Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. Wujot

    Wujot

    Użytkownik forum


    • Punkty

      26

    • Liczba zawartości

      2 888


  2. Sportego360

    Sportego360

    Użytkownik forum


    • Punkty

      18

    • Liczba zawartości

      360


  3. Mitek

    Mitek

    Użytkownik forum


    • Punkty

      15

    • Liczba zawartości

      7 273


  4. Jeeb

    Jeeb

    Użytkownik forum


    • Punkty

      13

    • Liczba zawartości

      4 980


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 03.02.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Dojechaliśmy z dodatkowym noclegiem w aucie (bo Szwajcarzy zamknęli w nocy o 24:00 wszystkie drogi do Samnaun bo nie chciało im się odśnieżać). Na szczęście opady wynagrodziły ten "bonus" i cztery dni spędziłem na off piste. Parę fotek dla tych co lubią takie klimaty. Pozdro Wiesiek
    17 punktów
  2. Cześć No właśnie... i jaki to ma sens? Tłuc się tyle godzin, żeby jeździć po pustych stokach? Człowiek jest istotą społeczną i sens jego istnienia zawiera się w kontakcie z innymi ludźmi a tu... Zupełnie tego nie rozumiem. Pozdrowienia
    11 punktów
  3. Kuźnice-Zawrat-D5S-Zawrat-Kuźnice wczoraj. Po jednym przejściu czuję przesyt. Tym bardziej, że śniegi były ciężkie i nierówne więc męczące dla nóg - skurcze zaczynały mnie łapać na dojeździe do Hali Gąsienicowej.
    10 punktów
  4. nie czekać - jechać, wczoraj po południu na stokach w Davos już tylko polską mowę było słychać
    9 punktów
  5. Kolejny dzień szkolenia. ⛷️ Tym razem zamiast ćwiczyć "poślizg kontrolowany" na Szklanej - kierunek Koniki. Trochę spóźniony ląduję po 10 na stoku. Słoneczko przedziera się przez chmury, a w dali Turbacz w ciemnej osłonie chmur. Warunki śniegowe jak przyjechałem super. Znikoma ilość lodowych przetarć, koło godziny 12 w 2 miejscach trzeba było uważać. O zapomniałem jeszcze o jednym miejscu - góra starego, orczykowego wyciągu - wypadając na polane trzeba było pohamować się i nie zboczyć za bardzo na prawo . Krzesło pojedyncze daje radę. Jak przyjechałem co drugie zajęte. Później już prawie każde, ale kolejka do wyciągu znikoma - jeździło się na okrągło. I jeszcze jedna informacja dla tych, którzy znają stok - brak muld na ściance. Przynajmniej do 13 😀.
    9 punktów
  6. Co to znaczy? Jakiego zdania jest inna część specjalistów? Przykład dramatycznego dziennikarstwa. Długo szukałem i nie znalazłem żadnego modelowania tyczącego ryzyka zakażenia podczas uprawiania narciarstwa zjazdowego. Można zatem widzieć elementy podnoszące ryzyka i elementy o ryzyku małym, czy wręcz pomijalnym. Na pewno ryzyko podnosi gondola i kanapa z zamkniętą bubliną. Przeciwdziałanie jest bardzo proste choć kilka ośrodków w tym państwowe mocno się obrażą. Ryzyko podnosi (choć nie wiadomo w jakim stopniu) tłoczenie się w kolejce, ale zmniejsza je fakt, że jesteśmy na wolnym powietrzu. Tu przeciwdziałanie jest możliwe, choć trudniejsze i sporo wymaga od obsługi. Ryzyko podnosi w sposób ekstremalny zabawa po nartach. Tu rozwiązanie jest oczywiste. Samo zjeżdżanie nie generuje żadnego ryzyka.
    8 punktów
  7. Trzeci dzień szkolenia i przenoszę się do Kasiny. Dzisiaj plusowa temperatura, śnieg z wierzchu mokry, ale nieciężki. Trasa dobrze przygotowana, brak przetarć, w niektórych miejscach lekkie prześwity. Spodziewałem się, że będzie w Kasinie więcej śniegu, niestety nie ma go na tyle by była otwarta trasa czarna pod wyciągiem. Szkolić się można na tyczkach. Jest przygotowana trasa, wydzielona z prawej strony stoku tak mniej więcej w połowie. Przy starcie jest instruktor, który udziela rad 👍Duży plus za tą akcję. Przede mną sporo jeszcze nauki 😀 Koło 12 pojawili się Niebiescy i chodź koło nich przejechałem to ich nie zainteresowałem. Chyba jestem za stary bo wybrali sobie za cel jakiegoś młodego chłopaka. Po 15 minutach kiedy zjechałem następnym razem już ich nie było. Raczej nikt się nie przejął. Obsługa na dole zwraca uwagę by zasłaniać twarz. Reżim sanitarny jest ‼ GH011251-1-1.mp4 GH011251-1-1.mp4
    7 punktów
  8. Wiesiu, za olewanie skitourowe Karkonoszy, nie zasłużyłeś na taki bonus🤪. A poważnie to dziękuję @Wujot za foty ze świetnego i niesłusznie szkalowanego ON i obyś miał zawsze takie warunki pod nartami jak w Swiss...
    5 punktów
  9. Nie trzeba nic wynajmować - można sobie kwaterę "wydłubać"
    4 punkty
  10. Co tu rozumieć. Jestem ponurym odludkiem co najlepiej czuje się na odludziu. A i tak przeszkadza mu ten jeden co zawsze mu towarzyszy. Poza tym mój plecak chce mieć swoje własne miejsce a moje kije bardzo lubią leżeć na czterech wolnych miejscach. Czyli na 6-ce ledwo styka. Pozdro Wiesiek
    4 punkty
  11. Luty ma być mroźny i śnieżny.
    4 punkty
  12. Troszke przesadzasz . Jak widać po różnych relacjach z wyjazdów kolegów i koleżanek, nic strasznego się w tej Swiss nie dzieje,granice otwarte,tranzyt przez DE możliwy. Pogoda wyśmienita,śniegu masa wiec napewno relaksik byłby znakomity. pozdrawiam
    4 punkty
  13. Nie liczyłabym na to. Wygląda na to, że przed Wielkanocą nic się nie zmieni - może późniejszą wiosną będą jakieś możliwości wyjazdu do ośrodków lodowcowych. Teraz póki co tylko Szwajcaria, z pewnym ryzykiem komplikacji podróżowych. @Mitek dobrze pisze - szkoda nerwów. Ja odpuściłam rezerwację w CH jak zauważyłam, że mnie ten wyjazd bardziej stresuje niż cieszy. To w końcu ma być wypoczynek i relaks. Pozdrawiam.
    4 punkty
  14. Takie wątki to idealna pożywka dla @Mitek - wywody o wyższości Świat Wielkanocnych nad świetami Bożego Narodzenia, dużo pisaniny o niczym. Ale jest postęp😁- kiedyś na tego typu pytania proponował Pursuit 600, teraz tylko filozofuje. Ty, językowy pedant, czepiający sie innych za polszczyznę, możesz przetłumaczyć na polski co napisałeś? To która jest najlepsza??? Bo jak oglądam PS to prawie każdy wyczynowy narciarz jedzie na nartach innego producenta. Idac tym tokiem rozumowania, to najlepsze auta to te, którymi jeżdżą wyczynowi kierowcy - jakoś, na szczęście, nie widać na ulicach bolidów F1😁 Autor wątku jest 3 typem początkującego - pytającym i nie oczekującym wejścia na wyższy poziom
    4 punkty
  15. Czantoria wieczorową porą. Świetne warunki na królowej Beskidów. Po dwóch wejściach czuje niedosyt Parę foci
    4 punkty
  16. dodam od siebie. Co prawda to już archiwum, bo z przed 3 lat, ale pasuje do tematu. Słup graniczny ma mocno ponad 2 metry...
    3 punkty
  17. Tury tym razem nie, ale w bliskich planach jest kilkudniowe szkolenie na biegówkach .
    3 punkty
  18. Cześć Masz rację - wygłupiam się oczywiście... Choć z dwojga złego wolę stać w kolejkach i mieć pusty stok niż "nadprzepustowy" wyciąg i stok po, którym nie da się jeździć. Pozdrowienia
    3 punkty
  19. Nikogo nie zniechęcam do wyjazdu do Szwajcarii, ale i nie namawiam. Niech każdy sam zdecyduje, nic na siłę.
    3 punkty
  20. No tak, już cały Ischgl by mi wystarczył. Ta część szwajcarska to przecież "ubogi" krewny. Zjazdy z Greitspitze (na południe i wschód) złe nie są ale... kudy im do tych na północ. Czy pod E4. Czy z E5. Ale wróciliśmy strasznie zadowoleni, już myślałem, że w tym sezonie będę skazany tylko na Sudety... Może jeszcze, znów w tak kameralnym składzie, uda się coś zrobić... pozdro Wiesiek
    3 punkty
  21. Pakuje się na wyjazd sezonu! W piątek lecę samolotem na narty do... Turcji! Odwiedzę jeden z największych i najpopularniejszych ośrodków narciarskich w Turcji, wybudowany na zboczach wulkanu - Erciyes Ski Resort. Przy okazji polecę balonem w Kapadocji oraz zwiedzę miasto Kayseri. Relacja z wyjazdu będzie na moim profilu na Instagramie: https://www.instagram.com/skionline.pl/
    2 punkty
  22. Sklepy sklepami, ale gdzie łatwiej się zarazić w kościele czy na nartach? Odpowiedź jest prosta, bo pomijamy tutaj msze polowe. I co? I nic bo Jarek do kościoła chodzi, a na nartach nie jeździ!
    2 punkty
  23. Ósmego sierpnia. Budzę się. Jednak mimo wygodnego, lotniczego siedzenia trudno się w autobusie wyspać. W pewnym momencie widzę przez okno zbliżającą się do szosy karawanę wielbłądów, oświetloną reflektorami samochodu. Trącam śpiącą Ryśkę. Budzi się - ale karawana została daleko w tyle. Przed nami pojawiają się góry o dziwnych kształtach. Góra w kształcie ekierki. Góra w kształcie walca, stojącego na kołowej podstawie, albo góra płaska, jak stół. Miga tablica z napisem –Persepolis, ileś tam kilometrów. Dziwne są koleje ludzkości. Dwa i pół tysiąca lat temu kwitła tu potężna cywilizacja. Budowano takie wspaniałe rzeczy, jak Persepolis. A u nas, w naszej części Europy, nasz przodek żył prawie w epoce kamienia łupanego. Teraz prawie się to odwróciło. Chłop perski, czy egipski niezbyt daleko odbiegł od tej epoki. Jedziemy śródgórskimi dolinami. Ślady zieleni wskazują, że tam jest woda. Od chwili wyjechania z Teheranu, nasza droga wiedzie prawie równolegle do gór Zagros. Niewiele niższych od Alp. Ostatnio było tu już parę wyjazdów z naszego kraju, w poszukiwaniu odkryć. Zagros ciągnie się od północnego zachodu na południe Iranu, w kierunku zatoki perskiej, albo arabskiej. Równolegle do granicy z Irakiem. Sąsiedzi tej zatoki nazywają ją po swojemu. Sziraz ma jeszcze do niej, około dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Isfahan, ze swym wysokim położeniem, leżał już w Zagrosie. Za oknami mignie czasem jakaś wieś. Przesuną się gliniane chaty przylepione do stoku, obok drogi. Sziraz jest chyba już blisko. Miasto pojawia się dość nagle. Między dwoma niewysokimi górkami widać w dole gliniane dachy. Dachów tych jest już dużo. A więc to może być tylko Sziraz. Na szczycie lewej góry widać niewielką budowlę. To chyba świątynia ognia. Symbolu Boga Światłości i Dobra -Ahura Mazdy. Grecy nazwali go Zoroastrem. Potomkowie wyznawców Zoroastra żyją jeszcze w Indiach pod nazwą Parsów, gdzie wywędrowali po najeździe arabskim na Persję. Przed wyjazdem do Iranu przygotowałem się „kulturalnie”. Resztę dopełniły prospekty. Stąd domyślam się, że to ich świątynia. Do Szirazu wjeżdżamy przez bramę ozdobiona, jakby inaczej, majoliką. Autobus przejeżdża nad wyschniętym łożyskiem Rudkhan-e-Khosk. Jeszcze kilka minut jazdy i zatrzymujemy się na niewielkim placyku, obok wspomnianej rzeki, wybrukowanym kocimi łbami. Na pierwszy rzut oka widać, że na tym dworcu, w zgodnej symbiozie żyje kilka linii autobusowych. Wysiadamy i od razu stajemy się obiektem zainteresowania taksówkarzy. Są wyjątkowo nachalni. Ale my, w ciągu trzytygodniowego pobytu w Iranie, też zdobyliśmy pewne doświadczenie. Idziemy więc do miasta na poszukiwanie INTO. Po drodze mija nas taksówka z roześmianym towarzyszem podróży Jacka. Siedzieli obok siebie w autobusie. Być może odczuwa satysfakcję, że biali(on też jest biały)Europejczycy muszą teraz chodzić na piechotę. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu biały tu, to był pan. Nam to jest zupełnie obojętne. Najwyżej pomyślą sobie, że Europa, albo matka Anglia robią bokami. Dla nas liczy się teraz Sziraz. Miasto perskiej poezji. Tu żyli, i tworzyli Saadi, i Hafiz. Miasto wina i kwiatów - jak jest reklamowane. Podobno jego historia zaczęła się w czasie, gdy powstawało Persepolis. Odległe stąd o kilkadziesiąt kilometrów. A może jeszcze wcześniej. Świadczyć ma o tym fakt, że w Persepolis znaleziono napis, w którym wspomniano o mieście „Szi Razi isz” i o robotnikach pochodzących z tego miasta. Właściwy rozwój miasta zaczął się dopiero w erze islamu. Ściślej w dziewiątym wieku. W dziesiątym wieku Sziraz był stolicą dynastii Dejlamitów. W dwunastym, trzynastym i czternastym stuleciu miasto zaliczało się do największych pod względem wielkości miast islamu. Następne wieki nie były dla miasta łaskawe. Miasto zostało zburzone i dopiero za panowania szacha Abbasa Wielkiego - początek siedemnastego wieku, zostało odbudowane. Karim Khan Zand, panujący w osiemnastym wieku, wybrał Sziraz na swoja stolicę. W tym okresie wybudowano bazar, wiele meczetów, ulic i pałaców. A jak odbywała się budowa, to możemy się dowiedzieć, czytając Mohammada Sadegh Szirazi, autora historii „Giti Ghoszaj Zand”. Pisał on: „Przy wznoszeniu budynków było zatrudnionych dwanaście tysięcy robotników, którym pracę umilali muzykanci”. Nic tylko budować! Gdy skończyła się epoka dynastii Zand, Sziraz został ponownie zburzony. A dziś ? „ Jest miastem trzystutysięcznym zabudowanym, jak wszystkie miasta irańskie, parterowymi i piętrowymi budynkami z gliny, które zamieszkują gościnni ludzie. Jest to miasto, gdzie można dostać dobre wino. A w okresie Now Ruz - Nowego Roku(21 marzec) miasto tonie w kwiatach. W powietrzu unosi się zapach kwitnących pomarańcz, wypełniających ulice”. Tyle dowiedzieliśmy się z prospektu. Na razie maszerujemy ulicą Kari Khan-e-Zand w kierunku INTO. Na wąskim pasku zieleni, oddzielającym jezdnie, rosną małe palmy. Drugi raz w Iranie spotykamy ten symbol subtropików. No cóż! Niezbyt przyjemny klimat mają Irańczycy. W lecie upały, a w zimie mróz. Rysię zostawiamy na ławce do pilnowania plecaków, a sami idziemy do INTO. Za wcześnie. Otwarte od ósmej. Obok biura niewielka budowla. Styl pracy robotników jest dziwnie znajomy. Wracamy do mojej żony. Obok ławki, na której siedzimy we trójkę, zaczyna rozkładać swój towar, na ruchomym wózku, sprzedawca papierosów, gumy do żucia i całego majdanu drobnych rzeczy. Znowu nasuwa mi się porównanie z naszymi kioskami, tylko bez gazet. W INTO dostajemy informacje, gdzie jest camping. Jedziemy taksówką w jego kierunku. Czterdzieści rialsów kosztuje nas ta przyjemność. Ale za to camping jest „very cheap” - bardzo tani - jak oświadcza nam recepcjonista. Siedzący w niewielkiej klimatyzowanej budce obok wejścia. To „very cheap” jest podkreślone zbliżeniem dłoni. Camping jest rzeczywiście very, very. Tylko mała niespodzianka. Śliczna trawa, której Anglicy by się nie powstydzili, jest nie do rozkładania namiotów, ale do podziwiania. Namiot rozbijamy na nieco zakurzonym i kamienistym terenie z tyłu campingu. Na pociechę nie tylko my. Poznajemy naszych miłych Francuzów z Isfahanu. Nieco dalej stoją jeszcze inne namioty. Można, oczywiście, nie spać we własnym namiocie. Do dyspozycji są duże campingowe namioty. Cena umiarkowana pięćdziesiąt rialsów. Od osoby. My płacimy tylko połowę. Czym bliżej końca, tym przyjemniejsze stają się dni naszego pobytu w Iranie. Leżymy obok basenu pod młodymi narwanami. Słońce w zenicie. W dali wypalone góry Zagrosu. Kwitnące oleandry i basen. Czegóż można chcieć więcej? Po południu jedziemy taksówką do miasta. Przed nami prześliczna kopuła meczetu, a właściwie grobu Sajeda Ahmada zwanego także Szachem Czeraghem. Brata Rezy ósmego Imama szyitów. Zwiedzamy? Kobiety - no! Starszy człowiek daje nam do zrozumienia, że Rysi nie puści! Może wejść, jak założy czador. I pokazuje dużą czarną płachtę. Rysia rezygnuje. W bramie tłum, na dziedzińcu jeszcze większy. Na ziemi siedzą grupy ludzi, przeważnie kobiety z dziećmi. Meczet jest dla irańskich szyitów miejscem pielgrzymek. Zdejmujemy buty i oddajemy na przechowanie do małej budy, w której pracuje cała rodzina właściciela tego biznesu. Dalszy ciąg naszego zwiedzania jest trudny do opisania. Nie wiadomo co opisywać - wnętrze mauzoleum, czy fanatyzm religijny. Nie mogę znaleźć innego, właściwego słowa, które opisywałoby to co widzę. Słowo fanatyzm użyłem tu tylko w celu podkreślenia atmosfery. Nie zaś w sensie ujemnym! Nie chciałbym nikogo obrażać. Szanuję każdą religię! O nas, katolikach, też tak można byłoby napisać. Zacznę od wnętrza, które absolutnie całe jest wyłożone kawałeczkami lustra mocowanymi przy pomocy srebra. Wnętrze jest jednym lustrem, tylko, że nie płaskim, ale takim pogiętym. Pogięcie - jakie wynika z ukształtowania ścian , sufitów, filarów. W środku duża, srebrna klatka. Grobowiec Imama. Drzwi do niej zamknięte na dużą srebrną kłódę. Dziesiątki ludzi tłoczą się dookoła klatki. Dziesiątki ust całują srebrną kłódkę. Trudna do określenia atmosfera. Jedni płaczą, inni jakby się śmiali. Na podłodze koczują kobiety w czarnych czadorach z dziećmi. Obok mały remont. Robotnicy spawają i śmieją się głośno. Ostrożnie, nie pozwalając sobie na najlżejszy gest lekceważenia, czy choćby uśmiech, zwiedzamy mauzoleum. Niektóre spojrzenia dają nam do zrozumienia, że nie jesteśmy tu mile widzianymi gośćmi. Odnoszę wrażenie, że łatwo mogłaby powstać sytuacja, która mogła by się źle dla nas skończyć. Wracamy do Rysi. Żona zdecydowała się na włożenie czadoru. Teraz we trójkę idziemy do wnętrza. Zwiedzamy jeszcze raz. Obok znajduje się małe muzeum. Za trzydzieści rialsów. Wchodzimy do środka. Dwa mikroskopijne pokoiki. Jakieś nieznane zbroje. Przedmioty z mosiądzu, których wieku i przeznaczenia nie mogę się domyślić. Wychodząc z meczetu oddajemy czador. Ku naszemu zdziwieniu, wypożyczający nie chce jednego tomana. Dlaczego? Otóż, gdyśmy wchodzili do meczetu, to przeczytałem wiszący nad bramą napis: „Honorowe panie proszone są o włożenie czadoru”. Rysia była honorowa i stąd zaoszczędziliśmy dziesięć rialsów. Choć odniosłem wrażenie, że czadory wypożyczano nie tylko ze względu na świętość miejsca. Bardziej ze względów bardziej prozaicznych. Petunia… Kolejnym punktem naszego dzisiejszego zwiedzania jest meczet Nowy. Budowa jego rozpoczęła się w roku tysiąc sto osiemdziesiątym piątym i trwała siedemnaście lat. Budowniczym był podobno, opiewany przez Saadiego - Sad Zangi. Nazwa jego wzięła się stąd, że był często restaurowany, a poza tym został wybudowany później, niż Meczet Piątkowy. Dziedziniec meczetu ma powierzchnie prawie dwadzieścia tysięcy metrów kwadratowych, to jest dwa hektary. Spacerujemy po nim. Cisza i spokój. Gwar rozpalonego popołudnia został za nami. Potężne stare platany dają miły cień. Meczet jest zniszczony. W cieniu siedzą, lub spacerują z zeszytami młodzi ludzie, ale tylko chłopcy. Rysia z zawodowego przyzwyczajenia bierze jeden zeszyt. Chemia. Znane wzory. Z jednej strony po arabsku(litery), z drugiej - po angielsku. Meczet jest znakomitym miejscem do nauki. Meczet Vakil to nasz kolejny cel. Na środku ma prostokątny basenik. Sala kolumnowa z czterdziesto ośmioma pięknymi kolumnami. Śliczne kwiatowe wzory na krużgankach. Meczet jest stosunkowo nowy. Pochodzi z czasów Karima Khane Zanda. Wszystkie budowle z tego okresu są bardzo mocne. Dowodem tego jest fakt, że wytrzymał dwa silne trzęsienia ziemi, jakie zdarzyły się od momentu jego powstania. Trwoniąc dewizy, wracamy taksówką na camping. Innego wyjścia nie mamy. Nie jest wprawdzie daleko, ale przy tych temperaturach to nawet kilkuset metrowy spacer jest wystarczająco wyczerpujący. Basen, kolacja i śpimy. W nocy gryzą komary i gniotą kamyczki pod podłogą namiotu. Skąd biorą się te bestie w tym wypalonym na wiór kraju. Trudno zgadnąć. Zdjęcia: 1. Camping w Szirazie. 2. W cieniu narwana i nad basenem. 3. Kopuła mauzoleum Sajeda Ahmada. 4. Pod platanami meczetu Nowego. 5. Piękne kolumny meczetu Vakil
    2 punkty
  24. Klimaty miód - lubię oceniać czasem (na własny użytek) Twoje zdjęcia- a to czy nie "spaprałeś" kadru czy może jakieś "przepalenia" albo "zawirowania" w perspektywie a może chociaż jakieś artefakty po obróbce (oczywiście wiem ze to album ale bycie zawodowcem zobowiązuje 😉) ..kombinuje co ja bym zrobił gdybym trafił do takiego narciarskiego nieba.🙂 Zawsze z przyjemnością oglądam Twoje foty ..
    2 punkty
  25. Była tutaj już o tym mowa - inwestycja tylko w małej części narciarska, raczej powiedziałbym, że jest tam narciarski akcent - ale w KRK plany powstania Całorocznego Centrum Sportów Zimowym nabierają powoli kształtu. Dwa sztuczne lodowiska, w tym jedno do curlingu; 700-metrowa oświetlona trasa (duże słowo) do biegów narciarskich plus - tu ten akcent narciarski - igielitowa górka dla początkujących narciarzy. Mają tam też być jakieś baseny, boiska itd. IMHO - nazwa dość szumna, funkcje, które są zapowiadane, ale generalnie myślę, że na pewno się w Krakowie taki obiekt przyda. Więcej info tutaj: https://sport.lovekrakow.pl/aktualnosci/zdjecie/52990#photo Tu wizualizacje:
    2 punkty
  26. Moja prognoza (tylko dla zainteresowanych): wyciągi zostaną otwarte w marcu, jak już śnieg stopnieje! W tle właśnie wątek narciarski, w tym otwartych stoków w Wiśle: Pandemia!? Interes był znakomity, ale – przynajmniej w Polsce – powoli się kończy. Jak to bywało w korpo?! Orczyk grzecznie czeka na otwarcie Nie mam zasadniczo zwyczaju ujawniać tajemnic z pracy zawodowej, nawet jeśli pewne zdarzenia miały miejsce dawno temu, w każdym razie na pewno nie z nazwiskami i lokalizacją. Niemniej czasem w jakimś tekście opiszę sytuację, którą moi byli współpracownicy w lot złapią, gdzie miała miejsce. Tym razem też posłużę się podobną techniką. Więcej (też tylko dla zainteresowanych, jak kogoś nie interesuje, nie czyta, ostrzegam: tekst jest długi, publicystyczny, wielowątkowy i oparty na bazie porównań/stereoptypów): Blog o ekonomii, sporcie, fantastyce i obyczajach: Pandemia!? Interes był znakomity, ale – przynajmniej w Polsce – powoli się kończy. Jak to bywało w korpo?! (ekonomiaplussport.blogspot.com)
    2 punkty
  27. Wiesiu, w St Anton byl by raj caly dzien, przy tak malej frekwencji
    2 punkty
  28. Pożegnanie z Saharą Dzisiaj udało mi się zjechać Saharą być może już ostatni raz. Stok zarasta coraz bardziej, optymalna linia zjazdu z Sahara pod gondolę na mapy.cz , dolna część na nogach bo śniegu tylko 5 cm.
    2 punkty
  29. Bo jest źle zorganizowana kolejka.... na Skolnitach ładnie wydzielone, że smigasz gęsiego A długość nart niejako samoczynnie wymusza dystans... na osadzie niestety brak tej organizacji co nie zmienia faktu, że przebywanie tam jest wiele bezpieczniejsze jak w galeriach handlowych...
    2 punkty
  30. Po Rymarzu czas na Wielką Sowę. Sentymentalna podróż. Au rebours.
    2 punkty
  31. Straszna banda....... ja mam w pilocie od TV niektóre przyciski zaklejone na stale żeby nawet przypadkowo nie włączyć - zalecenie kardiologa.
    2 punkty
  32. 2 punkty
  33. Poniedziałkowe szkolenie na Szklanej Górze w Harbutowicach. Start przed 10-tą, mało ludzi, co 3-4 krzesło zajęte i to przez 1 lub 2 osoby. Od 11 więcej chętnych na szkolenie, ale wszystko w reżimie sanitarnym. Warunki - będę nieobiektywny bo 1 raz w tym roku - MEGA :). Góra bardzo spoko, twarda z sypką górną warstwą. Część pod wyciągiem wyślizgana, trzeba było uważać by się nie obrócić Końcówka tuż przed wyciągiem - bryły lodowe i wyrwy po ratrakowaniu. Ale kto by narzekał - ważne, że sypią. Untitled.mp4 Untitled.mp4
    2 punkty
  34. @Capricorn ma rację. Cisza spokój w Swiss. W gondoli zawsze jadę sam z ojcem. Na krześle przeważnie też, czasami nieśmiało ktoś się dosiadł ale max. 3 os na 6 os krześle. W gondoli raz grupka młodych chciała wejść bez masek - kolej stop, gościu z obsługi dosłownie wywalił za fraki przez bramki, jedziemy dalej. Jest bosko!
    2 punkty
  35. @Narciarz ze Śląska 100 % racji. Dodam tylko, że nie prezes ma co oglądać czy coś tam innego robić, a prezesi, ponieważ tak jest prawie wszędzie. Krótko pisząc i cytując już klasyka: "mają rozmach ... " I spójrzcie ludzie nawet @fredek321 przytakuje ... Cud ? Nie po prostu nie znalazł "modelowania tyczącego ryzyka zakażenia podczas uprawiania narciarstwa zjazdowego.", a co za tym idzie inne modelowania szlag trafia, a na pewno te dotyczące ryzyka zakażenia podczas wizyt w biedrach, lidlach i galeryjach ... Dlatego trzeba przejeżdżać i zaglądać tam gdzie otwarte i w miarę możliwości rodaków wspierać w tym trudnym czasie dla nich. I dlatego też zamiast wymarzonego i niewątpliwie bardzo ciekawego wypadu w Alpy wybrałem w tym roku kilka przejazdów choćby tylko do Bałtowa czy Chrzanowa.
    1 punkt
  36. Łatwiej za długie narty skrócić, niż za krótkie wydłużyć 😁
    1 punkt
  37. Kiczera ski (Puławy) od weekendu otwarte dla każdego (wypożyczalnia działa i gastro na wynos).
    1 punkt
  38. Na Twoim miejscu nie bałbym się brać dłuższych nart. Tak naprawdę 171cm to żadna jakaś tam duża długość jak na narty. Pozdrawiam
    1 punkt
  39. Badań nie robiłem, ale sądzę, że znacznie mniej rowerzystów jeździ na rowerach na których poruszają się zawodowe grupy kolarskie czyli m.in. na TdF niż na składakach.
    1 punkt
  40. Mimo, że to niby okres feryjny to było bezludnie. Na niektórych wyciągach (np na Greitspitze) zajęte co 3-4 krzesło i to przez jedną, dwie osoby. Ale było też, że na wyciągu M1 jeździliśmy w 2-3 osoby.
    1 punkt
  41. Miod malina ta fabryka zegarkow
    1 punkt
  42. Przyjęłam do wiadomości, że "dokładnie" rani Twoją wrażliwość, ale nie wiem, jak Ci pomóc @Bumer . Naprawdę A swoją drogą - gość przejechał w ubiegłym roku ultramaraton kolarski na Wigrach 3. Da się ścigać na składaku? Da się! Pozdrawiam, tanova ze wsi, bez licencjatu
    1 punkt
  43. Narty to póki co jeszcze niekoniecznie, ale składane rowery bardzo często się transportuje - takie nowoczesne składaki widuje się jako rowery miejskie w dużych aglomeracjach. Ludzie dojeżdżają spoza miasta komunikacją publiczną, albo własnym autem, które zostawiają gdzieś na P+R, a już po mieście przemieszczają się na dwóch kółkach. Bardzo praktyczne rozwiązanie. Często widziałam też je "zaparkowane" na jachtach, gdy ludzie pływali sobie turystycznie od portu do portu i na miejscu robili sobie wycieczki rowerowe. Nie każdy, kto jeździ na rowerze musi startować w Tour de France. PS. Jesteś w błędzie jeśli chodzi o wyraz "dokładnie". Zanim kogoś skrytykujesz, najpierw sprawdź, choćby w miarodajnym Wielkim Słowniku Języka Polskiego PAN. Pozdrawiam.
    1 punkt
  44. Biegówka łyżwą nadaje się przede wszystkim na przygotowane ratrakiem trasy, czyli np. Jakuszyce. Generalnie jest to szybsza i bardziej sportowa technika. Żeby to było sensowne, to musi być ubity równo śnieg. Styk klasyczny jest bardziej uniwersalny, można biegać na jakiejś równej drodze leśnej i wystarczy 10cm śniegu. Właśnie w weekend biegaliśmy na wale przy rzece we Wrocławiu, gdzie spadło jakieś 8-10cm śniegu. Oczywiście najlepiej biega się w ubitych torach. Buty i narty w obu stylach są różne i to jest problem, bo trzeba rzeczywiście na coś się zdecydować. Jak moja żona wchodziła w biegówki, to poszliśmy do instruktora, uczył nas wspólnie i w ten sposób skutecznie łyknęliśmy technikę klasyczną. Samemu nie jest to takie proste, oczywiście chodzi mi o taką właściwą technikę a nie jakieś tam odpychanie.
    1 punkt
  45. wolałbym, żeby nie, dzięki obostrzeniom jest przynajmniej luz na stokach
    1 punkt
  46. Ostatnie dodatki: 1. Szczelina brzeżna, pod ścianą Alam Kuh. 2. Podest był bardzo blisko szczeliny, jakieś trzysta metrów. Północna, prawie siedemset metrowa, ściana Alam Kuh sterczała imponująco nad nami. 3. Widok ze stoku południowego Tacht-e-Solejman na południe. 4. Pod tym stokiem dolina i lodowiec Tacht-e-Czal. Nie wiem, jaki teren, przedstawiają dwa kolejne zdjęcia. Zresztą były na dalszym planie. Fotografowałem to, co mi się podobało. Kolor skał, chmury itp. Oddają one charakter tych gór. Teraz już będą zdjęcia na bierząco.
    1 punkt
  47. Dwudziestego dziewiątego lipca. Plan na dzisiaj przewiduje przejście grani do szczytu Siah Kaman(4480 m). Na razie to wyłażę z namiotu i jak co rano, zabieram bańki i worek, kierując się w stronę wanty. Zabieram też ręcznik i mydło, w nadziei, że zmyję z siebie wczorajszy Dermosan. Po przyjściu na miejsce odchodzi mi do tego ochota. Woda jest lodowata. Przy nalewaniu wody do worka marzną mi ręce. Słońce grzeje jeszcze słabo, a po lodowcu dmucha zimny wiatr. Moje mycie ogranicza się tylko do umycia rąk. Ładuję wszystko do plecaka i wracam do namiotu. Północna ściana Alam Kuh jeszcze śpi. Kamienny koncert zacznie się później, gdy ją trochę ogrzeje słońce. Przed samym naszym wyjściem w stronę grani, chwytam za bańkę, sądząc że to wczorajsza herbata. Banki plastykowe, pięciolitrowe, jakie posiadamy, wszystkie są jednakowe, w kolorze zielonym. Tfu - spluwam z obrzydzeniem - to etylina. Na najbliższe pół dnia mam już zepsuty humor. Ktoś ją przestawił w inne miejsce - stąd pomyłka. Na tej wysokości nie tylko ruchy uległy zwolnieniu, ale także zmniejszyła się spostrzegawczość, uwaga i refleks. Nie dość, że brakuje mi powietrza, to jeszcze będzie mi się odbijać benzyną. Idziemy przez lodowiec w stronę przełęczy pod szczytem Siah Sang(4603 m). Przeskakujemy malutkie szczelinki, wypłukane przez wodę. Przyjemny spacer. Od strony północnej ściany Alam Kuh zaczynają się pierwsze pomruki. Na własne oczy oglądamy malutki fragment filmu, z historii rozsypywania się skalistych gór. I to filmu udźwiękowionego. Ściana ożyła. Rytmiczne ruchy nóg, połączone z rytmicznym wbijaniem czekana w śnieg i jesteśmy na grani. Po drugiej jej stronie, mamy górne piętro doliny Chorramdaszt, w której płynie Sardab. Na nami sterczą turnie i turniczki szczytu Siah Sang. Który niejako kończy z tej strony północną ścianę Alam Kuh. W głębi, w stronę morza, widać z góry, niekończące się łańcuchy Elbursu. Morze jednak jest ukryte, pod jednostajną, szarą warstwą chmur. Zjadamy po kostce cukru i idziemy dalej. Skała jest bardziej ciemna, niż ta już widziana na grani Mian Sehczal. Janusz zamierza obejść niewielka kupkę kamieni, sterczącą na grani. Poczekaj - to jest „szczyt” - tylko bez nazwy. No, to musimy wejść - kolekcjonujemy czterotysięczniki. Nieco w dół - więcej w górę i jesteśmy na następnym „szczycie”, który powinien się nazywać Czalun. Pod nami mała dolinka Naft-e-Czal. Góra dolinki to ponury, ciemny kocioł, zasłany piargiem, na którym leżą gdzie, niegdzie płaty brudnego śniegu. Który z występów grani jest wreszcie tym właściwym szczytem Czalun(4580 m)? Uznajemy, że środkowy, bo nie jest mniejszy od innych, a poza tym, jest nam najbliższy. Od chwili wyjścia bez przerwy odbija mi się benzyną. Usiłuję, co chwila, wypluć ten wstrętny zapach. Zajęcie może niezbyt estetyczne, ale dyskusje o estetyce, w tych warunkach, są równie bzdurne, jak dyskusje w ciepłym mieszkaniu, co ja bym zrobił w wysokich górach. Kolejne wahnięcie w dół, i w górę, i siedzimy na celu naszej dzisiejszej wędrówki - szczycie Siah Kaman(4580 m). Jest godzina trzecia. Na Alam Kuh wisi potężna, szara chmura. Za to na dole jest dzisiaj pogoda. Niewielkie obłoczki - jak kłębki waty - tkwią na różnych wysokościach nad dolinami Sarczal, Sardab i innymi pomniejszymi dolinkami. Wytężywszy wzrok, można nawet dostrzec mikroskopijne pudełeczka domów we wsi Rudbarak. Wzrok znów wędruje w stronę Alam Kuh, Tacht-e-Sulejman. Ślicznie stąd wygląda otoczenie lodowca Sarczal, który płynie w dół doliny. Przykładowa lekcja geografii. Te bezwładne - wydawałoby się - usypiska kamieni na lodowcu tworzą - patrząc na to z góry - logiczną całość. Powstała rzeka lodu i wijąca się razem z nią rzeka kamieni, którą niesie na swoim grzbiecie lodowiec. Nazywa się, podobno, taka żyła w lodowcu, moreną środkową. Jacek, albo Janusz - już nie pamiętam. Znajduje puszkę szczytową. Szukamy w masie wyblakłych papierków polskich nazwisk. Było tu już na pewno kilka osób. Prawie sami Irańczycy, Włosi, Amerykanie i jest Polak - A. Tokarski. Z wyprawy w 1969 roku. Możemy i my być, tylko nie mamy czym pisać. Wyszukuję odpowiedni kamyczek i znaną metodą, przy pomocy scyzoryka, wydrapuję Janusz i Jacek T., Eugeniusz B. - Poland, Cracow. Po tej operacji kamyczek wędruje do puszki. W międzyczasie opróżniamy, wspomniany uprzednio, pomarańczowy woreczek. Jest w nim - cukier w kostkach, ciastka i orzechy włoskie. Najlepiej smakują mi orzechy. W stosunku do etyliny, herbata jest dzisiaj prawie eliksirem. Zimna i gorzka, z fusami. Choć z tym eliksirem to nieco przesadziłem. Ponieważ w tych górach nie dręczy nas pragnienie. W Teheranie była nim lodowata coca-cola. Niestety tylko na krótko. Na dłuższą metę herbata była jednak niezastąpiona. Jak już jesteśmy przy herbacie - to dopiero w Iranie zrozumiałem, jak można pić herbatę z cukrem i jednocześnie solą. A także z masłem - i to zjełczałym. Gdy potrzeba energii, traci się siły, wodę i sól z potem, ma się w klimacie, w jakim się przebywa, tylko ochotę pić i nic więcej. Jedynie pić. To czy herbata z masełkiem i ze solą - to taki głupi wynalazek? Jeszcze na zakończenie seria zdjęć i idziemy z powrotem, tą samą drogą, na przełęcz pod Siah Sang. Z przełęczy schodzimy w dół na lodowiec. Co chwilę z pod nóg zsuwają się małe lawinki kamienne, obijają się o skałki, kończąc swój żywot na dużym piarżysku pod skałami. Przyjemnie i szybko, prawie bez wysiłku, tak się sadzi w dół, dużymi krokami, po drobnym piargu. Nogę stawia się z pięty. But zagłębia się w kamykach. Dobre ćwiczenie dla zmysłu równowagi i mięśni nóg. Tylko skóra buta wyraźnie na tym cierpi, szlifowana przez kamyczki. Posiedzimy trochę na kamieniach. Dziewczyny gotowe nam nie uwierzyć, że przeszliśmy całą grań. Nie ma słońca i lodowiec wygląda, po prostu, jak brudny śnieg. Któryś z nas podrywa resztę pytaniem - idziemy? Ładna szczelina lodowcowa, której dnem płynie woda. Przy odpowiednim sfotografowaniu, może z tego wyjdzie zdjęcie, które będzie można zatytułować - „Przed nami otwiera się głębia, z której dochodzi głuchy pomruk…”. Niestety do ekwilibrystyki fotograficznej brak słońca. Wieczorem, przy kolacji odbywa się dyskusja. Ryśka i Elżbieta chcą schodzić na dół. Czują się nadal źle. Mają już dosyć tych gór. Ustalamy zadanie minimum. Jutro pójdę z Januszem drogą Steinauera na Alam Kuh, a potem granią na Siah Sang przez Szachak. Z Siah Sang schodzi się na przełęcz, na której już dzisiaj byliśmy. Pojutrze ewentualnie grań Haft Chana. Która jest po drugiej stronie doliny Tacht-e-Czal. Jacek z dziewczynami zejdzie pojutrze do schronu Sarczal. Po przejściu grani Haft Chana dołączymy do nich wieczorem. Jackowi nie bardzo taki plan odpowiada. Chciałby jeszcze gdzieś wyjść. Ale trudno! To jest najlepsze rozwiązanie. Przychodzi potem jeden z Irańczyków i przynosi nam kilka puszek. To rewanż, za to co nam zjedli, z naszego bębna zostawionego w schronie Sarczal. Nie - dziękujemy. Ale mamy prośbę - czy nie mogą nam dać cebuli? Wczoraj wydłubaliśmy z pod desek, pozostałych po schronie, kilka ząbków czosnku. Ząbki zostały pokrojone w cieniutkie plasterki. Smakował nam znakomicie. To był nasz błąd, że nie wzięliśmy cebuli i czosnku w góry. Wszystkie wyprawy to robią. To przez ten pośpiech, aby jak najszybciej się tu znaleźć. Przynosi nam kilka główek, wyjątkowo dużego czosnku. Oni mają, może nie lepsze, ale za to bogatsze od nas w jarzyny, pożywienie. Mulnicy mogą im dostarczać częściej pożywienie. Nie mają takich problemów, jak my, z pieniążkami. Dzisiaj na deser jest chałwa. Apetyty są ciągle niezbyt dobre, ale się nieco poprawiły. Zamierzamy iść spać, gdy nagle zostajemy zaproszeni do małej budki, zrobionej z resztek schronu i stojącej na podeście. Budka służy naszym sąsiadom jako magazyn i dom mieszkalny. Nie wszystkim, bo część śpi w namiotach. Na podłodze leżą płyty styropianowe, na których pod ścianami siedzi z piętnaście zarośniętych postaci. Robią miejsce dla naszej piątki. Ktoś podsuwa nam śpiwory dla owinięcia nóg. W ten sposób, bez wbijanych nam w głowę frazesów o „wieczystej przyjaźni”, od początków naszego istnienia w ludowej ojczyźnie - nawiązuje się prawdziwa przyjaźń. Zaczynają gospodarze pieśnią o górach. Jak nam tłumaczy jeden z nich po angielsku. O czym, zresztą, śpiewać w takiej sytuacji - myślę. Rewanżujemy się - morze, nasze morze… Najlepiej to wszyscy znamy i co mamy robić - dysponujemy tylko pięcioma gardłami przeciwko piętnastu. Następnie znowu oni, potem my. I wieczór trwa. Pojawiają się ciastka, herbata. My rewanżujemy się chałwą - egipską. Prosimy, aby nam zaśpiewali swój hymn narodowy. W odpowiedzi, w górskiej ciszy, rozlega się -„Jeszcze Polska nie zginęła…”. Wśród nich jest kilku Kurdów. A tak, w ogóle, to są studentami z Uniwersytetu w Teheranie. Jeden Kurdów znakomicie parodiuje kolegów. Niestety, język polski nie jest taki łatwy, a powiedzenie - „ w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” - okazało się zupełnie zabójcze dla miłego parodysty. Nie tylko śpiew, ale i tańce tworzą część artystyczną tego wieczoru. Oglądamy tańce kurdyjskie. My też nie pozostajemy dłużni. Nasz doktor matematyki - Janusz zbiera zasłużone brawa za zbójnickiego, tańczonego w rytm melodii - „ W murowanej piwnicy…”. Lubię bardzo taki nastrój. Pamiętam wspaniałe wieczory, z przed kilku laty, ze schroniska w Roztoce. Obok schroniska była baza studencka i co wieczór była gitara i śliczna piosenka Eurydyko, Eurydyko,… Dzisiaj jestem tysiące kilometrów od Roztoki. Wśród nieznanych mi zupełnie ludzi i czuję się podobnie. Eh góry, optymizmie młodości, twórcy tych cudownych nastrojów! Takie chwile się pamięta do końca życia. Tylko ludzie, ich imiona znikną w mrokach zapomnienia. Pozostanie tylko po nich kartka papieru, na której, w świetle naftowej lampy napisano - alfabetem arabskim i po angielsku: Shahrokh, Afsin, Mamiol, Ali, Changise, Afshar, Modjtaba, Khalil, Nematallah, Mashem, B.D., Kamran, Tarbiat - Teheran University Mountaineers. Idą wszyscy jutro na Alam Kuh. Pięciu z nich idzie drogą Steinauera. Wyjdą półtorej godziny po nas, aby nam nie przeszkadzali. Pora życzyć dobrej nocy naszym gospodarzom. Nad granią Siah Sang podnosi się w górę tarcza księżyca, zalewając lodowiec łagodnym światłem. Ogarnia mnie melancholia i żal za tym, co przemija. Jeszcze kilka dni i pożegnamy wspaniałą górę Alam Kuh. I chyba nigdy tu już nie powrócę. Życie jest takie krótkie, a tyle gór na świecie chciałoby się zobaczyć… Zdjęcia: 1. Wśrodku szczyt Siah Sang - 4603 m. W prawo od niego grań biegła w stronę Alam Kuh. Tą granią, o długości około dwóch kilometrów, zamierzaliśmy w dniu następnym wracać z Alam Kuh. Potem, z tego szczytu, zejść na przełęcz. I przez lodowiec wrócić do namiotów. Przełęczą jest najniższe obniżenie w grani, w lewo od skał Siah Sang. Dzisiaj jednak kierowaliśmy się tą granią w lewo(następne zdjęcie). 2. Grań w stronę szczytu Czalun -4580 m, przedostatni wierzchołek. Dalej grań biegła w stronę Siah Kaman - 4480 m. Lodowiec, widoczny na pierwszym planie, zaczynał się na wysokości schronu Sarczal -3600 m. Szczelina brzeżna, pod Alam Kuh, była gdzieś na wysokości 4200 m. Spadał sześćset metrów w dół. Dolna jego część, zwana Sarczal, była bardziej stroma i całkowicie pokryta gruzem. Wyżej lodowiec wypłaszczał się i nosił nazwę Jachczal. 3. Siah Kaman - 4480 m. Szliśmy na niego, od Czalun,granią widoczną na prawo od szczytu. Na nim była puszka z danymi jego "zdobywców".
    1 punkt
  48. Ja wiem.... ale miałem na myśli nazwę wyciągu. Orczyk nazywa się Kaskada. Były takie dwa! Jeden już rozebrali (Hondraski) wzdłuż dolnego odcinka krzeseł. Wybudowany bodaj w 1976r stał i kurzył się jakiś czas zanim go włączono. Kaskadę postawiono chyba w 1984 lub 5 roku. Oba miały być alternatywą dla krzeseł na czas ich remontu (modernizacji). Hondrasia zdjęto wiosną tego roku a Kaskada jeszcze działa. Jak długo...? Ano zobaczymy. Co do cen to fakt. COS to niezła paranoja w stosunku do tego co oferuje. Ale jeżdżę tam bo lubię Doliny.. ;-) i FIS. A tak przy okazji... Ktoś pamięta co to takiego na poniższym zdjęciu...? Wyciąg to oczywiście nieśmiertelny Mostostal WN750 a postawiony był chyba w 1975r. może rok później.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...