Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
01.02.2021 - 01.02.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 01.02.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
PNiedzielna wyprawa ski tour-owa , z Wierchomla stacja dolna, do Jaworzyna stacja dolna. Rewelacyjna pogoda, snieg i ... słońce. Thx Ok 14 km marszu. Krotki przystanek przy Bacówce - herbatka i dalej przez Runek , na Jaworzynę. Tam 2 zjazdy I jedno podejscie, do polowy wyciagu ... I super dzien 😉👌❄️🎿o FullSizeRender.mov18 punktów
-
12 punktów
-
12 punktów
-
11 punktów
-
Hmm..., jeżdżę na nartach już 27 lat i dalej muszę się szkolić, ale w takich warunkach to sama przyjemność. Tym bardziej, że 15 min od domu. Przy okazji przetestowałem nowe narty i jestem pod wrażeniem. Dotychczasowe i.speedy były świetne, ale te to całkiem coś innego. Ostatnie moje podobne narty to były żółte SL11 z 2006 r. Teraz już wiem czego mi brakowało. Jutro kolejne szkolenie, nauki nigdy dosyć☺️9 punktów
-
9 punktów
-
Dzisiaj 1 w życiu skitury w Szklarskiej. Co prawda wejście i zjazd po trasach Ski arena Szrenica pewnie prawdziwym skiturowaniem nie jest, ale na początek pchanie się w teren mogłoby się skończyć różnie. Podejście Puchatkiem, Śnieżynką, potem na na Halę Szrenicką, powrót i zjazd Lolobrygidą. Warunki dość dobre, śniegu dużo, mróz -10, słońce - czego chcieć więcej. Mam kilka refleksji dotyczących kondycji, tempa (początek za forsowny), jazdą na nartach skiturowych o w sumie twardym śniegu - łatwo nie było, ale cieszę się, że spróbowałem. Największe zaskoczenie - ilość osób na skiturach. Baaardzo dużo. Nie spodziewałem się. Zapewne po morsowaniu to obecnie najmodniejsza aktywność masowa Sporo osób poszło chyba najbardziej ciekawą opcją w Szklarskiej - szlakiem do Łabskiego Szczytu, ale to może na następny raz.... Kilka fotek:9 punktów
-
Elan zaprezentował rewolucyjne składane narty Voyager, które mają jeszcze bardziej ułatwić nam podróżowanie z nartami.8 punktów
-
8 punktów
-
8 punktów
-
7 punktów
-
6 punktów
-
6 punktów
-
5 punktów
-
5 punktów
-
No tak? Zelejowa, czy Zalejowa? ...hmmm, w konsternację, na chwilę dzisiaj mnie wbił @mifilim Ufff na szczęście obydwie nazwy są prawidłowe - przynajmniej tak mówi wujek Google Cóż? Gdzieś już pisałem u @tanova, że pójdziemy... zaczepiałem również o pomysły na wędrówkę @Mitek... Dzisiaj przyszedł czas na kontynuację w odkrywaniu Gór Świętokrzyskich Cel? Wspomniana górka i nie tylko... Chęciny, Zelejowa, kamieniołom Szewce, Czyściec, Jaskinia Piełko, ognisko i przede wszystkim piękne krajobrazy! Zapraszam do mojej dzisiejszej wędrówki czerwonym, a potem niebieskim szlakiem, w ulubionych i codziennych GŚ Start pod zamkiem, który znany jest wszystkim podróżującym na południe Polski, trasą numer 7, w Chęcinach. Piękna zima, temperatura -5, puszysty śnieg, czego chcieć więcej? Dochodzimy do skrzyżowania szlaków - z poniższego miejsca idziemy w prawo, czerwonym...tu też będziemy kończyć naszą wędrówkę pod koniec dnia - niebieskim. Klimat jest cudowny...ehhh szkoda, że tak rzadko takie zimowe dni Teren się powoli wznosi, idziemy wąską ścieżką - w lato tutaj musi być niezły gąszcz 😮 Po kilku chwilach docieramy do kamieniołomu na Zelejowej. Szczyt 372 m npm? Czy na 362 m npm? Różnie źródła, różne mówią 😮 W każdym bądź razie, na samej górze, mamy tutaj charakterystyczne drzewko... przypomina mi ono nieco pewną sosnę w Pieninach Widok sięgający daleko, daleko... poprzez trzy pasma, w stronę Radostowej i Łysicy... Cudne miejsce na kontemplację widoków świętokrzyskich Dlaczego "Orla Perć" GŚ? Zelejowa i czerwony szlak wiedzie bowiem dość wąską granią pełną skał, a to jak na tutejsze wzniesienia jest dość oryginalne. Generalnie jest wąsko i w kilku miejscach ekspozycja jest spora. Gdy jest śnieg, tak jak dzisiaj - trzeba się pilnować. Bardzo miłe zaskoczenie 😮 marboru Widoczek bez marboru Paula patrzy w stronę domu Widoczek bez Pauli Kolejna część graniowego szlaku: Po kilometrze docieramy na dół, do wioski A tutaj? Takie eksponaty... Zalejowa widziana z mostu na 7mce: Idziemy w stronę Jaskini Raj. Dzisiaj na szlak wybraliśmy się na trzy samochody, w sumie 7 osób Mijamy zamkniętą w zimie Jaskinię Raj - nawet nie podchodzimy do budynku, bo i po co gdy zamknięte?... i szukamy przejścia z czerwonego, na niebieski szlak. Trafiamy dość łatwo i zaraz po rozpoczęciu marszu, nowym kolorem trafiamy na Kamieniołom Szewce. Malutki ale ładniutki Tutaj jest wiata, więc robimy przerwę na herbatkę z termosa i nieco prądu... W doskonałych humorach kontynuujemy naszą przygodę. Gdzieś za drzewami wznosi się Orkąglica: Przechodzimy pod trasą szybkiego ruchu i nim wejdziemy w las, idziemy ok kilometra wzdłuż ruchliwej drogi. A w lesie? Wycinka na potęgę Przewodniczka Michałowi strzelam ciekawą fotkę... Oddalamy się nieco od szlaku by odnaleźć Jaskinię Czyściec... Szukamy, szukamy i niestety nie odnajdujemy wejścia Jedyne co, to kilka szczelin...a wejście gdzie? Może ktoś wie, ma namiary GPS? Rezygnujemy i idziemy w kierunku jaskini Piekło... ...i jak na nazwę przystało, są tu Diaboły Tutaj wejść do Jaskini jest kilka... I trafiamy do środka Niestety by głębiej eksplorować to miejsce, trzeba zejść w dół pod widocznym u góry mostkiem, otworzyć kratę i zagłębić się w czeluści Piekła... Kto ma klucz od kraty? Lucyfer? Otwarta dla zwiedzających jest tylko niewielka część Lód na dole, lód na górze... Widok z Piekła, w stronę nieba Widok na główne wejście: I Boruta na tronie Zgłodnieliśmy, więc co? Kiełbaska Wygłodniali: W czasie naszej wędrówki spotkaliśmy dzisiaj czterech narciarzy biegowych 😮 Strasznie się zajawiłem na takie narty. Nawet trochę poczytałem...i co? Mam zagwozdkę: klasyczne deski, czy do łyżwy? Ktoś doradzi? Słońce zachodzi, a my skończyliśmy nasz marsz. Wyszło coś ok 20 kilometrów...i mimo, że paliliśmy ogień, to w końcowej fazie nieco zmarzliśmy. Temperatura spadła do -7. Ekipa w całości: Gdzie kolejna wycieczka po świętokrzyskich szlakach? Jest już plan ...pytanie: kiedy zostanie zrealizowany? Pozdrawiam serdecznie marboru4 punkty
-
4 punkty
-
Poniedziałkowe szkolenie na Szklanej Górze w Harbutowicach. Start przed 10-tą, mało ludzi, co 3-4 krzesło zajęte i to przez 1 lub 2 osoby. Od 11 więcej chętnych na szkolenie, ale wszystko w reżimie sanitarnym. Warunki - będę nieobiektywny bo 1 raz w tym roku - MEGA :). Góra bardzo spoko, twarda z sypką górną warstwą. Część pod wyciągiem wyślizgana, trzeba było uważać by się nie obrócić Końcówka tuż przed wyciągiem - bryły lodowe i wyrwy po ratrakowaniu. Ale kto by narzekał - ważne, że sypią. Untitled.mp4 Untitled.mp43 punkty
-
Dzisiaj byłam w Zieleńcu. Nie umiem wstawić fotek więc relacja nie będzie poparta zdjęciami. Wczoraj ze strony ośrodka wydrukowaliśmy z mężem oświadczenia o udziale w szkoleniu i z gotowym papierkiem zameldowaliśmy się przy kasie o 8:40. Kolejki długiej nie było, staliśmy może z 5 min, i z kartą umożliwiającą korzystanie z wyciągów podczas szkolenia ruszyliśmy pod kanapę W3 winterpool. Obsługa przygotowała z siatek takie "rękawy" doprowadzające pojedynczo ludzi do krzesła, tak aby nikt nikomu na plecach nie stał. Ułatwiło to bardzo korzystanie z krzeseł, nikt się nie pchał i na niczyich nartach czy też desce nie stał. Wjechaliśmy bodajże o 8:50 (wyciąg ruszył przed czasem) i po świetnie przygotowanych trasach śmigaliśmy tylko do 13:00 (niestety kawał drogi powrotnej do domu i jutro ranna praca) Przez pierwsze dwie godziny było baaardzo luźno. Praktycznie zjazd i wjazd bez stania do wyciągu. Około 12 już było troszkę więcej ludzi ale do krzesła czekało się max 2-3 min. Na pewno dużo dawało to, że prawie wszystkie wyciągi "chodziły", nie działała tylko Nartorama i tamta część stoku. Jak schodziłam o 13, to już stok trochę zmaltretowany był w okolicy dojazdów do kolejek, natomiast same stoki jakość trzymały nadal. Warunki dzisiaj były rewelacyjne mały mrozik (rano -10, najcieplej -4), i piękne słoneczne, bezchmurne niebo, i praktycznie brak wiatru.3 punkty
-
3 punkty
-
2 punkty
-
Klucz to patent i technologia a to im wojsko sprawdziło - jaką deskę teraz pokroją i kosztem czego to już rzecz wtórna i przestrzeń dla marketingu. Na serii idącej w mundur pójdzie trochę cywilnych za solidną cenę domykając zasoby linii produkcyjnej .. Jak dla mnie ciekawostka bardziej inżynieryjna niż narciarska, dla której w prywatnym arsenale miejsca nie widzę. A pisze to osoba Elana bardzo ceniąca, żeby uniknąć posądzeń o czarny PR .. gdyby jeszcze były z wiązaniem tele to córka by nie odpuściła ... M.2 punkty
-
To pokazuje jak obecna sytacja jest chora i niesprawiedliwa2 punkty
-
Też udało mi się dostać do Zieleńca w niedziele. Jeździłem od 12 do 19. Od 16 mały ruch na trasach. Wcześniej troszkę ludzi było, ale wybrałem stok przy wyciagu grapa, tam narciarzy wyraźnie mniej.2 punkty
-
Nie znalazłem wątku poświęconego stricte Bałtowie albo słabo szukałem, więc wrzucę tu. w poprzedni piątek było fajnie ... I naprawdę pojęcia nie mam jak to się stało, że fotek zabrakło 😉 Za to w zeszły łikendzik przejeżdżałem chyba ze trzy razy 😀 I miałem już czym zdjęcia robić. Przed sobotnią nocną jazdą były jak widać dodatkowe atrakcje ! I dobrze bo padający dość mocno śnieg i duża "spora" ilość narciarzy sprawiła, że było kopnie. W porównaniu do mojego ostatniego pobytu w zeszłym roczku Bałtów się troszkę rozwinął. Góreczki i hopki z lewej strony przeniesiono na prawą i powiększono.2 punkty
-
bo nie wykształciła sie u nas klasa średnia - jak w żadnym kraju z byłego bloku socjalistycznego. A klasa średnia to podstawa społeczeństwa zachodniego.2 punkty
-
Ani o kasę, ani o rekompensaty. Spora część sektora działa na szaro - ukrywa część dochodów. Szczególnie dotyczy to „drobnicy” usługowej wokół ośrodków narciarskich. Dla nich nie ma alternatywy, oprócz otwarcia. Żadna tarcza, żadne odszkodowania, bo nie ma jak udowodnić straty... Dla jasności - nie oceniam, może tak muszą bo inaczej nie zarobią na koszty. Ale ma to konsekwencje...2 punkty
-
Chodzi Ci o to, że te parenaście tysięcy osób spotka się ze sobą w centrum handlowym np. trójmiejskim nie międzykontynentalnie tylko lokalnie bez transmisji 😂. Spoko, rozprzestrzenianie wirusa minimalne, sorry... lokalne.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
1 punkt
-
Szóstego sierpnia. Oj! Nie wyspaliśmy się tej nocy! Mieliśmy miejsca najbardziej w tyle. W dodatku były to jedyne nierozkładalne miejsca w autobusie. Rysia próbuje skorzystać z niewielkiej budki, w tyle autobusu. Zdziwiony boy z początku usiłuje ją odwieść od tego zamiaru. Ale potem rezygnuje. Niestety budka jest przeznaczona tylko dla panów. Czy więc zawsze, używając sloganów, należy myśleć tylko o prawie wyborczym dla kobiet? Kilka niewysokich domów i autobus wjeżdża na brudne podwórze. Dotarliśmy do Isfahanu. Wychodzimy na ulicę. Pierwszą czynnością jest wyjęcie mapy drogowej Iranu. Na odwrotnej stronie jest, między innymi, plan Isfahanu. Co chcemy robić to wiemy. Chcemy dojechać, albo dojść do campingu, umyć się, coś zjeść i spać. Powiedziałby ktoś, kto zaczął czytać, w tym miejscu, tą moją grafomańską pisaninę - dlaczego nie spytać się kogoś, lub wsiąść w taksówkę? Dlaczego, że tak proste rozwiązanie nie jest tu żadnym rozwiązaniem. To można się dowiedzieć, przeczytawszy wspomnienia z Teheranu, lub najlepiej całość. Szukamy najpierw INTO - Iranian National Tourist Organization. Czyli coś w rodzaju naszego Orbisu, tylko lepiej zorientowanego w tym, co ma robić. Na planie miasta INTO oznacza mały globusik. Ustalamy gdzie jesteśmy i w drogę. Jesteśmy w dzielnicy - jakby to można było powiedzieć - linii autobusowych. T.B.T., P.M.T., Mihan Tours, Iran Peyma i inne. No, przynajmniej wiemy, skąd dalej pojedziemy. Po drugiej stronie ulicy ukazuje się małe architektoniczne cacko - śliczny błękitny meczet. Przyjemność obejrzenia go odkładamy na później. Jest godzina siódma. Otwierane są pierwsze sklepy. Ruch samochodowy na ulicach jest jeszcze niewielki. Skręcamy w prawo i idziemy ulicą Chaharbagh Avenue. Jacek chce wymienić w napotkanym banku dolary. Urzędnicy uśmiechają się i mówią, że dopiero o ósmej. Założymy nową wspólną kasę. Tym razem na trójkę. INTO niestety też zamknięta. Siadamy przed wejściem i oglądamy jeszcze raz plan miasta. Jest namalowany jeszcze jeden globusik. Są więc dwa biura INTO. Naprzeciwko nas po drugiej stronie ulicy znajduje się meczet. Jego wspaniała kopuła błyszczy w promieniach porannego słońca. Czekają nas tu niezłe rozkosze ducha. Po kilkunastu minutach jesteśmy w tym drugim biurze. Ryśka została pilnować plecaków. Młody, o nieśmiałym uśmiechu człowiek, prowadzi nas do sekretarki, a sekretarka do szefa. Szef sadza nas na skórzanych fotelach, a ja w języku francusko-angielskim tłumaczę mu, że chcemy się dowiedzieć, gdzie jest camping. No i czy można otrzymać prospekty Isfahanu. Oczywiście - odpowiada szef. Tylko czy w wersji francuskiej, czy angielskiej. Francuskiej - mówię. Rysuje na małym planie miasta, umieszczonym w prospekcie, miejsce naszego aktualnego pobytu. I miejsce campingu. Do you have a car? - czy mamy samochód - pada pytanie. Non – nie! Poleca taxi. My jednak spróbujemy autobusem. Ah - te pieniążki! Po drodze trafiamy z Jackiem na jakieś biuro linii lotniczych. Siedzący w biurze chłopak nie bardzo wie, czego tu szukamy, ale też nie protestuje, jak dobieramy się do prospektów. Komplet prospektów to nieraz najlepszy przewodnik po kraju. Można tu znaleźć informacje, dziwnie omijane w specjalnych przewodnikach. Które tylko dbają o to, żeby turysta poznał rzeczy wspaniałe i ważne. Ale nie interesują się tym, że ten turysta musi coś jeść, czymś jeździć, gdzieś spać, nie mówiąc o innych, jeszcze bardziej przyziemnych potrzebach. Jeszcze inna cenną zaletę mają prospekty, Można je przeglądać, wspominać. A wspomnienia im są starsze, tym bardziej są kolorowe - jak prospekty. Wracamy do Rysi. Biuro, obok którego siedzi, jest już otwarte. Dostajemy tu tylko jeden prospekt Isfahanu. Camping wydaje się być, nie za bardzo odległy, od miejsca w którym jesteśmy. Idziemy na piechotę, licząc, że po drodze wsiądziemy do autobusu. Po kilkuset metrach rezygnujemy i wsiadamy do taksówki. Pokazuję kierowcy plan miasta z prospektu i miejsce, gdzie ma dojechać. Nie bardzo jestem pewien, że wie, gdzie ma jechać. Zapyta się ktoś - nie zna własnego miasta? Zna, tylko, że plan miasta jest opisany po angielsku. Parę słów w tym języku to zna dużo ludzi. Ale czy potrafią czytać - tu już mam ogromne wątpliwości. Jedziemy jednak dobrze. Po prawej stronie ulicy ukazuje się krzywa strzałka z napisem „camping”. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i stoimy pod wysokim murem. Więc tu jest camping! Bez pomocy INTO nigdy byśmy tu nie trafili. Kierowca nie chce słyszeć o dwudziestu rialsach. Jak stoi w prospekcie za trzy osoby. Prospekt nas informuje, że transport - jak byśmy to nazwali - komunalny - obsługują taksówki i autobusy. Opłata za taksówkę jest zryczałtowana i wynosi dziesięć rialsów za jedną osobę, piętnaście - za dwie i dwadzieścia - za trzy. Dopiero, po otrzymaniu czterdziestu rialsów, odjeżdża. Przez dużą bramę, zasłoniętą czymś w rodzaju kurtyny, wchodzimy na coś w rodzaju dużego podwórza. Rzeczywiście jesteśmy na campingu. Kilka samochodów, jakaś przyczepa campingowa z lodówką i kilka namiotów. Nieco dalej w głębi malutki basen i niewysoki budynek z tarasem. Na którym, przy stolikach siedzą - już na pierwszy rzut oka to widać - bardzo znudzeni ludzie. To pewno ci kapitaliści - właściciele „carów”. Budynek jest małym hostelem, czyli jakby hotelem dla młodych, niezasobnych. Dla młodych, to znaczy dla takich, którzy mają cztery, czy pięć dolarów na nocleg. Za postawienie naszej płóciennej budki płacimy pięćdziesiąt rialsów, czyli trzy czwarte dolara. I jeszcze dwadzieścia za basen. Basen sobie darujemy. Po śniadaniu i kąpieli(pod prysznicem!), leżymy sobie w cieniu drzew, i czytam Ryśce, i Jackowi prospekt: „Isfahan-Nesfe Djahan" - znaczy Połowa Świata. Legenda przypisuje założenie tego miasta Tahmurezowi, zwycięscy demonów, lub też Keikawusowi. Inna legenda mówi, że założycielem był Kawe. Biedny kowal pochodzący z Faridanu, małego miasteczka w okolicy Isfahanu, który się zbuntował przeciwko tyranii Zahhaka. Pierwsze wzmianki o Isfahanie pochodzą z epoki Achemenidów, pięćset lat przed nową erą. Isfahan był stolicą Persji za panowania Seldżuków - jedenasty, dwunasty i trzynasty wiek. Oraz za panowania Safawidów - wiek szesnasty, siedemnasty i osiemnasty. Za panowania Safawidów Isfahan był wielkim centrum politycznym i handlowym. Z tego okresu pochodzi więc nazwa Nesfe Djahan(Dżahan). Czyli - Połowa Świata. Znany podróżnik francuski tego okresu - Chardin ocenił liczbę mieszkańców na sześć set tysięcy do miliona. Za panowania tych dwóch dynastii, sztuka islamu perskiego osiągnęła swoje apogeum.” Wspaniale! A teraz poczytamy sobie, co się dzieje tutaj dzisiaj. A dzisiaj jest to centrum kulturalne, posiadające uniwersytet i będące stolicą ostanu. Isfahan jest drugim, co do wielkości miastem Iranu. Miasto jest położone prawie na wysokości naszej Śnieżki - to jest na 1590 m nad poziomem morza. Na północy i na wschodzie miasto otacza jałowa pustynia. Na zachodzie - ogrody. A na południu wznosi się góra Soffe. I dalej…- czytam, mojej drzemiącej dwójce. Liczne odnogi rzeki Zayande Rud, która przepływa przez Isfahan, zraszają miasto i pola jego przedmieść. Chłodny i świeży cień drzew rosnących nad Zayande Rud zaprasza do spacerów. I tak dalej… A tymczasem słońce coraz wyżej i coraz mocniej przygrzewa. Przeskoczyliśmy dzisiaj w nocy kilka równoleżników na południe. Idę sobie znowu wziąć prysznic. Tak zwane sanitaria są dobrze pomyślane, tylko wszędzie jest brudno. Znudzone towarzystwo z tarasu zniknęło. Kładę się obok Rysi w namiocie i usiłuję zasnąć. Jacek śpi na materacu, obok namiotu. Wyrywa mnie ze snu jakiś okropny ryk. To głośnik, gdzieś w pobliżu, całą siłą swojej membrany wzywa wiernych do modlitwy. Piekielna technika. Dwa lata temu w Sarajewie chcieliśmy o dwunastej w południe usłyszeć i zobaczyć muezina. A usłyszeliśmy głośnik. Po południu i po obiedzie postanawiamy dostać się w okolice placu Majdan-e-Nadhch-e-Djahan. W pobliżu tego placu jest najwięcej wspaniałości architektonicznych. Plac ten, położony w centrum Isfahanu był zbudowany za panowania Szacha Abbasa Wielkiego. Kilka przystanków jazdy autobusem numer siedem i już jesteśmy na placu. Prospekt nie kłamał. Plac jest wspaniały. Przed nami w głębi wznosi się meczet Szacha. Po lewej stronie mamy meczet szejka Lotfollaha. A z tyłu za nami znajduje się portal Cheisariye, tworzący bramę wejściową do bazaru. Niestety słońce, nadmiernie przychylne przez cały dzień, tym razem poskąpiło nam swoich łask. Nad miastem pojawiły się chmury. W tej sytuacji zwiedzanie meczetów odkładamy do jutra, jako że chcemy nasze wrażenia uwiecznić na dłużej. Krokiem amerykańskich turystów okrążamy plac zmierzając w kierunku bazaru. Piękny jest ten Majdan-e-Naghch-e-Djahan. Plac ma kształt prostokąta. Na środku placu jest basen z fontanną. Przechodzimy obok sklepików miniaturzystów. Miniatura, sztuka tak typowa dla Persji, teraz Iranu - rodzi się na naszych oczach. Właściciel sklepiku jest jednocześnie artystą. Malutkim pędzelkiem maluje swoje dzieła, nie zwracając zupełnie uwagi na to, co się dzieje na ulicy. Dopiero wejście do sklepiku przerywa ten proces. Doszliśmy pod portal Cheisariye. Za nim ukrywa się największy bazar w Iranie. Na portalu, trochę już zniszczonym przez czas, Szach Abbas Wielki walczący na czele swoich żołnierzy przeciwko Uzbekom. Wchodzimy do środka i po kilkuset metrach czuję, że tego nie sposób dokładnie zwiedzić. Trudno to nawet opisać. Niektórzy może sądzą, że to jakaś gigantyczna tandeta, lub taki pchli targ, jak Paryżu. Nie widziałem, nie wiem, tylko przypuszczam. Ale bazar nie jest tym, ani tamtym. Bazar w Isfahanie to szereg długich na kilkaset metrów naw. Wzajemnie prostopadłych i pokrytych dachem w kształcie kopuł. Przez otwory w nich wpada do środka światło dzienne. Bazar to gigantyczny dom towarowy, i jednocześnie fabryka, i zakład usługowy. Towary tu sprzedaje, ale i produkuje. Wszyscy tu sprzedają i wszyscy kupują. Idziemy uliczką złotników. Nisze po obu stronach, to warsztaty pracy tych ludzi. Niewielkie szklane gablotki wypełnione cackami z tego metalu. Jackowi, ktoś w Polsce powiedział, że tu za bezcen można kupić złoto. Ja jako jedyny z trójki, jako tako znający angielski, pełnię rolę tłumacza. Wybrany przez Jacka pierścionek wędruje na wagę. Trzy i pół grama. Osiemnastokaratowe - informuje złotnik. Może tak, może nie. I tak nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić How many - ile? Pięćset rialsów. Szybkie przeliczenie na dolary. Dolary na złote i już wiemy, że na złocie w Iranie Polak kokosów nie zarobi. Uliczka kowali. W głębokich niszach, w oparach różnych roztworów chemicznych, służących do barwienia miedzi. W hałasie, dymie, przy ogniu - pracują kowale. Arystokracja w tej branży pracuje obok pałacu Ali Ghapu i meczetu Szacha. Na cudeńka tam robione rzuciliśmy tylko okiem. Dokładniej to sobie obejrzymy jutro. Weszliśmy na teren, gdzie robią i sprzedają buty. W niszach pracują szewcy, zszywając cholewki. Kolejne nisze to krawcy. Wystarczyłoby wejść. Mistrz by zmierzył i na oczach klienta powstałoby ubranie. Dywany. Słynne perskie dywany. Cetrum tej sztuki był i jest właśnie Isfahan. Co prawda technika, a raczej biznes zatriumfował i w tej dziedzinie. Dzisiaj dywany robi się masowo w fabrykach. Tutaj następuje dalsza ich „obróbka”. Dywan kładzie się na beton, pokrywający uliczki bazaru. Pokrywa go kurz, depczą po nim ludzie, przejeżdżają małe trójkołowe samochody, rozwożące towar. Dywan się „starzeje”. Później kupiec, albo jego naganiacz - szepnie nam na ucho -„old carpet”, „ancienne tapu”- stary dywan. Rzecz nadzwyczaj cenna, bo wiadomo, że dawniej były tylko „hand made”- robione ręcznie. Pytamy o ceny. Niewielkie o powierzchni jednego metra kwadratowego kosztują, zależnie od wzoru - od tysiąca do trzech tysięcy rialsów. Duże do dziesięciu tysięcy - czyli około stu pięćdziesięciu dolarów. I znowu zmiana nastroju. Na tackach kawałki żółtego cukru, ciasta, coś w rodzaju stożkowych serów. Sklep - nisza z nieznanymi nasionami, pestkami. Teraz nici, tysiące szpulek. Obok sklepik ze stertami sweterków, skarpet. Z jednego takiego sklepiku wystarczyłoby towaru dla kilku naszych komisów, ponieważ towary są z całego świata. Przed naszymi, znużonymi już od patrzenia oczyma, defiluje bazar. Przechodzimy obok stosów towarów, przeciskamy się obok ludzi w nawach, usiłujących nam coś sprzedać. Miny obojętne, nogi zmęczone. Błysk zainteresowania z naszej strony budzi od razu reakcję kupca. Zbliża się wieczór. W sklepach - niszach zapalają się gazowe lampy. Wszędzie tylko sami mężczyźni. Oni sprzedają i oni kupują. Czasem wśród tego tłumu przejdzie kilka kobiet w jasnych i ciemnych czadorach. Przejdzie elew z miejscowej Medresy w białym ubiorze. Przeciśnie się na motocyklu, albo na rowerze, mały ciemnoskóry chłopak. Zupełnie skołowani wychodzimy z bazaru. Niestety nie tam, gdzie chcieliśmy wyjść. Trafiliśmy na wąskie, kręte uliczki, ograniczone po obu stronach wysokimi glinianymi murami. Za nimi ludzie się rodzą, pracują i umierają. Jacek żartuje, że lepiej byłoby, aby nas zmrok nie zastał w tych wąskich uliczkach, pozbawionych światła. Któż bowiem wie z naszych bliskich, oprócz nas samych, co my robimy i gdzie jesteśmy. Wychodzimy z tego labiryntu na normalną asfaltową ulicę. Z czasów Abbasa Wielkiego przenieśliśmy się w dwudziesty wiek. Po kilkunastu minutach kluczenia, kupując po drodze smakowity sangak, dochodzimy do placu Majdan-e-Szach. Czekając na autobus rozmawiam z młodym Irańczykiem. Zaczyna od stereotypowego pytania - skąd jesteśmy? Poland. Widzę, że nie bardzo się orientuje, gdzie ten kraj jest. Dopiero nazwa Lechistan wyjaśnia sprawę. Studiuje w Teheranie, a tutaj ma rodzinę. Był sześć miesięcy na praktyce w ZSRR, ale rosyjskiego zupełnie nie zna. Twierdzi, że w Isfahanie są źli ludzie. Wszędzie są dobrzy - w Teheranie, w Szirazie, tylko tu źli. Dlaczego? Tego się już nie dowiemy, podjeżdża autobus. Krótkie, by - część i jedziemy na camping. Jeszcze kilo pomidorów w małym sklepiku, winogrona i pitrasimy kolację. Nie tylko my należymy do campingowych nędzarzy. Obok nas stoi niewielki namiot, a nieco dalej drugi. Przed tym dalszym siedzi sobie młoda para. Słowa dolatujące do moich uszu, każą się domyślać, że to Anglicy. A z tymi, z bliższego namiotu, już zawarliśmy znajomość. Właśnie wrócili ze zwiedzania miasta i informują nas, że niedaleko stąd można tanio zjeść Czelou-Kebab, narodowe danie irańskie. Tylko czterdzieści pięć rialsów. Są Francuzami. Studiują w Paryżu. Przyjechali do Iranu na zaproszenie jakiejś organizacji studenckiej. Jeszcze dzisiaj wybierają się do Szirazu. A później do Kuwejtu, Damaszku i powrót do Paryża, przez Instanbuł. Nic tylko pozazdrościć. Przez koronę nieznanego mi drzewa, pada na namiot światło lamp, stojących na campingu. Usiłuję zasnąć leżąc na podłodze namiotu. Ale to światło mi przeszkadza. Minął następny dzień irańskiej przygody. Zdjęcia: 1. Isfahan. Majdan-e-Naghch-e-Djahan. Także: Majdan-e-Szah. A po upadku Szacha - Majdan-e-Imam. Więc nazwa zależała od okresu historycznego. Nazwa dawniej też była pisana, w różnych źdródłach, w różnej transkrypcji(angielskiej, francuskiej). W czasie naszego pobytu był to spokojny plac z zielenią. Teraz sobie można poszukać w sieci, jak on wygląda. 2. Wejście na bazar. Budynek i atmosfera wewnątrz się zapewne nie zmieniły. Pewne towary z pewnością.1 punkt
-
Nie lapia sie chyba na zadna linie lotnicza Air France Storlek: 55 x 35 x 25 cm Vikt: 12 kg British Airways Storlek: 56 x 45 x 25 cm Vikt: 23 kg Easyjet Storlek: 56 x 45 x 25 cm. Vikt: Inga restriktioner för vikt Finnair Storlek: 56 x 45 x 25 cm Vikt: 8 kg KLM Storlek: 55 x 35 x 25 cm Vikt: 12 kg Lufthansa Storlek: 55 x 40 x 23 cm Vikt: 8 kg Norwegian Storlek: 55 x 40 x 23 cm Vikt: 10 kg SAS Storlek: 55 x 40 x 23cm Vikt: 8kg Turkish Airlines Storlek: 55 x 40 x 23cm Vikt: 8kg1 punkt
-
Chyba nawet dałoby radę zabrać je na rower - odpada problem korków np. na dojeździe do Szczyrku. Jeszcze tylko kije teleskopowe ogarnąć i gotowe.1 punkt
-
Ja nie widziałem nawet policji. Nie jeździłem pomarańczową kanapą najbardziej obleganą przez ludzi.1 punkt
-
Białka Tatrzańska otwiera się. Sukcesywnie kolejne trasy. Może ktoś zebrać wszystko w jednego posta? mieliśmy kopiować i dopisywać ale coś nie poszło przez ostatnie 2 strony.1 punkt
-
Wybraliśmy się do ośrodka w skrócie nazywanego Laax w Szwajcarii (Gryzonia). Jego pełna nazwa to Flims-Laax-Falera i oferuje 224 kilometrów tras zjazdowych obsługiwanych przez 28 różnego rodzaju kolei. Do tej pory nazwa Laax kojarzyła mi się raczej z reklamówkami Zero Gravity, widoczkiem kwadratowych brązowych domków z żółtymi oknami i free-stylem. Dlaczego pojechałem do Laax, a nie do najczęstszych wyborów, czyli Lanzerheide-Arosa, St. Moritz, Lank-Adelboden, Andermatt, Verbier, Samnaun, Scuol? Nie wiem. Tak wyszło, w grę wyszło kilka czynników, jedne merytoryczne, inne pozamerytoryczne. Na początku powiem, że ośrodek z pewnością musi być bardzo dobry i musi spełniać wszelakie najbardziej oryginalne wymagania. Musi, a czy spełnia? Tego niestety nie wiem😀. Pokrótce wytłumaczę i na końcu sporządzę wnioski. Ośrodek terytorialnie jest bardzo duży i rozległy. Nad poziomem morza sięga od 1100 m do 3018 m. Wjazd następuje z trzech miasteczek: Flims (1100 m npm) gondolą ArenaExpress oraz 3 os dwusekcyjnym krzesłem, z Laax (1100 m npm) dwoma gondolami oraz z Falery (1220 m npm) 4 os krzesłem. Widok na Flims: Okolice dolnej stacji obu gondol w Laax wyglądają natomiast tak: I trochę z oddali: Falera natomiast, najbardzej urokliwa ma taką oto urodę: Zdjęcia zdradzają nieco kulisy pogodowe, ale o tym później. Głównym terenem narciarsko-logistyczn-kulturalnym jest Crap Sogn Gion (2252 m npm), to płaskowyż, w którym obok obowiązkowego dużego molocha zawierającego restauracje, wypożyczalnie, depozyty, masę innych rzeczy, ogromną szafę pełną winyli, drugą szafę ze sprzętem do ich słuchania jest rozległy obszar free-stylowy: różne half-pipe'y, skiparki i inna infrastruktura niekoniecznie trasowa. Notabene w sobotę 23. stycznia kończyło się właśnie LaaxOpen 2021. Główny budynek jest bardzo efektowny i budzi przeróżne skojarzenia od dziecięcych klocków do bunkra. Mi się podoba i już. Inne obrazki z Crap Sogn Gion: Innymi regionami są Naraus-Foppa (maks. 1842 m npm), La Siala z Mutta Rodunda i Grauberg (maks. 2810 m npm), Vorab z wyjazdem na lodowiec o tej samej nazwie (3018 m npm) oraz Fuorcla da Sagogn z Crap Masegn (maks. 2528 m npm). Podział jest mój i wynika z analizy mapki i częściowo z ich funkcjonalnym połączeniem. Ci, którzy wciągają się z Flims mogą dotrzeć gondolą do punktu przesiadkowego Plaun (1630 m npm), skąd wjechać można do Crap Sogn Gion lub drugą sekcją gondoli do Nagens lub krzesłem do Naraus. Nie ma powrotu narciarskiego bezpośrednio z Plaun do Flims. Trzeba wciągnąć się na Nagens i tam kombinacją tras 12-18-10 można zjechać pod gondolę. To jest sześć kilometrów w sumie fajnego zjazdu sekwencją niebieska-czerwona-niebieska, trochę wąsko, ale nie ma kłopotu. Dolna stacja gondoli Flims: Gondola ArenaExpress produkcji firmy Garaventa: Plaun: Z kolei wjazd z Laax dużą, nowoczesną gondolą jest zapewniony do Crap Sogn Gion, a starszą, drugą, mniejszą do kolejnego centrum przesiadkowego Curnius (1644 m npm). Uwaga!- fajna knajpka, która w czasie pandemii zorganizowała polową kuchnię z nienajgorszym jedzeniem. Na dół prowadzi czerwona trasa 64 znakomita od początku do końca i czarny wariant nr 65. Jeszcze zdjęcia Laax: Curnius (za mną restauracja Curnius Bar): Kilka strzałów trasy nr 64: Od strony Falery wjazd jest tylko wolnym starym krzesłem firmy Garaventa, które mocno trąci myszką, ale jest oldskulowe i ma przyspawany z boku uchwyt na narty, więc jedziemy na krześle bez nart. Na marginesie obecnie Garaventa występuje łącznie z Doppelmayerem. Jedyna trasa z góry do Falery jest długa, baaardzo niebieska, wąska, nie nadaje się w zasadzie do niczego tylko do kontemplacji otoczenia, a to w okolicy tej trasy mocno przypomina Alpe di Siusi, piękne wrażenia. Jak widać na zdjęciach można odnieść wrażenie, że pogoda była w kratkę, że były piękne słoneczne dni i takie urokliwie pochmurne. Otóż w pierwszym dniu było słońce, fantastyczna widoczność, żeby zapoznać się z trasami, w drugim dniu słońce walczyło dzielnie rano, by polec bezpotomnie po południu i już do samego końca było tak: I wtedy wyszedł z ukrycia prawdziwy target takich warunków, ludzie z szerokimi nartami i snowboardziści. Trzeba jeszcze dodać, że ośrodek ma pokaźną ofertę tras żółtych czyli free. Ja też na taki monstrualny powder alert zareagowałem z entuzjazmem, po czym w miarę moich umiejętności używałem już tylko drugiej pary swoich nart 80 mm pod butem. I zabawy było co niemiara, chociaż z upływem dni śniegu przybywało, a widoczności ubywało. Rano witał nas taki obrazek na balkonie: W związku z tym nart SL używałem tylko w pierwszym dniu, pozostałe dni należały do nich: Jeszcze kilka obrazków, gdy coś było widać: Dlaczego moja ocena musi być mocno subiektywna? Otóż dlatego, że w zasadzie większej części ośrodka nie miałem szans zobaczyć. Z uwagi na warunki pogodowe z 224 kilometrów tras w pierwszym dniu otwartych było 170, potem 100, w ostatnim dniu 15. W ostatnim dniu padał ulewny deszcz na dole, a na stacji pośredniej sypał grubopłatowy śnieg. Większość wyciągów nie chodziła, stąd do eksploracji Vorab, jego lodowca, La Siala, Fuorcla de Sagogn w ogóle nie doszło. Z tego co widziałem, to: 1. Trasy są długie, długaśne. Na warunki dolomickie wręcz nieprzyzwoicie długie. 2. Miejscami bywają wąskie (w niskim sezonie to nie problem). 3. Bogata sieć gastronomiczna (w okresie pandemii to wniosek niestosowny) 4. Dość nowoczesna infrastruktura Ciężko polecić szczególnie konkretne trasy, większość wymagających tras była zamknięta. Mi osobiście przypadły do gustu dwie fajne długie, ciekawe czerwone. Nr 64 z Crap Sogn Gion do Laax i nr 66 z Crap Sogn Gion do Plaun. Dla mnie (subiektywnie!!!) pod względem narciarskim ośrodek absolutnie spełnił wymagania, które mógłbym ustanowić. Było tam wszystko, co mógłbym chcieć, plus to o czym nawet nie mogłem marzyć, czyli sposobność potrenowania do upojenia jazdy w głębokim śniegu. Oczywiście biorąc pod uwagę, że nie miałem narty free, tylko AM z genem free. Było jedno miejsce, które urzekło mnie szczególnie, i o którym zrobię osobny wpis w ciągu kilku dni. Oprócz mnie było też jedno super zadowolone z takiego rozwoju sytuacji stworzenie: Polecam ten ośrodek, jeżeli nawet tylko zbadałem jego "dolną" część. Pozdrawiam Waldek1 punkt
-
Jeszcze jedno. Hotelarstwo i turystyka - wysokie ryzyko mieszania populacji - podróże międzyregionalne. Handel - ryzyko znacznie mniejsze, nikt do galerii 100 km nie pojedzie.1 punkt
-
Zagrożenie - handel - małe - gastronomia - średnie - hotelarstwo (jeśli rozumiane tylko jako nocleg) - małe, ale jeśli dołożymy, basen saunę, fitness, klub nocny, drink bar, to wysokie do bardzo wysokiego - sport ogólnie pojęty - doprecyzuj - uprawianie, kibicowanie, pomieszczenie, wolne powietrze. - związki wyznaniowe - rozumiem jako udział w obrządku - średnie do wysokiego1 punkt
-
To źle mnie zrozumiałeś, ocena techniki zawarła się w tym ,,Ta... wcale...,, Tu w sumie z szacunku do samego stylu jak i do Ciebie, powinienem napisać coś więcej.... A więc, nie często ale widuję na Beskidzkich stokach telemarkowców , na pewno jesteś jednym z najlepszych których miałem okazję obserwować (nie znam się na tej technice) ale prezencja stylu jest super, schodzisz na kolanko naprawdę nisko, fajnie trzymany tor jazdy, ubiór dopełnia wszystko Byłem dzisiaj z dwójką znajomych z którymi jeżdżę od dziecka, to już ponad 30 lat i jednym przyjacielem, którego uczę 4 sezon, to On Cię pierwszy wypatrzył jako ,,anomalie,, na stoku Obserwowałem na prawdę uważnie, zmianę nart też zauważyłem, najpierw były żółte, potem ciemne, chyba granatowe (tak to wyglądało z kanapy )1 punkt
-
Ten krótki vlog, to zupełny spontan. Inspiracją do nagrania jest film, jaki zamieścił wczoraj na Facebooku Dziki Trener.1 punkt
-
1 punkt
-
Trzeciego sierpnia. Rano mamy słońce. Świetnie. Wysuszymy trochę nasze rzeczy. Prawie wszystko jest mokre. Nawet śpiwory są lekko wilgotne. Rozglądam się za Demawendem. Musi tu gdzieś być. Mam! Krzyczę do pozostałych. Na drzewami, widać w głębi, bardzo wysoko w górze biały stożek. Po śniadaniu i spakowaniu naszego dobytku zaczynamy szukać jakiegoś samochodu do Rineh. Demawend jest już dobrze widoczny. Tylko na samym szczycie siedzi niewielka czapa z chmur. Potężna góra. Sterczy nad nami ponad trzy i pół kilometra. Rysia ma wątpliwości, czy my tam wyjdziemy. Z samochodem są trudności. Nikt nie chce jechać do Rineh. Mówią ciągle o jakimś Polemunie. Wnioskujemy z tych rozmów, że z Puluru nie dojedziemy do Rineh. Należy jechać najpierw do Polemunu, a stamtąd dopiero do Rineh. Przed knajpką stoi mikrobus. Zapytany jakiś obszarpaniec, wyglądający na konduktora, czy jedzie do Polemunu. Kiwa głową, że tak. Tu, żeby być pewnym jakiejś informacji, trzeba się spytać kilka razy i to człowieka, który budzi pewne zaufanie. Wszyscy tu chętnie udzielają informacji, tylko że nie zawsze ścisłych, prawdziwych. Z dobrego serca chcą pomóc. A i ze znajomością angielskiego u przeciętnego Irańczyka jest raczej bardzo krucho. Elżbieta zwraca się do sympatycznie wyglądającej Iranki, czy mówi po angielsku. Tak. No to mamy tłumacza. Ubijamy interes z obszarpańcem. Za pięć tomanów jedziemy do Polemunu. Stamtąd rzeczywiście można się dostać do Rineh. Ona też jedzie do Rineh. Wsiadamy do mikrobusu i jedziemy z powrotem w stronę Morza Kaspijskiego. Po drodze miga tablica z napisem - wysokość nad poziomem morza -2050 m. Długi tunel Przy wjeździe, spokojny nagle mikrobus ożywia się. Słychać wymawiane słowo - Allah. Oni widocznie boją się tuneli i się modlą - komentujemy to ożywienie. Polemun. To, ta sama miejscowość, gdzie wczoraj staliśmy i kupowałem placki chlebowe, albo chleb plackowy. Nasz obszarpaniec żąda, wbrew umowie, dziesięciu tomanów za przejazd. Temperatura dyskusji wzrasta. On jest uparty. Ja też. Dookoła nas gromadzi się mały tłumek. Sytuacje jest o tyle głupia, że oni chyba nie wiedzą o co tu idzie. Gotowi pomyśleć, że Europejczycy chcą wykiwać biednego Irańczyka. Pisałem już w kilku miejscach, że jesteśmy Europejczykami, bo jesteśmy z Europy. Tak jak Murzyn dla nas jest z Afryki, a człowiek o żółtej cerze, to Chińczyk lub Japończyk. Ustępuję wreszcie i daję sto rialsów. Odjechał mu mikrobus. Za chwile widzimy go, jak szczerząc do nas zęby jedzie innym, ale… w stronę Teheranu. Czort by się na nich wyznał. Mamy samochód do Rineh. Tam jedzie nasza irańska tłumaczka. I ona go załatwiła. A raczej sam się załatwił. Stoi sobie stara osobowa Chevroleta i kierowca bierze po trzy tomany do Rineh. Plus opłata za bagaż. Kursuje widocznie między Polemunem i Rineh. Nasze plecaki lądują w bagażniku, a co się nie zmieściło, to na dachu. Wsiadamy. W piątkę siedzimy na tylnym siedzeniu. Na przednim też piątka. Ale to nie wszyscy. Przez tylne okienko widać nogi jeszcze jednego pasażera, stojącego na bagażniku. To pomocnik kierowcy. Janusz będący kierowcą - po dwunastogodzinnym kursie automobilklubu - twierdzi, że amerykańskie wozy mają nadmiar mocy. I rzeczywiście czujemy ten nadmiar. Polemun znika błyskawicznie w dole. Jedziemy wąską żwirową drogą wyciętą w zboczu o nachyleniu czterdzieści stopni. Kurz. Na zakrętach gaz do dechy, ryk silnika i szybkość, której nie powstydziłby się nasz Zasada. Kierowca chce widocznie dodatkowo się popisać. Może przed Iranką, a także może przed nami. Iranka jest miłą dziewczyną, Z zawodu lekarzem. Studiowała medycynę na uniwersytecie w Tebriz. Teraz jedzie do rodziny w Rineh. Cieszy się bardzo, że może sobie pogadać z nami po angielsku. W samochodzie panuje wesoły nastrój. Jedynie Ryśka jest trochę przerażona. Naprzeciwko nas jedzie z góry duży ciężarowy samochód. Zmieścimy się razem na wąskiej drodze, czy nie? Zmieściliśmy się. Tylko, że on zjechał na naszą stronę! Zostawiając nam objazd od strony stromego zbocza. Gdybym był większym fantastą, to mógłbym w tym miejscu napisać - koła ledwie musnęły skraj drogi wiszącej nad przepaścią. Wystarczyłaby chwila nieuwagi kierowcy, a potoczylibyśmy w stronę głębokiej doliny rzeki... Po drugiej stronie doliny, wysoko nad nią, widać wsie zawieszone na górskich stokach . Prowadzą do nich takie same drogi jak nasza do Rineh. Wyżej są już tylko wypalone słońcem szczyty Elbursu. Przyjechaliśmy do Rineh. Malutkie, gliniane domki, przylepione do zbocza Demawendu, którego szczytu zresztą nie widać. Mijamy kilka osób z plecakami. Stajemy przed stacją, albo schroniskiem IMF-u. Budynek ten, w tym otoczeniu, robi wrażenie pałacu. Robię grupowe zdjęcie całej ferajny z Chevrolety. Dziewczyny namawiaja mnie, żebym pomógł Irance zanieść walizkę do domu. Podbiegam do niej - can I help you? Pomogę pani. Thank you – dziękuję! Z tyłu dobiegają mnie okrzyki - pomóż jej! Próbuję jeszcze raz. No, no! Nie, dziękuję! Nie wiadomo, czy moja pomoc wyszłaby jej na dobre. Jesteśmy w kraju, gdzie się wyznaje islam. Domownicy widzą - latorośl rodzinną wchodzącą do domu z nieznajomym. Nie wyglądającym zupełnie na miejscowego. My ciągle myślimy własnymi kategoriami. Ale spróbujmy sobie wyobrazić taką sytuację - na polskiej, dalekiej wsi wysiada z autobusu miejscowa dziewczyna, a za nią, niosący jej walizę - na przykład młody człowiek o żółtej cerze. Powiedzmy - Chińczyk. Powstałaby z tego niezła łamigłówka dla miejscowych dewotek. Przyjmuje nas w schronisku pan Abullohi, albo Marzanapur. Nie wiem, nie przedstawił się nam. Chcieliśmy zostawić tu nasze plecaki. Na Demawend weźmiemy tylko dwa śpiwory, trochę konserw na trzy dni. Jakąś dodatkową odzież i to wszystko. Do schroniska przyszło kilku Irańczyków wracających z góry. Są też ci z plecakami, co minęliśmy ich po drodze. Dwóch młodych chłopaków i trzeci starszy. Z długim kijem. Nie wiem kto z nas ochrzcił go „legionistą „. Może z powodu furażerki, a może jego ubiór przypominał coś wojskowego. W każdym razie nazwa ta przylgnęła. Legionista pokazuje gospodarzowi schroniska jakąś legitymację. Odnosimy wrażenie, że tu bez legitymacji wyżej nie puszczają. Idzie na szczyt już drugi raz. Jest z tego powodu dumny. Jak mi się wydaje, chętnie by nam udzielił kilku dobrych rad. Z racji swego doświadczenia. Zostawiamy w schronisku plecaki. Dziewczyny proponują wynająć muła. Na górę mamy niewielkie plecaczki. Ale muł się przyda. Zamiast muła zjawia się koń z poganiaczem. Którego wiek stanowi dla mnie zagadkę. Kupujemy jeszcze w małym sklepiku ciasto biszkoptowe, kilka pomidorów i w drogę. Mamy nadzieję, że dzisiaj dojdziemy do schronu, położonego na wysokości ponad cztery tysiące metrów. Rineh leży na wysokości dwa tysiące dwieście metrów nad poziomem morza. Dzielna karawana, żartując sobie i przegryzając biszkopty pomidorami, wlecze się przez wieś. Mijamy niewielką jednostkę wojskową. Strzegą Demawendu? Wieś zostaje za nami. Mijamy stadko owiec, pasących się obok drogi. Szałas pasterza to niewielka, okopcona wewnątrz budka z kamieni, pokryta z wierzchu darnią. Koń to nie muł. Wyraźnie mu nie odpowiada niesienie plecaków. Ma ochotę szybkim galopem opuścić nasze towarzystwo. Kij i cmokanie poganiacza przywracają go do porządku. Demawend wydaje się być w zasięgu ręki. Do śniegu jeden krok, potem trochę w górę i szczyt. Złudzenia. Górskie złudzenia. Można by w to jeszcze wierzyć, gdyby nie twarda rzeczywistość. Jeszcze ponad trzy kilometry w górę na szczyt. Z góry jedzie na ośle starsza kobieta. Osła prowadzi młody chłopak. Obok kroczy młoda dama okryta czadorem, pod którym widać spodnie i buty na słupku. Trawersujemy stoki Demawendu. Wchodzimy we mgłę. Prędzej - to jest zawieszona chmura. Koń i poganiacz, oprócz niesienia naszego bagażu, pełnią teraz rolę przewodników. Mielibyśmy na pewno trudności w odszukaniu schronu, na tym ogromnym stoku tego wulkanu. Przechodzimy obok opuszczonych szałasów pasterskich. Szałas może się komuś kojarzyć z budowlą, powstałą z gałęzi i darni. Nie tu. Drzew tu nie ma w ogóle. Szałasy są zbudowane całkowicie z kamieni. Budowla jest prosta. Posiada tylko jedno wejście. Trafiliśmy na prawie, że osadę pasterską. Ślady ognisk. Obok jednego leży wojłokowa derka. Większe spotkanie. Dogoniliśmy jakąś grupę idącą do schronu, która wyszła przed nami. Z góry z kolei przyjechało na koniach kilku jeźdźców. Rozmawiają z poganiaczem. Dookoła nas mgła. Do schronu jeszcze spory kawałek drogi, bo zwiększamy tempo. Ryśka jest już porządnie zmęczona. Nasz poganiacz - przewodnik trochę się niecierpliwi, ponieważ musi czekać na nas. W tej mgle można się łatwo zagubić. Jest na tym stoku tysiące ścieżek, we wszystkich możliwych kierunkach, wydeptanych przez pasące się bydło. Wychodzimy ponad mgłę. Śliczny widok. Z tego, pofalowanego morza mgieł, sterczą co wyższe szczyty. A wśród nich nasz cel - Demawend. Przerasta je wszystkie o głowę. Dziwne wrażenie, jakby się oddalił. Przed nami i za nami idą grupki ludzi. Nie będziemy sami spać w tym schronie. Moja żona jest w coraz gorszej formie. Elżbieta czuje się lepiej, niż ona. Pogoda jest ładna. Choć, czy można mówić o pogodzie, jeśli się jest nad chmurami? Dookoła rosną ładne osty i traganki, kolczaste kule. Do schronu już nie powinno być daleko. Mijamy mały żlebik. W nim leży resztka śniegu, z którego cieknie woda. Siedząca, nad żlebikiem, grupka młodych ludzi, proponuje nam swoje kubki - w celu zaspokojenia pragnienia. Dziękujemy. Coraz więcej ludzi idzie do góry. Doganiamy kolejne grupy. Widocznie z naszą kondycją, mimo niecierpliwości naszego poganiacza, nie jest tak źle. Przed nami idzie trójka młodych ludzi. Są widocznie nieźle zmęczeni, bo co chwila siadają. Zastanawiam się przez chwilę - czy oni mają plecaki. Bo jak mają to gdzie? A może chcieli sobie zrobić tylko szybki wypad na ten irański Giewont? Jeden z nich widząc w moim ręku torebkę plastykową z resztkami biszkoptów, prosi mnie o kawałek. Ależ proszę - please, please - powtarzam. Za chwilę siadają we trójkę i zaczynają wcinać biszkopty. Przed nami pojawia się legionista. Też widocznie wysokość dała się mu we znaki. Słońce zachodzi. Czerwona tarcza zanurza się w mgielnym morzu, które zostaje coraz niżej pod nami. Robi się chłodno. Jestem tylko w koszuli z krótkimi rękawami. Zostawiam Rysię samą i przyspieszam, aby się rozgrzać. Do schronu jest naprawdę już niedaleko i dojdzie sama, tym bardziej, że przodu i z tyłu idą ludzie. Świetnie mi się idzie. Tak szybko chodzę z Kuźnic na Halę Gąsienicową, a nie na wysokości cztery tysiące metrów. Kolosalna różnica w stosunku do podejścia pod Alam Kuh. Jesteśmy już nieźle zaaklimatyzowani. Przed nami schron. Półokrągłe aluminiowe pudełko stojące na kamiennym podeście. Ten pod Alam Kuh wyglądał pewno podobnie, albo był nawet identyczny. Jacek zapłacił naszemu poganiaczowi. Wchodzę do środka. O rety! Ile tu ludzi? Potykam się o jakieś buty. Ktoś zwraca mi uwagę, że jak chcę wejść dalej, to powinienem zdjąć buty. Schron wewnątrz składa się z małego przedsionka, w którym teraz na kilku metrach kwadratowych, leżą dziesiątki butów, plecaków i stoi kilku ludzi. Którzy na małej półce w formie stolika, usiłują na kilku prymusach coś ugotować. W „sypialni” jest jeszcze gorzej, ponieważ właściciele tych kilkudziesięciu par butów leżą, szczelnie owinięci w śpiwory. Prawie jeden drugim. Gdzie tu się jeszcze pomieszczą te tłumy, jeszcze idące z dołu. Pocieszam się, że nie takie problemy się w górach rozwiązuje. Czytałem kiedyś takie opowiadanie, którego autor - alpinista dobijał się do jednego ze schronów w Alpach. Wreszcie go wpuszczono do środka. Był szesnastym, z kolei, w schronie czteroosobowym. Ktoś krzyczy do mnie „monssieur” O! Świetnie. Będę się mógł dogadać w jakimś ludzkim języku. Angielski już mi obrzydł. Może dlatego, że go słabo znam. Przychodzi Janusz, Ryśka i Elżbieta. Ten, który krzyczał – monssieur, robi nam trochę miejsca. Ktoś podaje nam herbatę. W schronie sami mężczyźni. Tylko nasze panie są wyjątkiem. Ale one nie są Irankami. Kiedy kobiety w Iranie zaczną chodzić w góry? Z tego, co widzieliśmy w tym kraju, to jeszcze dużo wody w rzekach upłynie, zanim do tego dojdzie. Dalszy ciąg wieczoru jest nieskomplikowany. Usiłujemy i my coś ugotować. Udaje nam się to z zupą i herbatą. Miejsca do spania mamy na jedną. No! Może na dwie osoby. Na zewnątrz szaleje burza, gdzieś na dole latają błyskawice. Obok schronu pada śnieg. Jedni nam radzą, aby wyjść na szczyt o północy. Legionista, natomiast, poleca godzinę piątą i swoją osobę, jako przewodnika. Zobaczymy co przyniesie ranek. Na razie w schronie panuje totalny rozgardiasz. Ktoś śpiewa, inni się śmieją. Bez przerwy jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Mówiący po francusku twierdzi, że w schronie jest pięćdziesiąt osób. Możliwe. Wreszcie pomału wszystko się uspakaja. Śpimy. Śpimy to gruba przesada. Usiłujemy raczej leżeć w dość dziwnych pozycjach. Pięć osób w miejscu, gdzie mieści się w miarę wygodnie jedna. Oczywiście w takich warunkach piżamy się raczej nie używa. Obok mojej głowy stoi naftowa lampa. Nogi moje leżą na czyichś odnóżach. Wypadło mi najgorsze miejsce. Leżę obok wejścia. Z zewnątrz ciągnie chłód. Co się w takich momentach myśli. Czy się jest szczęśliwym. Z czego się składa nasze życie. Z robienia rzeczy wielkich. A co to są te wielkie rzeczy? Dla jednego to jest kupno samochodu, dla drugiego budowa własnego domu, dla innych może stanowisko. Dla mnie może to jest wyjście na wysoką górę. Każdy ma jakieś marzenie, które jest jego celem. Jedni chcą przejść ścianę skalną. Inni chcą jak najniżej zejść w głąb morza. Do głowy przychodzą mi pytania. Pytania dotyczące codziennego życia normalnego człowieka. Po co pisać bzdury, że się myśli o czymś wzniosłym, nieosiągalnym dla innych. Owijam się szczelniej śpiworem. W drugim kącie wybucha śmiech i znowu cisza. O dach schronu uderzają grudki śniegu. Szeleszcząc staczają się na dół. Zdjęcia: 1. Demawend. Jeden z najwyższych wulkanów na świecie. Sterczy trzy i pół kilometra nad głową mojej żony. 2. Droga do Rineh. Miejscowości - jako punktu wyjścia na Demawend. Droga miała być trudna i podjazd stromy. Do podjechanią nią mieliśmy, według moich szacunków -biorąc pod uwagę wysokość Polemunu i Rineh - około trzystu do czterystu metrów różnicy poziomów. 3. Rozładowanie Chewrolety po przyjeździe do Rineh. 4. "Rodzinne" zdjęcie wesołego towarzystwa z Chewrolety. Iranka lekarka z lewej strony. Moja żona jeszcze bardziej na lewo. Nie zmieściła się niestety w kadrze. 5. Stacja IMF(Iranian Mountainering Federation). I nasz bagażowy koń. 6. Koń to nie muł. Więc rwał szybko do góry. 7. Czasem były, z tego powodu, potrzebne poprawki mocowania ładunku. 8. Koń i poganiacz jako nasi przewodnicy. Bezcenni, gdy wszystko otulała mgła. 9. Schron pod Demawendem. Około - 4100 m npm. Szach nie szczędził kasy na taką porządną budowlę dla IMF.1 punkt
-
1 punkt
-
Tylko czy ten człowiek wie cokolwiek o narciarstwie alpejskim na poziomie profesjonalnym? Bo organizowanie imprez o których piszesz i takie społeczne zaangażowanie w popularyzowanie narciarstwa jest absolutnie godne pochwały i swietnie, ze jest taka osoba. Brawo dla tego Pana. Ale impreza typu Kasprowy No Limit ma niewiele wspólnego z zawodami pt. bieg zjazdowy w Kitzbuhel. Z wywiadu z Leitnerem przebija ewidentnie żal właśnie do Pana Blautha, ze to on spowodował wykolejenie jego pomysłu i jego planów. Inna sprawa, ze nie rozumiem tych wiecznych polskich układów pt. jest kadra Polski, a poza kadra funkcjonuje prywatny team rodzinny, który jednakże oficjalnie z kadra nie trenuje, ale potem jego zawodnicy startują, a kadra nie. Wiem, ze nie można nikogo do niczego zmuszać, ale albo mamy kadrę, w której ludzie trenują i rywalizują (i Państwo Jasiczek powinni swoje dzieci do tej kadry włączyć), a trener Kadry decyduje kogo wystawia na kolejnych zawdowach albo mamy jakaś dla mnie patologiczna sytuacje, w której jakieś prywatne inicjatywy realizowane sa obok oficjalnych działań PZN, ale potem te prywatnie inicjatywy z pewnym względów maja pierwszeństwo przed pierwsza kadra.1 punkt







