Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
22.11.2021 - 22.11.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 22.11.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
7 punktów
-
Powoli zbliżamy się do przekroczenia pewnej granicy absurdu (a dla tego ośrodka już ją przekroczyliśmy). Całodzienny karnet w dość niewielkiej (aczkolwiek malowniczej) stacji narciarskiej, na poziomie 140 zł to już bardzo, bardzo dużo. Oczywiście są sezonówki (pytanie w jakiej cenie będą dostępne na sezon 2022/23). Jeżeli dodasz do tego karnet ulgowy za 125 zł to mamy 265 zł. To jest około 60 Euro. A za te pieniądze da się już kupić karnet dla dorosłego i dziecka w Alpach, na troszkę jednak większej górce. Jeżeli inne stacje pójdą ich śladem, mnie na urlop narciarski w Polsce po prostu nie będzie stać, nie będę widział też sensu w spędzaniu czasu na nartach w naszym kraju. W Polsce w SMR karnet dzienny kupisz spokojnie za 89 zł, w Białce w top sezonie, to 140 zł (sezon wysoki 125 zł). Oba te ośrodki są jednak nieporównywalnie większe od ośrodka Skolnity. W Białce jak kupisz karnet za owe 140 możesz zmienić kilaka ośrodków w ciągu jednego dnia.5 punktów
-
5 punktów
-
Dla zaciekłych jawią się dwie opcje - Kitzbuhel z mieszkaniem w DE (około 30 km) i codziennym jednodniowym wjazdem - Zugspitze w DE W tym drugim ośrodku czynne są: czerwone i niebieskie krzesełko - nie jest najgorzej choć bez szału. Chyba lepsze od tego krzesełka na Rastkogel. Zaletą jest, że z Polski Zachodniej w okolice Ga-Pa jest całkiem blisko.4 punkty
-
Kto ma "ciocię" w Innsbrucku , być może jednak będzie mógł pojeździć w Austrii w czasie lockdownu, ponieważ ośrodki narciarskie jednak podobno mogłyby dalej działać (bez gastronomii). Dzisiaj o 19.00 ukazało się rozporządzenie, branża chyba zaskoczona - na razie oficjalnie lodowiec Stubai się zastanawia nad wznowieniem pracy: https://www.stubaier-gletscher.com/4 punkty
-
Nikt z Korbielowa nie zrobi drugiego Szczyrku, są pewne pozwolenia aktulane na budowe wyciągów i można z nich skorzystać do 2 lat. Później raczej to będzie niemożliwe. Do poprawienia jest 100tki małych rzeczy i na pewno od tego zaczną nowi inwestorzy. Pół roku temu jak już było wiadome, że Zasada z Bąkiem to przejmie pisano tutaj, że się skonczył, że nie zna sie. Nie znacie człowieka, nie znacie kapitału, nie znacie pasji do narciarstwa więc dajcie ludzią spokojnie pracować. CTE nie miało zielonego pojęcia o tej branży to może stąd nieufnośc, ale to całkowicie inna półka. Jakby to dalej trwało to "wersja Demo" blokady Pilska z 2020, kolejne lata marazmu to weszłaby w życie. Kwestią czasu były dalsze kroki, dlatego zryw ludzi pokazał im czerwona karte i czas było się pomału pakować. A nie opowiadać, że nie mamy pieniedzy na dalszy rozwój i zwalanie winy na wszystkich tylko nie na siebie.A jak pukał do drzwi TMR, Maspex i inni to nie chcieli sprzedać. Tatralift rozbierając KL Buczynkę, a było bardzo blisko, na tym miejscu nie powstałby nawet orczyk powrotnie, były sądy z nieżyjącym już byłym wójtem dlaczego dał pozwolenia w tym miejscu i to, że stoi KL Buczynka to w dużej mierzę też jego zasługa. Świeć Panie nad jego duszą !. Jedna dygresja, człowieka z tej branży, uderzająca w brak wyboraźni wielu piszących. Te same osoby, które narzekają nie ma takich miejsc noclegowych, takiego standardu, takiej gastronomii jak gdzie indziej, nie ma co robić po nartach- to te same osoby piszą "nie róbcie drugiego Szczyrku" , jest teraz fajniusio i piknie, nikt nie podniesie standadu, nie powstawanie nic nowego "po nartach" bo przy ON Pilsko po GAT'cie, pozniej po nieudolnym inwestorze wszystko zeszło na psy. Koszty prowadzenia biznesów, masowa ucieczka narciarzy na Szczyrk, Alpy itd. doprowadziła do nędzy Korbielów, ilość obiektów wystawionych na licytacjach komorniczych, OLX czy Allegro to laurka ON Pilsko ostatnich 10 lat. Masowy klient przyciąga dalsze inwestycje, a nie skiturowcy z termosem i kanpaka A dzieki masowemu klientowi freeridowcy, fanatycy, skiturowcy mogą też korzystać bo powstanię wiecej. Jeden zdrowy ograznizm. Ogólnie niech cześć z Was weźnie na wstrzymanie i nie zabrania czy zmusza nowych do robienia czegokolowiek. Kolejna uwaga dajcie spokój Pracowni , można z nią współpracować i da się wszystko pogodzić. Jestem świadomy, że pojawią sie komentarze, ale już kurr nie mogłem czytać niekórych wypocin. Hejt, głupota była , jest i będzie- ale czasem nie można przejść obok. Gmina zrobiła teraz nową drogę na Jontek od ronda, miejsca parkingowe asfaltowe, przepusty, barierki na mostach, nowe lataranie, odprowadzenia wody by nie było tyle lodowisk na drodze - też ludzią nie da sie dogodzić - 3.2 MLN poszło na tą inwestycję i też są narzekania. Pozdrawiam i do zobaczenia w lepszym ON PILSKO i Korbielowie !4 punkty
-
Ledwo dwa kilometry. Idzie się zanudzić. Kto zresztą łączy 6-godzinną jazdę dzienną z dodatkowo płatną jazdą wieczorną? to inny target. Słaba promocja panie administratorze. W tej cenie w Tatry Super Ski będę zajechany już o godzinie 16. W 3-4 ośrodkach. W dodatku w "szczytowym okresie".3 punkty
-
I tak tworzą się "fake informacje" versus informacje promocyjne, bo ktoś widział, nie doczytał lub nie chciał doczytać... Nie zrozumiał tego co ktoś napisał. 140 to cena karnetu w Białce, za jazdę od 9:00 do 21:00 z możliwością zmiany kilku ośrodków narciarskich, w top sezonie. Za ośrodek, który ma kilkanaście kilometrów tras, a nie kilaka kilometrów tras jak Skolnity.3 punkty
-
3 punkty
-
Dokładnie tak. O potencjał tego miejsca proszę się nie martwić! To najwyższa góra narciarska w Polsce - licząc realnie bez Kasprowego, który nie jest, ot tak, z parkingu, dostępny. Ze śniegiem do maja. Ktoś tu pisał po drodze, że problemem do tej pory nie były pieniądze. Z mojej wiedzy wynika, że to właśnie pieniądze były największym problemem: niespłacone krzesło, koszmarna reputacja właściciela, coroczne problemy z rozliczeniami. Oczywiście ograniczenia ekologiczne są, ale można im zaradzić, wymieniając podwójny orczyk na Miziową na krzesło, krzesło marki "Demobil" z dołu na coś rozsądniejszego i stare orczyki u góry na nowe. Do tego jakieś czary mary odnośnie małego dośnieżenia (zwłaszcza zjazd ze Szczawin do parkingu, na parkingu dogadanie się co do parkowania narciarzy - napiszmy wprost: wliczenie tego z cenę karnetu) i mamy stację jak ta lala.3 punkty
-
Update - 22.11.2021: Kilka ośrodków narciarskich kontynuuje działanie: Kitzbühel, Mölltaler, Dachstein. Czynna jest też niemiecka część regionu Zugspitze. No cóż, ostatnio sytuacja w Austrii obfituje w nagłe zwroty akcji. Chaos informacyjny i wczorajsze zarządzenie o możliwości kontynuacji pracy stacji narciarskich totalnie zaskoczyły ich właścicieli. Na dobrą sprawę dowiedzieli się w niedzielę wieczorem, że od poniedziałku jednak będą mogli działać. Większość z nich zapewne wysłała już personel na wolne, albo pozwalniała pracowników sezonowych. Prawdopodobnie ruszy jeszcze parę ośrodków, jak się trochę ogarną w nowej rzeczywistości. Nie do końca wiadomo, czy i w jakim zakresie może działać w ośrodkach narciarskich gastronomia na wynos. Branża noclegowa jest w lockdownie. Nadal możliwy jest wjazd do Austrii na dotychczasowych zasadach, więc z ośrodków mogą korzystać jednodniowi turyści i osoby, mające bliskich w Austrii, nie wiem jak z właścicielami kamperów - może też? https://www.skiresort.de/schneeberichte-schneehoehen/oesterreich/ https://www.skigebiete-test.de/skimagazin/kein-lockdown-fuer-seilbahnen-skigebiete-in-oesterreich-bleiben-offen.htm3 punkty
-
3 punkty
-
Post 9 Himalaje Czwartego sierpnia Rano jesteśmy w Chandigarth. Miasto jest popisem słynnego architekta francuskiego – pana Le Corboussier. Francuz, na zamówienie rządu Indii, zaprojektował na pustym miejscu całe miasto od nowa. Ulice, domy – dosłownie wszystko. Powstało miasto, jak na Indie, przestrzenne. Domy z czerwonej cegły, bez tynku. Nawiązujące, podobno w swoim rozwiązaniu, do stylu indyjskiegoi. Robimy sobie mały spacer. Widać te domy w zieleni. Gdybym nie wiedział, że to pan Le Corboussier jest autorem projektu, to powiedziałbym, że to bardziej porządny, indyjski dom. Ale ja nie znam się na architekturze. Niestety nie mamy czasu na włóczenie się po mieście i oglądanie go szczegółowo. ___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Notka! Po powrocie z Indii przeczytałem później w książce - „25 tysięcy kilometrów przez Indie”, Janina Woźnicka i Andrzej Rytel – 1986 r - o ciekawej historii tego miasta, dla nas Polaków. W 1947 roku rząd Indii ogłosił przetarg na projekt stolicy Pendżabu, która miała być położona u stóp łańcucha Sziwalik. Wygrał pracujący w Ameryce polski architekt Maciej Nowicki. Po jego tragicznej śmierci w katastrofie lotniczej, budowę powierzono panu Le Corboussier. ___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Wsiadamy do autobusu i wyruszamy wreszcie w najwyższe góry świata, w Himalaje. Gdzieś tam są te gór,y daleko jeszcze przed nami. To jest zawsze moment pewnej ekscytacji, jak przed nieznanym. Jak one wyglądają? Na razie było zupełnie płasko. Równina. Autobus przejeżdżał przez małe miasteczka. Na głową wisiały pełne deszczu, ciemne monsunowe chmury. Tylko w stronę gór, na horyzoncie widać było jaśniejszy pas. Przez te grube chmury było dosyć ciemno, mimo pełni dnia. I wszędzie było bardzo zielono. Po około stu kilometrach jazdy pojawiły się przed nami pagórki. Wysokie, tak na pierwszy rzut oka, jak nasze Beskidy. U nas byłyby to góry, a tu tylko wzgórza. Rosły na nich palmy i figowce. Do prawdziwie wysokich gór było jeszcze setki kilometrów. Droga zaczęła się piąć serpentynami w górę. Zniknęliśmy we mgle. Zjeżdżając do doliny, wyłoniliśmy się z niej. Stoki, dookoła nas, były już bardzo strome. Porośnięte gęstym lasem, składającym się z drzew, podobnych do sosen – cedrów himalajskich, drzew palmowych, olbrzymich kaktusów, wielkości sporego drzewka. Od czasu do czasu autobus zatrzymywał się w miejscach, gdzie można było coś zjeść i się napić. Były to typowe dla Indii „bufety” w rodzaju dużego jakby dyrektorskiego biurka, na którym w dużych misach grzało się mleko bawolic, piekło w oleju małe placki, czy gotowało wodę dla przyrządzania herbaty z mlekiem. Można też tu było kupić różnego rodzaju małe ciasteczka, o różnych kształtach. Pieczone na oleju i słone. Może też z dodatkiem papryki. Bardzo wygodny sposób żywienia się w czasie podróży. Wszystko widać, wszystko ciepłe i świeże. A dla nas bezpieczne, bo ciągle się obawiamy zjedzenia czegoś nieświeżego, po którym zaczną się problemy z żołądkiem. Góry przed nami rosną coraz wyżej. Ciągle są jeszcze bardzo mocno porośnięte zielonią. Ale wysoko nad lasem pojawiły się też pierwsze skaliste szczyty. To już były góry o wysokości Alp. Droga wiodła, prawie bez przerwy wąskimi półeczkami, wyciętymi na bardzo stromych zboczach, albo nawet skalistych ścianach. Indyjski autobus jest mały, siedzenia są węższe, dostosowane do średnio mniejszych i szczuplejszych od Europejczyka, Hindusów. Kierowca operował boso pedałami. Kuriozalnie wyglądała w nim dźwignia zmiany biegów. Sterczała ze skrzyni biegów pod podłogą, obok kierowcy i sięgała mu na wysokość kierownicy.Była długa i dziwnie pokręcona. Autobusy miały z tyłu napisy „horn please”- proszę trąbić. Należy trąbić, bo wyminięcie było możliwe tylko na spotykanych od czasu do czasu mijankach. Siedziałem od strony zewnętrznej autobusu i nie mogłem dostrzec drogi. Ginęła pod autobusem. Za to dobrze była widoczna głęboko w dole spieniona rzeka Beas. Mijamy kolejne miejscowości - Bilaspur, Satlej i Mandi. Ta ostatnia była dość dużym miasteczkiem. Za Mandi droga biegła w takiej ekspozycji, że nie umywały się do niej galerie nad rzeką Kokczą w Afganistanie, które wydawały mi się bardzo eksponowane, mówiąc prościej - przepaściste. Rzeka Beas, wzdłuż której jechaliśmy, przerzynała się przez przedgórze Himalajów(pasmo Sziwalik) niesamowicie głębokim przełomem. Ściany skalne miały setki metrów wysokości i nieraz w ich środku, na wyciętej półce biegła nasza droga. Pod naszym autobusem było czasem sto, dwieście metrów pionowej skały i rzeka. A nad drogą sterczały niesamowicie kruche bloki. Wydawało się, że to wszystko może w każdej chwili runąć w dół. Mamy dłuższy postój w kolejnej miejscowości. Droga zeszła już do poziomu rzeki i nie jest już tak eksponowana. Zmieniły się typy ludzkie wokół nas. Coraz więcej jest twarzy o rysach tybetańskich. Dojechaliśmy do dużej miejscowości wczasowej – Kulu. Niedaleko stąd jest Shimla, gdzie wicekrólowie Indii przenosili się z Dehli w czasie letnich upałów. Zrobiło się ciemno. Autobus co chwila staje, ktoś wsiada, albo wysiada. Wreszcie docieramy do celu dzisiejszej podróży, do Manali. Jesteśmy na wysokości dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Powyżej naszego Kasprowego. Zaczepiają nas hotelarze. Za sześć rupii, czyli nieco powyżej połowy dolara, rozkładamy się w hotelu. Brudas w łazience poluje na jakiegoś ogromnego pająka, Może być jadowity. Wezwany właściciel hotelu stwierdził, że ten pająk nie jest, aż tak groźny. Ale nie wyglądał sympatycznie. Za dużo naczytałem się w literaturze podróżniczej o jadowitych pająkach. Głównie o Czarnej Wdowie, ale też i o innych, których ukąszenie powodowało, że aby przeżyć, należało sobie natychmiast wstrzyknąć surowicę. Noszoną w strzykawce przy sobie. Można się wreszcie będzie wyspać. Jest chłodno. 5.08 Rano leje. Wymieniam pieniądze w banku a potem robię dla wszystkich zakupy. Jemy wreszcie od wielu dni porządne śniadanie. Leje bez przerwy. Gór zupełnie nie widać. Będzie dobrze, jeśli je zobaczymy. Monsun znad Zatoki Bengalskiej Oceanu Indyjskiego opanował Indie i oparł się o Himalaje. Być w Himalajach i nie zobaczyć ośnieżonych szczytów to byłoby naprawdę głupio. Manali wygląda tak, jakby się siedziało gdzieś wyżej u nas w górach. W jakimś bardzo odległym porównaniu, na przykład na Hali Gąsienicowej, bo dokoła jest rzadki las wyżej zielone stoki nad którymi sterczą wysoko skaliste szczyty. Tylko jest cieplej i są liczne domy. Nastrój wyprawy jest dość ponury. Wszyscy z wyjątkiem Brudasa czujemy się oszukani. Tyle wysiłków, kosztów a tu deszcz i mgła. Najwyższych gór świata zupełnie nie widzimy. Mamy tylko świadomość, że znajdujemy się u ich stóp. Dowiedzieliśmy się, że w mieście jest grupa Japończyków. Odwiedzamy ich i okazuje się, że jest to trzydzieści cztery osoby, w tym dwóch alpinistów. Pokazują nam mapę gór(graniówkę) za rzeką Chandra(Czandra). Nasza uwaga skupia się na informacji, że im bardziej na północ, to pogoda powinna być lepsza, bo monsun tam słabiej dociera. Rozmawiamy wieczorem z dwójką Niemców, którzy przyszli z Leh w dolinie Indusu. Twierdzą, że za przełęczą Rothang(3970 m) pogoda się poprawia i że czym dalej na północ w stronę Tybetu, to jest coraz lepsza. Mamy dwie możliwości – albo działać w grupie Parvati, a jak się okaże, że to z powodu pogody jest to niemożliwe, to dążyć na północ do Leh, do doliny Indusu. I po drodze spróbować wyjść na jakiś sześciotysięcznik. 6.08 Można się było załamać, rano znowu leje. Po śniadaniu spacerujemy po Manali. Rosną tu drzewa znane z naszego klimatu, na przykład buki. Niżej, w okolicy Kulu, rosną sady jabłoniowe. Okolica jest znana w Indiach z produkcji jabłek. Mamy do zakupienia cukier, chleb, benzynę i inne rzeczy. Brudas, najbardziej obyty z nas, nawiązuje kontakt ze sklepikarzem. Kupi od nas rzeczy zbędne. Musimy sobie ulżyć w tych górach. Zima w Manali jest śnieżna. Cenią tu więc kurtki, czy obuwie takie, jak nasze pionierki. Okazało się, że są bardzo poważne kłopoty z benzyną. Droga do Manali była zablokowana przez dwa tygodnie i nie było benzynyw całym mieście. Potrzebnej nam do naszych prymusów-Juvli. Dość korzystnie sprzedaliśmy zbędne ciuchy. Nawet mój zegarek poszedł za pięć i pół dolara. Wyraźnie podreperowałem swoje konto dewizowe. Po południu zwiedzamy buddyjską stupę. W środku znajduje się duży młyn modlitewny, obracany przez małe dzieci. Na ścianach freski o treści trudnej dla mnie do odgadnięcia. Z wieżyczki zwieszają się sznurki, na których zawieszone są małe dzwonki. Ludność w tych okolicach jest w bardzo dużej części tybetańska. Podobno gdzieś tu w Himalajach ma siedzibę Dalaj Lama. Kręci się tu dużo mnichów buddyjskich. Interesujący ludzie. Chodzą sobie w swoich buraczkowych szatach i sandałach, z gładko ogoloną głową. Ciągle uśmiechnięci. Kobiety naszą na plecach małe dzieci. A tak w ogóle, to dzieci jest tu bardzo dużo, maleńkie, większe. Trochę większe mają deseczki z jakimiś znakami. Może tabliczki do mnożenia używane w miejscowej szkole. Styl domów jest już tybetański. Potem zwiedzamy drugą świątynię buddyjską. Po zdjęciu butów wchodzimy do środka. Za dużą szybą szereg ogromnych postaci Buddy. Wszystkie bardzo kolorowe. Przed szybą palą się w maleńkich lichtarzykach świeczki. Na półce stoją małe miedziane czarki. Przed „ołtarzem”, bo tak to miejsce można było określić, leżą na tacy jabłka. Są to dary wiernych. Leżą tu też instrumenty muzyczne-dzwonki i bęben. Podobno nabożeństwo odbywa się z dużym „hałasem”. Z benzyną są jednak poważne kłopoty. Bez benzyny nie pojedziemy dalej, bo na czymś musimy gotować. Juvel nieźle działa, ale jest kapryśny przy zapalaniu i nie lubi wiatru. Sprawa się rozwiązuje z pomocą dwóch miejscowych sklepikarzy, którzy liczą na interes z nami po powrocie z gór. I benzynę zdobywamy. Wieczorem jeszcze jedna wizyta u Japończyków. Od których dostajemy bezcenną mapę terenu, na północ od rzeki Czandry. Aby uczcić pomyślne rozwiązanie problemów, udajemy się wieczorem do którejś z miejscowych „restauracji”. W pierwszej, do której wchodzimy menu jest imponujące. Jest w nim nawet piesek Chow-Chow. Chiński rarytas. Decyduję się na tą specjalność. Mam, rzadką przecież, okazję spróbować egzotycznej potrawy. I do tego takiej znanej! Niestety psina była tylko w menu, a nie w rzeczywistości. Kolacja skończyła w innym miejscu się na pierożkach. To miejscowa specjalność. Ciasto było, jak ciasto, ale jego nadzienie! Miałem już sporą wprawę, jeśli chodzi o ostre przyprawy. Węgierskie, najostrzejsze, znane z opowiadań rodaków, są poprostu mdłe w porównaniu z indyjskimi. Ale te pierożki, to już była przesada. Co za piekielny ogień w buzi! Nieco pomagało pół szklaneczki wódki ryżowej, w kolorze cieniutkiego mleka. Czułem, że nie brak jej było procentów. Zdjęcia: Monsun. Wyjechaliśmy z Chandigarth. Jedziemy w kierunku najwyższych gór świata. Gdzieś tam są za kilkaset kilometrów. Na razie jest zupełnie płasko. Nad głową wiszą ciężkie monsunowe chmury. Z których co pewien czas spadają potoki wody Wjechaliśmy w pierwsze himalajskie wzgórza, wielkości naszych Beskidów. Płaska równina subkontynentu pozostała za nami. Droga na galeryjce. Jedziemy do Manali doliną rzeki Beas. W miarę wznoszenia się w górę(do 2000 m w Manali) z nisko położonej równiny, dolina rzeki, przedzierającej się przez przegórza himalajskie Sziwalik, tworzyła miejscami przełomy, z bardzo stromymi stokami(ścianami skalnymi). W takim terenie drogę poprowadzono na galeryjkach wykutych w skale. Taka galeryjka jest słabo widoczna w tle, na zboczu. Z powodu ciepłego i bardzo wilgotnego klimatu, nawet bardzo strome zbocza były porośnięte gęstą roślinnością. Bufet. Takie bufety były spotykane w całych Indiach. Do dyspozycji była herbata z mlekiem(bawolic), kawa. Małe świeże placuszki, ciastka, smażone na oleju. Ciastka wszystkie pikantne(nawet bardzo). Jabłonie. Zdjęcie jest zrobione w okolicy Manali. Dolina rzeki Beas, niżej w rejonie Kulu, znana jest z sadów jabłoniowych. Klimat tutaj jest zbliżony do naszych Bałkanów. Na zdjęciu, na pierwszym planie dojrzewające jabłka. A w tle białe stoki ze świeżym monsunowym śniegiem. To są stoki gór, które mają już powyżej pięciu kilometrów.2 punkty
-
Post 8 Old Dehli Drugiego sierpnia Wybrałem się dzisiaj z Elżbietą na wałęsanie się po mieście. Chodzimy po bazarze, w starej części(Old Dehli) miasta Deli. Typowa uliczka bazarowa była wypełniona tłumem ludzkim, który nigdy chyba nie znikał. Niezależnie od dnia w roku. Zamierał jedynie tylko na kilka godzin nocnych. Sklepikiem była wnęka w budynku, jakby ktoś z naszego, małego butiku wyjął całą przednią ścianę od ulicy. Tak było w Iranie i w Afganistanie. Cała biedniejsza Azja tak handluje. Wewnątrz ułożone są towary, które wychodzą aż na zewnątrz, na ulicę. W głębi siedzi właściciel, pilnując swojego dobytku i czuwając, jak wędkarz na rybę, na najmniejsze zainteresowanie przechodzącego klienta. Każdy błysk oka przechodzącego człowieka, spojrzenie na towar, może być okazją do zarobku. Ulica to z kolei taka wnęka sklepowa obok wnęki. Po drugiej stronie to samo. A w środku całości dopełniają jeszcze jakieś stragany. Pomiędzy tym wszystkim przewalali się ludzie, ryksze rowerowe, trójkołowce z silnikiem. Czasem zaplątała się taksówka, czy mały samochód z towarem. Stoję z Elżbietą w małej kolejce przy straganie z owocami. Chcemy sobie kupić mango. Obok stoi młoda kobieta, która jest zaciekawiona nami. Zamieniamy nią kilka słów po angielsku. Pomaga nam wybierać mango. Okazuje się, że jest z mężem i zapraszają nas na herbatę. Poszliśmy za nimi. Jestem ciekaw, jak mieszka przecież zwyczajna rodzina hinduska. Weszliśmy w coś w rodzaju podwórza, otoczonego nawet kilku piętrowymi domami. Zresztą trudno było określić, gdzie była granica, a raczej ściana jednego domu, a gdzie zaczynał się drugi. To był totalny chaos budowlany. Dobudówki, przybudówki, balkoniki na różnych poziomach. Dziwne tylko było, że to wszystko trzymało się kupy. Jak weszliśmy za nimi, to powstał mały popłoch, bo i goście byli niezwyczajni. Pojawiła się herbata z mlekiem. Ktoś tam posłał po ciastka. Podobne były do naszych „petit beurre”. Dzielimy się wrażeniami o sobie. Mówią nam jak żyją. Mąż tej kobiety jest drukarzem i widocznie się im lepiej powodzi. Biorę jednego herbatnika, by nie urazić gościnnych gospodarzy. Pytam się, ile tu mieszka osób? Piętnaście rodzin, tak około stu osób. Strasznie to wygląda. Kręci się bardzo dużo dzieci. Większych, mniejszych, maleńkich i jeszcze niemowlaków. Jest nam głupio, przy tych dzieciach, pić herbatę i jeść herbatniki, po które specjalnie posłano. Tak żyją i mieszkają całe Indie. Dno świata. Wymieniamy adresy. Rysiek z Januszem próbowali załatwić jakieś pozwolenie na działalność w górach. Jednak okazało się, że nic nie da się załatwić. Spróbujemy pojechać w góry jako „spacerowicze”. Ponieważ rząd indyjski udostępnił turystom w górach pewne trasy trekkingowe. Nastrój mamy jednak bardzo minorowy. Oddalają się moje marzenia z kraju, o dziewiczym „sześciotysięczniku” w Himalajach. A to był nasz cel, dodatkowy napęd, aby przebrnąć przez wszystkie te zachody, przygotowania, w naszej kochanej, socjalistycznej ojczyźnie. 3.08 Składamy podanie o wizy do Sikhimu. Ot tak! Na wszelki wypadek. Gdy tu w górach nam się nie powiedzie, to może się uda podejść w pobliże Kangchendzengi- 8586 m. Zobaczyć, przynajmniej z daleka tak wysoką górę, która leży na granicy Sikkimu i Nepalu. I jest jedną z czternastu ośmiotysięczników. Mimo, że Sikkim jest stanem Indii, to trzeba mieć wizę na wjazd do niego. Cóż takie mają zwyczaje i nic się na to nie poradzi. Indie są jakby federacją różnych stanów, w których mieszkają narody mówiące innymi językami. Stąd jest potrzeba posługiwania się językiem angielskim przez wszystkich Hindusów. Na razie wieczorem jedziemy pociągiem do Chandigarth(Czandigar), a jutro autobusem do Manali. Tam będą wreszcie góry i będzie chłodniej. Zdjęcia: 1. Deli_ulica 1. Typowa ulica w Starym Deli(Old Dehli). Nowe Deli (New Dehli)to był rejon budynków rządowych, ambasad, siedzib poważnych i bogatych firm. Tu były szerokie place, pielegnowane trawniki. Trawa była ścinana maczetami. Kosa nie była tu znana. A kosiarek mechanicznych jeszcze nie stosowano. 2. Deli_ulica 2. Typowa ulica w rejonie bazaru w Starym Deli. Ten tłum nie zanikał w ciągu doby. Ruch ludzki uspokajał się tylko w nocy. Ludzie kładli się spać tam, gdzie prowadzili „interesy”. 3. Kwiaty. Kto śledził czasem wizyty ważnych polityków światowych w Indiach, to może pamięta, że przy powitaniu wieszano gościowi na szyji wieniec z kwiatów.2 punkty
-
Tak będą ok, tylko moim zdaniem trochę krótkie dla takiego chłopa. One mają rocker, więc z założenia powinny być dłuższe. A to że stary model to nic nie znaczy. Mają drewno w środku i porządną sidewall'ową konstrukcję. Nowe modele nie mają nic więcej; jeśli narty są w dobrym stanie to bym brał. Chyba że masz możliwość sięgnięcia po 181cm?2 punkty
-
2 punkty
-
Wiem co to KorbieLove... nawiązałem tym do hejtu ktory tak wyraznie tu widzisz na kazdym kroku. Czuje sie jak zebraniu w tej waszej gminie... problem jest taki ze tutaj są narciarze. Wasi klienci? wiec moze wypadało by zmienić ton.2 punkty
-
2 punkty
-
Zakładasz temat, kiedy ten ośrodek praktycznie już chyba niestety padł. Cytuję stronę Michała Rażniewskiego. Słabym punktem Łysej Góry jest niewielka wysokość nad poziomem morza. Górne stacje wyciągów narciarskich są usytuowane na wysokości 680 m n.p.m. Przy nieco cieplejszej zimie sprawa ta nabiera kolosalnego znaczenia. Śnieg topnieje szybko w niewysokich Górach Kaczawskich. Łagodne temperatury, grubo powyżej zera stopni Celsjusza, powodują spustoszenie w pokrywie śniegu. Trzeba wiedzieć, że średnia temperatura w najzimniejszych miesiącach styczniu i lutym wynosi tutaj tylko od – 0,5 do -1,7 stopnia Celsjusza. I mimo tego, że na zacienionych, północno-wschodnich stokach śnieg może utrzymywać się do 80 – 90 dni, to zdarzają się zimy bezśnieżne. Nadeszły katastrofane ocieplenia. Najpierw w latach 2007 – 2008. Wtedy udało się przetrwać. Jednak po bardzo słabym sezonie 2013/ 2014 sytuacja stała się dramatyczna. Dnia 2 marca 2014 r. o godz. 10:00 w sali konferencyjnej na Łysej Górze odbyło się pamiętne Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia, na którym prawnik po zapoznaniu się ze stanem finansów szkoły zasugerował ogłoszenie jej upadłości. Aby ratować firmę zwolniono pracowników (między innymi niżej podpisanego) i 23 października 2014 roku zawiązano spółkę Łysa Góra. Wspólnikiem SN i SKS Aesculap stały się dwie osoby fizyczne, działające w branży narciarskiej. Spółka swoją działalność na Łysej Górze rozpoczęła od zmiany nazwy stacji. Przypomnę tylko, że w 2011 roku decyzją Walnego Zgromadzenia Stowarzyszenia Szkoła Narciarska i Sudecki Klub Sportowy Aesculap odbyła się uroczystość nadania naszej stacji narciarskiej imienia Teresy i Stanisława Rażniewskich. I od tamtej chwili pełna nazwa brzmiała: Mikrostacja Sportów Zimowych i Letnich im. Teresy i Stanisława Rażniewskich. Przez cztery lata tablica z tą nazwą widniała w miejscu reprezentacyjnym – nad wejściem (z tarasu) do kawiarni. W 2014 roku ośrodek nazwano Ski Arena Łysa Góra. A co z tablicą pamiątkową? W chwili obecnej można zobaczyć ją w kącie – na ścianie – z tyłu budynku kasy. Michał Rażniewski Jelenia Góra, 24.02.2015 Nowy rozdział w historii Szkoły i Łysej Góry zaczęto z animuszem i wielkimi nadziejami **). Współwłaściciele na samym wstępie zapowiedzieli olbrzymie zmiany na lepsze: budowę kanapy, unowocześnienie systemu sztucznego śnieżenia, umożliwiające bardziej wydajną produkcję sztucznego śniegu. Miłośnicy mikrostacji mogli się dowiedzieć o tych planowanych innowacjach z prasy i internetu. Popularny portal narciarski Skionline pisze w tym czasie (cytat): “Zdecydowanie miejsce godne polecenia. Widać, że za prowadzenie stacji wzięli się ludzie doświadczeni i kompetentni, liczymy więc na to, że zmiany nie obejmą tylko nazwy stacji. W rozmowie z nami gospodarze zapowiedzieli już budowę kolei krzesełkowej najszybciej jak się tylko da” (koniec cytatu). A oto link do filmu – programu jednej z internetowych telewizji, w którym (obok relacji z imprezy “Start do nart”) przedstawiono nową wizję rozwoju Łysej Góry. **) Obecnie (wiadomość z dnia 15.12.2018) mikrostacja jest zamknięta. https://aesculap.com.pl/tu-wybudujemy-wyciagi/2 punkty
-
Przyjacielu jak cofniesz się gdzieś w tyły tego wątku to tam masz moją koncepcję z nawet gondolą na Miziową. Więc czemu mi zarzucasz jakieś zacofanie i niby rozbiórkę? To co mi nie pasuje to jakiekolwiek koncepcje czegoś większego powyżej schroniska. Między innymi dlatego powinny być orczyki by w rejonie nie było zbyt tłoczno. Chcesz tutaj bym ci wymienił miejsca gdzie ostatnimi laty postawiono wieże, ścieżki w koronach? Jest tego sporo wiec też nie bardzo wiem czego chcesz? Gdzie to tak strasznie cofamy się w rozwoju na tle innych krajów? Bo ja wiedzę, że gminy wciągają kasę z UE jak odkurzacz na różne tego typu projekty. Okoliczne góry z rezerwatami włącznie są rozpierniczane quadami i 4x4. To do nas zaczynają przyjeżdzać Słowacy na offroud bo u nich jak złapią to mają przesrane z konfiskatą na skarb państwa włącznie sprzętu. Ja oficjalnie nawet rowerem po Słowackiej stronie Pilska być widziany nie powinienem. A ty zarzucasz, że jesteśmy jakimiś ciemniakami na tle innych bo roślinki? Popatrz szerzej bo widzi mi się, że przez te uchylone drzwi chcesz widzieć to co ci pasuje do tezy. A co do Pracowni to już pisałem, że ich sprzeciw to nic w porównaniu z tym ile pomysłów zarzuciły w ostatnich 20 latach Lasy Państwowe.2 punkty
-
Tego się już nieodbejrzy 🤕 Przecież to nic dla nas nie zmienia! Po co komu takie info? Szkoda było twojej roboty...1 punkt
-
Nie, Hot Fire to nie narta do tego. Przynajmniej moim zdaniem, a miałem i to bardzo krótko. Z jednego powodu, dla mnie, dość lekkiej osoby z jako taką techniką to byĺa deska z cementu. Ciężka i twarda jak cholera. Jedna z niewielu nart, z którymi nie potrafiłem się zaprzyjaźnić. Zero przyjemności. A np Atomic 10.11 i 9.11 to były mega przyjemne, fajnie pracujące narty.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Kasprowego nie liczą? Też niby jakaś odnowiona restauracja jest na górnej stacji. Nie licząc że przy praktycznie samym szczycie Jaworzyny Krynickiej też jest wyżej niż w Jurgowie...1 punkt
-
Tutaj fakt, trzeba to przyznać że główny wyznacznik to warunki - im lepsze - tym lepiej Filmik z przed dobrych 15 lat, a fun w świetnym wydaniu, często do niego wracałem analizując ten styl jazdy. I te złote i twarde jak kamien tecnica icon, dalej leżą gdzieś w piwnicy i u mnie1 punkt
-
1 punkt
-
Myślę, że nikt nikogo nie musi "załatwiać" oba ośrodki będą mogły współistnieć - wbrew pozorom narty są w Polsce bardzo popularne i a sport ten masowo uprawiany. Przykładem są ośrodki nadmorskie - niby zimny Bałtyk, pogoda w kratkę, rodacy masowo odwiedzają zagraniczne kurorty - ale rok w rok nad polskim morzem są tłumy.1 punkt
-
Artur (chyba się nie mylę) w normalnym sezonie popierdółka zamyka się w bilansie 1 mln na plusie1 punkt
-
Też mnie naszła Istebna. Jeśli na Złotym Groniu mogą być tłumy, to na Pilsku nie...?1 punkt
-
Dolni Morava - obok kompleksu narciarskiego, fajnego, ale powoli się tam lunapark robi!1 punkt
-
Jest to druga najwyższa narciarska góra w PL. Dostępna będzie bez rezerwacji na wyjazd gondolą, bez konieczności dostania się do Kuźnic busem. Jeśli infrastruktura będzie dobra, a trasy przygotowane lepiej niż w SMR, to jedynym problemem tego miejsca będzie obłożenie i trzeba będzie dobrze planować przyjazdy na Pilsko...1 punkt
-
Ja się właśnie tego obawiam że największym hamulcowym może być nie nieudolny inwestor tylko nieudolny samorząd. Szczyrk ma prostą sprawę bo w zasadzie tylko Szczyrk a w tym przypadku konieczne jest ponad podziałowe porozumienie kilku gmin. Przecież to jest pustynia komunikacyjno transportowa. A co po wyciągach - najbliższe kino 50 km, najbliższy basen 30 km. A konstrukcja że Szczyrk załatwił Korbielów jest już kompletnie kuriozalna.1 punkt
-
Ktoś potwierdzi, że stacja nie działa od 2018? Właśnie chciałem napisać że kilka razy byłem, wydawało mi się niedawno, jednak to rzeczywiście co najmniej z 5 lat temu musiało być (jak ten czas leci 😜) Wówczas jeszcze działali prężnie, orczyki spoko, trasa dobrze przygotowana, czasami nawet lepiej niż w Szklarskiej.1 punkt
-
Ktoś tu wrzucił wątek budowy tych wież, ścieżek w chmurach, itp. Zwykły wyciąg narciarski (nawet krzesło) - to przy tym pikuś, jeśli chodzi o wpływ na krajobraz:1 punkt
-
Ja rozumiem powyższą informację jako "niski sezon obowiązuje od początku sezonu do 24 grudnia i od 2 kwietnia do 1 maja", a nie jako informację o otwarciu ośrodka 24 grudnia (jest to nieskładnie napisane, ale raczej taka była intencja autorów, bo inaczej to nie ma sensu).1 punkt
-
707 dni bez porażki - szacun!!...................... (ktoś taki jak Joasia Wołosz jest dla nas bezcenny).1 punkt
-
Aż spojrzałam z ciekawości - Merano się otwiera w Barbórkę, przy czym faktycznie nie wiem, w jakim zakresie. Nigdy tam zimą nie byłam, a jestem ciekawa - dlatego podpuszczam1 punkt
-
Wszystkie narty slalomowe niezależnie od producenta - ich charakterystyka będzie najblizsza nartom tej grupie. Nie wygłupiaj się z długościami i kup standardowe 165cm. Jeśli to ma być narta tylko do fun szukaj narty z tej grupy o jak najmniejszym promieniu skrętu przy długości 165, zwracaj uwagę na szerokość dzibów - w tym przypadku im szersze tym lepsze. Nie napisałeś nic o swojej wadze i technice a to jest ważne - domyślam się, że szukając takich nart, świetne radzisz sobie na stoku. Nie wiem czy aktualnie ktos produkuje narty podobnego typu do tych: https://www.skionline.pl/sprzet/narty,07-08,fischer,rx-hot-fire-fti,2484.html Zwróć uwagę, że ta narta ma 165 i R11, a więc idealny funcarver, cieżko będzie to znaleźć, sam nie oddałbym gdybym miał1 punkt
-
1 punkt
-
Pragę przypomnieć ze nie jest to wątek o "waszym" inwestorze na którym jesteście zafiksowani ani też jego czy nie jego milionach do których zapewne wielu by chciało sie "przytulić" wiec specjalnie nikt na razie tutaj sie nie podnieca tematem - być może na KorbieLOVE tak (cokolwiek to jest). Inwestor nie kupił całej góry wraz z Korbielowem. Większość postów dotyczy bardziej ogólnych sytuacji i zachowań dotyczących Pilska ale nie tylko.. a że pewnych spraw nie dostrzegacie, nie chcecie dostrzec lub macie na nie inne poglądy - Wasza "brocha"... a czy Wasza brocha bardziej brochowata niż nasza .....to inna para kaloszy1 punkt
-
Osobiście uważam że decyzja Austrii jest "dziwna" z punktu widzenia turystyki i przychodów. Jak to się przeciągnie do lutego, to kolejna katastrofa ekonomiczna dla ludzi. Natomiast zakładam że oni działają racjonalnie. Czyli ich działania wynikają z tego że mają już dociążone szpitale na maksa, i nowych chorych nie ma gdzie położyć. Tylko to jakoś tłumaczy takie zachowanie rządu. Teraz widać jak tchórzliwie działają wszystkie rządy europejskie. Nikt nie miał odwagi podjąć decyzji o obowiązkowych szczepionkach, a można było to już np. zrobić od września, a zapowiedzieć w wakacje.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Możemy dyskutować o różnych aspektach carawaningu. Jednym z takich aspektów są finanse. Warto od razu powiedzieć że carawaning jest drogi. To nie są czasy kiedy nie było infrastruktury i na biwakach spędzało się wczasy pod namiotami, w przyczepach campingowych czy jakich tam budach letniskowych. Dziś takich biwaków już praktycznie nie ma, są campingi gdzie zawitała nowoczesność i wygoda, a wraz z nią drożyzna.(polecam sprawdzić to np. na Helu). Jako stary carawaningowiec, jeszcze w latach 90 jeżdziłem do Chorwacji, Włoch z przyczepą. Gdzieś na początku tego wieku jakoś odstąpiłem od ciągnięcia tam przyczepy. Po prostu zwyczajnie nie opłaca się! Jako zwolennik carawaningu robiłem takie mieszane wyjazdy. Jechałem ciągnąc przyczepę np. przez Węgry gdzie posiedziałem sobie trochę na campingach przy basenach termalnych, aby potem zostawić przyczepę na granicy Chorwackiej i już solo autem udać się do Dalmacji czy nawet dalej, do Czarnogóry. Tam mieszkałem w wynajmowanej kwaterze oszczędzając na opłatach za autostrady, paliwie i czasie przejazdu. Ze o wygodzie nie wspomnę, bo z zaparkowaniem zestawu, nieraz z zawróceniem nie jest łatwo. Drugi aspekt to indywidualne preferencje. Ja lubię carawaning, moja żona wprost nie cierpi. Ona mówi że nie jest cyganem aby włóczyć się po świecie. No i co zrobić? Trzeci aspekt to szpan. Posiadanie nowoczesnego campera to w pewnym sensie pokazanie innym że jest się bogatym. Nie ma co kryć, taki sprzęt kosztuje kilkaset tysięcy złotych. Niektórzy lubią pokazywać innym że im się powodzi, stąd np. kupowanie drogich niewygodnych aut sportowych marek czy ogromnych suvów na dojazdy do pracy czy jazdy po mieście. No ale kto bogatemu zabroni? A że to wygląda wręcz śmiesznie, no to inna sprawa. Z camperem jest trochę tak jak z wykwintnym strojem, jak ze szpilkami dla kobiet. Niewygodny, drogi ale na pokaz. Takie szpilki, jakież to musi być niewygodne?1 punkt
-
Kluczowa będzie umiejętność dogadania sie z "czołowymi" zawodnikami a już z zawodniczkami to konieczność ...bez Joasi bieda..1 punkt
-
Sławek, nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć co Ci najbardziej spasuję. Tylko Ty znasz swoje upodobania i do nich powinieneś dobrać typ narty. Po dotychczasowych wpisach widzę, że najlepszą nartą byłaby F18, czy RTM 73, 74, lub odpowiedniki z innych firm. Wiem, że chcesz wydać pieniądze raz a dobrze. Na wspomnianych wcześniej nartach raczej się nie zawiedziesz. Moje preferencje? Obecnie ujeżdżam zawodniczą GS, ale jak są gorsze warunki, tj. np miękko, zabieram RTM 84. Ale kiedy idę na skitoury i zjeżdżam po za trasą, albo są wyjątkowe warunki na trasie (+20 st. lub pół metra puchu) to najczęściej ujeżdżam Armada JJ 115 mm pod butem... Wcześniej, jak nie wiedziałem czego spodziewać się na stoku, zawsze zabierałem K2 Rictor - narty dobre na wszystko. Teraz poniekąd tą rolę pełnią RTM 84. Od siebie dodam jeszcze, że może żadne narty nie podniosą twoich umiejętności, ale na dobrych nartach będzie Ci się zdecydowanie lepiej jeździć niż na sztachetach... Zupełnie inne możliwości daje Maluch, a zupełnie inne Mercedes. Mało tego - na źle przygotowanych (czy raczej nieprzygotowanych) nartach może Ci się nawet wydawać, że wręcz cofasz sie w rozwoju... Umiejętności nie podniosa, ale szybciej będziesz robic postępy.1 punkt
-
Co do Beskidka to mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony mój dzieciak czyli Marek stawiał tam pierwsze zawodnicze kroki w roku 2005 i to są piękne wspomnienia. Kluby bardzo często tam trenowały slalom. Stok był stromy, a w górnej części bardzo stromy. Z drugiej strony to tam miałem w 2008 r. poważny wypadek czyli bliskie spotkanie trzeciego stopnia z armatką śnieżną. W zasadzie po tym wypadku ośrodek całkowicie zaprzestał działalności i od następnego sezonu już nie działał.1 punkt
-
Szczyrk Beskidek ostatni raz czynny w całości 11lat temu. 1. Beskidek Szczyrk 2004 3. Dom Turysty PTTK i Beskidek w latach świetności pocztówka z zasobów fotopolska.eu 4. 22.11.2015 Dom Turysty PTTK Szczyrk. W 2011 pisano: Dom Turysty PTTK w Szczyrku uzyskał pozwolenia dla przebudowy i rozbudowy obiektu hotelowego. W ramach przedsięwzięcia istniejący obiekt przy ul. Górskiej ze 180 miejscami noclegowymi o powierzchni zabudowy ok. 2 tys. mkw. zostanie zmodernizowany.Kompleks będzie powiększony o część rekreacyjną z basenem, zapleczem SPA i gastronomicznym o powierzchni ok. 2 tys. mkw. Prace prowadzone będą na działce o powierzchni ok. 1,4 ha, na której wyburzone zostaną m.in. istniejące zabudowania gospodarcze. 5. 7. 8. 10. 11. 12. 13. 14. Widok na Skrzyczne z Beskidka1 punkt







