Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
29.01.2021 - 29.01.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 29.01.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Nie, zdecydowanie nie. To jest aktualnie bardzo zły pomysł. Najpierw trzeba zebrać d. w troki i możliwie szybko zaszczepić populację, łącznie z młodzieżą, potem można otwierać normalnie szkoły. Jak w Izraelu.6 punktów
-
5 punktów
-
4 punkty
-
to skandal - nie można podjechać swoją furą pod hotel ?4 punkty
-
Dodajemy do listy Sport Dolinę w Bytomiu. Kurs :). Gastro na wynos.4 punkty
-
Nie wiem, na jakiej podstawie belgijska rada lekarska podjęła taką decyzję, bo jednak w krajach, które długo pozostawiły szkoły otwarte - np. Wielka Brytania, Niemcy - sytuacja epidemiologiczna jest zła, albo bardzo zła. Było to widoczne również w Polsce jesienią, gdy po otwarciu szkół dramatycznie wzrosła liczba zachorowań, natomiast pod koniec roku jednak zaczęła się poprawiać. Oczywiście to prawda, że koszty społeczne nauki online są bardzo wysokie - dla dzieci, dla rodziców i dla samych nauczycieli. Natomiast nie jest prawdą, że nauka stacjonarna w dobie pandemii przez te dwa jesienne miesiące funkcjonowała dobrze, tak jak w zwykłych warunkach. Przykład - liceum, do którego chodzi moja córka. Praktycznie cały czas któraś klasa była jesienią na kwarantannie - wtedy część lekcji odbywała się zdalnie, a część wcale. W innych klasach zwykle kilkoro uczniów indywidualnie było na kwarantannie - wtedy wcale nie uczestniczyli w lekcjach. Także nauczyciele, którzy byli zdrowi, ale siedzieli na kwarantannie, nie mogli pracować i lekcje wypadały. Teraz wszystkie lekcje odbywają się zdalnie i uważam, że są efektywne. Na tyle, na ile jest to możliwe. Tak samo jest w szkolnictwie wyższym. Da się, szczególnie na kierunkach o profilu ogólnoakademickim, a nie typowo praktycznym. Zgadzam się, że w szkołach podstawowych wygląda to inaczej i dużo obowiązków spadło na rodziców. Sytuacja przerasta wielu rodziców i wiele dzieci. Być może nauka stacjonarna klas I-III faktycznie jest jakimś wyważeniem korzyści i ryzyka, bo w przypadku takich maluchów zajęcia zdalne po prostu się niezbyt sprawdzają. Natomiast puszczenie teraz wszystkich uczniów do szkół to nawet nie strzał w kolano, tylko prosto w głowę. PS. Nie jestem fanką ustroju politycznego w Izraelu i nie chciałabym mieszkać w zmilitaryzowanym kraju. Ale prawdą jest, że z akcją szczepień poradzili sobie znacznie skuteczniej niż Europa.4 punkty
-
Przypuszczam ze w Polsce jest znacznie więcej domów (gospodarstw domowych) wielopokoleniowych - pewnie jak w większości "uboższych" państw UE. Stad obawa ze dzieci będą przenosić wirusa na dziadków. Nie da się porównywać poszczególnych krajów 1:1.4 punkty
-
To wszystko oczywistości i ogólniki co on mówi. zamiast spojrzeć szerzej, szukać rozwiązań to najlepiej wszystko w cholerę zamknąć i powiedzieć ze tylko tak się da. I jeszcze jedno - to wszystko o czym on mówi jako potencjalnym ryzyku cały czas się dzieje. Ludzie cały czas wyjeżdżają w góry, wykorzystują nauczanie i prace zdalną. Tylko ze nocują w mniej lub bardziej szarej strefie, a zamiast na nartach zjeżdżają na sankach i dupolotach.4 punkty
-
Cosworth240, masz racjonalne podejście do wyboru sprzętu, więc nam się dobrze rozmawiało. Jesteś otwarty na uwagi. Przekonywałem kolegę że, jeśli ma się zasoby, to warto kupić najlepsze możliwie wiązanie skiturowe pod kątem bezawaryjności. Takie wiązanie można używać 10-15 lat i przekręcać pomiędzy nartami, które się zwykle szybciej zużywają. Natomiast pamiętajcie że wiązania skiturowe można łatwo rozwalić, łatwiej niż wiązania alpejskie. Głównie mi chodzi o przypadkowe nadepnięcie butem na takie wiązanie, szczególnie na przód. W ten sposób można rozwalić sprężyny, coś połamać. Takie coś może się zdarzyć przy stojakach: przypadkowo gość ważący 100kg nadepnie na leżące nasze narty. O narty skiturowe trzeba dbać dwa razy bardziej niż o alpejskie.4 punkty
-
Kurcze - wrzucałem post z Iphone i wyszły jakieś dziwy. Hmmm... @JC to mój Iphone zawiódł, czy jakaś przypadłość ogólna forum? Co do grona skitourowców - dziękuję za powitanie - tak całkiem nowy to nie jestem, bo pierwszy raz 2-3 lata temu foczyłem; ale faktem jest, że nie często i zawsze na jakimś pożyczonym sprzęcie, więc teraz mając swój sprzęt rzeczywiście czuje się już bardziej pełnoprawnym skiturowcem. Na swoim sprzęcie, który jak wiesz kompletowałem z mozołem, byłem po raz drugi - tydzień temu zaliczyłem Pilsko; dzisiaj Skrzyczne. Na razie co mogę powiedzieć: a) wiązania ATK Rider 12 2.0 - kupione za radą @MarioJ - super, choć nie były - i w sumie niech tak zostanie - testowane w awaryjnych sytuacjach typu upadek lub inne przygody; bardzo łatwe we wpinaniu - nie mają żadnej pomocy w postaci jakiegoś spojlerka, beleczki, czy innych, które gdzieś tam czasem widziałem w innych wiązaniań; ale po prostu dobrze to działa, podobnie jak całe wiązanie; całość wykonana z aluminium i wygląda mega solidnie i co może ma mniejsze znaczenie - ładnie; b) kije Gabel Trail Tour - częściowo carbonowe/częściowo aluminiuowe - skręcane plus motylek w jednym miejscu, czyli nie robią się tak krótkie jak składane w dwóch miejscach (jakby 3-częściowe), ALE są super lekkie w porównaniu z tym co do tej pory wypożyczałem I sztywne - bardzo fajne; są blokowane poprzez skręcenie, a dodatkowo mają taki motylek - dobry zakup - polecam; c) narty - Dynastary Verticale - jestem ogólnie zadowolony; dzisiaj fajnie się zjeżdżało na takim nieubitym śniegu trochę w muldach; na Pilsku było trochę twardziej i równiej i też było OK - ale to jednak przeskok w porównaniu z nartą tradycyjną; nie wiem czy w puchu nie będą za wąskie - pożyjemy zobaczymy; na razie nie mogę im nic zarzucić; d) buty - Atomic Hawx Ultra 130 XTD - to miał być but, który miał być pewnym kompromisem na podejściu i dać większą radość na zjeździe (większą kontrolę nad nartą) i potencjalnie miał być to też but, który mógłbym awaryjnie używać w nartach zjazdowych; kupiłem używany (jeden raz) od człowieka z KRK; na Pilsku okazało się, że but na podejściu naprawdę fajny, ale zrobił się fatalnie niewygodny na zjeździe - czyli to co miało być jego słabszą stroną - wcale się nią niespecjalnie okazało; a to co miało być jego mocną stroną - rozczarowało; przedwczoraj wziąłem swoje narty zjazdowe na trening na tyczkach i się wpiąłem w tych butach - zdiagnozowałem jedno miejsce, gdzie uwierało, natomiast stopy jakby od spodu zaczęły boleć jakby mnie ktoś przypiekał. Wczoraj udałem się do Windsportu aby coś poprawić - okazało się, że w butach były indywidualnie robiony pod poprzedniego właściciela wkładki Sidasa - ja wiedziałem, że są tam wkładki Sidasa, ale myślałem, że takie uniwersalne, a nie robione pod kogoś indywidualnie; do tego - co wiedziałem - but był wygrzany pod poprzedniego właściciela; W sumie sporo zachodu człowiek zrobił biorąc pod uwagę, że po jednej turze (co było widać po ich idealnym stanie) z nich zrezygnował; ostatecznie zdecydowałem się zrobić wkładkę custom pod siebie Sidasa i wygrzać but pod siebie; dzisiaj była próba i było o niebo lepiej. Chce natomiast jeszcze raz wziąć je na jakiś trening tyczkowy i wpiąć je do nart zjazdowych żeby zobaczyć, czy wszystkie przypadłości jakie się ujawniły na pewno zniknęły. W sumie jak podsumuję cenę buta 1.200 zł plus 450 zł za fitting - wychodzi 1650 i mam but z wkładką pod siebie - ciągle cena uważam atrakcyjna. W Windsporcie mam jeszcze możliwość dokonania dalszych korekt już w cenie uiszczonej. Suma sumarum - buty na początku były rozczarowaniem, dzisiaj było bardzo fajnie, zobaczymy co w nartach zjazdowych... Tyle moich doświadczeń póki co. Mogę jeszcze dodać, że dzisiaj na Skrzycznem i tydzień temu na Pilsku - szedłem sobie ciesząc się z mojej toury, ale smutny trochę byłem patrząc na najlepsze od kilku lat warunki narciarskie, na których nie będzie mi chyba dane pozjeżdżać na nartach zjazdowych.4 punkty
-
3 punkty
-
Nie chcę Was zbytnio denerwować ale jak już przestało padać to było tak... 👌 https://pasteboard.co/JLVLic0.jpg3 punkty
-
Idąc 1 lutego o godz. 18.00 NA NARTY LUB DESKĘ DO CENTRUM HANDLOWEGO zdecydowanie nie chcemy wyrazić naszego niezadowolenia z otwarcia galerii. Wręcz przeciwnie! My cieszymy się, że nareszcie są uruchamiane setki firm, które nie mogły pracować, a z rekompensatą za zamknięcie było różnie. 👉Idziemy na zakupy, aby wspomóc Najemców. A zrobimy to w strojach narciarskich, czy snowboardowych, aby inni zauważyli, że #CHCEMYNANARTY, #CHCEMYNADESKĘ, #CHCEMYNASTOK 👉Skoro sytuacja epidemiczna pozwala otwierać zamknięte przestrzenie na zakupy, to chcemy otwarcia wolnej przestrzenie na uprawianie sportu i nabywanie odporności 👉Jednocześnie, co najważniejsze, NIE KWESTIONUJEMY EPIDEMII i zasad sanitarnych. Pokazujemy, że na stoku jesteśmy zabezpieczeni strojem, maską, goglami, rękawiczkami i kaskiem. 👉Nie grupujemy się! Pojedynczo, przejedziemy się schodami ruchomymi, zrobimy zakupy, zjemy coś na wynos. Chcemy w ten sposób zrozumieć istniejący paradoks 👉Jeśli spotkamy media nie będziemy się wypowiadać politycznie, nie będziemy nawet używać słowa "Rząd", "partia" itp. Nie jest to nam do niczego potrzebne 👉Koniecznie odwiedzimy sklep sportowy w CH i zrobimy choć drobne zakupy solidarnościowe 👉A gdyby ktokolwiek zabronił nam wejść do CH ze sprzętem, poinformujemy go grzecznie, że mamy takie prawo, chociażby idąc do serwisu lub sklepu sportowego, aby dopasować np. buty do nart 👉Narciarze i snowboarderzy łączcie się i przestrzegajcie zasad. Do zobaczenia na stoku ⛷🏂❄️ Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne kochamy Was ❤️ i jesteśmy solidarni3 punkty
-
Od jutra też Kasina. https://kasinaski.pl/30-01-2021-ruszaja-zajecia-edukacyjno-sportowe/3 punkty
-
3 punkty
-
Kasina też się otwiera https://www.facebook.com/112223572179373/posts/3623765541025141/?sfnsn=mo3 punkty
-
Dokładnie - w planach na weekend Klepki lub Sport Dolina w Bytomiu. Posyłam słonecznego faka w kierunku Nowogrodzkiej3 punkty
-
Od jutra także Harbutowice - Szklana Góra (niedaleko Krakowa). Gastro na wynos. Brak informacji o trybie. Chyba tak po prostu3 punkty
-
Mylisz przyczynę ze skutkiem. Decyzja o skróceniu ferii była skutkiem sposobu myślenia, a nie powodem sama w sobie. Jeżeli uznajemy, że przemieszczanie się na większe odległości (np miedzywojewodzkie) zwiększa ryzyko zakażenia w skali makro bardziej niż ruch lokalny, to naturalne jest ograniczenie ruchu ludności, np wyjazdów na ferie, bo one właśnie powodują, że ludzie jeżdżą na potęgę. A skoro ludzie mają generalnie nie jechać na ferie to rozciąganie ferii nic nie daje (jest przeciwskuteczne) - trzeba je właśnie skrócić żeby nie rozciągać możliwości w czasie. Dodatkowo można zamknąć infrastrukturę, czy to na twardo (odciąć fizycznie) czy zakazem działania, licząc na odpowiednie myślenie ludzi. Nie zawsze to działa (saneczki), ale to skutek a nie przyczyna. A efekt i tak został osiągnięty (ruchy raczej lokalne, nawet z tymi sankami). Jak teraz otworzysz to zepsujesz cały efekt, bo ludzie ruszą masowo na „ferie”, bo można. Oczywiście założenie o ruchu międzywojewódzkim jako czynniku propandemicznym może być błędne, ale to chyba nie mamy kwalifikacji do takiej oceny. Nie bronię decyzji, zachęcam tylko do spojrzenia szerzej. Podobnie z pomocą dla gałęzi gospodarki. Kołdra zawsze będzie krótka. A wystarczy porównać liczbę zatrudnionych w handlu a liczbę zatrudnionych na stokach i można mieć mniej wątpliwości dlaczego najpierw galerie (szczególnie ze w nich ruch międzywojewódzki raczej ograniczony, to jest spójna decyzja z tego punktu widzenia).3 punkty
-
SN Kazimierz Dolny : 8-22, szkolenia. Tylko 3-godzinne bloki. Trasy 5/5. Wypożyczalnia nie funkcjonuje. Gastronomia TAK. Wisła Klepki, 8-21 - szkolenia. Wypożyczalnia tylko dla uczestników, ilość ludzi na stoku ograniczona. Chodzą wszystkie trzy wyciągi. Gastronomia TAK. Szwajcaria Bałtowska - szkolenia. Poniedziałek-piątek:10:00 – 21:00.Sobota: 9:00 – 21:00. Niedziela: 9:00 – 20:00. Wypożyczalnia dla uczestników. Trasy 5/5. Snowpark nieczynny. Gastronomia TAK. Ostoja KONINKI - "spotkanie partyjne z zapisami". 9-21. Wypożyczalnia TAK. Gastronomia TAK. CISOWA O.N. - szkolenia. 10-21. Ilość ograniczona, zapisy telefoniczne. Tumlin SKI SPORT - szkolenia. Sobota 10.00 - 22.00. Niedziela 10.00 - 22.00. Pon.-Pt. 10.00 - 22.00. Bloki max 3-godzinne. Telegraf KIELCE- szkolenia. 10-22. Ilość ograniczona. Wypożyczalnia TAK. SABAT Krajno - szkolenia. Sobota 10.00 - 24.00. Niedziela 10.00 - 22.00. Pon.-Pt. 10.00 - 21.00. Bloki max 3-godzinne. Gastronomia TAK. Czynna tylko TRASA GŁÓWNA (850m). NARTRAJ Chrzanów - ogólno-dostępne?! 9.00-21.00. Ilość ograniczona. Wypożyczalnia NIE. Gastronomia TAK. Trasy 9/9. Podstolice SKI - szkolenia. 9.00-21.00. Trasy 2/2. Wypożyczalnia TYLKO DLA UCZESTNIKÓW. Gastronomia TAK. SZCZECIŃSKA GUBAŁÓWKA - ogólnodostępne edukacyjne zajęcia sportowe. 9-22. Gastronomia TAK. Wypożyczalnia TAK W GOŁDAPIi na Mazurach zajęcia edukacyjne na stoku TYLICZ Master-Ski otwarty dla wszystkich ZIELENIEC - zajęcia edukacyjne na stoku GROMADZYŃ Ustrzyki Dolne - szkolenia na stoku3 punkty
-
W moim setnym vlogu zapraszam Was do Heiligenblut, niewielkiej miejscowości położonej na północnej granicy Karyntii, u podnóża najwyższej góry Austrii - Großglockner 3798m. Tutaj znajduje się średniej wielkości, jak na warunki austriackie, ośrodek narciarski, który ma w sowiej ofercie 55 km tras narciarskie i ... 6 stref do freeride'u.3 punkty
-
Czy w nartach zjazdowych posiadasz wiązania kompatybilne z tymi butami? (WTR lub ISO 9523) Jeśli nie, nie jeździj w nich. Standardowe wiązani alpejskie NIE pasują. Nawet jeśli da się wpiąć, może to być bardzo niebezpieczne. Przy upadku prawdopodobnie się nie wypną.3 punkty
-
Bałtów wieczorową porą Dzisiaj był Bałtów. Zaskoczenie, bo na tygodniu, o godzinie 19stej i przy krześle tłok - kolejka na 5 minut...a szczęście przy orczykach minutka i w górę. Na stokach do godziny 20:00 było gęsto tak jak pisał @1mirinda i trzeba było jeździć tak pisze @Mitek czekać na luz i wióra w dół... ...choć ja wolę, wióra w dół, sru do góry i ponownie wióra w dół - na okrętkę W Kazimierzu właśnie tak jest - dlatego jutro wieczorna jazda w Kazimierzu...i zresztą w sobotę z rana też Ktoś się pisze? No ale wracając do relacji... ...zdjęć dużo nie robiłem, bo nie chcę już nimi spamować z tego miejsca. Zaparkowaliśmy przy krześle, i fakt - pisał o tym @Bumer tu kolejki do kasy brak. Karnet na 2 godziny kosztuje 60 PLN, kaucja za kartę 15 PLN. Warunki świetne. Śniegu opór...zresztą padało intensywnie w czasie ostatniej godziny naszej jazdy. ...no mógłbym się przyczepić, bo ja wolę jednak śnieg szybszy i bardziej zmrożony. Temperatura -1. Generalnie gdyby nie ilość Ludzi, byłoby super... Ewidentnie krzesło przyciąga. Końcówka jazdy, to już luz na trasie: Z nowości? Otwarty jest snowpark, po lewej stronie krzesła patrząc z góry. Pozytywny dzień! Nie ma jak po ciężkim dniu w pracy, pełnym problemów, człowiek łepetynę na nartach przewietrzy 21 dzień w sezonie na deskach zaliczony. Pozdro marboru3 punkty
-
3 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Hmm, chyba nie ma się już nad czym zastanawiać. Trzeba brać wolne i pojeździć gdzie otwarte i póki się da.... Od niedzieli zaczynam odwiedziny otwartych stoków2 punkty
-
Jestem w Laax obecnie i pomimo olbrzymich opadów śniegu, które potem zostały zneutralizowane przez ulewne deszcze, nie ma potrzeby korzystać z łańcuchów (ale mądrze jest mieć je w bagażniku). Co się tyczy Zermatt dojedziesz swoim samochodem do Tasch (kawałek przed Zermatt), potem możesz skorzystać z pociągu lub taksówki żeby Cię dostarczył do samego Zermatt, tam jest ruch tylko elektryczny. Jeżeli masz dużo luźnego bagażu, to może wyniknąć problem, żeby to wszystko ze sobą zabrać. Proponuję, by w podróży do Zermatt ograniczać bagaż do rzeczy niezbędnych, chyba, że jest dużo ludzi do ich noszenia, ale jest ograniczenie do 5 osób maksimum w jednym samochodzie, a więc bagaż z umiarem i najlepiej żeby był poręczny, polecam duże plecaki.2 punkty
-
Już znów jest. No to mega pozytywna wiadomość! https://skolnity.pl/zajecia-edukacyjno-sportowe/2 punkty
-
to wyglada troche jak kiedys malowanie kolorowymi kredkami po asfalcie w odpowiedzi na ataki terrorystyczne w Europie. Ja jednak wole isc na stok i wspomoc te biznesy ktore sie otworzyly.2 punkty
-
No i pozamiatane . Kotelnica Bialczańska kończy tegoroczny sezon . https://gazetakrakowska.pl/najwiekszy-stok-na-podhalu-konczy-sezon-nie-mamy-juz-sil-i-pieniedzy-czekac-az-rzad-zniesie-lockdown-w-turystyce/ar/c1-154154252 punkty
-
2 punkty
-
Dla nas to tylko jazda. Oni ryzykują własnym majątkiem. Dajmy im więc podjąć taką decyzję, jaką uznają za mniej szkodliwą. Ja bym na ich miejscu zamknął na dziś stacje i zwolnił pracowników - to najprostsze, aby nie generować dalszych strat. Każda inna decyzja: czekanie lub działanie na "nielegalu" - to olbrzymie ryzyko. A to, że "cała wieś zbankrutuje jak się stacja zamknie?" - sorry, to nie problem właścicieli stoków. Niech "wieś" idzie z pretensjami do Mateusza! A co zrobią? Nie wiem, nie zazdroszczę decyzji.2 punkty
-
..następne wybitnie pokrętne tłumaczenie - choć intencje jasne: służby które powinny pilnować dyscypliny sanitarnej w hotelach, pensjonatach itp. będą teraz ścigać (tak na niby) dogorywające małe stacje narciarskie które chcąc przeżyć uruchomia się... trochę kasy się ściągnie a i nie trzeba będzie im wypłacać nic..2 punkty
-
Może dlatego przymykają oko na działalność takich małych, lokalnych stacji, które funkcjonują jako taki swoisty psychiczny wentyl bezpieczeństwa dla ludzi w okolicy, natomiast blokują duże ośrodki, do których faktycznie klientela przyjeżdża na kilka dni.2 punkty
-
To trzeba wreszcie posłać dzieci do normalnej szkoły, wy durnie! Cały ten tok rozumowania to naprawianie jednego błędu (ferie w 1 terminie) kolejnym (nauka zdalna) i konsekwentnie kolejnymi (zamknięcie wyciągów, aby rodziny sobie ferii po feriach nie zrobiły). A w ogóle tam jest kluczowy błąd myśleniowy. Jaki? To sobie każdy dopowie.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Dzisiaj po raz drugi byłam na naszej lokalnej oślej łączce, czyli Szczecińskiej Gubałówce. Mimo iż przyjechałam kilkanaście minut po dziewiątej, to byłam pierwsza i to dla mnie włączono wyciąg . Królową stoku byłam gdzieś przez pierwsze pół godziny, potem zaczęli schodzić się ludzie i pod koniec - przed 11.00 jeździło coś koło dwunastu osób. Pogoda i warunki nawet fajniejsze niż tydzień temu: +1 stopni, sztruksik przyprószony centymetrową warstewką świeżego śniegu, który przepadał w nocy, słoneczko, sceneria zimowa. Pod koniec już trochę odsypów - wyjeździłam 22 wjazdy i do domu. Sprzęt: Stok o poranku: Jako, że to zajęcia edukacyjne polegające na nauce jazdy slalomem, to i slalom ustawiono: Pozdrawiam2 punkty
-
i ile takich rodzin z Łodzi, zjedzie do Beskidu Śląskiego na Weekend? bo ze Śląska, ma możliwość wyjazdu na jednodniowe narty/sanki do 750 tys ludzi,?, juz widzisz róznicę o której piszę i mozliwośći zarobku całych miast jak Wisła, Ustroń, Szczyrk, Istebna, Brenna,? Tak nas Polska ojczyzna w Wakacje nie chciała chętnie przyjmować po Polsce, ze względu na zakażenia na kopalniach. To bez Górnego Śląka, stoki narciarskie w tych miatach nie żyją, bo to od nas płynie tam kapitał, LATO, JESIEŃ, ZIMA, WIOSNA.1 punkt
-
To pewne, że filmy nikomu nie poprawią humoru, bo co innego jeździć a co innego oglądać. A serce boli po wczorajszej Anty-Logicznej informacji dotyczącej stoków. Wrzucam jednak, może jednak ktoś się uśmiechnie. BSA - Beskid Sport Arena w Szczyrku - przejazd trasami 1, 3, 5. Filmowane w styczniu tamtego roku koło godziny 15 i nawet w niektórych momentach widać przebłyski słońca.😀 Bardzo mało ludzi i w godzinę więcej się najeździłem niż przez cały dzień na Skrzycznym. Rozwiązanie z jednym głównym wyciągiem i kilkoma trasami o różnym stopniu trudności jest rewelacyjne. Trasa 1 niebieska - i jazda w tunelu - Trasa 4 czerwona - Trasa 4 FIS czarna - i jazda nad tunelem -1 punkt
-
1 punkt
-
nie mów, że od tego będziesz uzależniał wyjazd. Łańcuchy trzeba zakładać w górskim terenie w trudnych warunkach niezależnie od kraju, w którym się znajdujemy1 punkt
-
Nie chcę tutaj szerzyć pesymistycznej opinii, ale z moich informacji wynika, że stoki w Beskidach zrzeszone w ramach wiślańskiego skipassu nie otworzą się w zdecydowanej większości. Rozmawiałem z paroma właścicielami, oczywiście dalej analizują sytuację, ale nikt nie ukrywa że cała ta akcja z otwarciem 1 lutego była głównie próbą wywarcia nacisku na rządzących, próbą pokazania problemu w mediach, itp. Chciałbym się mylić, ale może się okazać, że nadal jedynym działającym stokiem w okolicy będą Klepki.. ☹️1 punkt
-
W Ustrzykach ruszają wyciagi,niestety tylko na Gromadzyniu,gdyby to była Laworta,warto byłoby pojechać,ale nic dziwnego,że nie rusza,bo ludzi pewnie w Ustrzykach na lekarstwo...1 punkt
-
1 punkt
-
Dwudziesty lipiec. Nie był to nadzwyczajny wypoczynek. Twardo, bo bez materaców. A jak ktoś się przewracał, to budził pozostałych. Dochodzimy do wniosku, że skoro są jajka po pięć rialsów, to warto ich kupić więcej na śniadanie. Mają dużo kalorii. Wprawdzie Jacek twierdzi, że znajomy profesor opowiadał mu, że tylko jedno jajko na dobę przyswaja organizm człowieka. Będąc u siebie w domu, na Kozłówku, skłonny byłbym w to uwierzyć. Tu nie wierzę. Nasze śniadanie składa się z dwudziestu jaj na twardo, puszki pasztetu, paczki ciastek i gorzkiej herbaty. Tej ostatniej gotujemy tyle, aby starczyło do Teheranu. Chleba oczywiście żadnego nie ma. Co za świństwo –myślę sobie - jedząc jajko posmarowane pasztetem. Po śniadaniu stawiamy namiot, bo trzeba gdzieś zostawić, to co ze sobą mamy. I kąpiemy się w basenie. Niektórzy z nas mają psychiczne opory. Ameby? Dobrze, ale zęby już myliśmy! Wykąpani i odświeżeni możemy jechać teraz do miasta, czyli Teheranu. A jedziemy tam, aby zobaczyć, czy nie przyjechały nasze bębny. W przypadku, gdyby się pojawiły, musimy je zawieść do ambasady. Upał coraz gorszy. Rano było przyjemnie. Z bramy campingu wychodzi się wprost na szosę, która prowadzi z Teheranu do Saveh. To ma być ta stara droga. Żeby jechać do miasta trzeba przejść na drugą stronę szosy. Tam jednak nie ma cienia. Wystarczy do machania na samochody jedna dyżurna osoba. Reszta czeka przy campingu pod drzewem. Ruch na szosie jest duży. Co chwilę przejeżdżają ogromne ciężarówki. Niektóre wyładowane bawełną tak wysoko, jak tylko można sobie wyobrazić. Krajobraz nie jest czarujący. Kilka osmolonych u góry kominów fabrycznych. I wysoki mur otaczający ten zakład. Niedaleko nas grupa małych, glinianych domków, bez drzwi i okien tylko z otworami wejściowymi. O dachach w kształcie kopułek. Kopułkę można wylepić bez kawałka drewna. A drzew w Iranie jest jak na lekarstwo. Jesteśmy na dalekim przedmieściu Teheranu od jego strony południowej, pustynnej. Horyzont zamyka od północy potężny mur górski Elbursu, z dominującym nad miastem szczytem Towczal, mającym prawie cztery tysiące metrów nad poziomem morza. Sam Teheran jest położony - jak wynika to z jego planu - na wysokości od tysiąc sto do tysiąca sześćset metrów. Wysokość ta powoduje, że noce są nawet lekko chłodne nad ranem. Mieliśmy okazję tego doświadczyć dzisiaj rano. Za to jak jest w południe - lepiej nie mówić. Ryśka, która bohatersko wystawiła się na słońce, zatrzymała mikrobus. Ładujemy się do niego, zachęceni przez konduktora w cywilu. Ile - pada z naszej strony, pytanie po angielsku? Pięć. tomanów? Nie, rialsów! Razem dwadzieścia pięć rialsów. No to ładnie wczoraj wieczorem zapłaciliśmy. Dziesięć razy więcej. A oni jeszcze - daj mu te pięćdziesiąt! Jednak, mimo to, się nam opłaciło. Taksówka plus camping wyniosły razem nieco więcej, niż hotel dla jednej osoby. Mikrobus co chwila się zatrzymuje. To ktoś wsiada, to inny wysiada. Dla nas to małe odkrycie. Nie ma przystanków, wystarczy machnąć ręką lub wyrazić chęć wysiadania i mikrobus staje. Jedziemy ulicą Shirokhorshid. To nie ta sama ulica co - Pahlawi, Tacht-e-Jamshid, czy Fisher Abad. Tamte to są ulice śródmieścia, a ta jest peryferyjna. Mijamy dużo warsztatów mechanicznych. Taki warsztat, to też opisywana już wnęka w budynku. Część „załogi” warsztatu pracuje nawet na chodniku . W ogóle to chodniki wydają się być przeznaczone raczej do handlu i jako miejsca pracy, a nie do spacerów. Nasz autobus kończy jazdę na placu Gumruk. Z planu wynika, że do stacji kolejowej jest niecały kilometr. Przed stacją się rozdzielamy. Dziewczyny z Jackiem pędzą do restauracji. Wiedzą co dobre, coca-cola, klimatyzacja. Ja z Januszem idziemy do bagażowni. Z daleka widać, że są nasze kochane bębenki. Koniec z jedzeniem jajek z pasztetem, którego zresztą nie ma. Dziś się „odkujemy”. Jeden z robotników wywozi je na rampę. Żąda za ta przysługę dwa tomany. Bezczelność! W Dżulfie dostali prawie osiem dolarów. Jestem jednak tak ucieszony, że się załamuję i mówię do Janusza - daj mu, niech się odczepi. Janusz jest twardy - nie da. Przychodzi Jacek i zaraz wraca po nasze panie. My tymczasem targujemy się z taksówkarzami. Coś dzisiaj strasznie dużo żądają. Piętnaście, dziesięć tomanów. Wczoraj jechaliśmy przecież za pięć. Może bębny to spowodowały? Wreszcie jeden decyduje się jechać za sześć tomanów. Jedziemy - ja znów w szoferce. Trochę mi się ta jazda nie podoba. Mam na kolanach plan miasta i widzę, że jakoś dziwnie jedziemy. W końcu on przecież wie jak jechać - myślę. W końcu stajemy przed jakimś dużym budynkiem. Rzut oka na plan. To jest, to jest…Główna Kwatera Policji. Kierowca daje mi do zrozumienia, żebyśmy wysiadali. Powtarza bezustannie - police, police. Jak to? Przecież my chcemy jechać do Polskiej Ambasady. I nagle olśnienie! On sobie pomylił Polish Embassy z police - policja. Dokoła nas zebrał się tłum gapiów. Jest nawet kilku policjantów. Dyskusja, żeby nie powiedzieć awantura, jest bardzo żywa. Wreszcie jedziemy, ale tylko kawałek dalej, w jakąś boczną uliczkę. Koniec jazdy, nie pojedzie dalej. Wyładowujemy bębny i taksówkarz odjeżdża obrażony - oczywiście bez forsy. Chowamy się do cienia. Ustalamy na planie, gdzie jesteśmy. Nie jest źle. Bliżej mamy stąd do ambasady, niż ze stacji kolejowej. Za cztery tomany powinniśmy tam dojechać. Usiłujemy złapać jakąś taksówkę bagażową. Nie wiele ich tu jeździ. Łapanie wygląda w ten sposób - pokazuję kierowcy na planie Teheranu miejsce, gdzie jest Polska Ambasada. Wymawiając nazwę ulicy Tacht-e-Jamshid(tachtedżamszid). Już nie Polish Embassy(pouliszembesy). Następnie pokazuję na bębny i na cztery postacie, siedzące w kucki, w cieniu pod murem. Pytając się - ile? Ceny w granicach piętnastu tomanów. Ja proponuję trzy. Wyrozumiały uśmiech kierowcy kończy dyskusję. Trzeba będzie, widocznie, podnieść stawkę. Minęło południe. Cień pod murkiem zrobił się bardzo malutki. Wiecie co - mówi Janusz. Może byśmy pojechali na Demawend. To nie ma sensu mówię. Właśnie chcemy to przedyskutować. Pojedziemy do Puluru - miejscowość, z której można iść na Demawend - dzisiaj. A do IMF pójdziemy w poniedziałek. Nie ma sensu, bo nie mamy listu polecającego pod Demawend. Ale to nawet nie jest takie ważne. Natomiast nie jesteśmy zaaklimatyzowani, a góra ma prawie pięć tysięcy siedemset metrów. Nikt z nas nigdy nie był na takich wysokościach. A jak próba się załamie, to czy będziemy mieli później siły i odporność psychiczną, żeby jeszcze raz próbować? No to nie jedziemy- zadecydowaliśmy. Siedzimy pod tym murem już dość długo, popijając herbatę z baczka. Jeszcze jedna próba zatrzymania taksówki bagażowej. Oo! Co za spotkanie? Góra z górą…To nasz wczorajszy taksówkarz. Spojrzał fachowym okiem bębny i padła liczba dziewięć tomanów. Odzywka z naszej strony - cztery. Staje na sześciu plus kilka łyków naszej herbaty. Jadę obok niego. Pochodzi z Tebriz. Teheran mu się nie podoba. Twierdzi, że jest „not good”, nie dobre miasto. Zatrzymaliśmy się przed budynkiem ambasady. Bębny trzeba będzie przenieść do piwnicy, gdzie odbędzie się przepakowywanie. Spróbujemy jeszcze raz prosić sekretarza o nocleg w ambasadzie. Janusz absolutnie nie chce iść do niego. Widać jak mu wczoraj dopiekł. Idę z Elżbietą. Przyjmuje nas starszy siwy pan. Zaczyna się rozmowa od informacji z naszej strony, jak przedstawiają się nasze sprawy w IMF, gdzie mieszkamy, co zamierzamy dalej robić. Zostawiamy mu na kartce papieru nasz program działania w Iranie. Z kolei pan sekretarz roztacza przed nami wizje, co by było, gdybyśmy nie byli „dziką” wyprawą. Samochód specjalny w góry i jeszcze inne takie przyjemności. Wiemy, że jesteśmy „dzicy”. Ale też wiemy bardzo dobrze, z doświadczeń innych, jak trudno jest w kraju nawiązać oficjalny kontakt z obcą federacją górską. Wszystko idzie przez Warszawę, musi się mieć tu poparcie. Nic dziwnego, że ludzie kombinują, aby tylko wyrwać się w jakieś bardziej egzotyczne góry. Ale pan sekretarz jest z dyplomacji z Warszawy i takie przyziemne sprawy są mu z pewnością obce. Atmosfera stała się nawet miła. Żegnamy się dziękując za pomoc. Tu w myśli mam znak zapytania - jaką? Wydaje jednak nam się, że to dyplomacja z naszej strony tak podziękować. I jeszcze jedna prośba do pana - czy nie można by spać w ambasadzie? Dojazd z campingu jest niewygodny. Nam o dojazd nie chodzi, tylko o rialsy. Mamy sprzęt biwakowy, to nam wystarczy byle taras. Niestety pokoje gościnne mamy zajęte. Jak byśmy chcieli w nich spać? Ale tylko o tym może decydować ambasador. W myśli - dziwne? Aż ambasador! Czyli – nie, ale dyplomatyczne. Schodzimy do piwnicy. Piwnicę w ambasadzie, gdzie trzymamy nasze rzeczy,otwiera nam młoda dziewczyna. Jest córką jednego z pracowników. Chodzi do angielskiej szkoły i opowiada nam, że w Teheranie była w tym roku ostra zima. Śnieg spadł nawet w marcu. Z pięciu bębnów dwa zabieramy ze sobą w góry, a trzy zostaną w ambasadzie na późniejszy okres. Trochę źle zrobiliśmy, żeśmy nie spakowali, od razu w Krakowie, bębnów na poszczególne okresy pobytu. Góry, zwiedzanie Iranu i powrót. To była moja wina. Kiełbasa nam spleśniała, ale może da się ją wykorzystać. Panwit też zrobił się niezbyt świeży. Część żywności zabieramy na camping. Będziemy mieli dzisiaj pyszny obiad. Do campingu najłatwiej będzie dojechać z placu Gumruk. A do placu Gumruk nie najłatwiej, ale za to najtaniej - dojdzie się piechotą. Znów, jak wczoraj zaskakuje nas zmrok. Wychodząc z ambasady było jasno, dzień. Dochodząc do placu Gumruk mamy wieczór. Dowiadujemy się, że obok placu na ulicy Mohlavi są dwa dworce autobusowe. Dworcem jest małe podwórze, gdzie stoi kilka autobusów i mikrobusy - zwane tutaj „mynybasy”. Obok podwórza, od strony ulicy znajduje się mały kantorek, gdzie można kupić bilety. Którym autobusem można dojechać do campingu? Tym pytaniem zaczepiamy po kolei ludzi. Po chwili w naszą sprawę jest zaangażowanych kilka osób. Ktoś nas kieruje do sąsiedniego dworca. Stamtąd inny znów przeprowadza nas w poprzednie miejsce. Wiemy tylko, że chcemy jechać na camping, i że znajduje się przy starej drodze do Saveh - „old road to Saveh”. Wreszcie ktoś - chyba kierowca - wskazuje nam autobus, który jedzie do miejscowości Tanakrod i widocznie przejeżdża obok campingu. „Nasza” linia autobusowa jest biedna. Ma kiepski i położony w ubogiej dzielnicy dworzec. Obsługuje okolice Teheranu i wozi biednych ludzi. A jakich biednych? To mamy okazję teraz zaobserwować. W autobusie siedzą chłopi z okolic Teheranu i mieszkańcy dalekich przedmieść tego parterowego miasta. Niektórzy z nich, wykorzystując wolne chwile, przesuwają między palcami paciorki tasbihu(różaniec muzułmański). Modlą się przeważnie starsi, chociaż spotkaliśmy młodych ludzi modlących się w ten sposób. Jakiś człowiek sprawdza bilety. Sprawdziwszy - wysiada. Wsiada za to kierowca i autobus wyjeżdża na ulice Mohlavi. Mijamy plac Gumruk i jedziemy w stronę miasta Karadaj. Na ulicach kwitnie handel. Palą się jaskrawym światłem przenośne gazowe lampy. W ich świetle piętrzą się na dwukołowych wózkach góry brzoskwiń, winogron, arbuzów, pomidorów. Kiedy to oni wszystko sprzedadzą? Kupujących jest dużo, ale chyba nie na tyle, żeby to wszystko do jutra zniknęło. Sami mężczyźni. Mężczyźni sprzedają i mężczyźni kupują. Co chwila autobus się zatrzymuje. Ktoś wsiada, ktoś wysiada. Konduktor, ale inny niż na dworcu inkasuje pieniądze, nie wydając żadnych biletów. Opuszczamy główna drogę i obok szosy pojawiają się znaki campingu. Dobrze jedziemy. Pierwszą rzeczą, jaka mamy do zrobienia, to herbata. Morze herbaty. Chce nam się wszystkim znów potwornie pić. I pijemy po litrze na głowę, po półtorej. Jedzenie nieważne, tylko pić. Świetna jest zupa. Dostarcza wody i kalorii. Po tym obiedzie i kolacji zarazem, korzystamy z prysznicu. Na niebie pojawiają się, tak jak wczoraj, baranki. Za murem campingu rozlega się dziwne wycie. Samolot startujący, czy też po wylądowaniu? Nie, to pociąg z lokomotywą spalinową. Bo tu obok campingu jest tor kolejowy. To ma być egzotyka? Słychać cykady i tak się kończy dla nas drugi dzień w Teheranie.1 punkt
-
Osiemnasty lipca. W nocy budzi mnie szarpanie wagonu i wydaje mi się, jak bym słyszał charakterystyczny odgłos jadącego parowozu. Ale skąd tu parowóz-myślę sobie. Przecież to linia zelektryfikowana. I zasypiam znowu. Cicho i spokojnie. Podnoszę roletę w oknie. Stoimy na jakiejś dużej stacji. Na zegarku godzina ósma. To pewnie Dżulfa. Wagon nasz stoi naprzeciwko dużego budynku dworcowego. Budynek jest zupełnie nowy. Szkło i marmur. Nawet drzwi są ze szkła. Nigdzie nie ma napisu, co to za stacja., ale na pewno jesteśmy w Dżulfie. Wychodzę z przedziału na korytarz. Jakieś dziwne, rdzawe góry. Wyglądają, jakby je ktoś wypalił w ogromnym piecu. Nie widać na nich ani źdźbła trawy. W ładne góry jedziemy, nie ma co. Co prawda spodziewałem się, że nie będziemy w Iranie narzekać na nadmiar lasów – to nie Tatry – ale tu nie ma nawet trawy. Daleko na wschodzie widać wysoki ośnieżony łańcuch. To Zangiezurskij Chriebiet. Jeden z łańcuchów małego Kaukazu. Na peronie ruch minimalny. Miszka dyplomatycznym gestem wskazuje toaletę. Towarzystwo w wagonie mamy międzynarodowe. Trzej Afgańczycy jadący przez Teheran do Kabulu. Studiują w Moskwie, no i oczywiście znają rosyjski, stąd to wiemy. Jeden Belg z ogromną walizką. Po co on się wlecze tyle dni pociągiem. Chyba nie cierpi, jak my, na brak dewiz. A może chce odbyć egzotyczną podróż? I jest jeszcze kilku Irańczyków. Jest też drugi wagon do Teheranu, ale tamtych nie znamy. Pożegnamy się nie za długo z Miszką i jego kolegą, ale przedtem zjemy śniadanie i zamówimy u niego dużo herbaty. Wleje się nią do naszych zielonych plastykowych baniek na wodę - ochrzczonych przez nas baczkami. Nazwano tak nasze bębny to i nazwa ta nam się spodobała. Herbata będzie nam potrzebna przez cały dzień, który zapowiada się jako gorący. Poza tym po drugiej stronie granicy już wszystko za dolary. W wagonie pojawiają się kolejno: - niski, czarny człowiek, zainteresowany tym, czy mamy świadectwa szczepień, - później tamtejszy wopista, który zabiera nam paszporty i opowiada nam, że kilka tygodni temu jechała tu z Polski jakaś grupa na traktorze. Na końcu przychodzi celnik. Ten jest zainteresowany, przede wszystkim, czy mamy ruble. Tak mamy. To trzeba oddać do depozytu. Dobrze oddamy. W zamian dostajemy „kwitancję”- innymi słowy pokwitowanie. Gdzieś około wpół do dziesiątej pociąg, a właściwie tylko trzy wagony, dwa osobowe i bagażowy-ruszył. Po wagonie chodzą wojskowi i oddają nam paszporty. Stajemy i wysiadają wszyscy ci, którzy nie jadą na drugą stronę, łącznie ze strażą graniczną. Do granicy jeszcze kilkaset metrów. Już widać niezbyt szybko płynący Araks i duży stalowy most, jedyne połączenie z Iranem. Pociąg rusza wolno dalej. Goni nas jakiś motocykl. Zatrzymują nasz ogromny pociąg i wsiadają niego celnicy. Kto z panów nazywa się Jacek T.? Co się dzieje? Znowu jakieś kłopoty! Nie, to tylko celnik popełnił małą nieformalność i dobrze, że się w porę spostrzegł. Jeszcze jakieś sto, sto pięćdziesiąt metrów i bylibyśmy po drugiej stronie. To nie jest tylko przejazd z jednego brzegu rzeki na drugi. To jest przejście z jednego świata w drugi. W takiej chwili, w jakiej jesteśmy, czuje się to najlepiej. Pociąg jedzie wolno dalej. Płynący pod mostem Araks ma kolor zielonkawy. Ledwo, gdy tylko przetoczyliśmy się po moście, znowu stoimy. Janusz ukradkiem fotografuje rzekę. Do wagonu wchodzi oficer irański i jeszcze dwóch, ale niższych szarżą. Jesteśmy więc w Iranie. A jeszcze dwa miesiące temu, wydawało się to niemożliwe. Sądzę, że warto marzyć, bo spełniło mi się w życiu sporo marzeń. Inna sprawa, że były to marzenia nie pozbawione w jakimś stopniu prawdopodobieństwa. A spełniły się, bo włożyłem w ich zrealizowanie cząstkę swego życia. Nie odbiegajmy jednak od tematu. A tematem jest podróż, już nie do Iranu, bo jesteśmy w nim, tylko w Iranie. Pan oficer w dobrze skrojonym mundurze przejrzał paszporty i nasz pociąg toczy się dalej. Z Dżulfy radzieckiej do Dżulfy irańskiej jest tylko kilka kilometrów, a tak długo wszystko to trwa. Tak, tylko że te kilka kilometrów dzieli granica. Zgrzytnąwszy kilka razy na zwrotnicach, pociąg wreszcie stanął. Dżulfa irańska. Słońce to samo, krajobraz się nie zmienił, ale coś tu jest innego. Tamtą Dżulfę można by sobie wyobrazić jako graniczną stację w Polsce. Tej - już nie. Wyczuwa się podświadomie jakiś inny rytm życia. Po tej stacji wałęsają się grupki mężczyzn. Nigdzie nie widać kobiet. Za budynkiem stacyjnym w głębi stoją równe szeregi glinianych domków o płaskich dachach. Nic się nie dzieje. Czasami tylko przejedzie między tymi domkami samochód lub autobus, wzniecając trochę kurzu. Za to w wagonie zaczyna się coś dziać. Pojawia się grupa panów w eleganckich beżowych mundurach i druga grupa, ale ubrana mniej zdecydowanie. Pierwsi-to celnicy. Drudzy-policjanci. Drugich interesują paszporty. Między nimi kręci się jegomość zainteresowany naszymi świadectwami szczepień. Panowie policjanci dają nam do wypełnienia małe karteluszki, a po ich wypełnieniu zabierają je z paszportami i znikają. Celnicy, niestety nie chcą tak szybko zniknąć. Deklaracja celna jest najbardziej skomplikowana z tych, jakie dotychczas w czasie moich podróży zagranicznych udało mi się spotkać. Dane osobiste, gdzie się urodził, skąd jedzie, dokąd, zawód i cała masa różnych szczegółów. W rubryce, dotyczącej bagażu najciekawsze były pytania - czy delikwent nie posiada narkotyków(miałby się przyznać?), złota, szlachetnych kamieni, dywanów i broni. Po wypełnieniu przez nas deklaracji, panowie zabierają się do oględzin naszego bagażu. Na szczęście przypominam sobie jedyne słowo-jakie znam z języka perskiego(to poprawnie jest język farsi)-kunawarda. To znaczy ten co się wspina, czyli alpinista. Słówko to usprawiedliwia nasz bagaż. Zainteresowali się za to bardzo zawartością naszego zielonego baczka z herbatą. Może sądzą, że to jest alkohol. Czyżby nie wolno było wwozić wódki? Oo! Jest tu coś ciekawego. Któryś z nich znalazł moją starą wojskową lornetkę, z podziałką w środku. Zaczynają ją ciekawie oglądać. Przez chwilę mam obawy, że ulegnie konfiskacie, ale skończyło się na strachu. Pobieżna kontrola bębna. Na drugim sprawdził tylko, czy plomba jest cała. Nawet tu wierzą plombom naszych celników. Januszowi i Elżbiecie poszło gorzej. Wybebeszyli im cały plecak, łącznie z półlitrówką wódki. Wódka jednak nie zainteresowała. Więc dlaczego tak obwąchiwali naszą bańkę z herbatą. Może jednak narkotyki, ale w płynie? Poszli sobie. W wagonie duszno. Aklimatyzacja wyłączona, od chwili gdyśmy przyjechali do Dżulfy irańskiej. Oszczędzają akumulatory? Na sąsiedni tor po drugiej stronie peronu wjechał jakiś pociąg, chyba przyjechał z Teheranu. Nie pojedziemy w wagonach radzieckich do Teheranu, tylko musimy się przesiąść. Eleganci w beżowych garniturkach zniknęli w tamtym pociągu. Po peronie przechadzają się stróże porządku jego szachowskiej mości. Ubrani w ciemne spodnie, popielatą koszulę, wpuszczoną do spodni. Na głowie czapeczki a la SS. U pasa dynda pistolecik z drewnianą rączką. Z pociągu, który przyjechał wychodzą pierwsi pasażerowie i wchodzą do naszego wagonu. Pora i na nas. Wynosimy cały nasz majdan na peron. Uff! Jak gorąco. Samo południe. Jesteśmy zepsuci przez klimatyzację. Dobrze, ale gdzie jest pierwsza klasa w tym pociągu? Rzut oka na wagon. To nie ten standard, co po drugiej stronie granicy. Biedne coś są te szachowskie koleje. Wszystko to jest jednak niezbyt istotne w tej chwili. Ważne, abyśmy wtaszczyli nasze bębny do wagonu. O…nie! Plecaki-owszem, ale bębny w żadnym przypadku! Tylko do wagonu bagażowego. Zapowiada się dłuższa dyskusja. Nie mamy absolutnie ochoty, dopiero co po przekroczeniu granicy, wydawać naszych dolarów na bagaż. Do dyskusji włącza się jakiś gość znający farsi i rosyjski. Wreszcie jesteśmy górą. Upychamy plecaki na półkach, a bębny ustawiamy na podłodze, między siedzeniami. Nakrywamy je powłoczką ze śpiwora. Aby nie rzucały się w oczy. Przedział jest czteroosobowy pierwszej klasy. Ale to nie jest pierwsza klasa, którą przed chwilą jechaliśmy! Dobrze, że jest chociaż klimatyzacja. Z kratki pod oknem dmucha zimne powietrze. W sumie jest całkiem przyjemnie. Może byśmy tak coś zjedli-padają propozycje. Rozłożymy to wszystko na bębnach, przecież nikt nie będzie ich nam wyciągał spod jedzenia. Eee, nie ma się co wygłupiać. I nie wygłupimy się, bo przychodzi starszy pan w mundurze, wyglądający na kierownika pociągu. Bardzo się martwi, że nam niewygodnie tak trzymać nogi i że lepiej byłoby bębny oddać do wagonu bagażowego. Posługując się łamanym językiem Szekspira, tłumaczymy mu, że jest „very good”, i że z przyjemnością tak pojedziemy. Poszedł. A my spacerujemy po korytarzu wagonu. Okazuje się, że inni pasażerowie mają też ogromny bagaż. Tylko, że bębny są takim jego rodzajem, który zdaje się wywołuje sprzeciw. Gdyby to były worki, toboły, może walizy, wszystko byłoby w porządku. Jeszcze jedno doświadczenie na przyszłość. Na stacji pojawiają się kobiety. Jedna starsza i dwie młodsze. Pierwszy raz widzę kobiety w czadorach. Długa chusta osłaniająca całą kibić kobiety, łącznie z nogami. W razie potrzeby i twarz. Widocznie chcą jechać do Teheranu. Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Bo oto do naszego przedziału wchodzi dwóch brudnych młodzieńców. Trzeci-widocznie ich szef-stoi na korytarzu. Całe to towarzystwo zaczyna wynosić nasze bębny. Rozpoczyna się dyskusja na migi, z której wynika, że chyba chcą bębny zważyć. Zdaje się, że będziemy musieli zapłacić bagaż. Idę z Januszem za nimi. Do odjazdu pociągu zostało około pół godziny. Nie jest dobrze, gdy te sprawy załatwia się w ostatniej chwili. Coś niecoś o tym wiemy. Obok wagi stoi, znany już nam kierownik pociągu i jakiś cywil. Tak to ten, któremu najbardziej nie podobały się bębny w przedziale. Ważą sto siedemdziesiąt dwa kilogramy. W Krakowie było to samo. Dobrą wagę mają tutaj. Czterysta pięćdziesiąt rialsów za te bębny. Nie, pięćset dwadzieścia kilka. To jest siedem i pół dolara. Nie mamy rialsów, tylko dolary. Cywil chętnie nam wymieni po siedemdziesiąt dwa rialsy za dolar. Kurs oficjalny jest o trzy rialsy wyższy-takie mamy informacje. Tu jest pies pogrzebany! Facet doskonale wiedział, że nie mamy rialsów, tylko dolary i chciał na nas zarobić, a nie po to, aby uchronić skarb szacha przed stratą. Płacimy pierwsze frycowe, bo mogliśmy dać facetowi parę dolarów i byłby się zamknął. A tak to wyfrunęło prawie osiem dolarów. Załadowali je do wagonu bagażowego, który następnie doczepili do naszego pociągu. Wracamy do wagonu. Za kilka minut pociąg rusza. Czujemy jakiś niepokój. Nie stało się najlepiej, że nie mamy bębnów przy sobie. Ruszamy punktualnie o wpół do czwartej. Do Teheranu mamy około tysiąca kilometrów. Będziemy w nim jutro rano. Coś wolno jedzie ten nasz ekspres Dżulfa-Teheran - bo taką nazwę nosi. I w dodatku staje na każdej stacji. Ale jak ma nie stawać, skoro jeździ raz na tydzień. A innego pociągu z Dżulfy do Teheranu nie ma. Stacyjką jest mały budynek, otoczony czasem kilkoma drzewkami. Nieraz wydaje się po co ta stacja tu stoi, bo w promieniu paru kilometrów nie widać żadnego domostwa. Pociąg jedzie rodzajem płaskiej równiny, ograniczonej dwóch stron toru, biegnącymi równolegle do niego kopułkowatymi górami. Pozbawionymi, jak mi się wydaje śladów życia. Tylko na dole, tam gdzie coś cieknie, ewentualnie gdy teren wskazuje na to, że tu okresowo płynie woda, potok lub rzeczka, pojawiają się plamy zieleni. A gdzie jest zieleń, tam są i ludzie. Mijamy szare, gliniane wsie. Wieś taka, to duży gliniany czworobok, a w jego środku, stoją przytulone do siebie, jak komórki plastra, domy o płaskich dachach. Wieś stanowi jakby warownię, którą zburzyć jest dziecinnie łatwo. Wystarczy duży spychacz, który przejedzie przez nią na krzyż. Równie łatwo jest ją odbudować. Wystarczy trochę gliny i wody. Trafiliśmy na okres żniw. Trwa zbiór jęczmienia. Na polach widać całe rodziny. Jęczmień ścina się sierpami o ciekawym kształcie, podobnym do zminiaturyzowanej kosy. Tylko osiołki, pasące się ze stoickim spokojem, nie wydają się tym wszystkim zainteresowane. Mijamy klepisko z rozłożonym na nim zbożem i depczącymi po nim wołami. Aby z tego zboża był chleb, trzeba jeszcze oddzielić plewy od ziarna. Dokonuje się tego w genialnie prosty sposób, wykorzystując lekki wiatr. Dwóch ludzi podrzuca wymierzonymi ruchami do góry ziarno z plewami. Plewy lecą dalej, ziarno upada bliżej. Te metody zbioru młócenia nie zmieniły się zapewne od setek, może tysięcy lat. Widać pasterza ze stadem białych i czarnych owiec z zaplątanymi w stadzie kozami. Rosną drzewa - wierzby płaczące, platany, topole. Obok niewielkie, zielone plamy pól. Dookoła tych skupisk ludzkich, wyschnięte góry. Taki krajobraz towarzyszy nam teraz za oknem pociągu. Zbliża się wieczór, a my zbliżamy do Tebriz, największego miasta między Dżulfą a Teheranem. Tebriz jest stolicą ostanu, czyli odpowiednika naszego województwa. Wychodzę z Januszem na peron. Musimy czuwać nad bębnami. Do tyłu pociągu przyczepili lokomotywę i zaczynają jakieś manewry, w których bierze udział wagon, zawierający nasze miesięczne wiktuały. Nie ma specjalnie obaw- stwierdzamy i oglądamy dworzec. Jest to duży, ładny budynek, zbudowany ze smakiem. Może za duży i za ładny dla tej marnej kolei. Obok niego stoi sobie spokojnie na cokole parowóz. Pomnik lokomotywy? To są chyba reminiscencje drugiej wojny światowej. Ta linia kolejowa, mająca początek nad Zatoką Perską, oddała duże usługi w czasie wojny jako szlak dostaw ze strony aliantów dla walczących Rosjan. Parowóz słusznie zasługuje na pomnik. Na peronie jest stosunkowo dużo kobiet. Wszystkie w czadorach, tylko że pod czadorami modne spodnie i buty na słupku. Oglądam z Januszem gablotę ze zdjęciami. Taka tutejsza „Centralna Agencja Fotograficzna”. Szach z Farah Dibą i państwo Nixonowie, szach z Ali Butto, szach tu, szach tam, wszędzie szach. Już w Dżulfie ogromny portret szacha wisiał w bagażowni. W miejscu do tego celu raczej niezbyt odpowiednim - ale to mój pogląd. A mówią, że tylko u nas i w krajach ościennych był kult jednostki. Wagon z naszymi bębnami zbliża się z powrotem do naszego pociągu. Do odjazdu zostało tylko kilka minut. Co to!? Wagon odjeżdża! Nie dogonimy go, aby wyładować bębny i wrzucić do naszego wagonu. Po peronie włóczy się nasz cywil z Dżulfy. Biegniemy do niego z naszym kwitem bagażowym. Niech coś zrobi-jak wycyganił od nas dolary. We trójkę idziemy do następnego „cywila”, potem jeszcze innego. Do licha, czy tu największe szarże muszą być w mundurach? Ostatni uśmiecha się mile, rozkłada ręce i mówi – „tomorrow”, a więc jutro pojadą dalej nasze bębny. Pociąg rusza i wskakujemy do pierwszego, lepszego wagonu. Niech to krew zaleje, tyle już przejechały i musiały tu zostać. Wściekli idziemy do naszego wagonu. Dziewczyny po minach poznają, że coś nie jest w porządku. Co się stało? Bębny zostały! Gdybyśmy wiedziały, to byśmy pociągnęły za hamulec. Dobra myśl, ale teraz to nie ma sensu. Jesteśmy już za daleko od stacji. Jutro, tomorrow, maniana - wiemy doskonale, co to wszystko oznacza z doświadczeń innych, włóczących się po świecie. To może być w najlepszym przypadku jutro, a raczej pojutrze, bo jutro to my będziemy w Teheranie. A może też być „jutro” za tydzień. Tydzień czekania w Teheranie, tydzień straty czasu. Przez tydzień kupowanie z naszej skromnej, bardzo skromnej puli pieniężnej-jedzenia. Nie mówiąc o ewentualnym noclegu, bo liczymy na spanie w ambasadzie. Może to skomplikować dosyć poważnie dalszy ciąg wyprawy. Słuchajcie-mówi Janusz. Wysiadamy z Gienkiem, czyli ze mną, na najbliższej stacji i wracamy do Tebriz. Nie podoba mi się to rozwiązanie. Dobra, ale gdzie będziesz spał? Będziemy siedzieć na bębnach do rana. To nie ma sensu. Jest ciemno. Nie wiadomo jak dostać się do Tebriz. Pociąg wykluczony, bo właśnie nim jedziemy, tylko w przeciwną stronę. Autostopem – wątpliwe. Pytanie-czy nam wydadzą bębny? A poza tym nie byłoby dobrze, abyśmy się rozdzielali. Najbardziej protestują Ryśka i Elżbieta, ale one z obawy, żeby nam się coś nie stało. I mają rację, bo chyba byłby to dziwny widok, dwóch Europejczyków, wysiadających wieczorem na jakiejś takiej zagubionej stacyjce i szukających po ciemku drogi do Tebriz. Przychodzą sprawdzać bilety. Już drugi raz. Bo pierwszy raz nas sprawdzili zaraz za Dżulfą. Janusza ponoszą nerwy. Nie chce dać im biletów, tylko krzyczy do nich-gdzie jest nasz bagaż? Widząc, że jesteśmy rozłoszczeni nie na żarty-wycofują się. Nie mamy praktycznie nic do jedzenia, nie licząc puszki pasztetu, resztek masła-jeszcze z Polski, kilku kostek cukru od Miszki, orzeszków w czekoladzie, cukierków i do tego trochę chleba z Kirowakanu. Zjadamy resztki chleba z masłem, pasztet zostawiając na jutro. Na deser po kilka orzeszków i zimna herbata z fusami z zielonego baczka. Jacek śpi w jednym przedziale z facetem, który nam w Dżulfie tłumaczył z farsi na rosyjski. Jest pracownikiem radzieckiej ambasady w Teheranie. Idziemy do niego, aby nam przetłumaczył, co jest napisane na kwicie bagażowym. Kwit jest wypisany w farsi a litery są arabskie-słynne „robaczki”. Zaczynamy mieć wątpliwości do wszystkiego. Wszystko jest w porządku. Bilet jest wypisany na moje nazwisko. Napisano, że bagaż jedzie z Dżulfy do Teheranu, tylko brak jest daty przybycia do Teheranu. Zabezpieczyli się cholera. A forsę to umieli wziąć! Płacimy następne frycowe. Doświadczenia nie zdobywa się za darmo. Nasz tłumacz pociesza nas, że bagaż może przyjść za tydzień. Ładna pociecha-uśmiechamy się krzywo. Na domiar złego po powrocie do przedziału widzimy, że taki jeden chodzi po wagonie i pyta, czy chcemy pościel, ale za trzydzieści centów. Dziękujemy. Będziemy w tej szachowskiej pierwszej klasie spać w śpiworach. Nie mogę zasnąć. Co będzie, jak bębny pojutrze nie przyjadą? Szkoda, że nie wyjęliśmy z nich w Dżulfie chociaż kilku puszek. Tu jedna puszka pasztetu, a tam sto siedemdziesiąt kilogramów pyszności. Wniosek na przyszłość, trzeba mieć zawsze, w takich przypadkach, przy sobie żelazną porcję żywności. Nad górami wschodzi księżyc. Na szosie, biegnącej równolegle do toru, błyskają od czasu do czasu światła samochodów. Wagon monotonnie podryguje. Zasypiam w końcu.1 punkt







