnego alpinisty w pełnym rynsztunku bojowym, na stromym polu śnieżnym. Droga opuszcza definitywnie grań, która wyżej przechodzi we wspomniany filar. Po nogami pojawia się otchłań północno-zachodniej ściany. Pół kilometra niżej bieleją śniegi doliny Tacht-e-Czal. Trawersujemy ukośnie w prawo, w stronę północno-zachodniej ściany. Docieram do małego pola śnieżnego. Tu gdzieś w tej okolicy, jak wynika ze zdjęcia w „Taterniku”(to zdjęcie-to nasz jedyny „przewodnik”) na którym przerywaną kreską zaznaczono przebieg drogi - powinniśmy skończyć trawers. I skierować się w górę, w stronę, widocznej na tle nieba, grani Alam Kuh. Zakładam stanowisko asekuracyjne na dużych blokach skalnych. Teren jest nieprzyjemny. Nie jest trudny alpinistycznie. Tylko te bloki! Obchodzić się trzeba z nimi, jak z przysłowiowym jajkiem. Sytuacja przypomina nieco słonia w składzie porcelany, z tym że słoniowi w niczym to nie grozi. A tu wyważony ze swego położenia „kamyczek” o wadze kilku ton, pociągnie mnie, linę, Janusza… I w górach zabrzmi huk jeszcze jednej lawiny kamiennej. Przypomina się Leporowski. Było to przed wojną. Do schroniska w Pięciu Stawach przyszedł gość, pytający się kilku siedzących tam taterników, gdzie jest ta Zamarła Turnia? Ponieważ on przeszedł na niej drogę. Zdziwieni bardzo, po wyjaśnieniach, doszli do wniosku, że chyba przeszedł samotnie drogę klasyczną na Zamarłej. Drogę nadzwyczaj trudną. Leporowski się wspinał samotnie, solo. Lotnik z Poznania. Był niewrażliwy na przepaście, ekspozycję, „luft”(z niemieckiego-powietrze) w gwarze wspinaczy. Wszystkie te wyrażenia oznaczają to samo. Zginął na północnej ścianie Koziego Wierchu. Chwycił się bloku. Blok „wyjechał”- jak to się mówi. Niestety razem z nim. Wiercę się niespokojnie na stanowisku. Na dole niecierpliwi się mój towarzysz. No, co? Da się iść dalej? Wydaje mi się, że może bardziej w lewo, w górę. Poczekaj trochę. Podejdę wyżej. Odpinam się od haka. I wspinam się kawałek w lewo, w górę. Nie, tędy nie puści. Wydaje mi się, że trzeba trawersować jeszcze dalej w prawo. Schodzę z powrotem na poprzednie miejsce. Ściągnij mnie - krzyczy Janusz. Chodź! Uważaj stary, bo….Nie trzeba dalej mówić - wszystko jest jasne. Te leżące na sobie, w sposób niezgodny z zasadami fizyki bloki skalne, mówią same za siebie. W prawo od nas biegnie w górę mały żlebik, z malutkim polem śnieżnym. Za tym żlebikiem powinno się wyjaśnić - jak dalej? Za żlebikiem się wyjaśnia o tyle, że dalej w prawo nie da się iść. Wepchaliśmy się w płyty północno-zachodniej ściany. Czyli należy iść w górę. Ale którędy? Na szczęście doganiają nas Irańczycy. Steinauer way - pytam? Skinienie głowy w górę. Świetnie. To gdzieś tu. Janusz wspina się do góry. Jest hak - krzyczy. No jesteśmy z powrotem na „drodze”. Znów zaczynają się trudności. Ale tu skała jest mocna i szorstka. Taka skała to marzenie wspinacza. Wyjaśnia się - dlaczego Irańczycy w piątkę tak się szybko wspinają. Przyzwyczajeni w Tatrach do solidnej asekuracji, trochę z przerażeniem patrzymy na ten „tramwaj”. Tak w Tatrach określa się zespół kilku wspinaczy na jednej linie. Są związani w piątkę jedną liną. Nie używają ani haków, ani karabinków. Pierwszy się wspina. Zresztą znakomicie. Siada na wygodnym miejscu i zaczyna ściągać drugiego. Z drugim jest gorzej, zaczyna „dojrzewać”. Analogia do owocu, który dojrzały za chwilę spadnie. Jak poleci to może ściągnąć swojego pierwszego, który dość beztrosko siedzi na bloku. Chwycą się naszej liny - a ja mam stanowisko nie najlepsze i polecimy. No! Ale przeszedł. Następnie drugi ściąga trzeciego. Pierwszy, z kolei, idzie dalej. W ten sposób tramwaj jedzie do góry. Na ich tle wyglądamy trochę archaicznie. Stosując ściśle zasady asekuracji i brzęcząc dziesiątkiem haków. Wspinamy się po niewielkim żeberku. Jeszcze kilka wyciągów liny i powinniśmy być na grani. Najwyższa pora, bo południe już dawno minęło, a plan na dzisiaj przewiduje jeszcze sporo. Niestanne napięcie i wysokość czynią swoje. Po każdym wyciągu muszę chwilę odpocząć, zanim zacznę ściągać partnera. Żeberko się kończy. Niewielka przewieszka i musimy trochę poczekać. Tramwaj utknął. W pewnym momencie spostrzegam, jak ostatni z nich wyjmuje z plecaka puszkę, pędzel, kilka szybkich ruchów i przynajmniej przez kilka lat będzie wiadomo, kto tu szedł. Szczyt Tacht-e-Sulejman jest cały upstrzony takimi napisami. Widocznie tu mają taki zwyczaj. Jeszcze jeden wyciąg i jesteśmy na grani. Sprzęt można zwinąć. Na razie nie będzie potrzebny. Jest wpół do czwartej. Późno. Przed nami panorama Elbursu. Góry, góry i jeszcze raz góry. Kilka ciastek, kostka cukru i wędrujemy w kierunku szczytu. Szczyt jest obsiadły, obsadzony przez naszych wczorajszych znajomych. Z dołu dochodzą jeszcze dalsi. Ktoś prosi mnie o kluczyk do konserw. Nie mam, ale mam scyzoryk, którym otwieram, po kolei, pięć puszek. Dostajemy - mimo naszych protestów - szóstą i kawałek irańskiego chleba. Konserwa jest smaczna, przynajmniej w porównaniu z rybkami, które tkwią w plecaku. Proponują nam, żeby pokrzyczeć w stronę schronu. Może dziewczyny nas usłyszą. Wychylam głowę z za grani i brr! Co ekspozycja! Jakby ktoś na dachu siedemset metrowego domu patrzył wzdłuż ściany w dół. Żółte plamki namiotów wydają się być zupełnie blisko. Wydzieram się, nie wierząc zresztą w efekt. Musimy się spieszyć. Do zmroku zostało niewiele ponad trzy godziny. Irańczycy schodzą na południe w stronę doliny Hesarczal. I mają ze sobą sprzęt biwakowy. A nasz sprzęt biwakowy składa się z kawałka folii. Żeby tylko przejść przez szczyt Siah Sang. Dalej już możemy iść po ciemku, bo znamy teren. Wychodzę na niewielka turniczkę, która jest zwornikiem dla grani w stronę Mardżi Kuh(4500 m). Szczytu leżącego na południe od Alam Kuh. Mapa mówi, że turniczka to szczyt Szachak. Nie, to nieprawda, bo Szachak to następna, wznosząca się kilkanaście metrów przed nami turnia. Za nią następna. Potem dość długa grań i dopiero Siah Sang. Jestem już solidnie zmęczony. Janusz chyba nie mniej. Nie zdążymy do wieczora przejść przez Siah Sang. Nie wydaje mi się to prawdopodobne. Powinniśmy na noc jednak wrócić do obozu. Słuchaj - sądzę - że nie zrobimy grani. Jest już późno. Proponuję, żeby zejść na dół, w stronę pól śnieżnych, a może lodowca niżej. Polami w stronę grani, odchodzącej z Siah Sang na południowy wschód. Przejdziemy przełęcz i będziemy dalej trawersować na północ w stronę przełęczy pod Siah Sang, którą już znamy. Teren jest łatwy i możemy iść po ciemku. Po krótkiej dyskusji schodzimy w dół. Z pod nóg Janusza rusza mała lawina kamienna. Kamienie wpadają na śnieg i długo toczą się w stronę lodowca. Zjeżdżamy w dół na czekanach. Następnie trawersujemy po śniegu w stronę przełęczy, starając się nie tracić wysokości. Słońce jest już nisko nad horyzontem. Śnieg się kończy i wchodzimy na piarżyska, prowadzące na grań. Zmęczenie coraz większe. Najgorszy jest ten piekielny, drobny piarg, usuwający się z pod nóg. Człowiek traci z takim trudem zdobytą wysokość. Cholera jasna! Wyszliśmy za wysoko. Będą kłopoty z zejściem na drugą stronę. Próbuję wypatrzyć jakąś drogę. Skałki, piarżysko, dalej jakieś pole śnieżne. Jakoś się zejdzie. Chodź - mówię - da się zejść. Na skale leży luźny piarg. Jadę z piargiem kilka metrów w stronę bloku, gdzie będę mógł się czegoś chwycić. Gdy się rozminę, to pojadę kilkadziesiąt metrów w dół. Stary uważaj - krzyczę do Janusza, tu nie ma czego się trzymać. Wyciągnąłbyś do diabła czekan - objeżdża mnie mój partner. Schodzimy w stronę śniegu. Z pod nóg lecą kamienie i znikają w dole. Śnieg jest stromy. Tu trzeba uważać. Poślizgniecie się może być tragiczne. Hamowanie czekanem niewiele da. Schodzimy, wybijając pracowicie butami stopnie. Śnieg się zwęża, troszkę piargu, malutka ścianka i następne pole. Nagle Janusz jedzie w dół. Rozpaczliwe hamowanie czekanem. Stało ci się coś? Nic! Pod śniegiem był lód. Zwiększam czujność. Następne pole. Tu już możemy zjeżdżać przy pomocy czekanów. Siedzimy na śniegu. Zmrok. Na zegarku godzina ósma. Wyciągam torebkę z glukozą. Śnieg do garści, posypuje się to glukozą i do buzi. Przed nami majaczy jakiś śnieżny żleb. Prowadzi prawdopodobnie na przełęcz pod Siah Sangiem. Nie mam najmniejszej ochoty się ruszać z miejsca. Nawet instynkt samozachowawczy słabo daje o sobie znać. W głowie kłębią się myśli. Możemy przecież tu biwakować. Noce są ciepłe, ale…? Właśnie jest pewne „ale”. Przedwczesna rezygnacja może przynieść niespodziewane efekty. Nigdy nie wiadomo, w którym miejscu zaczyna się górska tragedia. Musimy też oszczędzić niepokoju naszym żonom. Janusz idzie pierwszy, wybijając butami stopnie. Następnie moja kolej. Ręce na czekanie. Uderzenie lewą nogą, potem prawą, wbicie czekana o metr dalej i znowu wszystko od początku. W górze żlebu majaczą jakieś skałki. Żeby tylko dojść do nich. Potem, jeszcze kawałek i będzie przełęcz - myśle sobie. Siedzimy, odpoczywając. Niebo pokryte chmurami. Z rzadka widać między nimi nieliczne gwiazdy. Powinien już być księżyc. Po drugiej stronie doliny Chorramdaszt, prawie na naszej wysokości pojawia się jakieś światło. Porusza się. Ciekawe, co to może być. Pasterze? To za wysoko. Znika i już więcej się nie pokazuje. Śnieg marznie i coraz trudniej jest wybijać stopnie. Odpoczywamy co kilkanaście metrów. Minęliśmy oczekiwane skałki, a przełęczy jeszcze nie widać. W głowie coraz natrętniej tłucze się myśl, aby usiąść, owinąć się w folię i spać. Nie, musimy dojść. Byle do przełęczy. Potem jakoś stoczymy się w dół i po lodowcu dowleczemy do namiotów. Człowiek normalnie nie zdaje sobie sprawy, gdzie przebiega granica jego możliwości. Teraz widzę tą granicę coraz dokładniej, w miarę jak coraz częściej odpoczywamy. Piarg. Uciec od tego cholernego śniegu. Może będzie łatwiej. Daję Januszowi latarkę. Sądzi, że mu to pomoże. Można jej używać jak czołówki. W miarę upływu czasu, ręce zaczynają częściowo spełniać rolę dolnych kończyn. I wreszcie jest przełęcz. Leżymy na kamieniach. Nie pójdziemy już ani metra wyżej! Dwie godziny szliśmy do góry. Zdaje się, że za chmurami wschodzi księżyc. Schodzimy w dół na lodowiec. Nagle w dole pojawia się światełko i słychać głos Jacka. Zaczekajcie nie schodźcie w dół! Dlaczego mamy czekać? Przecież tu nie ma żadnych skałek. Zbocze nie jest podcięte. Biegnę w stronę światła. Jacek dzielnie maszeruje do góry. Gdzie Janusz - pyta? Idzie wyżej. Masz herbatę? Mam. Daj się napić. Na dole jest Ryśka z Elżbietą. Zbiegam w dół długimi susami. Z dołu dobiegają mnie okrzyki dziewczyn - Jacek, Jacek - to ty? Zrobię im niespodziankę - myślę sobie. Ryśka jest roztrzęsiona. Chodź to cię pocałuję! Chodź! Siłą przyciąga mnie do siebie. Ona wywnioskowała z tych krzyków, że Gienek nie żyje - wtrąca Elżbieta. Robi mi się strasznie głupio. Oto do czego może doprowadzić moje wspinanie się! Już raz o mało nie zerwała ze mną, z powodu wspinania się, gdy chodziliśmy ze sobą. Uczucie jednak zwyciężyło. Organizowali wyprawę ratowniczą. Od Irańczyków pożyczyli dodatkowe latarki i zamierzali spędzić noc na przełęczy. Irańczycy, wśród których byli mulnicy, obiecali pomoc, jeśli nie wrócimy przed jedenastą. Zamierzenia dobre tylko, że za dużo przy tym hałasu, przemyka mi przez głowę. Przychodzi Jacek z Januszem. Teraz Jacek robi nam awanturę. Dziwię się wam! Uważacie się za doświadczonych turystów, taterników, a robicie takie numery. Jakie numery? Przecież mówiliśmy, że możemy biwakować. Wzięliście folię, co? Usiłujemy tłumaczyć, że takie historie zdarzają się w górach często. Że przecież nieodłącznie związane są z taternictwem i alpinizmem. Oni mają rację. Ale i my mamy. Narażanie się dla człowieka, który nie zetknął się z górami, zaczyna się od chwili wejścia w nie. Dla alpinisty to narażanie się zaczyna się na zupełnie innym poziomie. Nasze panie nie są zupełnymi nowicjuszkami w górach, a my też nie jesteśmy alpinistami. Co najwyżej początkującymi wspinaczami. Niemniej nasze oceny sytuacji się różnią. Wreszcie księżyc wyszedł z za chmur i wleczemy się wolno przez lodowiec, który lśni w jego blasku. Emocje już opadły. Lina, którą niosę na plecach, obsunęła się i obija mi się po nogach. Wydaje mi się, jakbym nie był zmęczony. Już mam dość tych gór! Od siedemnastu godzin jesteśmy z Januszem na nogach. Zdjęcia: 1. Podejście pod przełęcz między Alam Kuh i Szadeh Kuh. Na głowie mam kask budowlany. 2. Alam Kuh -4840 m i jej ściany. W całej swojej krasie. Widoczna na pierwszym planie grań, od strony Szadeh Kuh, przechodząca w filar. Po jego lewej stronie ściana północna. Po prawej ściana północno-zachodnia. Pod nią była nasza sąsiednia dolina i jej lodowiec Tacht-e-Czal. Grań w lewo od Alam Kuh ciągnęła się przez dwa kilometry w stronę Siah Sang(p. poprzedni post). W prawo grań biegła w stronę szczytu Haft Chan(zdjęcia - post wyjście na Tacht-e-Solejman). Całość była świetnie widoczna ze szczytu Tacht-e-Solejman. Tworząc wspaniałą, alpejską panoramę. 3. Jeszcze raz powtórzone zdjęcie Alam Kuh. Zaznaczona droga Steinauera. Niejako odrysowany jej przebieg ze zdjęcia w Taterniku. Natomiast, widoczny naszymi oczami przebieg, jest opisany w poście. U góry, wzdłuż grani, zaznaczono symbolicznie nasz powrót ze szczytu Alam Kuh. 4. Zdjęcie z drogi Steinauera w dół. Na pierwszym planie płyty skalne ściany północno-zachodniej. Dalej widać szczyt Szadeh Kuh. Po jego lewej stronie dolina Tacht-e-Czal. Po prawej lodowiec Jachczal. Na którym, nieco poza kadrem na prawo, mieliśmy namioty. Cały czas wspinaliśmy się w dużej ekspozycji. Ciągle poniżej nas widoczny był w dole lodowiec Tacht-e-Czal. 5. Tak dla ilustracji, jeśli chodzi o bloki tkwiące na ścianie skalnej. Czego ten blok się trzyma? I kiedy poleci? Zdjęcie z podejścia na Tacht-e-Solejman. 6. Nasi przyjaciele z "tramwaju" na szczycie Alam Kuh.
    2 punkty
  16. Klepki - wiadomo górka taka sobie ale warunki dziś bardzo dobre, ludzi praktycznie brak, dziwne bo wszyscy drą, że wszystko zamknięte, VID_20210122_164726.mp4
    2 punkty
  17. O najbliższy tydzień myślę, że w ogóle nie musisz się martwić. Oby tylko pogoda dopisała!
    2 punkty
  18. Wniosek złożony we wrześniu, a dzisiaj wpłynęło dofinansowanie
    2 punkty
  19. @fredek321 zapewne jesteś bardzo wykształconym człowiekiem i dobrym lekarzem, ale przestań już nas zasypywać swoją megalomańską wiedzą na każdy temat. Skup się na swojej dziedzinie i tyle. Do szczepienia też nie namawiaj, są tu dorośli ludzie i zapewne podejmą dla siebie najlepsze decyzje w tej kwestii. Chyba już wszyscy mają głęboko w piździe tę całą pandemię. Kaczor zresztą sam kica po Sejmie bez maski. Ileż można o tym słuchać i się ograniczać. Fajnie było, rok trwało i się skończyło. Ryj się cieszy z każdym dniem coraz bardziej jak widzę informację o wiślańskim skipassie, dzisiaj o sklepach RTV EURO AGD czy o zwykłych małych rodzinnych restauracjach. Głowa do góry i do przodu, nie takie reżimy upadały. Tarcze: działam w branży beauty, głównie internetowo. Każdy powie "super, to sprzedajesz". Otóż nie sprzedaje. Wesel, 18-nastek brak, ludzie do pracy nie chodzą, restauracje zamknięte, to po cholerę "być piękną"? Moja branża stoi, ale nikt tego nie widzi. Albo nie chce widzieć. Polki i Polacy głowy do góry! Czas się budzić!
    2 punkty
  20. Dwa ostatnie dni, zmiana pogody i jazda w puchu. Naprzemiennie Corviglia i Corvatsch
    2 punkty
  21. Pełna zgoda, szczególnie że w poście do którego się odnosisz nie ma ani słowa o narciarstwie Moje ulubione zdjęcie z tego bardzo krótkiego sezonu, bo śniegu już brak
    2 punkty
  22. Masowe zwolnienia, przecież wystarczy się obłowić z tarczy
    2 punkty
  23. Po części dotyczy Polski. TMR planuje masowe zwolnienia oraz emisję obligacji. https://e.dennikn.sk/minuta/2237372
    2 punkty
  24. 2 punkty
  25. Kazimierz Dolny - OTWARTY Wisła klepki - OTWARCIE 23.01.2021 Bałtów - OTWARTY Poręba Wielka Koninki - OTWARTy Jura Krakowsko-Częstochowska (cisowa) - OTWARTY Tumlin - od piątku 22.01 16:00 Telegraf - od soboty 23.02 10:00 Krajno - od soboty 23.01 10:00
    2 punkty
  26. Gotowy plan na Szwajcarię, proszę bardzo. Nocleg w Zweisimmen, jazda w ośrodkach Lenk-Adelboden i Gstaad. Te dwa ośrodki są zupełnie wystarczające na 6 dni jazdy. Lenk-Adelboden ma bardzo dobrą, nowoczesną infrastrukturę, w Gstaad jest gorzej. My mieszkaliśmy w Lenk i jeden ośrodek nam wystarczył, Gstaad nie daliśmy rady ogarnąć ze względu na pogodę. Nie należy się bać Szwajcarii, kraj jak każdy inny. Sporo przydatnych wskazówek było zamieszczanych w tym temacie i temacie wyjazdów alpejskich w Covidzie.
    2 punkty
  27. Cześć Właśnie o to chodzi. Lepiej tego zdefiniować się nie da. Pozdrowienia
    2 punkty
  28. Ta..., a jeszcze wcześniej puchar na zachętę jak w klasyce Barei ....
    2 punkty
  29. Jeszcze dopisze. Nie było pandemii, a i rządy były inne i Telegraf właściciel opylil, prawda? Inne stacje także zmieniały właścicieli, że wspomnę Azoty w Krynicy, które teraz są Slotwinami Arena. W biznesie to normalne że zmienia się właściciel, no chyba że chodzi o to aby kogoś wyruchac.
    2 punkty
  30. A to info od JC: https://www.facebook.com/skionlinepl/posts/10157772713186723
    2 punkty
  31. Dobrze ze "pandemie" postawiłeś na pierwszym miejscu i napisałeś ja z wielkiej litery, co nie pozostawia złudzeń że stawiasz ją jako główna przyczynę chęci pozbycia się. Co prawda wspominasz coś o rządzie ale chciałem przypomnieć, że może okres trwałości inwestycji już upłynął, może warunki pogodowe i preferencje klientów także mają wpływ na decyzję właściciela? Na podstawie jednej informacji na fejsie trudno wyrokować. No chyba że ma się jakieś specjalne rozeznanie z odpowiednich źródeł internetowych, no ale wówczas jako jedna z przyczyn należałoby dodać "Rydzyka"!
    2 punkty
  32. Tylko w życiu nie chodzi o to, żeby dostawać coś "z tarczy". No i na to, żeby ktoś dostał "z tarczy", to ktoś inny musi te podatki wpłacać. Lepiej po prostu uczciwie zarobić i przy okazji uszczęśliwiać klientów. Wielu to już dostało lub zaraz dostanie dosłownie "z tarczy" i padnie na pysk.
    2 punkty
  33. Witam, też sie zastanawiamy nad wyjazdem do Arosa/Lenzerheide albo Davos ( bierzemy pod uwagę te ośrodki ze względu na wielkość terenów i odległość z centrum Polski, chyba , że ktoś doświadczony z tym rejonem może zasugerować coś jego zdaniem lepszego) Chcemy jechać na początku lutego w 4 osoby na 5-6 dni. Super ,gdyby ktoś z wiedzą nt Szwajcarii napisał na forum taki mini poradnik, gdzie warto jechać, których ośrodków lepiej unikać, na co uważać. Szczególnie ciężko mi znaleźć jakieś sprawdzone strony z ofertami noclegów, coś jak www.miafassa.it dla dolomitów, tam jest to super zrobione. Dolomity i Austrię mamy przez lata dobrze objechaną , a tej Szwajcarii się jakoś boję. Niestety organizacja tego wyjazdu idzie mi jak po gruzie, albo drogie karnety, albo kosmicznie drogie apartamenty, albo ośrodek malutki, albo strasznie daleko gdzieś pod francuską granicą. Ewidentnie potrzebny jest ktoś kto mi oczy otworzy i powie : zrób tak i tak i będzie dobrze. PLEASE HELP !!!
    2 punkty
  34. Rytro-byłem dzisiaj,licencja zawodnicza.Słotwiny Azoty też.Chyrowa-datek na kapliczkę.
    2 punkty
  35. Wczorajszy zaległy dzień. Do południa jeździmy w Corvigli, natomiast popołudniu ze względu na zalegające tam chmury i mgłę przenosimy się na Corvatsch.
    2 punkty
  36. Kazimierz teraz... Policji brak, sanepidu brak... W kolejkach ludzi mało, jak już stoją to bez reklamowek z 🐞😁
    2 punkty
  37. Ah, Koninki! Historia stara jak świat. Nazwa nie pochodzi od "koni". Do Koninek dotarli pierwsi osadnicy od Koniny, wsi na wschód od Koninek. Nie drogą, jaka sie teraz jeździ. Tu była głęboka puszcza gorczańska. Był wcięty bardzo głęboko potok. Jadąc autkiem przez mostek, mało kto zdaje sobie sprawę, jak głęboki, wąski, wąwóz woda wydrążyła w skałach. Mają miejsce w literaturze. Władysław Orkan, z domu Szmaciarz, rozsławił je w polskiej literaturze. Na pagórku nad swoim domem(Orkanówka),za diengi zarobione na pisarstwie, zwanym Pustka, przyjmował literatów, kolegów z Młodej Polski. Nawet kazał sobie postawić niewielką drewnianą izbę za Wasielką, przy ścieszce na Tubacz przez rezewat Orkana. Tu jest bardzo fajne źródełko parę minut w dół od ścieszki. Matce Okrana, co to niosła synowi smakołyki, idąc nocą do dalekiego Krakowa, przez Mogilany. Miano postawić na tych Mogilanach pomnik chłopki z koszykiem. Tak mówił jeden z senatorów z Podhala. Mama pisarza weszła do literatury. A miejsce jej urodzenia(p. zdjęcie niżej) miano zamienić na muzeum. Moje zauroczenie Koninkami rozpoczęło sie w roku 1978. Mając wolne w styczniu,na rekonwalescencję po szpitalu, szwagier załatwił nam miejsce w ośrodku "cebea". Firmy z Krakowa, gdzie pracował. U góry, na Jaworzynie był wyciąg orczykowy. Postawiony "czynem społecznym" przez narciarzy z Huty im. Lenina. Która miała tu swój luksusowy ośrodek. Stały już podpory krzesełka. Ośrodek, ale nie dla "garowych". Spiker na trybunie na ulicy Basztowej, w Krakowie, w czasie pochodu pierwszomajowego- " Idą garowi...". Ta polanka na Jaworzynie, u góry dość płasko, dolna część stoku stroma. Taka ścianka. Chodziliśmy tam codziennie na narty. Syn, pięcioletni berbeć, na sankach, z przyczepionymi własnymi nartami. Ja woźnica, z własnymi nartami i plecakiem. Obok żona(ta z postów "Egzotyczny Iran"). Dwieście pięćdziesiat metrów podejścia. Ćwiczyliśmy swoje skręty. Syn był uczony na przyszłego mistrza, co najmniej powiatu. Jazda na tyczkach, na stromiźnie. Tyczki z lasu. Szło nam nieźle. W dół zjeżdżał leśną drogą sam. Sanki musiałem sobie włożyć na plecy. W swoich postępach doszedł do takiego poziomu, że w kwietniu doszedłem do wniosku -pora rodzinnie na Kasprowy. Najpierw zjazd na Gasienicową. Upał, oślepiające słońce. Nie będzie jeździł. Woli w cieniu bawić się śniegiem. Zjechaliśmy na zmiane parę razy. Jedziemy na Goryczkową. Tam będzie chodniej. Stok u góry zamarznięty! Nieco dyskusji rodzinnej. Ale pomału, jak to się teraz mówi, daliśmy radę. U dołu przed mostkiem były pewne kłopoty. Polana już wytopiona. Jedziemy żlebem w stronę mostka. Jaki on maleńki w tych dziurach! Osłaniam go swoim ciałem przed niebezpieczeństwem z tyłu. Jak ptak skrzydłami swoje pisklę. Nie został mistrzem w tym pięknym sporcie. Nie został też mistrzem w nurkowaniu, które go później pasjonowało. A co dalej z Koninkami. Pracowałem ciężko przy swoim nabytku, kupionym za jedynie półroczną pensję. Huta Lenina, już pod nazwą Sendzimira, robiła bokami. Ośrodek i wyciąg dzierżawił jakiś wojskowy z Kołobrzegu. Potem go nabył pan P. z Krakowa. Włąścicel firmy transportowej i ścianki wspinaczkowej. Niezły narciarz. Przyznał się później, że zawsze marzył, by mieć swój wyciąg. To i miał. Owszem - inwestował w armaty, lepszy ratrak, światło. Raktrakiem jeździ mój sąsiad z Zagronia. Nawet nieźle równa, to co pozostaje po dni ciężkiej pracy narciarzy. Ale lud pędzi do Białki . Tam są atrakcje. A tu gorczański, ciemny, dziki las. Z czego tu się cieszyć. To był mój prawie prywatny stok. Za nowego właściciela uszlachetniony spychaczem. To nie dawniejsze wykroty, gdzie na dolnej części akademicy z Krakowa parę razy zrobili sobie jakieś mistrzostwa. Nawet tyki mieli uchylne. Niektórzy w czasie treningu nieżle jeździli. Nawet udało mi się parę razy, jak było pusto pod wieczór, przejechać przez ten las tyczek. Po tych ekwilibrystucznych wyczynach doszedłem do wniosku, że z autentycznym trenerem, lepszym sprzętem, to może miałbym jakieś szanse, w kadrze klubowej, w grupie czterdziestoparolatków. A teraz na AMP byłbym Kon_smig.MPG Kon_smig.MPG MOV04192.MPG z pewnością w czubie w gupie 80+. Ale nie zamywałem ducha i dalej usilnie ćwiczyłem. W nowej dyscplinie skręcania. Na krawędziach. Załączam film. Pojawił sie wnuk(nie biologiczny) Kubuś. Dziadek, rodzinny mistrz, nad mistrze, powinien go nauczyć jeździć. Z początku szło świetnie(film). Prawie tak jak, u Eve, Ewy polskiego szermierza(nazwisko uleciało), który z żoną uciekł do USA. I pracowali, jako instruktorzy narciarscy w Reno. Dowiedziałem się tego z numeru amerykańskiego magazynu narciarskiego "Ski Magazine". Ewa miała cztery latka i jeździła już równolegle z kijkami. Tak jak Kuba. Tylko, że ona potem została zaliczona do kadry "usa" i brała udział w zawodach PŚ. Z Kubą jest znacznie gorzej. Ale różne stokowe wertepy nie są mu grożne. Zaczyna też na szerokich dechach uprawiać nawet leśne slalomy. I tak to jest z tymi nartami. Zagronie
    2 punkty
  38. To może nieco wyjaśnień skąd te kłopoty użykowników fotoogniw z zakładem energetycznym się biorą. Fotoogniwa to bardzo zmienne żródło enegii. Z punktu widzenia Polskiego Systemu Elektroenergetycznego(PSE) jest z takimi maleńkimi "elektrowniami" sam kłopot. Idea jest słuszna, to co wyprodukujemy u siebie na dachu, nie będzie produkowane z węgla w elektrowniach. Ale najlepiej byłoby, żeby taki producent wogóle odłączył się od sieci elektrycznej(od systemu jw) i gromadził sobie nadwyżki u siebie na czarną godzinę braku słońca. Skąd takie problemy? To się staje jasne, gdy się wie jak działa PSE. Jest to system składający się(u nas)z elektrowni węglowych. Wszystkie elektrownie są połączone ze sobą przy pomocy sieci przesyłowych(wysokiego napięcia). Wszyskie elektrownie oddają energię do tej sieci. Ktoś mieszkający w pobliżu elektrowni myśli, że jak jest blisko to ma prąd głównie z niej. Ma prąd z systemu. I nie da się stwierdzić z jakiej elektrowni fizyczne prąd dopłynął do jego domostwa. Tym bardziej że wiele razy jest przekształcany przez transformatory zmieniające napięcie. System ma jedną zasadniczą cechę. Jest to system samosynchronizujący się. To znaczy wszystkie generatory w systemie obracają się z taką samą prędkością. Obracając się np. 3000 obrotów na minutę wytwarzają enerię elektryczną w układzie trójfazowym z częstotliwością 50 Hz(hertzów). Ta częstotliowóść musi być utrzymywana możliwie jak najbliżej 50 Hz. Np. 50(50-0,2. 50 + 0,2) Hz. Skąd kłopoty z utrzymaniem częstotliwości? Otóż pobór energii z generatora elektrowni wywołuje w nim "opór". Czym więcej energi z niego płynie, tym bardziej trudno go zmusić do obracania się. Więc trzeba więcej pary do jego turbiny(więcej wody w elektrowni wodnej). Para to więcej pyłu węglowego w kotle produkującym parę. Co się dzieje w systemie. Ludzie załączają i wyłączają odbiorniki. W Warszawie jest centralna dyspozycja mocy. Dyspozytorzy wydają polecenia elektrowniom, oberwując pobór mocy w systemie. Powiedzmy, że system(nowych danych nie mam) ma zainstalowane 25 000 MW. Jest to suma mocy wszystkich generatorów. Teoretycznie mogłyby tyle wyprodukować. Ale produkują tylko tyle ile jest pobierane. Jeśli w danym momencie jest pobierane, np 17 560 MW, to tyle muszą produkować generatory. Tyle pary w turbinach, tyle węgla w kotłach. A za godzinę obciążenie systemu wzrośnie o 1000 MW. Dawniej atrakcyjny meczt to nagły wrost o 600 MW. Więcej węgla do kotła...Albo zmaleje obciążenie. Co będzie, gdy się nie będzie reagować. Generatory raz będą przyhamowane, albo hamowanie się zmniejszy. Więc i częstliwość może być 49, 48 Hz lub 51 Hz. To niedopuszczalne. W różnych miejscach w przemyśle i nie tylko używane są silniki synchroniczne. Ich obroty zależą ściśle od częstotliwości. Nasz system jest połączony z systemami sasiednich krajów. Cała Europa pracuje na jeden system. W razie braku enegii można kupić np. 1000 MW u sąsiada. Ale nie można przesłać(po liniach trójfazowych), jeśli się nie pilnuje częstliwości. Jest połączenie z szwedzkim sytemem Najpierw się wyprostuje z trójfazowego na stały, potem się sfaluje na trzy fazy. Takie połączenia różnych systemów są możliwe Jeśli chodzi o elektrownię pompowo- szczytową to mamy piękną pod górą Żar. Ma moc 4x130 MW. Była koncepja za Gierka giganta w dolinie Dunajca przed Krościenkiem. Miała mieć 2000 MW. Na szczęście do tego nie doszło. Taka elektrownia to czasem konieczność, ale to dosyć marny interes. Droga. w budowie. Generator staje się silnikiem. Turbina wodna pompą, by wypchać trzysta metrów górę masy wody. Parę godzin i wszystko jest na dole. Zagronie
    2 punkty
  39. Jaworki są świetne, mam stamtąd wspomnienia. Tam moja córka stawiała swoje samodzielne szlify, pierwszy samodzielny wjazd talerzykiem, pierwszy slalom. Instruktor lokalny był nie do zdarcia. Wiele razy pot mu się lał strumieniami po twarzy. Ale Arena wymiata 😉
    1 punkt
  40. Kazimierz teraz... Kolejna trasa czynna, a nawet dwie 😮 o jednej nie wiedziałem nawet. Warunki bomba, relacja wieczorem 🙂
    1 punkt
  41. I Polsce im kto lepiej "mordę drze" (cytuję), tym więcej załatwi. To nie złośliwość, to niestety stwierdzenie faktu. Np. tylko dobrze zorganizowane, gotowe do rozrób, głośne grupy zawodowe mają ... wcześniejsze emerytury. Tak jest też we wszystkim innym. Jak wejdziesz do urzędu: - Dzień dobry, przepraszam, czy moglibyście proszę pomóc, chciałbym zarejestrować samochód! To się dowiesz: - Panie, to nie ten pokój, kto panu tu pozwolił wchodzić, nie wolno, wolno tam, do kolejki, won. Zresztą i tak pan dziś nic nie załatwi, bo numerków brakło od 13-tej, he, he... Grzecznych się nie szanuje, grzecznych się depcze. A jak ktoś "mordę drze" (cytuję), to może ma układy, może warto ustąpić? To przykre, ale coś w tym jest.
    1 punkt
  42. A tak poszli po całości na Pitztal Choć tu pewnie inne są zasady rozliczania,przekazywania ,tym bardziej dla przedsiębiorcy
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...