Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. artix

    artix

    Użytkownik forum


    • Punkty

      18

    • Liczba zawartości

      4 091


  2. Tomato

    Tomato

    Użytkownik forum


    • Punkty

      17

    • Liczba zawartości

      33


  3. Sportego360

    Sportego360

    Użytkownik forum


    • Punkty

      11

    • Liczba zawartości

      360


  4. Mitek

    Mitek

    Użytkownik forum


    • Punkty

      11

    • Liczba zawartości

      7 273


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 19.02.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Ze wzgledu na panujaca pandemie i braku polskich dokumentow, jako obywatel Szwecji, moge miec problemy z poruszaniem sie po Europie. Alpy musza poczekac Co czynic? A no przeciez chlopie ty mieszkasz w Skandynawi, a dokladnie w Szwecji. Szwedzkie podejscie do Covid zapewne znacie, wiec nie jest tajemnica ze osrodki narciarskie dzialaja. Oczywiscie sa pewne obostrzenia, ale ja jade na narty i knajp nie bedzie mi brokowalo. Jedziemy zatem do Sälen (nigdy nie bylem w Sälen) Zamieszcze troche przydatnych info, bo moze ktos sie kiedys skusi aby odwiedzic te strony, w czym chetnie pomoge. Osrodek oddalony od Malmö o 750 km wiec nie jest zle. Obecinie nie mieszkam w Malmö ale to nie istotne gdyz odleglosc do destynacji jest podobna i pisze aby Wam to mniej wiecej zobrazowac. Z Pl mozna by dojechac na wiele sposobow, ale pewnie ze wzgledu na polaczenia promowe droga sie strasznie wydluza a i koszta ida w gore, dlatego malo kto odwiedza te strony. A moze sie myle ? Promy do Szwecji plywaja z Gdanska, Swinoujscia, Rostock i Sassnitz. Jest tez droga Putgarden-Rödby ktora jest najszybsza, ale oddalona najbardziej na zachod. Domki i skipassy mozna nabyc na stronie Skistar. Cena jaka zaplacilismy za domek wraz z karnetami na tydzien dla szesciu osob w Sälen to okolo 9000 zl. Musze zaznaczyc ze to szczyt sezonu bo wlasnie zaczynaja sie ferie w Szwecji. Domek samowystarczalny, wiec zabieramy ze soba caly prowiant aby jak najmniej mieszac sie z ludzmi a tez aby jesc po polsku (mozna na tym niezle zaoszczedzic ) Sälen to kilka osrodkow polaczonych na jednym karnecie. Wszystko ma bardzo rodzinny charakter. Kläppen, Lindvallen/Högfjället, Stöten, Tandådalen/Hundfjället 303 metry przewyzszenia, top to 860 mnpm 99 tras zjazdowych 82 km tras Najdluzsza trasa to 2500m 35 zielonych 22 niebieskie 28 czerwonych 14 czarnych 3 skiparki Trasy biegowe Nocna jazda na 17 trasach lecz chyba tylko do 18.00 (do weryfikacji) 87 wyciagow Przepustowosc 83700 osoby na godzine Bede sie staral pisac cos na bierzaco od poniedzialku. Moze jakies dodatkowe fakty na ktore wpadne podczas pobytu. Domek i trasy ponizej. Do zobaczenia w Sälen
    18 punktów
  2. Dzisiejszy Kasprowy. Goryczkowa do około 11:00 bardzo mało ludzi i bardzo dobre warunki. Po jedenastej większy ruch ale jazda w zasadzie na bieżąco. W niższych partiach poza trasą mięciutko i dużo śniegu, wyżej nie próbowałem. Gąsienicowa popołudniu mocno rozjeżdżona na górnej ściance i przy końcu i bardzo dużo ludzi na szczycie. Pod gondolą oraz pod krzesłem na Goryczkowej można było zobaczyć z bliska kozice.
    10 punktów
  3. Nareszcie krótkie narty i moje Ramsau. Zawsze kiedy czuję się niepewnie z moimi umiejętnościami wracam do korzeni. Zaczynamy weekend z nartami. Korbielów
    9 punktów
  4. Bardzo dobre warunki na zjeździe do Kuźnic bez ryzyka uszkodzenia sprzętu. Co poniektórzy zjeżdżali chodnikiem aż do ronda, ale tam już można poniszczyć sprzęt. W chacie na dole goryczkowej czynna podstawowa gastronomia na wynos - bigos, jajecznica, hot-dog, ludzie siadali na stołach na zewnątrz pomimo wygrodzeń taśmą i tabliczek, nikt się nie czepiał. Otwarty był też bar na szczycie. Zjazd do Kuźnic:
    7 punktów
  5. Zaryzykowałem prawie jak w ruletce i obrałem kierunek na Białkę dzisiaj. Panowie @Plywak oraz @Przemekc1 dzięki za "Tipa" o rannym wstawaniu. Zameldowałem się przed 9. Z mojej strony polecam kupować karnet przy wyciągu najbardziej na prawo bo wszyscy idą do kasy poniżej głównego wyciągu. A jak było? Zobaczcie 🤣⛷️ I wcale nie byłem pierwszy na górze 🤪 Extra NIE !!! GH011256-1.mp4 No dobra, tak było przez dosłownie minutę, bo tyle zajął mi ten zjazd. Później było znacznie gorzej. Tak w skrócie - Białka złamała mnie psychicznie. Nie zmęczyłem się jeżdżąc na nartach (a to preferuj) tylko zmęczyłem się psychicznie. Moją psyche rozwaliły kolejki tak bardzo, że przy ostatnim zjeździe nie walczyłem by zdążyć do bramek i zjechać ten jeszcze jeden raz. Wytrzymałem 4h i jutro mam zamiar gdzieś się wyjeździć. Na plus to oczywiście ten pierwszy zjazd oraz jazda na FIS'owych trasach. Ranne zdjęcia, tłumu jeszcze nie ma. Widok na Tarty to dodatkowy plus. A to z godziny 10.Ten patent za 2 złote bardzo mi się spodobał. A taki ślad zostawiła moja jazda z dzisiaj.
    7 punktów
  6. Cześć Szafrański ma tą przewagę nad wszystkimi innymi, że jeździł i warto posłuchać co mówi a nie jak. Pozdrowienia
    7 punktów
  7. Dzisiaj Jurgów. Warunki doskonale. Zero wiatru i temperatura ok 0. Czasami nawet słońce wyjrzy. Z minusów straszny tłum jak na Jurgów, co jest odczuwalne szczególnie na trasach. No i nie rozumiem czemu jest zamknięta czarna trasa, która byłaby fajna alternatywa dla szukających pustego miejsca na stoku.
    7 punktów
  8. Rytro 19.02.2021 Po wczorajszych deszczach lekko przymroziło w nocy. Stok dosyć twardy do około 11 godziny, z czasem zaczęło coraz bardziej puszczać aż do mokrego śniegu. Podłoże dosyć twarde więc było o co się oprzeć. Gleba jednak zaliczona, przytrzymało nartę a raczej wiązanie na kupie mokrego śniegu i był fikołek na głowę Jazda na bieżąco, na stoku też wiele przestrzeni. Gdy skończyłem jeździć (14 godzina) zaczął znowu padać deszcz... Najbliższe dni mają być słoneczne tylko niestety coraz cieplejsze. Na weekend zapowiadane lekkie utrudnienia na stoku, bokiem ma być wydzielona trasa pod trening.
    6 punktów
  9. O takie forum się walczyło. Czekam z popcornem w łapce!
    6 punktów
  10. Tylicz Ski - ludzi sporo, ale bez dramatu. Gdy do starej kanapy 3-os. zbierała się duża kolejka, można było przeskoczyć na kanapę 4-os. lub talerzyk biegnący równolegle. Warunki na trasach dobre.
    6 punktów
  11. Trzydniowy wypad na Podhale. O jedenastej meldunek na Ski SUCHE. Niemal bez kolejek, przelotny śnieg momentami z nieba. Fajna górka - trzy, cztery warianty jedno przełamanie u końca krzyżujących się tras. Sporo szkółek i tyczek - można było coś spróbować. Dla maluchów mini slalom. Kawałek w lesie totalnie wyślizgany - od razu przed oczy rzuciło mi się Pilsko sprzed paru dni. Po trzech godzinach zmiana, matecznik na Kozińcu w Czarnej Górze wzywał. Mała pilnie piłowała technikę na "jedynce", choć fragment czerwonej środkiem również bez zastrzeżeń - twardo ale bez odsypów. Kolejek brak, KOZINIEC w dzisiejszym pojedynku górą. Choć dla mnie już wiało nudą. Przed 17 kończymy, miał być jeszcze RUSINSKI, ale zmęczenie wygrało. Teraz regeneracja w Murzansichle z przepięknym widokiem na Polskie Tatry Wysokie, i bicie z myślami co jutro. Chyba Białka od rana od Kaniówki, zjechać "szóstkę" może te dwie Fisowskie na Kotelnicy. I ewakuacja, tylko gdzie? Jurgów w dzisiejszych opiniach nie polecany - warunki, po głowie mocno chodzą mi Kluszkowce.... Może Szymoszkowa? Jakieś wasze sugestie? Tour oczywiście w ramach TatrySUPERski.
    5 punktów
  12. A ja akurat lubię słuchać i Szafrańskiego i Baranowskiego, to chyba kwestia gustu, ale oprócz wiedzy i doświadczenia mają jeszcze przyjemne do słuchania głosy, a co do wpadek to są one nieodłączną częścią pracy komentatora sportowego i trzeba się do nich przyzwyczaić. A poza tym o ile wybitnych (przynajmniej jak na nasze możliwości krajowe) byłych kolarzy mamy trochę, to z narciarzami już jest większy problem, więc Pan Marcin nie ma za bardzo konkurencji. I to w kraju w którym narciarstwo uprawia amatorsko kilka milionów ludzi. Nie ma kto startować, nie ma kto komentować. Smutne to. No chyba że Piotrek Żyła weźmie się za komentatorkę
    4 punkty
  13. Nie, bo nie ma tak szerokokątnych obiektywów
    4 punkty
  14. Za tydzień to wątpię, czy rząd pozwoli na działanie wyciągów, ale jeśli chodzi o warunki, to Śnieżynka i Puchatek są zwykle dobrze naśnieżone i z powyższej relacji wynika, że warunki są na nich b. dobre, więc zważywszy na brak zapowiadanych deszczy (jedynie wysoka temperatura), wg mnie powinny przetrwać.
    4 punkty
  15. Białka to jakaś patologia, pojechaliśmy wczoraj rano, po 2h pakowaliśmy się i uciekaliśmy. Tragedia, ludzi masa, w kolejkach bez totalnie jakichkolwiek obostrzeń sanitarnych. Pojechaliśmy na Jurgów, o wiele lepiej. Dużo mniej ludzi. szymoszkowa po południu znowu pusta, nawet zwracali uwagę o przykrywaniu twarzy za co plusik. Dzisiaj zaczniemy od Małe Ciche.
    4 punkty
  16. Szrenica 2021-02-18 Początek końca sezonu w Szklarskiej? Chyba tak. Po wczorajszym deszczu dzisiaj warunki zgoła inne do tego co pamiętam z ubiegłego piątku. Ale po kolei: Lolobrygida - od góry twardo, równo, szybko mniej więcej do połowy. Dalej to dużo przetarć i wystających krzaków (od samego rana), im niżej tym gorzej, realnie da się jechać wąskim pasem po lewej stronie. Zawitałem na Lolę po 14-tej, oczywiście gorzej niż źle bo doszły odsypy i mniej wprawni narciarze kręcili się po tym jak muchy, objechać ich nie było jak, ew. po wystających krzakach. Śnieżynka - moja podstawowa trasa dzisiaj, potem Puchatkiem do Karkonosza. Równo, twardo, od południa mocno lodowo, na ściance praktycznie po prawej lodowisko, po lewej masakryczne odsypy. Ja wolałem po lodzie. Puchatek -do południa twardawo, ale równo i szybko (jak na niebieską trasę) póżniej 10-15 cm miękkiego śniegu, ale można było w dalszym ciągu puścić narty i poskręcać. Slalom między uczącymi się, omijanie bokami, gdzie z powodu większych odsypów narciarzy prawie nie było. I na koniec FIS - duże kartoflisko, zjechałem raz i nie wróciłem. Dolna część bardzo dużo krzaków wychodzących spod śniegu. Przyjemności żadnej to i żal nie było. Kolejka do Karkonosza rosła z godziny na godzinę - około 10 już 10 minut czekania, od 11-15 15-25 minut czekania. Do 2-os krzesła kolejka do 3 podpory, nie używałem więc nie wiem ile się czekało. Do 2 sekcji też kolejka całkiem spora. Świąteczny kamień trafiłem na 10 minut czekania, za nami kolejka rosłą w szybkim tempie. Na halę nie zawitałem - jak zobaczyłem z góry kolejkę do orczyków to odechciało mi się hali. Co do warunków, dzisiaj temperatura na plusie dół +5, góra Karkonosza z rana 0, potem +2 Jutro ma być cieplej, a od weekendu nawet +10, co niechybnie oznacza, że Lola będzie do zamknięcia. Śnieżynka i Puchatek mają szansę przetrwać, na dzisiaj większych przetarć nie było. Jutro powtórka 4h od rana i do domu. Więcej w tych warunkach nie ma sensu. Parkingi 8:30 brak miejsc przy dolnej stacji ośrodka. Kolejka do kasy po karnetu na minimum pół godziny czekania
    4 punkty
  17. Relacja generalnie jest spóźniona, bo nasz wyjazd miał miejsce między 1 a 5 lutym. Będzie również ona bardzo krótka. W ciągu pięciu dni zwiedziliśmy 5 ośrodków. Na początek zacznijmy od samej podróży. Jechaliśmy ze śląska przez Niemcy, dzień wcześniej dowiedzieliśmy się, że niby Czesi zamknęli swoje granice nawet dla tranzytu, czy to prawda sam nie wiem. Jedyna kontrola na granicy niemiecko-austriackiej. Pan spytał tylko gdzie jedziemy i nic poza tym. O 7:00 jesteśmy w Samnaun. Krótka drzemka i jazda w górę! W kolejne dni jeździliśmy odpowiednio na Corvatsch, Savognin ( polecam, nieduży ale super ośrodek. Niesamowicie szerokie trasy i bardzo długie no i stosunkowo tani karnet jak na szwajcarskie warunki. Płaciliśmy bodajże 60 franków. Niestety jazda tylko do 12. Silny wiatr zamknął prawie cały ośrodek). St Moritz i na sam koniec Scuol. Codziennie piękna pogoda także wyjeździliśmy się. Powrót do domu również bez problemu. Jedna kontrola na granicy austriacko-niemieckiej. Poniżej wrzucam filmik. Myślę, że on najlepiej zrelacjonuje nasz pobyt. Pozdrawiam. https://www.youtube.com/watch?v=67UiCV1ZC-w&lc=Ugzr7V3sUtFSez_YAP94AaABAg&ab_channel=DominikMelo
    3 punkty
  18. No to się rozminęliśmy. W tych godzinach "przemierzałem" Białkę w drugim kierunku. Nie było lepiej. Zobacz filmik kilka postów wyżej z 9 rano z Kotelnicy ⛷️
    2 punkty
  19. Wskazane kontynuowanie terapii
    2 punkty
  20. Jutro zaczynam szychtę na Jaworzynie o 7 10 rano,ciekawe,czy już kolejka będzie stałą...
    2 punkty
  21. Dziwne że jeszcze kogoś szokuje W Krynicy dzisiaj też cyrk z tego co widziałem na zdjęciach.
    2 punkty
  22. Cześć No ale mówimy cały czas o tym samym. Wszystkiemu winny jest ten idiotyczny przepis 0.5. Wczoraj wieczorem rozmawiałem z kumplem, który jest sędzią i z kolei jego kumpel jest w Cortinie. Jednoznacznie wszystko dobyło się zgodnie z obowiązującymi przepisami. Niestety przepis jest idiotyczny. Argumentacja, która padła z jego ust, ze chodzi o to aby stworzyć szansę zawodnikowi pomimo, że wypadł (a taka się w rozmowie pojawiła) jest dla mnie śmieszna. Czy jak koleś wypadnie w pierwszym przejeździe SL czy GS to ma jakąś drugą szansą??? No przecież to jawna głupota. Tylko, że ta głupota nie jest związana z tymi czy jakimkolwiek konkretnymi zawodami bo jej ofiarą może paść każdy zawodnik z dowolnego kraju. Po prostu trzeba zmienić przepisy i tyle. I myślę, że to się wkrótce stanie. Co innego w drużynówkach - tam muszą coś wymyślić przy DSQ czy DNF raczej - bo DSQ jest jednoznaczne i drużyna pada. Pozdrowienia
    2 punkty
  23. Za to duet Jaroński/Wyrzykowski był tak zabawny, że ich uwielbiałem słuchać - niezależnie, czy było to kolarstwo, czy biatlon 😉
    2 punkty
  24. Nic nie ujmując Panu Szafrańskiemu, to ja zmieniam w ES wersję językową na angielski, a w Playerze w ogóle jest opcja "ad-free" bez reklam i bez komentarza - często tak oglądam i wtedy jest najlepiej...
    2 punkty
  25. Rzeczywiście - Maryna i Magda nie wpadłyby na to, że mogą zjechać tak dobrze, gdyby nie sukcesy naszych orłów na skoczni ! Starajcie się, dziewczyny, to może Was nawet w TVP pokażą!
    2 punkty
  26. Powrót. Mieliśmy tysiąc kilometrów z Szirazu do Teheranu. Autobus za dwa dolary, od osoby, pokonał tę odległość jednym skokiem. W Teheranie mieliśmy do załatwienia delikatną rzecz – miejsca w pociągu do Moskwy. Pociągu, który jeździł raz na tydzień. Za resztki zielonych pozwoliliśmy sobie na narodowe danie irańskie Czelou-Kebab. W skromnej restauracji z kelnerem. Kopiasty talerz szarego, rozsypującego się ryżu. Nie to co nasza biała, posklejana papka z baru mlecznego. W ryżu tkwiły kawałki mięsa i jarzyny. Był wyborny. Smakował nadzwyczajnie. Temu nie można się dziwić, po miesiącu żywienia się makaronem i konserwami. Przed nami było pociągami do Krakowa sześć tysięcy kilometrów . Jazda trwała taką samą liczbę dni, jak przyjazd do Iranu. Bez sensacji i bez specjalnego zainteresowania. Nie było wagonu z łazienkami w przedziale. Nie było Miszki i jego „stakanów” z herbatą. Te przedziały i te łazienki, to był jakiś wybryk losu. Takie luksusy, ten nasz wagon miał tylko w połowie. Druga połowę zajmowały przedzialy ze czterema, zwykłymi łóżeczkami. Co prawda z klimatyzacją. Dla kogo były te luksusy z łazienkami? Może dla ambasadora z rodziną, który bał się lecieć samolotem. Skończyła się bajka z tysiąc i jednej nocy! Wróciliśmy do naszego codziennego życia. Rysia do szkoły. Do swoich głuchych z całej Polski. Ja do projektowania rozbudowy huty w Nowej Hucie. Kupiłem książkę Kazimierza Sidora „Bogowie, Magowie i Nafta”. Kilkuletniego ambasadora Polski w Iranie. Podał w ciekawy sposób historię tych ziem. Kolebki naszej cywilizacji. Od Babilonu i Elamu. I pisma klinowego i Nabuchodonozora. O tym opowiada Biblia. Potem na te tereny przybyli Ariowie. Ze stepów Wschodniej Europy. Część z nich dotarła, aż do Indii. Mówi się przecież o językach indo-europejskich. Święta księga Ariów „Awesta” wspomina, że góry wyrastały jak grzyby. Lawa tryskała z wulkanów, formujących Elburs. Jedno z plemion Ariów, z którego rekrutowali się kapłani nazywano się Medami. Persowie byli pobratymcami Medów. Władcą Persów był Achemenida. Założyciel dynastii. O Achemenidach pisałem w poście o Persepolis. Śledziłem sytuację w Iranie. Króciutko trwała dynastia Pahlavidów. Zapoczątkowana zamachem stanu przez pułkownika Kozaków. Tatusia Szacha. Jako ostatnia opuściła go dziesięciotysięczna gwardia Pretorianów. Nie spowodował tego sam Chomeini. Przyczyny jego upadku tkwiły głębiej. Ta nadmierna ilość jego portretów wiszących wszędzie, nie świadczyła o miłości do władcy. Tylko o strachu. Potem ta tragiczna wojna z Irakiem. Rozpoczęta przez Husseina. Zginęły na niej miliony, lub zostały kalekami, takich chłopaków, jakich spotkaliśmy pod Alam Kuh, czy Demawendem. Szach się błąkał z rodziną po świecie. Nikt nie chciał go przyjąć. A w Iranie jedna dyktatura została zastąpiona drugą. W pamięci został jednak kraj życzliwych ludzi. Iran, kraj o obszarze pięć razy większym od Polski. Nikt nas nie zaczepiał. Nikt nam nie zrobił żadnej krzywdy. Ludzi, którzy często starali się nam pomóc. Został kraj gorący i suchy. Jedynym wyjątkiem był biblijny raj -Eden. Na wąskim pasku nad Morzem Kaspijskim.
    1 punkt
  27. Hmmm... Domek. Taaa. Trasy, nooo.... ujdą. I Ty jeździsz na wypady narciarskie do PL? 😄
    1 punkt
  28. Dobrze Panie doktorze. W takim razie może korespondencyjna terapia - ja w Myślenicach a ty w Rytrze ⛷️⛷️⛷️
    1 punkt
  29. Staram się dbać o moje zdrowie psychiczne dlatego w ciągu ostatnich 20 lat byłem w Białce 3 razy 🤪
    1 punkt
  30. Update z dzisiaj. 4h jazdy, dzisiaj 8:15 oczekiwanie przed bramkami, wjazd na 2 krzesełku i na pierwszy ogień Lola. Góra Karkonosza -2 stopnie. Do połowy Loli twardo, krzaczki przysypane przez ratrak. Niżej przejechałem po wystających krzaczkach, z nadzieją, że kamieni nie będzie. Ot zaleta zjazdu po ratrakowanym. 2 zjazd już gorzej, potem przeniosłem się na Śnieżynkę. Rada - jak chcesz po Loli to jeśli będzie otwarta jeszcze (niedziela jest mała szansa) to 1 zjazd powinno być ok, potem to dolny odcinek dla mnie męczący i nie warty zachodu. Śnieżynka i Puchatek mają szansę przetrwać. Dzisiaj 4h, 10 zjazdów 32km - jak na panujące warunki nie jest źle
    1 punkt
  31. Od 17 Krynica zakorkowana po opadzie śniegu. Wszystko stało. Dopiero niedawno ruch powoli zaczął wracać.
    1 punkt
  32. Polecam Jurgów, Szymoszkową i dzisiaj na Kasprowym był spokój
    1 punkt
  33. Dokładnie tak jak napisał @tresor tamten parking odliczany jest w kasie od karnetu u Tabaszewskiego po pokazaniu paragonu. Edit: znaczy się tak było w zeszłym sezonie...
    1 punkt
  34. Najlepiej się słucha komentatorów snookera. Chłopaki są czynnymi zawodnikami a i dowcip mają lotny. Pozdrawiam.
    1 punkt
  35. Zdaje sobie sprawę, że on startował i na temat nart ma pewnie sporo do powiedzenia, dla tego podkreśliłem, że mam do chłopa generalnie szacunek, ale ciężko mi się go słucha jak notorycznie myli zawodnika, który akurat jedzie i opowiada o kimś zupełnie innym; mówi, że ktoś przegrywa, gdy zegar pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie; opowiada, że ktoś dany odcinek trasy pojechał słabo, podczas gdy z zegara wynika, że akurat na tym odcinku zawodnik odrobił stratę itd. itd. - to po prostu denerwuje, bo wiedzę facet ma i to jest niezaprzeczalne, ale może już oko nie to, a może podzielność uwagi nie ta, nie wiem... wiem, że po prostu w praktyce wychodzi ten komentarz mocno średnio...
    1 punkt
  36. oczywiście tym bardziej że slalom gigant jest o wiele prostszy technicznie od skoków narciarskich
    1 punkt
  37. Nie gwarantuję ale darmowy parking u Tabaszewskiego jest chyba dostępny w ten sposób, że nie skręcasz ze Słotwińskiej w ulicę, która prowadzi na Arenę tylko jedziesz dalej, skręcasz w kolejną ulicę w lewo i wyjeżdżając za cmentarz masz parking tuż przy wyciągach u Tabaszewskiego. Ale czy na pewno jest za free to nie jestem pewny.
    1 punkt
  38. Czarna Góra w masywie Śnieżnika -Stronie Śląskie Na stoku A
    1 punkt
  39. Po niespełna 24 godzinach dostałem decyzję zatwierdzającą pełny zwrot środków na moje konto Gopass i te środki są już widoczne na moim koncie. Jestem bardzo zadowolony z przebiegu sprawy i mocno zaskoczony z takiego tempa jej rozstrzygnięcia (tu ukłony dla SON ) Nikomu z Was jednak nie życzę pójścia moją drogą, bo czeka mnie jeszcze trochę czasu i pracy aby wrócić do sportu. Do zobaczenia na stoku, ale w przyszłym sezonie 😉
    1 punkt
  40. Ciekawa... Ja,w tamtym sezonie zainwestowałem w Mammuta parametry troszke gorsze 800CUI waga 380 g,puchu mniej,ale mega praktyczna,czy to w góry czy do codziennego użytkowania. Super ciepła, dobrze chroni przed wiatrem ,a w słoneczne się nie grzeje . Co najważniejsze dziś już w rozsądnej cenie a po rejestracji na oficjalnej stronie dodatkowe 10%. https://mmtsklep.pl/produkt/kurtka-mammut-broad-peak-in-hooded-jacket-men-8/
    1 punkt
  41. Cześć Nawet fragmentu czystej jazdy na filmie nie było. Pozdro
    1 punkt
  42. Największa w Polsce wylęgarnia Covid-u 😄 Wg szanownie nam panujących.
    1 punkt
  43. Dzisiaj Pilsko- po drodze przez 100 km deszcz, a od wjazdu do korbielowa mokry ciężki, śnieg. Na parkingu 7 35, początek w kamiennej na drugiej kanapie i w górę. Od rana zdziwienie, bucczynka nieczynna(ruszyła ok 8 45). Po dwóch zjazdach spacer na Strugi. Potem wjazd na szczawiny,miziową i jazda na orczykach, ok 9 30 przejechałem się na 6, a potem jedynką do kamiennej, mniej więcej od hali Buczynki snieg bardzo mokry, ciężki i wolny. Powrót na szczawiny i jazda do 12 na orczykach. Jeśli chodzi o pogoda to od 0 do 4 stopni. Mgła na górze taka, że było widać na 20, 30 metrów. Kolejki na 5-10 minut od okolo dziesiątej. Ciężko mówić coś o warunkach specjalnie, jak spadło od 5 do 20 cm mokrego śniegu. Feralny fragment 6 gdzie zdarzyła się tragedia około 9 zabezpieczony ogrodzeniem.
    1 punkt
  44. Dziewiątego sierpnia. Postanawiamy wstać wcześnie. Jedynie rano i wieczorem można, bez specjalnego wysiłku, zwiedzać Sziraz. Taksówką podjeżdżamy pod mauzoleum szacha Czeragha. Stąd kilkaset metrów i jesteśmy na dziedzińcu Meczetu Starego, zwanego inaczej Meczetem Piątkowym. Masdjed Jame Atigh. Meczet został wybudowany w siedemset sześćdziesiątym ósmym roku na rozkaz Amra Ibn Leith Safari. Szach Abuleshagh, panujący w czternastym wieku, kazał wybudować na środku dziedzińca czworokątny budynek imitujący Kaabę w Mekce. Rogi budyneczku mają małe baszty, pomiędzy którymi jest mały balkonik z dwoma niewielkimi kolumnami. W środku budyneczku jest niewielkie pomieszczenie w którym przechowywano Koran. Jeszcze jedna ciekawostką tego meczetu jest zimowa sala - Szabestan. Tu też jest dużo uczącej się młodzieży. Na balkonikach wspomnianego budyneczku śpią w cieniu starzy ludzie. Przez dziedziniec przejdzie czasem kobieta z dzieckiem. Pojawi się mułła w turbanie. Jest cicho i spokojnie. Tylko słońce przypieka. Pasja fotografowania powoduje, że ciągnę za sobą moją dwójkę po wąskich uliczkach miasta. Aby zrealizować motyw - wąska uliczka, zamknięta w tle kopułą meczetu i kobieta w czadorze na pierwszym planie. Jesteśmy w labiryncie. Wysoki gliniany mur z obu stron uliczki. Nagle skręcającej pod kątem prostym. Czasami mamy wrażenie, że znajdujemy się w długiej bramie jakiegoś domu, by za chwilę wynurzyć się z mroku na zalaną słońcem uliczkę. Z uliczki przez niewielkie otwory, w tym wysokim murze, wchodzi się w mroczne labirynty irańskiego szyity. Ale to strefa zakazana dla obcych, a tym bardziej dla niewiernych. Jedynie nędzne sklepiki są dostępne dla każdego. Tu już nie zagląda bogaty turysta. Dla niego jest Persepolis. I wspaniałe meczety. Tu też, jak w Isfahanie słyszymy - hallo mister! Hallo-madam! Nasza chęć do zwiedzania maleje w miarę wznoszenia się słońca w stronę zenitu. Bazar. Można go określić jednym zdaniem. Gdzie mu tam do isfahańskiego! Chociaż budynek jest może ładniejszy. Za to mieszanina ludzka jest coraz barwniejsza. Czadory. Oprócz czarnych, popielato-brązowych są też białe w małe kwiatuszki. Na głowach coraz więcej zawojów, turbanów. Jesteśmy coraz bliżej irackiego, perskiego Arabistanu. Dwieście kilometrów na południe jest Zatoka Perska. Za nią Kuwejt, Arabia Saudyjska. Orient. Arabski świat. Widzimy kobiety w czarnych czadorach, posiadające na twarzy coś na kształt masek na balu karnawałowym. Zasłaniają nos, policzki czoło, pozostawiając otwór na oczy. Chodząc w półmroku po bazarze i słuchając dolatującej muzyki Wschodu, można by odnieść wrażenie, że jesteśmy na gigantycznym balu maskowym. Wchodzimy do dużego ogrodu. Przed nami ośmioboczny budynek z okresu panowania Karim Khan Zanda. Obecnie muzeum „Pars”. Ogród jest naprawdę śliczny. Wchodzimy do wnętrza muzeum. I małe rozczarowanie. W zasadzie jedyne eksponaty tworzą szabla fundatora budynku i Koran napisany pismem kufickim. Rozglądamy się daremnie za wspaniałościami opisywanymi przez prospekt. Obok budynku są trzy małe baseniki. Przyjemnie jest patrzeć na niebiesko -zieloną wodę i siedzieć w cieniu rozłożystych pinii i cyprysów, szczególnie gdy na ulicy jest temperatura ponad czterdzieści stopni. Jednak, mimo cienia, upał daje nam się we znaki. Postanawiamy wrócić na camping. W tym momencie każde z nas widzi się zanurzającego w „chłodnej” wodzie basenu. Ale przed tym wchodzimy do banku Pars, aby wymienić ostatnie nasze dolary. Miły chłód, klimatyzacja, miękkie skórzane ławy. Duży hall, z pracującymi za półkolistym kontuarem urzędnikami. Obok gabinet dyrektora. Przez uchylone drzwi widać szefa piszącego coś na biurku. Nad nim portret szacha Rezy Pahlawi. Szach na portrecie ma pozycję podobną do dyrektora. Ot - właściwy portret władcy do gabinetu dyrektora. Na ścianie obok gabinetu duży termometr. Wielka czerwona skala, z lewej strony, w stopniach Celsjusza, z drugiej Farenheita - dwadzieścia osiem stopni wskazuje Celsjusz. A my odczuwamy miły chłód. Co to znaczy aklimatyzacja. Nie do wysokości, ale do temperatury. I znów rozpalona ulica. Południe. Całe popołudnie spędzamy nad basenem, z małą tylko przerwą na obiad. Zresztą to jedyny sposób przeżycia szirazkiego południa. Camping położony jest poza miastem. Otoczony gustownym metalowym płotem. Czasem przyjeżdża z miasta jakiś samochód, wysiadają niego mężczyźni i siadają za tym płotem. Posiedzą pewien czas i odjeżdżają. Z ich strony za płotem widać kobiety w bikini. Szok! Kobiety w kostiumach kąpielowych. W Teheranie i Isfahanie campingi otaczał wysoki mur. Tylko obsługa oglądała, mówiąc trywialnie - „gołe baby”. Niedaleko campingu jest mauzoleum Saadiego, cel naszej dzisiejszej popołudniowej wędrówki. Saadi wielki perski poeta żył w trzynastym wieku. Na miejscu prymitywnego grobowca Karim Zand wybudował mauzoleum. W ostatnich latach budynek mauzoleum został przebudowany przez Związek Ochrony Pomników Narodowych. Za jedyne dziesięć rialsów wchodzimy do uroczego ogrodu. W jego środku w obszernej krypcie znajduje się grób poety. Na ścianach cytaty z dzieł Saadiego. Na grobem wisi ogromna lampa z brązu. Obok krypty grobowej słynne źródełko poety. Od kilku stuleci ogród i źródło jest miejscem spotkań literatów, i ludzi zakochanych w poezji, i literaturze. Siedzimy na schodach prowadzących do krypty. W dole zapalają się światła Szirazu. Wiatr delikatnie porusza koroną rosnącej obok palmy daktylowej. Ile ona może mieć lat? Zastanawiamy się we trójkę. Jest już stara, a przecież palmy nie rosną szybko. Podchodzi jakiś pan i delikatnie przypomina, że już siódma i że zamykają mauzoleum. Czas wracać. Za nami zamyka się brama z cytatem poety: „Pył z mojego ciała poniesie zapach miłości, nawet gdy tysiące lat przeminie”. Przekład mojego autorstwa z prospektu, w wersji angielskiej lub francuskiej. Więc proszę wybaczyć! Na skale, obok drogi, którą wracamy, zapala się kolorowy neon. Prawdopodobnie jest to też cytat z Saadiego. Zdjęcia: 1. Wejście na teren mauzoleum Saadi`ego. W głębi niski już Zagros. 2. Mauzoleum poety.
    1 punkt
  45. Ósmego sierpnia. Budzę się. Jednak mimo wygodnego, lotniczego siedzenia trudno się w autobusie wyspać. W pewnym momencie widzę przez okno zbliżającą się do szosy karawanę wielbłądów, oświetloną reflektorami samochodu. Trącam śpiącą Ryśkę. Budzi się - ale karawana została daleko w tyle. Przed nami pojawiają się góry o dziwnych kształtach. Góra w kształcie ekierki. Góra w kształcie walca, stojącego na kołowej podstawie, albo góra płaska, jak stół. Miga tablica z napisem –Persepolis, ileś tam kilometrów. Dziwne są koleje ludzkości. Dwa i pół tysiąca lat temu kwitła tu potężna cywilizacja. Budowano takie wspaniałe rzeczy, jak Persepolis. A u nas, w naszej części Europy, nasz przodek żył prawie w epoce kamienia łupanego. Teraz prawie się to odwróciło. Chłop perski, czy egipski niezbyt daleko odbiegł od tej epoki. Jedziemy śródgórskimi dolinami. Ślady zieleni wskazują, że tam jest woda. Od chwili wyjechania z Teheranu, nasza droga wiedzie prawie równolegle do gór Zagros. Niewiele niższych od Alp. Ostatnio było tu już parę wyjazdów z naszego kraju, w poszukiwaniu odkryć. Zagros ciągnie się od północnego zachodu na południe Iranu, w kierunku zatoki perskiej, albo arabskiej. Równolegle do granicy z Irakiem. Sąsiedzi tej zatoki nazywają ją po swojemu. Sziraz ma jeszcze do niej, około dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Isfahan, ze swym wysokim położeniem, leżał już w Zagrosie. Za oknami mignie czasem jakaś wieś. Przesuną się gliniane chaty przylepione do stoku, obok drogi. Sziraz jest chyba już blisko. Miasto pojawia się dość nagle. Między dwoma niewysokimi górkami widać w dole gliniane dachy. Dachów tych jest już dużo. A więc to może być tylko Sziraz. Na szczycie lewej góry widać niewielką budowlę. To chyba świątynia ognia. Symbolu Boga Światłości i Dobra -Ahura Mazdy. Grecy nazwali go Zoroastrem. Potomkowie wyznawców Zoroastra żyją jeszcze w Indiach pod nazwą Parsów, gdzie wywędrowali po najeździe arabskim na Persję. Przed wyjazdem do Iranu przygotowałem się „kulturalnie”. Resztę dopełniły prospekty. Stąd domyślam się, że to ich świątynia. Do Szirazu wjeżdżamy przez bramę ozdobiona, jakby inaczej, majoliką. Autobus przejeżdża nad wyschniętym łożyskiem Rudkhan-e-Khosk. Jeszcze kilka minut jazdy i zatrzymujemy się na niewielkim placyku, obok wspomnianej rzeki, wybrukowanym kocimi łbami. Na pierwszy rzut oka widać, że na tym dworcu, w zgodnej symbiozie żyje kilka linii autobusowych. Wysiadamy i od razu stajemy się obiektem zainteresowania taksówkarzy. Są wyjątkowo nachalni. Ale my, w ciągu trzytygodniowego pobytu w Iranie, też zdobyliśmy pewne doświadczenie. Idziemy więc do miasta na poszukiwanie INTO. Po drodze mija nas taksówka z roześmianym towarzyszem podróży Jacka. Siedzieli obok siebie w autobusie. Być może odczuwa satysfakcję, że biali(on też jest biały)Europejczycy muszą teraz chodzić na piechotę. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu biały tu, to był pan. Nam to jest zupełnie obojętne. Najwyżej pomyślą sobie, że Europa, albo matka Anglia robią bokami. Dla nas liczy się teraz Sziraz. Miasto perskiej poezji. Tu żyli, i tworzyli Saadi, i Hafiz. Miasto wina i kwiatów - jak jest reklamowane. Podobno jego historia zaczęła się w czasie, gdy powstawało Persepolis. Odległe stąd o kilkadziesiąt kilometrów. A może jeszcze wcześniej. Świadczyć ma o tym fakt, że w Persepolis znaleziono napis, w którym wspomniano o mieście „Szi Razi isz” i o robotnikach pochodzących z tego miasta. Właściwy rozwój miasta zaczął się dopiero w erze islamu. Ściślej w dziewiątym wieku. W dziesiątym wieku Sziraz był stolicą dynastii Dejlamitów. W dwunastym, trzynastym i czternastym stuleciu miasto zaliczało się do największych pod względem wielkości miast islamu. Następne wieki nie były dla miasta łaskawe. Miasto zostało zburzone i dopiero za panowania szacha Abbasa Wielkiego - początek siedemnastego wieku, zostało odbudowane. Karim Khan Zand, panujący w osiemnastym wieku, wybrał Sziraz na swoja stolicę. W tym okresie wybudowano bazar, wiele meczetów, ulic i pałaców. A jak odbywała się budowa, to możemy się dowiedzieć, czytając Mohammada Sadegh Szirazi, autora historii „Giti Ghoszaj Zand”. Pisał on: „Przy wznoszeniu budynków było zatrudnionych dwanaście tysięcy robotników, którym pracę umilali muzykanci”. Nic tylko budować! Gdy skończyła się epoka dynastii Zand, Sziraz został ponownie zburzony. A dziś ? „ Jest miastem trzystutysięcznym zabudowanym, jak wszystkie miasta irańskie, parterowymi i piętrowymi budynkami z gliny, które zamieszkują gościnni ludzie. Jest to miasto, gdzie można dostać dobre wino. A w okresie Now Ruz - Nowego Roku(21 marzec) miasto tonie w kwiatach. W powietrzu unosi się zapach kwitnących pomarańcz, wypełniających ulice”. Tyle dowiedzieliśmy się z prospektu. Na razie maszerujemy ulicą Kari Khan-e-Zand w kierunku INTO. Na wąskim pasku zieleni, oddzielającym jezdnie, rosną małe palmy. Drugi raz w Iranie spotykamy ten symbol subtropików. No cóż! Niezbyt przyjemny klimat mają Irańczycy. W lecie upały, a w zimie mróz. Rysię zostawiamy na ławce do pilnowania plecaków, a sami idziemy do INTO. Za wcześnie. Otwarte od ósmej. Obok biura niewielka budowla. Styl pracy robotników jest dziwnie znajomy. Wracamy do mojej żony. Obok ławki, na której siedzimy we trójkę, zaczyna rozkładać swój towar, na ruchomym wózku, sprzedawca papierosów, gumy do żucia i całego majdanu drobnych rzeczy. Znowu nasuwa mi się porównanie z naszymi kioskami, tylko bez gazet. W INTO dostajemy informacje, gdzie jest camping. Jedziemy taksówką w jego kierunku. Czterdzieści rialsów kosztuje nas ta przyjemność. Ale za to camping jest „very cheap” - bardzo tani - jak oświadcza nam recepcjonista. Siedzący w niewielkiej klimatyzowanej budce obok wejścia. To „very cheap” jest podkreślone zbliżeniem dłoni. Camping jest rzeczywiście very, very. Tylko mała niespodzianka. Śliczna trawa, której Anglicy by się nie powstydzili, jest nie do rozkładania namiotów, ale do podziwiania. Namiot rozbijamy na nieco zakurzonym i kamienistym terenie z tyłu campingu. Na pociechę nie tylko my. Poznajemy naszych miłych Francuzów z Isfahanu. Nieco dalej stoją jeszcze inne namioty. Można, oczywiście, nie spać we własnym namiocie. Do dyspozycji są duże campingowe namioty. Cena umiarkowana pięćdziesiąt rialsów. Od osoby. My płacimy tylko połowę. Czym bliżej końca, tym przyjemniejsze stają się dni naszego pobytu w Iranie. Leżymy obok basenu pod młodymi narwanami. Słońce w zenicie. W dali wypalone góry Zagrosu. Kwitnące oleandry i basen. Czegóż można chcieć więcej? Po południu jedziemy taksówką do miasta. Przed nami prześliczna kopuła meczetu, a właściwie grobu Sajeda Ahmada zwanego także Szachem Czeraghem. Brata Rezy ósmego Imama szyitów. Zwiedzamy? Kobiety - no! Starszy człowiek daje nam do zrozumienia, że Rysi nie puści! Może wejść, jak założy czador. I pokazuje dużą czarną płachtę. Rysia rezygnuje. W bramie tłum, na dziedzińcu jeszcze większy. Na ziemi siedzą grupy ludzi, przeważnie kobiety z dziećmi. Meczet jest dla irańskich szyitów miejscem pielgrzymek. Zdejmujemy buty i oddajemy na przechowanie do małej budy, w której pracuje cała rodzina właściciela tego biznesu. Dalszy ciąg naszego zwiedzania jest trudny do opisania. Nie wiadomo co opisywać - wnętrze mauzoleum, czy fanatyzm religijny. Nie mogę znaleźć innego, właściwego słowa, które opisywałoby to co widzę. Słowo fanatyzm użyłem tu tylko w celu podkreślenia atmosfery. Nie zaś w sensie ujemnym! Nie chciałbym nikogo obrażać. Szanuję każdą religię! O nas, katolikach, też tak można byłoby napisać. Zacznę od wnętrza, które absolutnie całe jest wyłożone kawałeczkami lustra mocowanymi przy pomocy srebra. Wnętrze jest jednym lustrem, tylko, że nie płaskim, ale takim pogiętym. Pogięcie - jakie wynika z ukształtowania ścian , sufitów, filarów. W środku duża, srebrna klatka. Grobowiec Imama. Drzwi do niej zamknięte na dużą srebrną kłódę. Dziesiątki ludzi tłoczą się dookoła klatki. Dziesiątki ust całują srebrną kłódkę. Trudna do określenia atmosfera. Jedni płaczą, inni jakby się śmiali. Na podłodze koczują kobiety w czarnych czadorach z dziećmi. Obok mały remont. Robotnicy spawają i śmieją się głośno. Ostrożnie, nie pozwalając sobie na najlżejszy gest lekceważenia, czy choćby uśmiech, zwiedzamy mauzoleum. Niektóre spojrzenia dają nam do zrozumienia, że nie jesteśmy tu mile widzianymi gośćmi. Odnoszę wrażenie, że łatwo mogłaby powstać sytuacja, która mogła by się źle dla nas skończyć. Wracamy do Rysi. Żona zdecydowała się na włożenie czadoru. Teraz we trójkę idziemy do wnętrza. Zwiedzamy jeszcze raz. Obok znajduje się małe muzeum. Za trzydzieści rialsów. Wchodzimy do środka. Dwa mikroskopijne pokoiki. Jakieś nieznane zbroje. Przedmioty z mosiądzu, których wieku i przeznaczenia nie mogę się domyślić. Wychodząc z meczetu oddajemy czador. Ku naszemu zdziwieniu, wypożyczający nie chce jednego tomana. Dlaczego? Otóż, gdyśmy wchodzili do meczetu, to przeczytałem wiszący nad bramą napis: „Honorowe panie proszone są o włożenie czadoru”. Rysia była honorowa i stąd zaoszczędziliśmy dziesięć rialsów. Choć odniosłem wrażenie, że czadory wypożyczano nie tylko ze względu na świętość miejsca. Bardziej ze względów bardziej prozaicznych. Petunia… Kolejnym punktem naszego dzisiejszego zwiedzania jest meczet Nowy. Budowa jego rozpoczęła się w roku tysiąc sto osiemdziesiątym piątym i trwała siedemnaście lat. Budowniczym był podobno, opiewany przez Saadiego - Sad Zangi. Nazwa jego wzięła się stąd, że był często restaurowany, a poza tym został wybudowany później, niż Meczet Piątkowy. Dziedziniec meczetu ma powierzchnie prawie dwadzieścia tysięcy metrów kwadratowych, to jest dwa hektary. Spacerujemy po nim. Cisza i spokój. Gwar rozpalonego popołudnia został za nami. Potężne stare platany dają miły cień. Meczet jest zniszczony. W cieniu siedzą, lub spacerują z zeszytami młodzi ludzie, ale tylko chłopcy. Rysia z zawodowego przyzwyczajenia bierze jeden zeszyt. Chemia. Znane wzory. Z jednej strony po arabsku(litery), z drugiej - po angielsku. Meczet jest znakomitym miejscem do nauki. Meczet Vakil to nasz kolejny cel. Na środku ma prostokątny basenik. Sala kolumnowa z czterdziesto ośmioma pięknymi kolumnami. Śliczne kwiatowe wzory na krużgankach. Meczet jest stosunkowo nowy. Pochodzi z czasów Karima Khane Zanda. Wszystkie budowle z tego okresu są bardzo mocne. Dowodem tego jest fakt, że wytrzymał dwa silne trzęsienia ziemi, jakie zdarzyły się od momentu jego powstania. Trwoniąc dewizy, wracamy taksówką na camping. Innego wyjścia nie mamy. Nie jest wprawdzie daleko, ale przy tych temperaturach to nawet kilkuset metrowy spacer jest wystarczająco wyczerpujący. Basen, kolacja i śpimy. W nocy gryzą komary i gniotą kamyczki pod podłogą namiotu. Skąd biorą się te bestie w tym wypalonym na wiór kraju. Trudno zgadnąć. Zdjęcia: 1. Camping w Szirazie. 2. W cieniu narwana i nad basenem. 3. Kopuła mauzoleum Sajeda Ahmada. 4. Pod platanami meczetu Nowego. 5. Piękne kolumny meczetu Vakil
    1 punkt
  46. Siódmego sierpnia Rano. Zanim zacznie się ten piekielny upał, wyruszamy w kierunku Majdan-e-Szach. Bardzo miłe są dzieci w Isfahanie. Co kilka metrów jakiś mały berbeć woła do nas - hallo mister, albo rzadziej - hallo madam! To ostatnie skierowane jest do Rysi. Idziemy ulicą w stronę przystanku autobusowego i bez przerwy odpowiadamy - hallo. Plac Majdan-e-Szach jest wypełniony promieniami porannego słońca, przebiegającymi między budynkami, prześwitującymi pomiędzy gałęziami drzew. W słońcu błyszczy pomarańczowo - niebieska kopuła meczetu szejka Lotfollaha. Kolor niebieski ma również woda w basenie na środku placu, niebo i cały meczet królewski. Nie gorączkujmy się - wszystko po kolei. Najpierw zwiedzamy meczet szacha(królewski). Kilka danych historycznych. Meczet zbudowany przez Ostad Ali Akbar-e-Esfahani na polecenie szacha Abbasa Wielkiego. Jest to największy meczet zbudowany za panowania Safawidów. Fronton bramy wejściowej zdobią cytaty z Koranu. Białe kufickie pismo, na niebieskim tle, biegnie w górę po obu stronach wejścia. Przez piękną bramę wchodzimy na podwórze meczetu. Chodzimy po krużgankach, podziwiając śliczne kaszi. Właściwy meczet jest wewnątrz. Jego fronton zdobi wspaniała płyta przedstawiająca dwa pawie w kolorze szmaragdowym, z niebieskim wazonem pośrodku nich. Wewnętrzny ejwan(krużganek) wyłożony jest majolikowymi płytami, wspomnianymi kaszi, w tonacjach żółtych, niebieskich i zielonych. Stoimy pod olbrzymią kopułą. Do szczytu kopuły mamy dziewięćdziesiąt stóp. Podobno pod nią rozlega się, aż jedenastokrotne echo. Właśnie widzimy, jak irański tata demonstruje swojej pociesze figle echa. Tupią obydwoje o posadzkę, a pod kopułą jeszcze długo słychać tupanie. Dzieciak się cieszy. Podziwiamy olbrzymią kazalnicę wykutą z jednej bryły alabastru. Mihrab też jest wykuty z jednego bloku tego kamienia. W jednej z sal wystawa fotograficzna. Jego wysokość Szach Reza Pahlawi podczas różnych uroczystości religijnych. Szach modlący się z odsłoniętą, gołą piersią. Szach w jakimś świętym miejscu w otoczeniu notabli. I na dziesiątkach zdjęć Szach. Ile w tym pobożności, a ile wyrachowania politycznego - to trudno zgadnąć. Marzy mi się takie ujęcie fotograficzne - na pierwszym planie duchowny muzułmański w turbanie, a w tle minarety i niebieska kopuła meczetu. Owszem - duchowni są i kopuła jest, tylko nie w takim układzie, jaki mi się podoba. Za to ten nie ma problemów. Ten - to jest malarz wykańczający pod kolumnami malutkim pędzelkiem swoje arcydzieło. Wszystko tu jest - i kopuła, i minarety, i mędrcy w turbanach. Tonacja obrazka sina. Obok mniejsze „dzieło” czeka na klientów. Wychodząc z meczetu spotykamy przed wejściem wycieczkę amerykańską. Towarzyszy im irański przewodnik. Nie wydają się być zbytnio zainteresowanymi jego objaśnieniami. Obok na murku siedzi duchowny i przygląda się temu z obojętną miną. Przed chwilą w meczecie spotkaliśmy również Amerykanów. Dwie panie i jednego pana w towarzystwie prywatnego przewodnika. Tamci byli bardziej zainteresowani. Przynajmniej panie, które zawzięcie fotografowały. Idziemy w stronę pałacu Ali Ghapu(Kapu). Część obrzeża placu, między meczetem królewskim a Ali Ghapu, jest zajęta przez kowali. Ale jakich kowali! Słynna uliczka kowali z Sarajewa, ani się do nich nie umywa. Ogromne tace o średnicy jednego metra. Koronkowe, zdawało by się, wazy. Czajniki, samowary, dzbany na wodę. Wszystko to błyszczy czerwonawym kolorem miedzi, w wysoko już stojącym słońcu. Towar jest wyłożony na chodniku. Ogromny czajnik sięgający mi prawie do pasa. Wieżyczka zapewnie minaretu, wysoka prawie na trzy metry. Oczy błądzą po tych cackach kowalskiej roboty i po niebieskiej kopule meczetu, tworzącego tło tego niepowtarzalnego widoku. Kto robi te cuda, możemy się za moment przekonać. Mistrz siedzi przed warsztatem i ostrym rylcem rysuje na miedzianej blasze swoje wzory. W głębi warsztatu słychać stukanie malutkich młoteczków, które poruszają jeszcze dziecinne ręce. Mali chłopcy punkt, po punkcie, wykuwają te misterne wzory na blasze, umieszczonej na grubym podkładzie z filcu. Powstanie z tego piękna taca. Wchodzimy do pałacu Ali Ghapu. Po krętych schodach, których sklepienie i ściany ozdobione są, nieco już startymi motywami roślinnymi, dostajemy się do sali osiemnastu kolumn. Na środku sali znajdował się dawniej basen z wodotryskami. Pozostała z niego niecka, zbudowana ze znitowanych blach miedzianych. Kolejną atrakcją w pałacu jest sala skrzypcowa. W niej ściany i sufit pokrywają małe nisze w kształcie skrzypiec. Przez otwory w niszach płynęła muzyka, z innego pomieszczenia. Wykonywana przez orkiestrę dla zgromadzonych w sali skrzypcowej pań. A pań w tym pałacu było dużo. Podobno około dwieście pięćdziesiąt. Pałac służył bardzo prozaicznemu przeznaczeniu. Był haremem szejka Abassa Wielkiego. Pod sklepieniem stoi rusztowanie i robotnicy konserwują malowidła, powstałe z ręki Reza Abbassi, słynnego miniaturzysty z epoki Safawidów i jego uczniów. Wychodzimy na najwyższe piętro. Pod naszymi stopami rozciągają się gliniane dachy domów Isfahanu. W głębi, w rozpalonym słońcu, sterczy szczyt góry Soffe. Zbiegamy w dół. Teraz kolej na meczet - Shikh Lotfolah Mosque - szejka Lotfolaha, teścia szacha Abbasa. Zięć polecił zbudować ten meczet dla królewskiej rodziny. I być może to zadecydowało, że Mohammad Reza budowniczy, nadał mu zdecydowanie inny kształt, niż meczety dotychczas przez nas oglądane. Meczet nie ma podwórza, ani minaretu. Kopuła, z zewnątrz, żółto-niebiesko-zielona należy do najładniejszych w Iranie. Przez biegnący łukiem korytarz wchodzimy do wnętrza, pod kopułę. Wnętrze, swoim pięknem, nie ustępuje wcale kopule. Dominuje kolor niebieski. Ściany meczetu zdobią napisy arabskie - katiby. Tajemnicze dla nas litery, biegną w górę po niebieskim tle, by skończyć się w szerokim zapisanym pasie biegnącym dookoła pod kopułą. Mihrab jest ozdobiony misternymi wzorami. Na te właśnie wzory - zwraca uwagę licznej wycieczce Francuzów - przewodnik. Większe elementy majoliki, jak na przykład kopuła, wykonywane były przez dawnych mistrzów majolikarstwa z płytek fajansu z namalowanymi wzorami. Wyższą formą tej sztuki było układanie wzorów z malutkich różnokolorowych kawałeczków fajansu, ściśle przylegających do siebie. Możemy się teraz przekonać, oglądając ten meczet, ile ta praca wymagała wyobraźni, precyzji i cierpliwości od jego twórców. Kolejną pozycją na dzisiaj w naszym planie zwiedzania jest Czahel-Sotu. Czyli pałac czterdziestu kolumn. Zwany też pałacem na wodzie. Został zbudowany na rozkaz szacha Abbasa II. Przed pałacem rozciąga się, być może najdłuższy basen na świecie. Sto dziesięć metrów długi, a szeroki na – szesnaście. Odbicie w wodzie zwielokrotniło liczbę kolumn, bo w rzeczywistości jest ich tylko dwadzieścia i stąd prawdopodobnie pochodzi nazwa pałac o czterdziestu kolumnach. Lub pałac na wodzie. Z kolei, w innej wersji, pałac miał rzeczywiście czterdzieści kolumn, ale odbudowany po pożarze otrzymał ich tylko dwadzieścia. Pałac służył Szachowi do oficjalnych przyjęć. Z krużganku, oficjalny gość szacha Abbasa Drugiego wchodził do westybulu, pokrytego lustrami, złożonym z małych kawałków połączonych srebrem. Podążając tą samą drogą, którą chodzili kilkaset lat temu władcy tych ziem, wchodzimy do reprezentacyjnej auli. Ściany pokryte są malowidłami. Bitwa szacha Emaila pod Chalderanem. Szach Tasmab przyjmujący króla Indii - Homajuna. Uczta szacha Abbasa. Przed naszym wzrokiem wiją się gibkie tancerki, patrzą na nas otyli władcy tych ziem. Czerwienią - zwraca uwagę przekrojony melon. Siedzę z Rysią pod kolumnami. Jacek poszedł w głąb ogrodu, w którym stoi pałac. Poszedł zobaczyć, co tam jest - jak się wyraził. Jesteśmy z Ryśką może mniej odporni na zmęczenie, lub mniej zapaleni. Z nieba leje się - oczywiście - żar. Zielonkawa woda basenu zachęca do zanurzenia się. Pomiędzy drzewami wiszą girlandy kolorowych żarówek. Pozostałość po Dniu Konstytucji. Zbliża się południe. Z głośnika umieszczonego w pobliżu, widocznie w jakimś małym meczecie, rozlega się wezwanie do modlitwy. Wraca Jacek. Wychodzimy na rozpaloną ulicę. Za nami zatrzaskują bramę do ogrodu. Pora na południową sjestę. Tylko nie dla nas. Nogi nas wiodą do Iran Peymy, po bilet autobusowy do Szirazu. Po drodze wykorzystujemy każdy kawałek cienia, prześlizgując się przy ścianach domów, pod drzewami. Prawie każde biuro linii ozdabiają dwa portrety-Szacha Rezy Pahlawi i Alego zięcia Mahometa. Podobizny Alego spotykaliśmy w prawie każdym autobusie. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Za sto trzydzieści rialsów nabyliśmy prawo przejazdu do Szirazu. Wracamy do miejsca, z którego odjeżdża autobus „ósemka”. Na chodnikach, pod drzewami leżą ludzie. Starają się przespać, tę najmniej przyjemną porę dnia. Czekamy na autobus. Obok rozłożył swój interes właściciel kilkudziesięciu butelek coca-coli. Z lodu sterczą długie ich szyjki. Nasze przyjście na przystanek zwiększyło jego czujność. Jego rozczarowanie wyraziło się w wymownymi splunięciu. Do licha z taki klientami! Wyglądają prawie jak Anglicy, a nie mają osiem rialsów na butelkę koki. Pierwszą rzeczą, którą się wykonuje w takim przypadku, po powrocie na camping, jest udanie się pod prysznic. Po południu znów jedziemy do „miasta". W planie mamy najpierw meczet piątkowy - Masdjet Djame. Największy i najstarszy meczet Isfahanu, ale nie najładniejszy. Jego budowa rozpoczęła się jeszcze za panowania Dejlamitów - dziesiąty wiek. Główna jego część została wzniesiona w okresie panowania Seldżukidów. Nawet Mongołowie maczali tu swe palce. Skończyli rozbudowę Safavidzi. Trwało to wszystko przez stulecia. Osiem wieków architektury irańskiej pokazują te kamienie - od dziesiątego do siedemnastego. Kopuły Kadje Nezam-ol-Molk i Tadj-ol-Mlk ministrów szacha Maleka są podobno wzorem architektury z epoki Seldżuckiej. Nie znam się na tym, aby twierdzić, czy jest tak, czy nie. Meczet robi na nas kiepskie wrażenie. Poza ślicznymi kolumnami, reszta sprawia wrażenie zaniedbania i rozpadu. Widać jedynie tylko nikłe ślady konserwowania. Na środku podwórza basen do rytualnych ablucji. Obok niego niewielkie kamienne podwyższenie, na którym się modli kilkadziesiąt osób. Powraca Ryśka, która zapuściła się gdzieś do wnętrza. Widziała modlące się kobiety. Modliły się w czymś w rodzaju kaplicy. Był z nimi mułła. Przedmiotem kultu była jakaś płyta, którą gładziły i krata, którą całowały. Jedziemy autobusem do szkoły muzułmańskiej. Po drodze przypominam sobie, że jeszcze nie zrobiłem zdjęć tych kowalskich cudeniek, na placu Majdan-e-Szach. Wracamy z powrotem i w rezultacie, jak przychodzimy do Medresy, to na podwórzu robi się zmrok. Ostatni król z dynastii Safavidów, Szach Zoltan Ossein był podobno bardzo pobożny. On to właśnie, przy ulicy Char Baugh, polecił wybudować szkole Char Bagh School dla studentów teologii. Jak w każdej Medresie, dookoła podwórza znajdują się cele uczniów. Cela ma drzwi od dziedzińca meczetu i malutkie zakratowane okienko. Miał tu swoja celę również szach Zoltan Hossein. Cela ta mieściła się na północnym skrzydle meczetu. Jedynie niewielkie różnice dekoracji odróżniały ją od pozostałych. Na dziedzińcu szkoły rosną wspaniałe pinie i platany. Środkiem płynie woda w betonowym kanale. Nad którym siedzi teraz Iranka z kilkoma dziećmi. Obok kanału okrągły basenik do mycia nóg. W zapadającym zmroku przechadzają się po dziedzińcu elewi w turbanach. W innym miejscu modli się kilka osób. Zegar wskazuje czas, płynący w Mekce. Śliczne są majoliki Medresy. Wyłożono nimi prawie wszystko co się dało. Główne dominujące kolory zielony, żółty i niebieski. Do pokrycia ścian, minaretów i kopuły wykorzystano całe doświadczenia mistrzów tej sztuki z epoki Safavidów. Wychodzimy na ulicę. Tu jest znacznie jaśniej. Słońce jeszcze nie zaszło. Wrażenie, że zapada zmrok spotęgowały wysokie mury Medresy. Kolejnym naszym celem są mosty na Zayandeh Rud. Rzece, która płynie przez Isfahan. Jesteśmy przy moście – Pole Si-o-seh-czesmeh u si-o-seh-pol, czyli most o trzydziestu trzech przęsłach. Nazwa trochę przydługa. Most zbudował generał szacha Abbasa Wielkiego – Allah - Verdikhan. Most znajduje się na przedłużeniu ulicy Czar Baugh. Długi na trzysta sześćdziesiąt metrów. I szeroki na czternaście. Dotrwał do naszych czasów w doskonałym stanie. Popędzam moją dwójkę, bo słońce ma wyraźną ochotę schować pod ziemię swoja tarczę, a błona filmowa nie lubi takich figli. Idziemy do następnego mostu. Pol-e-Khadju. Za czasów Szacha Abbasa Drugiego znajdował się wtedy na drodze do Szirazu. Zapada zmrok. Obok mostu zapalają się reflektory, służące do jego oświetlania. Chodzimy po arkadach. Jezdnia jest bardzo wąska. Zaledwie jeden samochód osobowy się przeciśnie. No tak, ale jego budowniczy nie zakładał, że jego dzieło dotrwa do dwudziestego wieku i będą po nim jeździły, w nadmiernych ilościach, jakieś dziwne, warczące stwory. Gdy płynąca teraz z szumem pod mostem, niewielka i niezbyt czysta Zayande podnosi swoje wody, to most się „zatyka” i powstaje małe sztuczne jezioro. Wracamy na camping. Wędrujemy przez przedmieście Isfahanu. Wreszcie rezygnujemy z braku czasu z tego spaceru i postanawiamy złapać taksówkę. Gdzieś w głębi nad Zayande Rud porusza się jakieś czerwone światełko, za moment widać zielone. To samolot. Maszyna nabiera wysokości na tle ledwo widocznej Soffe. Samolot skręca i bierze kurs na Teheran i znika na wygwieżdżonym niebie. A my za godzinę pojedziemy w przeciwnym kierunku -do Szirazu. Szybko pakujemy nasze graty do plecaków. Płacę pięćdziesiąt rialsów za nocleg, zabieram paszporty i przy okazji kilka prospektów. Gotujemy herbatę i nalewamy do zielonej bańki. Nasze obawy przed amebą ciągle istnieją, aby pić darmową wodę z kranu. Czy słusznie nie wiem. Na cuda kapitalistyczne - kokę i „seven up” nie możemy niestety sobie pozwolić. Musimy z tymi paroma dolarami tu jeszcze pobyć i wrócić do domu. Zresztą herbata doskonale gasi pragnienie. Wychodzimy. Po kilkuset metrach jesteśmy na znajomym przystanku autobusowym, z którego jeździliśmy do Majdan-e-Szach. Sprzedawca biletów przy przystanku kończy swoją pracę i chowa rozłożone bilety, ale nam jeszcze sprzedaje. Bilety mamy, tylko autobusu nie widać. Zbliża się dziesiąta i widocznie kończą pracę. Jedziemy taksówką - denerwuje się Rysia. Spokojnie -mamy czas - odpowiadam. W końcu rezygnujemy i jedziemy taksówką. Bilety zostaną na pamiątkę. Autobus do Szirazu stoi na brudnym podwórzu. Bez pytania o bilety, ktoś z obsługi przyjmuje nasze plecaczki. I ładuje na dach. Pasażerowie robią pożegnalne siusiu. W dworcowej, dokładnie podwórzowej latrynie i jedziemy. Latryny takie są nawet przy większych przystankach w terenie przy drodze. Mała kamienna budka, W podłodze dziura i dzban z wodą, tam gdzie jest dostępna. Czasem nawet kranik obok. Wymogi bezpieczeństwa są spełnione. Robi się to co musi, bez dotykania czegokolwiek. Nic lepszego i tańszego nie można wymyślić w tym gorącym i suchym klimacie. Linie autobusowe dbają tylko o swoje reprezentacyjne biura i autobusy. Reszta ich zupełnie nie interesuje. Dobre autobusy mają te lepsze linie! Niemieckie. Inne, najczęściej spotykane samochody, są z Japonii. Nie jest to nasza socjalistyczna szarzyzna. Miękko sobie suniemy ulicami Isfahanu. Przy wyjeździe z miasta kontrola policyjna. Kierowca dostaje coś na kształt krążka. Który wkłada pod szybkościomierz. Na tym krążku otrzymuje się, w ten sposób, wykres szybkości autobusu. Tachograf. W ten sposób policja w Szirazie będzie wiedziała, co ewentualnie wyprawiał z nami nasz kierowca. Znikają światła Isfahanu. Na horyzoncie zostaje za nami tylko ich łuna. W reflektorach samochodu migają rzadkie kępy trawy rosnącej po obu stronach szosy. Przed nami pięćset kilometrów górskiej półpustyni i cała noc jazdy. Boy roznosi pepsi-colę i sok pomarańczowy. Vive la Iran Peyma! Odtąd jeździmy tylko tą linią! Nogi majtają mi się w powietrzu, bo tym razem znowu przegiąłem przysłowiową pałę, wybierając miejsca z samego przodu. Kierowca ma wygląd człowieka, któremu można zaufać. Dookoła nas wygwieżdżona irańsko-perska noc. Jedynym żyjącym punktem, w tej pustynno-nocnej pustce, wydaje się nasz drzemiący pojazd. Zdjęcia: 1. Wejście do meczetu królewskiego(Szacha). Teraz meczet Imama. Jacek i Rysia. 2. Główny budynek meczetu królewskiego. 3. Pałac Ali Ghapu. Z tyłu był pałac na wodzie. 4. Meczet Lotfollacha. 5. Sklepienie kopuły meczetu Lotfollacha. 6. Motyw roślinny w meczecie Lotfollacha. 7. Kopuła meczetu, która się mi bardzo podobała. Meczet na pewno był przy placu Majdan-e-Szach(teraz Imama). Ale jaki meczet? Szukałem w sieci. Nadaremnie. 8. Meczet Piątkowy. 9. Modlitwa w Meczecie Piątkowym. !0. Motyw ze szkoły religijnej. 11. Most Siose Pol, na rzece Zayande Rud. Most o długości ponad trzysta metrów.
    1 punkt
  47. Szóstego sierpnia. Oj! Nie wyspaliśmy się tej nocy! Mieliśmy miejsca najbardziej w tyle. W dodatku były to jedyne nierozkładalne miejsca w autobusie. Rysia próbuje skorzystać z niewielkiej budki, w tyle autobusu. Zdziwiony boy z początku usiłuje ją odwieść od tego zamiaru. Ale potem rezygnuje. Niestety budka jest przeznaczona tylko dla panów. Czy więc zawsze, używając sloganów, należy myśleć tylko o prawie wyborczym dla kobiet? Kilka niewysokich domów i autobus wjeżdża na brudne podwórze. Dotarliśmy do Isfahanu. Wychodzimy na ulicę. Pierwszą czynnością jest wyjęcie mapy drogowej Iranu. Na odwrotnej stronie jest, między innymi, plan Isfahanu. Co chcemy robić to wiemy. Chcemy dojechać, albo dojść do campingu, umyć się, coś zjeść i spać. Powiedziałby ktoś, kto zaczął czytać, w tym miejscu, tą moją grafomańską pisaninę - dlaczego nie spytać się kogoś, lub wsiąść w taksówkę? Dlaczego, że tak proste rozwiązanie nie jest tu żadnym rozwiązaniem. To można się dowiedzieć, przeczytawszy wspomnienia z Teheranu, lub najlepiej całość. Szukamy najpierw INTO - Iranian National Tourist Organization. Czyli coś w rodzaju naszego Orbisu, tylko lepiej zorientowanego w tym, co ma robić. Na planie miasta INTO oznacza mały globusik. Ustalamy gdzie jesteśmy i w drogę. Jesteśmy w dzielnicy - jakby to można było powiedzieć - linii autobusowych. T.B.T., P.M.T., Mihan Tours, Iran Peyma i inne. No, przynajmniej wiemy, skąd dalej pojedziemy. Po drugiej stronie ulicy ukazuje się małe architektoniczne cacko - śliczny błękitny meczet. Przyjemność obejrzenia go odkładamy na później. Jest godzina siódma. Otwierane są pierwsze sklepy. Ruch samochodowy na ulicach jest jeszcze niewielki. Skręcamy w prawo i idziemy ulicą Chaharbagh Avenue. Jacek chce wymienić w napotkanym banku dolary. Urzędnicy uśmiechają się i mówią, że dopiero o ósmej. Założymy nową wspólną kasę. Tym razem na trójkę. INTO niestety też zamknięta. Siadamy przed wejściem i oglądamy jeszcze raz plan miasta. Jest namalowany jeszcze jeden globusik. Są więc dwa biura INTO. Naprzeciwko nas po drugiej stronie ulicy znajduje się meczet. Jego wspaniała kopuła błyszczy w promieniach porannego słońca. Czekają nas tu niezłe rozkosze ducha. Po kilkunastu minutach jesteśmy w tym drugim biurze. Ryśka została pilnować plecaków. Młody, o nieśmiałym uśmiechu człowiek, prowadzi nas do sekretarki, a sekretarka do szefa. Szef sadza nas na skórzanych fotelach, a ja w języku francusko-angielskim tłumaczę mu, że chcemy się dowiedzieć, gdzie jest camping. No i czy można otrzymać prospekty Isfahanu. Oczywiście - odpowiada szef. Tylko czy w wersji francuskiej, czy angielskiej. Francuskiej - mówię. Rysuje na małym planie miasta, umieszczonym w prospekcie, miejsce naszego aktualnego pobytu. I miejsce campingu. Do you have a car? - czy mamy samochód - pada pytanie. Non – nie! Poleca taxi. My jednak spróbujemy autobusem. Ah - te pieniążki! Po drodze trafiamy z Jackiem na jakieś biuro linii lotniczych. Siedzący w biurze chłopak nie bardzo wie, czego tu szukamy, ale też nie protestuje, jak dobieramy się do prospektów. Komplet prospektów to nieraz najlepszy przewodnik po kraju. Można tu znaleźć informacje, dziwnie omijane w specjalnych przewodnikach. Które tylko dbają o to, żeby turysta poznał rzeczy wspaniałe i ważne. Ale nie interesują się tym, że ten turysta musi coś jeść, czymś jeździć, gdzieś spać, nie mówiąc o innych, jeszcze bardziej przyziemnych potrzebach. Jeszcze inna cenną zaletę mają prospekty, Można je przeglądać, wspominać. A wspomnienia im są starsze, tym bardziej są kolorowe - jak prospekty. Wracamy do Rysi. Biuro, obok którego siedzi, jest już otwarte. Dostajemy tu tylko jeden prospekt Isfahanu. Camping wydaje się być, nie za bardzo odległy, od miejsca w którym jesteśmy. Idziemy na piechotę, licząc, że po drodze wsiądziemy do autobusu. Po kilkuset metrach rezygnujemy i wsiadamy do taksówki. Pokazuję kierowcy plan miasta z prospektu i miejsce, gdzie ma dojechać. Nie bardzo jestem pewien, że wie, gdzie ma jechać. Zapyta się ktoś - nie zna własnego miasta? Zna, tylko, że plan miasta jest opisany po angielsku. Parę słów w tym języku to zna dużo ludzi. Ale czy potrafią czytać - tu już mam ogromne wątpliwości. Jedziemy jednak dobrze. Po prawej stronie ulicy ukazuje się krzywa strzałka z napisem „camping”. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i stoimy pod wysokim murem. Więc tu jest camping! Bez pomocy INTO nigdy byśmy tu nie trafili. Kierowca nie chce słyszeć o dwudziestu rialsach. Jak stoi w prospekcie za trzy osoby. Prospekt nas informuje, że transport - jak byśmy to nazwali - komunalny - obsługują taksówki i autobusy. Opłata za taksówkę jest zryczałtowana i wynosi dziesięć rialsów za jedną osobę, piętnaście - za dwie i dwadzieścia - za trzy. Dopiero, po otrzymaniu czterdziestu rialsów, odjeżdża. Przez dużą bramę, zasłoniętą czymś w rodzaju kurtyny, wchodzimy na coś w rodzaju dużego podwórza. Rzeczywiście jesteśmy na campingu. Kilka samochodów, jakaś przyczepa campingowa z lodówką i kilka namiotów. Nieco dalej w głębi malutki basen i niewysoki budynek z tarasem. Na którym, przy stolikach siedzą - już na pierwszy rzut oka to widać - bardzo znudzeni ludzie. To pewno ci kapitaliści - właściciele „carów”. Budynek jest małym hostelem, czyli jakby hotelem dla młodych, niezasobnych. Dla młodych, to znaczy dla takich, którzy mają cztery, czy pięć dolarów na nocleg. Za postawienie naszej płóciennej budki płacimy pięćdziesiąt rialsów, czyli trzy czwarte dolara. I jeszcze dwadzieścia za basen. Basen sobie darujemy. Po śniadaniu i kąpieli(pod prysznicem!), leżymy sobie w cieniu drzew, i czytam Ryśce, i Jackowi prospekt: „Isfahan-Nesfe Djahan" - znaczy Połowa Świata. Legenda przypisuje założenie tego miasta Tahmurezowi, zwycięscy demonów, lub też Keikawusowi. Inna legenda mówi, że założycielem był Kawe. Biedny kowal pochodzący z Faridanu, małego miasteczka w okolicy Isfahanu, który się zbuntował przeciwko tyranii Zahhaka. Pierwsze wzmianki o Isfahanie pochodzą z epoki Achemenidów, pięćset lat przed nową erą. Isfahan był stolicą Persji za panowania Seldżuków - jedenasty, dwunasty i trzynasty wiek. Oraz za panowania Safawidów - wiek szesnasty, siedemnasty i osiemnasty. Za panowania Safawidów Isfahan był wielkim centrum politycznym i handlowym. Z tego okresu pochodzi więc nazwa Nesfe Djahan(Dżahan). Czyli - Połowa Świata. Znany podróżnik francuski tego okresu - Chardin ocenił liczbę mieszkańców na sześć set tysięcy do miliona. Za panowania tych dwóch dynastii, sztuka islamu perskiego osiągnęła swoje apogeum.” Wspaniale! A teraz poczytamy sobie, co się dzieje tutaj dzisiaj. A dzisiaj jest to centrum kulturalne, posiadające uniwersytet i będące stolicą ostanu. Isfahan jest drugim, co do wielkości miastem Iranu. Miasto jest położone prawie na wysokości naszej Śnieżki - to jest na 1590 m nad poziomem morza. Na północy i na wschodzie miasto otacza jałowa pustynia. Na zachodzie - ogrody. A na południu wznosi się góra Soffe. I dalej…- czytam, mojej drzemiącej dwójce. Liczne odnogi rzeki Zayande Rud, która przepływa przez Isfahan, zraszają miasto i pola jego przedmieść. Chłodny i świeży cień drzew rosnących nad Zayande Rud zaprasza do spacerów. I tak dalej… A tymczasem słońce coraz wyżej i coraz mocniej przygrzewa. Przeskoczyliśmy dzisiaj w nocy kilka równoleżników na południe. Idę sobie znowu wziąć prysznic. Tak zwane sanitaria są dobrze pomyślane, tylko wszędzie jest brudno. Znudzone towarzystwo z tarasu zniknęło. Kładę się obok Rysi w namiocie i usiłuję zasnąć. Jacek śpi na materacu, obok namiotu. Wyrywa mnie ze snu jakiś okropny ryk. To głośnik, gdzieś w pobliżu, całą siłą swojej membrany wzywa wiernych do modlitwy. Piekielna technika. Dwa lata temu w Sarajewie chcieliśmy o dwunastej w południe usłyszeć i zobaczyć muezina. A usłyszeliśmy głośnik. Po południu i po obiedzie postanawiamy dostać się w okolice placu Majdan-e-Nadhch-e-Djahan. W pobliżu tego placu jest najwięcej wspaniałości architektonicznych. Plac ten, położony w centrum Isfahanu był zbudowany za panowania Szacha Abbasa Wielkiego. Kilka przystanków jazdy autobusem numer siedem i już jesteśmy na placu. Prospekt nie kłamał. Plac jest wspaniały. Przed nami w głębi wznosi się meczet Szacha. Po lewej stronie mamy meczet szejka Lotfollaha. A z tyłu za nami znajduje się portal Cheisariye, tworzący bramę wejściową do bazaru. Niestety słońce, nadmiernie przychylne przez cały dzień, tym razem poskąpiło nam swoich łask. Nad miastem pojawiły się chmury. W tej sytuacji zwiedzanie meczetów odkładamy do jutra, jako że chcemy nasze wrażenia uwiecznić na dłużej. Krokiem amerykańskich turystów okrążamy plac zmierzając w kierunku bazaru. Piękny jest ten Majdan-e-Naghch-e-Djahan. Plac ma kształt prostokąta. Na środku placu jest basen z fontanną. Przechodzimy obok sklepików miniaturzystów. Miniatura, sztuka tak typowa dla Persji, teraz Iranu - rodzi się na naszych oczach. Właściciel sklepiku jest jednocześnie artystą. Malutkim pędzelkiem maluje swoje dzieła, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co się dzieje na ulicy. Dopiero wejście do sklepiku przerywa ten proces. Doszliśmy pod portal Cheisariye. Za nim ukrywa się największy bazar w Iranie. Na portalu, trochę już zniszczonym przez czas, Szach Abbas Wielki walczący na czele swoich żołnierzy przeciwko Uzbekom. Wchodzimy do środka i po kilkuset metrach czuję, że tego nie sposób dokładnie zwiedzić. Trudno to nawet opisać. Niektórzy może sądzą, że to jakaś gigantyczna tandeta, lub taki pchli targ, jak Paryżu. Nie widziałem, nie wiem, tylko przypuszczam. Ale bazar nie jest tym, ani tamtym. Bazar w Isfahanie to szereg długich na kilkaset metrów naw. Wzajemnie prostopadłych i pokrytych dachem w kształcie kopuł. Przez otwory w nich wpada do środka światło dzienne. Bazar to gigantyczny dom towarowy, i jednocześnie fabryka, i zakład usługowy. Towary tu sprzedaje, ale i produkuje. Wszyscy tu sprzedają i wszyscy kupują. Idziemy uliczką złotników. Nisze po obu stronach, to warsztaty pracy tych ludzi. Niewielkie szklane gablotki wypełnione cackami z tego metalu. Jackowi, ktoś w Polsce powiedział, że tu za bezcen można kupić złoto. Ja jako jedyny z trójki, jako tako znający angielski, pełnię rolę tłumacza. Wybrany przez Jacka pierścionek wędruje na wagę. Trzy i pół grama. Osiemnastokaratowe - informuje złotnik. Może tak, może nie. I tak nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić How many - ile? Pięćset rialsów. Szybkie przeliczenie na dolary. Dolary na złote i już wiemy, że na złocie w Iranie Polak kokosów nie zarobi. Uliczka kowali. W głębokich niszach, w oparach różnych roztworów chemicznych, służących do barwienia miedzi. W hałasie, dymie, przy ogniu - pracują kowale. Arystokracja w tej branży pracuje obok pałacu Ali Ghapu i meczetu Szacha. Na cudeńka tam robione rzuciliśmy tylko okiem. Dokładniej to sobie obejrzymy jutro. Weszliśmy na teren, gdzie robią i sprzedają buty. W niszach pracują szewcy, zszywając cholewki. Kolejne nisze to krawcy. Wystarczyłoby wejść. Mistrz by zmierzył i na oczach klienta powstałoby ubranie. Dywany. Słynne perskie dywany. Cetrum tej sztuki był i jest właśnie Isfahan. Co prawda technika, a raczej biznes zatriumfował i w tej dziedzinie. Dzisiaj dywany robi się masowo w fabrykach. Tutaj następuje dalsza ich „obróbka”. Dywan kładzie się na beton, pokrywający uliczki bazaru. Pokrywa go kurz, depczą po nim ludzie, przejeżdżają małe trójkołowe samochody, rozwożące towar. Dywan się „starzeje”. Później kupiec, albo jego naganiacz - szepnie nam na ucho -„old carpet”, „ancienne tapu”- stary dywan. Rzecz nadzwyczaj cenna, bo wiadomo, że dawniej były tylko „hand made”- robione ręcznie. Pytamy o ceny. Niewielkie o powierzchni jednego metra kwadratowego kosztują, zależnie od wzoru - od tysiąca do trzech tysięcy rialsów. Duże do dziesięciu tysięcy - czyli około stu pięćdziesięciu dolarów. I znowu zmiana nastroju. Na tackach kawałki żółtego cukru, ciasta, coś w rodzaju stożkowych serów. Sklep - nisza z nieznanymi nasionami, pestkami. Teraz nici, tysiące szpulek. Obok sklepik ze stertami sweterków, skarpet. Z jednego takiego sklepiku wystarczyłoby towaru dla kilku naszych komisów, ponieważ towary są z całego świata. Przed naszymi, znużonymi już od patrzenia oczyma, defiluje bazar. Przechodzimy obok stosów towarów, przeciskamy się obok ludzi w nawach, usiłujących nam coś sprzedać. Miny obojętne, nogi zmęczone. Błysk zainteresowania z naszej strony budzi od razu reakcję kupca. Zbliża się wieczór. W sklepach - niszach zapalają się gazowe lampy. Wszędzie tylko sami mężczyźni. Oni sprzedają i oni kupują. Czasem wśród tego tłumu przejdzie kilka kobiet w jasnych i ciemnych czadorach. Przejdzie elew z miejscowej Medresy w białym ubiorze. Przeciśnie się na motocyklu, albo na rowerze, mały ciemnoskóry chłopak. Zupełnie skołowani wychodzimy z bazaru. Niestety nie tam, gdzie chcieliśmy wyjść. Trafiliśmy na wąskie, kręte uliczki, ograniczone po obu stronach wysokimi glinianymi murami. Za nimi ludzie się rodzą, pracują i umierają. Jacek żartuje, że lepiej byłoby, aby nas zmrok nie zastał w tych wąskich uliczkach, pozbawionych światła. Któż bowiem wie z naszych bliskich, oprócz nas samych, co my robimy i gdzie jesteśmy. Wychodzimy z tego labiryntu na normalną asfaltową ulicę. Z czasów Abbasa Wielkiego przenieśliśmy się w dwudziesty wiek. Po kilkunastu minutach kluczenia, kupując po drodze smakowity sangak, dochodzimy do placu Majdan-e-Szach. Czekając na autobus rozmawiam z młodym Irańczykiem. Zaczyna od stereotypowego pytania - skąd jesteśmy? Poland. Widzę, że nie bardzo się orientuje, gdzie ten kraj jest. Dopiero nazwa Lechistan wyjaśnia sprawę. Studiuje w Teheranie, a tutaj ma rodzinę. Był sześć miesięcy na praktyce w ZSRR, ale rosyjskiego zupełnie nie zna. Twierdzi, że w Isfahanie są źli ludzie. Wszędzie są dobrzy - w Teheranie, w Szirazie, tylko tu źli. Dlaczego? Tego się już nie dowiemy, podjeżdża autobus. Krótkie, by - część i jedziemy na camping. Jeszcze kilo pomidorów w małym sklepiku, winogrona i pitrasimy kolację. Nie tylko my należymy do campingowych nędzarzy. Obok nas stoi niewielki namiot, a nieco dalej drugi. Przed tym dalszym siedzi sobie młoda para. Słowa dolatujące do moich uszu, każą się domyślać, że to Anglicy. A z tymi, z bliższego namiotu, już zawarliśmy znajomość. Właśnie wrócili ze zwiedzania miasta i informują nas, że niedaleko stąd można tanio zjeść Czelou-Kebab, narodowe danie irańskie. Tylko czterdzieści pięć rialsów. Są Francuzami. Studiują w Paryżu. Przyjechali do Iranu na zaproszenie jakiejś organizacji studenckiej. Jeszcze dzisiaj wybierają się do Szirazu. A później do Kuwejtu, Damaszku i powrót do Paryża, przez Instanbuł. Nic tylko pozazdrościć. Przez koronę nieznanego mi drzewa, pada na namiot światło lamp, stojących na campingu. Usiłuję zasnąć leżąc na podłodze namiotu. Ale to światło mi przeszkadza. Minął następny dzień irańskiej przygody. Zdjęcia: 1. Isfahan. Majdan-e-Naghch-e-Djahan. Także: Majdan-e-Szah. A po upadku Szacha - Majdan-e-Imam. Więc nazwa zależała od okresu historycznego. Nazwa dawniej też była pisana, w różnych źdródłach, w różnej transkrypcji(angielskiej, francuskiej). W czasie naszego pobytu był to spokojny plac z zielenią. Teraz sobie można poszukać w sieci, jak on wygląda. 2. Wejście na bazar. Budynek i atmosfera wewnątrz się zapewne nie zmieniły. Pewne towary z pewnością.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...